Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
19ruda87

Dubel

Rekomendowane odpowiedzi

Hello. Dawno mnie tu nie było... Chyba całe trzy lata... Hmm... Przez ten okres wiele się u mnie pozmieniało. 

 

Chciałabym w skrócie podzielić się z Wami moją historią... Może kogoś zainspiruję, a może ktoś będzie chciał zwyczajnie porozmawiać. W każdym bądź razie jestem otwarta... 

 

Niewiarygodnie jak człowiek może się zmienić, jak zmienia się jego nastawienie do życia podczas terapii. Jeszcze trzy lata temu byłam małą zagubioną dziewczynką, która czekała jak mamusia przeprowadzi ją przez życie. Bałam się wszystkich i wszystkiego. Umiejętnie stawiałam mur między sobą a ludźmi. Nikogo nie dopuszczałam do siebie. Żyłam w swoim świecie, świecie iluzji. Dzięki temu nikt nie mógł mnie skrzywdzić, ale pod tym pancerzem była mała samotna dziewczynka, która pragnęła bliskości, która chciała poczuć czym jest miłość czy przyjaźń. Niestety przez wiele lat nie pozwalałam jej wyjść z ukrycia, starannie ją chroniłam przed złem tego świata. Za dużo w życiu wycierpiała, obiecałam sobie że więcej nie pozwolę aby ktoś ją skrzywdził. Zamknęłam ją w sobie na cztery spusty. I tak życie toczyło się przez wiele lat. Pochłonięta pracą, zapominałam o sobie i swoich potrzebach. Wyzbyłam się ich na rzecz innych. Nie liczyłam się ja jako człowiek.

W tym stanie przetrwałam wiele lat. Aż tu nagle ni stąd ni zowąd moja zapomniana część siebie próbowała wydostać się na zewnątrz. Krzyczała, płakała i wołała o pomoc, najpierw w postaci objawów psychosomatycznych. Zaczęły się zawroty głowy, omdlenia, duszności czy hiperwentylacja. Jednak to wszystko nie spowodowało, że zwolniłam tempo. Nie zwracałam na to uwagi, byłam głucha na krzyk i rozpacz tego biednego dziecka. Z czasem doszedł lęk i panika, do tego stopnia że zamknęłam się w domu. Strach przed wyjściem i doznaniem objawów był silniejszy. Zaczęłam popadać w agorafobie. Z początku nie wiedziałam co mi dolega i dlaczego tak a nie inaczej się dzieje. Postanowiłam zwolnić, wiedziałam że dzieje się coś niedobrego, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego z jakim natężeniem i przeciwnościami przyjdzie mi się  jeszcze zmierzyć.

 

Każdy dzień wyglądał tak samo, łóżko, cztery ściany i zupełna niemoc. Nie chciałam tak żyć, zresztą to nie było życie, to była wegetacja. Postanowiłam coś zmienić. Brakowało mi chwil na świeżym powietrzu. Tak więc każdego dnia zmuszałam się do pokonania kilku kroków poza mury bloku. Robiłam krok w przód i dwa w tył. W mojej głowie aż szalało od myśli, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Atak za atakiem nabierał na sile. Było mi ciężko. Nikt z otoczenia nie rozumiał mnie i tym samym nie potrafił pomóc. Byłam skazana sama na siebie. Miałam dwa wyjścia, poddać się bądź zawalczyć i wygrać tą bitwę. Postanowiłam walczyć o siebie i swoją niezależność. Pot i łzy lały się strumieniami. Jednak opłaciło się to. Pokonałam lęk i mogłam pójść dalej. Wróciłam do pracy i rytm dnia powrócił do codzienności.

Przez chwilę było ok, niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nie wyciągnęłam wniosków z lekcji, które dało mi życie. W pogoni za pieniądzem, znów się zatraciłam. Moje wewnętrzne "Ja" postanowiło poraz kolejny zawalczyć o siebie. Tym razem w postaci nerwicy i depresji. Objawy somatyczne powróciły, a z nimi ataki paniki. Coraz częściej spędzałam czas w łóżku, stało się ono moim przyjacielem. Nic mnie nie cieszyło, byłam w skrajnej rozpaczy. Cierpiałam w samotności. Żadna siła nie była w stanie wyciągnąć mnie z łóżka. Stałam się strasznie rozchwiana emocjonalnie. Zaczęłam popadać ze skrajności w skrajność. Wybuchałam po to by zaraz wpaść w poczucie winy. Pragnęłam bliskości, tylko by ją za chwilę odrzucić. Byłam zagubiona. Nie rozumiałam jeszcze wtenczas, że to wszystko co mnie spotyka jest po coś. 

Nie chciałam tak żyć. Wiedziałam, że coś muszę zmienić, że czas działać i zadbać o siebie. Postanowiłam udać się po pomoc do psychologa i tak zaczęła się moja przygoda z terapią. Niestety po roku zrezygnowałam. Nie potrafiłam z niej wynieść nic poza poturbowaniem emocjonalnym. Nienawidziłam siebie coraz bardziej. Chciałam ze sobą skończyć. Nie widziałam nadziei i światełka w tunelu. To co mnie spotkało zwyczajnie mnie przerosło. W dalszym ciągu nie słyszałam wołania o pomoc. Nie słyszałam, co chce powiedzieć mi to smutne dziecko, które jest we mnie. 

Z dnia na dzień moje samopoczucie coraz bardziej się pogarszało, jednak jakaś część mnie nie pozwalała mi się poddać. To ona pragnęła żyć i czerpać z tego życia co najlepsze. Teraz wiem że to ta mała wersja mnie sprzed lat. To ona dawała siły i nadzieję, to ona napędzała do działania. I tak postanowiłam poraz kolejny zawalczyć o swój byt. Podjęłam kolejną próbę ratowania siebie samej. Zapisałam się na kolejną terapię, tym razem w innym nurcie. I powiem Wam, że był to strzał w dziesiątkę. 

 

Początki były bardzo trudne. Byłam zalękniona i przestraszona niczym piskle. Stałam na bezdrożu dróg, nie wiedząc w którą stronę pójść. Miotałam się sama ze sobą. Nie potrafiłam nawiązać dialogu z terapeutką. Każde spotkanie wyglądało i kończyło się tym samym. Przez pięćdziesiąt minut siedziałam ze spuszczoną głową i milczałam. Bardzo bałam się rozmawiać. Nie potrafiłam zaufać. Miałam zakodowane w głowie by nie mówić zbytnio o sobie i swoich problemach. To była by zdrada wobec rodziny.

Mijały tygodnie, a ja coraz częściej wykorzystywałam terapię przeciwko sobie. Pozwalało mi to nakręcać emocje. Byłam niczym tykająca bomba. Terapeutka cierpliwie znosiła moje humory i czekała na dzień w którym przyjdzie mi się otworzyć. Troszkę to trwało, nie powiem, bo bagatela 1,5 roku ale warto było tyle czekać. Pomału z sesji na sesję zaczęłyśmy budować fundamenty zaufania. Ojj tak, terapia przypomina plac budowy. Ze zgliszcz powstaje coś nowego, solidnego. Zaczęłam się pomału otwierać. Nasza rozmowa zaczęła przypominać otwarty dialog. To był początek czegoś nowego. 

Z każdą kolejną sesją było coraz lepiej. Zaczęłam bardziej zagłębiać się w siebie. Więcej rozumiałam i czułam. Powoli łapałam kontakt z tą zapomnianą i zagubioną dziewczynką. Często w myślach wracałam do przeszłości, próbowałam ją zrozumieć. Zaczęła się prawdziwa praca nad sobą. Każdego dnia pokonywałam kolejne trudności. Nie obyło się również bez buntu. Moje ego się buntowało, nie chciało przecież się zmienić, przez co robiłam krok w przód, po to tylko by cofnąć się trzy. 

 

Po kilku miesiącach terapii moje samopoczucie uległo poprawie. Objawy somatyczne w końcu ustąpiły, a stany depresyjne odeszły w dal. Pozostało pracować nad strukturą osobowości. Borderline na które cierpiałam było moją zmorą, utrudniało mi życie każdego dnia. Pamiętam jak dostałam diagnozę zaburzeń osobowości, nie potrafiłam się z nią pogodzić. Traktowałam ją jak koniec świata. Z czasem zaakceptowałam to i przestałam walczyć z etykietką. A dziś? Dziś uważam to za dar, którego nie zamieniłabym za nic w świecie.

I tak mijał miesiąc za miesiącem, a ja solidnie pracowałam nad sobą i swoimi schematami. Jedne pokonywałam z łatwością, drugie zaś wymagały o wiele więcej wysiłku i czasu. Terapia jest przecież złożonym procesem i nic nie dzieje się od tak. Te miesiące, a nawet lata pracy kosztowały mnie wiele energii, wiele wyrzeczeń, ale warto było. Czuję ogromną satysfakcję z tego, iż udało mi się przejść tą wyboistą i jakże krętą drogę w głąb siebie. To niesamowita podróż po zakamarkach swojej duszy, poznanie siebie, swoich słabości ale też siły i walorów.

Po tych trzech latach pracy, z całą stanowczością mogę powiedzieć, że jestem silną kobietą, która wie czego chce od życia, która wierzy w siebie i swoje możliwości. Moje życie zmieniło się diametralnie. Dzięki terapii odzyskałam spokój duszy. A uwierzcie mi nie było łatwo, życie mnie nie oszczędzało. Ciągłe odrzucenia ze strony bliskich, ocena czy krytyka, a także molestowanie, gwałty, przemoc psychiczna czy toksyczny związek mocno się we mnie zakorzeniły i odbiły na mojej psychice. Ale wszystko dzieje się po coś, widocznie musiałam doświadczyć tych trudnych zdarzeń aby stać się tym kim jestem teraz. 

 

Na bazie swoich doświadczeń na terapii napisałam książkę, w której dzielę się swoimi przemyśleniami, emocjami, marzeniami. W książce ukazuję terapię od kuchni, dzięki czemu możemy poznać ją od podszewki. Krok po kroku również opisuję swoje zmagania na sesjach. Książka dająca nadzieję, motywację i pokazująca jak ważna jest determinacja w dążeniu do celu. Chcieć to móc. Pamiętajcie, nadzieja zawsze umiera ostatnia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

×