Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
regent

nerwica-symbioza.

Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie!

Od 10 lat jestem chory na nerwicę.To niesamowite ile człowiek jest w stanie znieść.Chodziłem na terapię grupową,indywidualną ,brałem leki i nic.Były tylko jakieś tam okresy powiedzmy miesięczne ,że miałem spokój z objawami.Moja objawy są somatyczne,czuję jakiś kamień w brzuchu.Nie potrafią go wyrzucić.Wiem,że to złość na coś.Tylko nie wiem do końca na co.Do rzeczy.Mojego tatę widywałem tylko w weekendy.Taki weekendowy tatuś,żeby pograć w piłkę czy coś.Nigdy go nie było gdy był jakiś problem.Wiem o tym,że jestem na niego za to zły.Ja mieszkałem z mamą i siostrą w małym miasteczku.Mój tata pracował na śląsku w kopalni.Moja mama wydaje mi się w sumie normalna-chyba nie jest jakaś nadopiekuńcza.Nigdy nie dobierała mi kolegów wg własnego uznania,cieszyła się kiedy znalazłem dziewczynę itp.Nie mogę więc o niej powiedzieć,że jest zaborcza.Terapeuta stwierdził,że moje objawy wynikają z tego ,że jestem z nią w symbiozie.Prawdę mówiąc nie jestem do tego przekonany.Gdybym był w symbiozie to ona próbowałaby mnie zawłaszczyć na własność.Ta zlość jest w jakiś sposób związana z mamą,ale nie wiem dlaczego.Ja pamiętam nie raz sytuację,kiedy wyrzucałem tacie,że jego przy nas nie ma i go nie obchodzimy.Wtedy mama interweniowała i mówiła,że mam go przeprosić bo on dla nas ciężko pracuje i się poświęca.Czułem się wtedy strasznie dziwnie,bo nie wiedziałem co jest grane.Z jednej strony chciałem ,żeby mnie poparła przeciwko niemu a z drugiej bałem się,że jak mnie poprze to będę uzależniony od niej.Spychałem złość w podświadomość.Dalej nie wiem jak matka powinna wtedy postąpić.Nienawidziłem mojego taty ,bo go nie było.Zawsze gdy miałem jakiś problem szedłem z tym do mamy i ona mi pomagała.Zastanawiam się do czego jest ojciec w rodzinie,bo wiem ,ze powinien być.Tylko jaką rolę powinien pełnić? Czy gdybym przyszedł do niego z jakimś problemem to on powinien kazać mi go rozwiązać sam czy powinien mi pomóc? Może gdyby mi pomagał to nie chodził bym z tym wszystkim do matki.Gdzieś podświadomie czuję do niej złość,to niszczy mi życie.Bardzo chcę być dorosłym,chcę być niezależnym,założyć rodzinę.Tylko te objawy mi nie pozwalają.Mój psychoterapeuta był dość dziwny.Nie rozumiem jego zachowania.Na początku starał się ze mną zgłębić tajemnice problemu,a potem kazał mi to wszystko zostawić i zająć się swoim życiem? Czemu to ma służyć? Wydaje mi się,że nerwica powstaje przez to,że człowiek tłumi jakieś emocje i musi się dowiedzieć o co chodzi i wyrzucić tą złość.Wtedy staje się zdrowy.Pamiętam jak jeszcze jakiś czas temu ,gdy bardzo źle się czułem(głównie przez nerwicę) to zadzwoniłem do niej i ona do mnie przyjechała.Nie mogłem już wtedy wytrzymać,myślałem ,że się zabiję.Ona przyjechała i jak ręką odjął.Nie mam pojęcia na czym to polega.Po prostu w parę godzin byłem znów zdrów jak ryba.Mimo,że specjalnie nic nie robiła po prostu była przy mnie i nic więcej.Miałem wtedy jakieś egzaminy na uczelni i spokojnie na nie poszedłem,bo wiedziałem,ze ona jest w domu.Ja już nie wiem co ja mam o tym myśleć.Już nie wiem w końcu czy jestem od niej uzależniony czy nie.Gdybym był uzależniony to myślę że pewnie chciałbym nawet ,żeby poszła ze mną na tą uczelnię.Tego nie chciałem,więc nie wiem o co chodzi.Tak jak napisałem problemy z nerwicą mam już od jakichś 10 lat.Natomiast problemy z emocjami to chyba od zawsze odkąd pamiętam.Moi rodzice od małego mieszkali osobno.Mówią,że bardzo się kochają.Dzisiaj ojciec już na emeryturze i mieszkają razem.Widzę,że są szczęśliwi.Ja jednak czasem się wkurzam dlaczego dopiero teraz? Dopiero teraz ,kiedy muszę być już dorosłym i nic nie będę miał z tej rodziny.Bardzo chciałbym być w normalnej rodzinie.Czasem wydaje mi się,że byłem przez matkę wykorzystywanym.Tylko nie wiem na czym by to wykorzystywanie polegało.Miałem takie lęki ,że jak wejdę w związek z jakąś dziewczyną to będę musiał się nią opiekować i pocieszać kiedy jej będzie smutno,bo inaczej mnie opuści.Wydaje mi się,że facet powinien opiekować się dziewczyną.W jakiś sposób bardzo się tego boję.Wydaje mi się ,ze w takim związku nie będzie miejsca na mnie i na moje uczucia.No bo facet powinien być twardy i wszystko będzie podporządkowane dziewczynie.Fakt faktem widziałem nie raz jak mama płacze i ją pocieszałem,ale nikt mnie do tego nie zmuszał.Płakała bo taty nie było i ona sama musiała sobie ze wszystkim radzić.Nie przychodziła jakoś specjalnie do mnie,żebym ją pocieszał.Raczej starała się to ukrywać,więc chyba mnie nie wykorzystywała.Ja tego wszystkiego nie rozumiem.Czasem kiedy miałem jakiś problem poważny to po prostu biegłem do niej ze łzami w oczach i błaganiem ,żeby mnie nie zostawiała i mi pomogła.Ohhh! To wszystko jest dla mnie bardzo skomplikowane.Nie odsyłajcie mnie do terapeuty-bo już tam siedziałem chyba ze 2 lata i nie bardzo mi to pomogło.Chciałbym poznać waszą opinię.Czy moja mama w jakiś sposób mnie emocjonalnie wykorzystywała? Jeśli tak to dlaczego? Po prostu potrzebuję opinii innych osób.Oni na mnie ani nie krzyczeli,ani mnie nie bili.Nie byli też uzależnieni.Na pierwszy rzut oka niby normalna rodzina.Tyle,że ojciec tylko w weekendy.

 

-- 24 maja 2014, 10:17 --

 

No to może inaczej -prościej.Czy,żeby dziecko zostało skrzywdzone przez matkę matka musi być nadopiekuńcza czy wystarczy tylko tyle,że ona jest jedyną osobą do której można się zwrócić z problemem? Jedyną osobą na którą można liczyć? Ja emocjonalne gdzieś w środku jestem ciągle dzieckiem,no może byłem.Zawsze starałem się bardzo dobrze uczyć,bo gdy tylko coś mi nie wychodziło to czułem w środku głęboką chęć do płaczu.Sorry,ale to chyba nie jest normalne ,że facet dwudziestoparoletni popłacze się,że nie zdał jakiegoś kolokwium czy coś.To jest nawet śmieszne.Tak jak napisałem moja matka nie była nadopiekuńcza.W miarę możliwości kazała mi radzić sobie sama z problemami.Nie wiem więc dlaczego zatrzymałem się emocjonalnie w rozwoju.Czy jest w ogóle tutaj ktoś kto też miał jakiś problem z przedłużającą się symbiozą?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

regent, byłeś powiernikiem mamy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Matka chyba troche cie uzalezniłą od niej, nie miała nikogo komu sie zwierzyc bo ojciec olewał i zaczeła ciebie obciazać swoimi problemami emocjonalnymi. Dla dzieck ai nastolatka to ciezkie, rodzice nie powinni dzieci swoimi problemami obciazac ich rola jest zapewnienie bezpieczeństwa w rozwoju dziecka a przelewając na dziecko problemy własne zabierają mu bezpieczeństwo i uczynią współodpowiedzialnymi i to sie stało z toba a nie byłęs mezem tylko synem i nie miała prawa robic czegos takiego. Teraz moze sie boisz podswiadomie tej odpowiedzialnosci z inną osobą, bo byłes tym obdzielny za wczesnie , nie na tym etapie zycia na którym powinieneś i teraz ponosisz skutki tego, musisz sie przełamac w tym strachu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Miałem takie lęki ,że jak wejdę w związek z jakąś dziewczyną to będę musiał się nią opiekować i pocieszać kiedy jej będzie smutno,bo inaczej mnie opuści
Czasem kiedy miałem jakiś problem poważny to po prostu biegłem do niej ze łzami w oczach i błaganiem ,żeby mnie nie zostawiała i mi pomogła.
Strach przed odrzuceniem wynika z nieobecności ojca, czy byłeś w ten sposób szantażowany?

 

pamiętam nie raz sytuację,kiedy wyrzucałem tacie,że jego przy nas nie ma i go nie obchodzimy.Wtedy mama interweniowała i mówiła,że mam go przeprosić bo on dla nas ciężko pracuje i się poświęca.Czułem się wtedy strasznie dziwnie,bo nie wiedziałem co jest grane.Z jednej strony chciałem ,żeby mnie poparła przeciwko niemu a z drugiej bałem się,że jak mnie poprze to będę uzależniony od niej.Spychałem złość w podświadomość.Dalej nie wiem jak matka powinna wtedy postąpić.Nienawidziłem mojego taty ,bo go nie było.

masz prawo czuć gniew (do ojca chociażby) a mama usprawiedliwiając go, poniekąd pozbawiła Cię do tego prawa

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witajcie!

No właśnie nie wiem ,czy byłem jej powiernikiem.Czasem myślę,że to wszystko mi się tylko wydaje.Przez długi czas miałem wrażenie,że to niby ja się nią opiekuję.Tylko,że jak spojrzę na to realnie to w sumie nic takiego nie robiłem.Ona jakoś przy mnie starała się nie płakać,ani nie opowiadać o swoich problemach.Ja miałem za zadanie tylko się uczyć.Nie musiałem opiekować się młodszą siostrą,nie musiałem robić obiadów itd. W każdej książce na temat psychologii piszą właśnie,że jak żona jest bez męża to próbuje w tą rolę wrobić własnego syna.Mi się wydaje,że to trochę naciągana historia.

Czy byłem jakoś szantażowany? chyba nie,jakoś tego nie czuję.Jedyne na co mógłbym się złościć to to ,że ona ukrywała przede mną prawdę.Pewnie w ten sposób chciała dla mnie dobrze.Chciała,żebym myślał,że tata nas kocha i w ogóle.Dzisiaj jak spojrzę na nich jak mieszkają razem to widzę wszystko całkiem inaczej niż kiedyś.Ja widzę,że oni się naprawdę kochają i są ze sobą szczęśliwi.Kiedyś to chyba nie byli,tak mi się wydaje.Czasem mam takie fantazje,że ona powinna jakoś zmusić tatę,żeby był wtedy z nami.Nie wiem-jakoś zaszantażować go cokolwiek.Bo oni to się chyba z tym wszystkim pogodzili i tkwili w tym bólu zamiast coś z tym zrobić.Nie zachowywali się jak dorośli ludzie i nie szukali jakiegoś rozwiązania,żeby razem zamieszkać.Matka mi całe życie wmawiała ,że to było po prostu niemożliwe żebyśmy mieszkali z tatą bo nie było tam miejsca.Mi się wydaje jednak,że gdyby bardzo chcieli to by razem zamieszkali gdzieś.Znaleźliby jakiś sposób.Pamiętam,ze jak byłem mały to ja jej mówiłem,że tęsknię za tatą.Ona na to odpowiadała,że ona też ale tak już musi być i tyle.Wiecie ja nie czuję się jakoś wykorzystany emocjonalnie tak jak piszą wszędzie w tych swoich książkach

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z tego co słyszałam, to w normalnym domu matka daje dziecku poczucie bezpieczeństwa przez bezwarunkową akceptacje, natomiast ojciec działa bardziej motywująco na dziecko - jego akceptacja jest warunkowa, a przynajmniej tak okazywana. W pewnym wieku dziecku zależy przede wszystkim na tym, żeby zaimponować ojcu.

Także może Twoje problemy nie są wynikiem zachowania matki, ale tego że nie było z Wami ojca. Emocjonalnie była dla Ciebie dwojgiem rodziców - i pojawiła się pewna sprzeczność między tym, czy chcesz widziec w niej autorytet czy opiekunkę. Pojawia się taki emocjonalny regres, że jedna osoba jest dla Ciebie wszystkim i sam nie wiesz co zrobić, nie miałeś odpowiedniego wzorca jaki daje mężczyzna związanego z podejmowaniem decyzji, i jak jesteś sam czujesz lęk.

W ogóle to myśle, że jak Twoja mama nie poparła Cię w tym, gdy wyrażałeś złość na ojca to też mogło mieć swój skutek - mogłeś wtedy wywnioskować, że Twój gniew jest nie odpowiedni (w końcu mama była wtedy "wyrocznią"), a jednocześnie nie mogłeś się go pozbyć i powstał taki dysonans. Mogło się to powtórzyć z innymi uczuciami, które się mniej pamięta. Stąd też taki lęk i "sam nie wiem co czuje".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja gdzieś głęboko w środku czuje się odrzucony przez obu moich rodziców.W przypadku ojca to łatwo określić-czuje się odrzucony bo go przy mnie nie było.W przypadku matki sam nie wiem dlaczego tak jest.Nikt na mnie nie krzyczał,nie bił,nie poniżał.Mama nie była też jakaś nadopiekuńcza.Ja już naprawdę nie wiem dlaczego się tak czuję.Przeanalizowałem życie wzdłuż i wszerz,chyba już każdy aspekt i nic.Nie było żadnej patologii.Pamiętam jak w dzieciństwie fantazjowałem ,że przyjdzie jakaś tam bohaterka z kreskówki i mnie weźmie z tego domu i będę wtedy szczęśliwy.Ogólnie fantazjowałem na temat tego,że się mną ktoś zaopiekuje.Mam też młodszą siostrę( 4 lata młodsza) i ona nie ma żadnych objawów.Pamiętam jak często musiałem jej ustępować w wielu sprawach.Mama mówiła,że Ty przecież jesteś starszy i bądź mądrzejszy.Tyle,że ja tą złość przeżyłem i jestem jej świadomy.Problemem jest coś co pozostaje poza moją świadomością.W domu była też babka.Mieszkała z nami bo dziadek zmarł ,a ona dostała wylewu jakiegoś tam.Po jednej stronie była sparaliżowana.Mama musiała robić jej obiady,zakupy itd.Ona chyba nie potrafiła się nawet sama ubrać.Tak więc w sumie wszystko było na głowie mamy-musiała się zająć mną,siostrą i babką.Na dodatek jak coś się spieprzyło ( jakaś usterka techniczna itp.) to ona tez musiała się tym zajmować.Musiała palić w piecu,odśnieżać zimą,kosić trawę latem.No wszystko co tylko było do zrobienia.Bardzo troskliwie zajmowała się mną i siostrą.Mieliśmy zapewnione wszystko czego potrzebujemy-pomagała nam jeśli się do niej zwróciliśmy,ale nie wpieprzała się nam w życie.Nie pamiętam ,żeby jakoś narzekała.Może starała się niczego nie okazywać.Moi rodzice za to bardzo źle odnosili się do tej sparaliżowanej babki.Ja w sumie też jej nie znosiłem.Ona była jakaś dziwna.Po tym wylewie zaczęła brać psychotropy.Rodzice często na nią wyzywali,żeby ćwiczyła.Miała jakieś tam przyrządy do ćwiczeń tyle,że jej nie bardzo się chciało.Rodzice byli na nią bardzo źli a ona ciągle płakała.Miałem jej dosyć bo wydawało mi się,że ona wszystko pieprzy.Na dodatek jak nie było nikogo w domu to ona mnie zawsze wołała,żebym jej w czymś pomógł i nie mówił o tym rodzicom.Ja i tak zawsze mówiłem.Nawet nie wiem jakim cudem,ale zdarzało się jej spaść z kibla czasem i musiałem ją podnosić.Raz czy dwa dzwoniłem też po karetkę do niej.Tyle,że to były takie incydenty raczej.Miałem już wtedy kilkanaście lat chyba jak babka z nami zamieszkała.Ogólnie całe życie czułem się nieszczęśliwy.Było bardzo mało momentów ,które dobrze wspominam.Najpiękniejszy czas to chyba ten ,kiedy pierwszy raz sam zacząłem brać leki psychotropowe- sulpiryd i coś tam jeszcze.Wtedy czułem ,że jestem wolny i byłem naprawdę szczęśliwy.Opuściłem się trochę z nauką,ale za to pierwszy raz w życiu się zakochałem.Zacząłem chodzić do knajp,grać na gitarze,spotykać ze znajomymi.Było mi wtedy tak dobrze.Potem działanie leków zaczęło słabnąć i w końcu w ogóle przestały działać.Swoją drogą to tak się zastanawiam jak normalni ludzie budują związki.No bo ja do tej pory zwracałem uwagę na takie jakieś zagubione dziewczyny.Myślałem,że jak będę im pomagał to one się we mnie zakochają i wtedy ja też będę mógł liczyć na ich pomoc,jak będzie mi źle.Takim schematem żyłem.To chyba w rzeczywistości tak nie wygląda.W sumie to nie wiem.Zdaje mi się,że facet w związku nie może okazywać żadnych słabości,a już katastrofa gdyby się np. popłakał.Nie pamiętam kiedy w ogóle ostatnio płakałem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×