Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

regent

Użytkownik
  • Zawartość

    18
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Przez nerwicę zrezygnowałem ostatnio z pracy.Nie mam ubezpieczenia a chciałbym iść na terapię.Wiadomo,że mogę się zarejestrować w pośredniaku.Boję się jednak,co będzie jak każą mi iść na jakiś staż lub do pracy.Czy są inne źródła otrzymania ubezpieczenia np. MOPS? Mam 27 lat,więc szkoły policealne też odpadają.
  2. regent

    nerwica a hipnoza

    Tak,mam objawy somatyczne.Cały czas napiętę mięśnie w żołądku.Jak biorę leki to jest to jeszcze znośne,ale jak tylko przestanę to katastrofa.Nic nie mogę wtedy zjeść ani żyć normalnie.Wcześniej miałem lęki różne.Zacząłem nad tym pracować na terapiach i to wszystko przekształciło się w postać somatyczną.Wiem,że to jakaś złość na coś we mnie siedzi i to powoduje.Tylko właśnie nie wiem na co,więc nie mogę tego z siebie wyrzucić.Obecnie mieszkam w Katowicach.W sumie raz już z desperacji poszedłem do jakiegoś znachora,który coś tam próbował hipnozy.Tyle,że wyglądało to tak,że gość stał i trzymał w ręku bujający się zegarek.No i wmawiał mi,że od teraz będę spokojny i w ogóle. Jak można się domyślić guzik to dało a ja byłem chyba 150 zł w plecy za 15 minut zabawy.
  3. Od 10 lat cierpię na nerwicę i byłem już na trzech albo czterech terapiach. Niestety nie pomogły zbytnio.Nie chce mi się już iść na kolejną bo i tak nic nowego nie powiem i nie wymyślę.Całe swoje przeszłe życie rozebrałem na czynniki pierwsze i nie potrafię doszukać się przyczyny swojego stanu.Wpadłem więc na pomysł,żeby iść na jakąś hipnoterapię.Zależy mi przede wszystkim na poznaniu przyczyny mojej nerwicy.Chciałbym zasięgnąć się rady innych osób czy w ogóle warto próbować i jak to wygląda.Czy taka hipnoza to wejście w trans i wyciąganie brudów z podświadomości czy też tylko gadanie typu ,,od teraz nie będę miał żadnych lęków'' itp z wiszącym zegarkiem w ręku? Zależy mi na tym pierwszym.Obecnie biorę leki i dlatego jakoś funkcjonuję,ale nie chcę tak do końca życia.Jeśli ktoś jest ze śląska to prosiłbym też o namiar na dobrego hipnoterapeutę.Pozdrawiam;)
  4. regent

    lęk separacyjny

    Możliwe, że tak było.Chociaż tak naprawdę wątpię,żeby rodzice zostawiali mnie bez opieki.Jakie dziwne rzeczy wyszły u Ciebie? Wiem, że to pewnie wstydliwe ale zależy mi na tym, żeby jak najwięcej osób opowiedziało swoją historię.Tak poza tym to co to znaczy poddać się regresji?
  5. regent

    lęk separacyjny

    Jakie były u Ciebie przyczyny tego lęku? Rozumiem, że w tym związku starałaś się spędzać każdą chwilę z tą drugą osobą.Pewnie też byłaś skłonna wszystko wybaczyć. Mniej więcej tak to wyglądało?
  6. regent

    lęk separacyjny

    W tym momencie nie biorę żadnych leków.Chyba jednak będę musiał zacząć. W przeszłości brałem i różnie to bywało.Czasem trochę działało,czasem nic. Generalnie nie był to normalny stan.
  7. Witam! Czy ktoś z Was ma z tym problem w dorosłym życiu? Ja mam.Tak sądzę.Jest to dla mnie bardzo trudne.Uniemożliwia mi pracę i bliskie związki z innymi osobami.Jest bardzo mało publikacji na ten temat.Większość odnosi się do terapii dzieci.Może najpierw opiszę swój przypadek.W rodzinie ojca w zasadzie brak,był tylko w weekendy.Nawet jak był to naprawiał coś co się zepsuło albo spał.Matka w zasadzie przejęła jego rolę.W ciągu tygodnia męskie zajęcia spoczywały na niej.Ja miałem tylko się uczyć i być grzecznym.To tak w skrócie.Skończyło się na potężnych lękach.Co najciekawsze jeśli uzyskiwałem obietnicę,że zostanę w domu te lęki mijały( miałem wtedy kilkanaście lat).Dziś nie mam już lęków ale cały czas towarzyszy mi nerwica wegetatywna.Oczywiście chodzę na terapię.Zresztą już nie pierwszą.Chciałbym po prostu poznać osoby z podobnym problemem.Osoby ,które ciągle potrzebują mieć kogoś przy sobie i wręcz panicznie reagują na samotność.Temat wydaje się prosty,ale chyba wcale taki nie jest. Opiszcie proszę swoje przypadki i przebieg Waszej terapii. Pozdrawiam
  8. regent

    Witam wszystkich

    No dokładnie tak to wygląda.Cały czas myślę o tym skąd to się wzięło.No bo skądś musiało.Myślę o tym prawie bez przerwy,ale mi to nie pomaga.Chyba wszystkie psychoterapie dążą gdzieś do poznania przyczyny i jakiegoś tam źródła problemów.Na tym się to zasadza.No chyba,że się mylę.
  9. Mam 27 lat i ,,leczę się'' z nerwicy od jakichś 10 lat.Za sobą mam dwie kilkumiesięczne terapie grupowe,jedną dwuletnią indywidualną i oczywiście całe spektrum leków.Prawdę mówiąc dalej jestem w punkcie wyjścia.Naprawdę nie wiem co jest przyczyną moich problemów.Jakieś tam zachowania nerwicowe miałem od zawsze.Od małego.Z początku były to jakieś krótkotrwałe lęki.Potem te lęki trwały coraz dłużej,aż trwały prawie bez przerwy.Wtedy pierwszy raz trafiłem do psychiatry.Miałem 17 lat.Dostałem leki sulpiryd i coś na depresję.Leki po jakimś czasie zaczęły działać.Chyba był to jedyny czas,kiedy czułem się sobą.Robiłem rzeczy,których wcześniej nie robiłem.Zacząłem słuchać muzyki takiej którą lubię,zacząłem grać na gitarze,spotykać się ze znajomymi w knajpach,podrywać dziewczyny.Wcześniej tego nie robiłem.Nie wiem dlaczego.To,że jakieś tam symptomy nerwicy zaczęły się już od małego,wskazywałoby na to,że przyczyną moich problemów jest moja rodzina.Wałkowałem ten temat przez te wszystkie terapie.Doszedłem gdzieś tam do wniosku,że bardzo brakowało mi taty.Mieszkałem z mamą i młodszą siostrą w małej miejscowości.Trudno jest tu znaleźć dobrą pracę.Tata pochodził ze śląska i tam po liceum skończył jakąś dwuletnią szkołe górniczą ,czy coś takiego.Pracował na śląsku a do nas przyjeżdżał w weekendy.Tak było od zawsze.Psychoterapia w jakimś tam stopniu pozwoliła mi wyrzucić z siebie gniew.Najpierw ten gniew kierowałem przeciw niemu.Stwierdziłem na terapii wtedy,że pewnie miał nas w dupie i tylko pieniądze się dla niego liczyły.Chociaż tak naprawdę jakichś specjalnych luksusów w domu nie było.Ot ,przeciętnie.Stary kilkunastoletni samochód , dom ,ogród,jakieś ubrania często kupowaliśmy na rynku.Gdzieś tam na kolejnej terapii stwierdziłem,że pewnie jestem zły na to wszystko,bo pieniądze rządzą światem.No i w tej Polsce jest tak do dupy,że żeby zapewnić rodzinie byt tata musiał pracować na tym śląsku.No ok. Prawdę mówiąc cały czas mam nerwicę.Ja w jakiś sposób gdzieś tam chyba wiążę to ze swoją matką.Nie wiem dlaczego.Owszem,przez jakiś czas byłem wściekły na to,że pozwoliła tacie na to,żeby pracował gdzie indziej i że w jakiś sposób nie zmusiła go do powrotu.No ale to nie to.Wyrzucanie złości na to nic mi nie pomogło.Naprawdę już nie wiem.Moi rodzice naprawdę mnie kochali.Widzę to teraz.Od dłuższego czasu przez tą nerwicę siedzę w domu,nie pracuję.Mimo to oni mnie wspierają.Czasem słyszę od nich ,że dla nich największym szczęściem byłoby gdybym ja był szczęśliwy.Nie krzyczeli na mnie jakoś specjalnie,po tyłku dostałem od taty pasem może kilka razy w życiu.Mama nigdy nie była jakaś zaborcza ani nadopiekuńcza.Zbyt surowa chyba też nie.Nikt nie zmuszał mnie do nauki itd.Mimo wszystko od małego byłem jakiś dziwny.Mało wychodziłem do innych dzieci.Najbardziej lubiłem siedzieć sam i z książką.Uczyłem się bardzo dobrze,ale było w tym coś dziwnego.Odczuwałem paniczny lęk przed tym,że czegoś nie będę umiał.Dlatego uczyłem się bardzo dużo.Praktycznie bez przerwy.Nie miałem już czasu na zabawę.Nie wiem skąd się to wszystko wzięło.Kiedy zapomniałem w podstawówce np .zeszytu potrafiłem się rozryczeć.Coś tam w środku mnie krzyczało tak jakby,,mamo błagam! Nie zostawiaj mnie!''.To było bardzo dziwne.Zawsze mogłem zwrócić się do niej o pomoc a tu takie coś we mnie.Naprawdę nie wiem skąd to.Nie wiem.Jest mi tak przykro.Myślę,że oni zrobili wszystko co mogli,żebym był szczęśliwy.No a tu takie coś.Nigdy mi nie wypominali,że w jakiś sposób się dla nas poświęcają.Moja siostra nigdy nie miała żadnych problemów ze sobą.Ja praktycznie od zawsze.Te lęki szkolne przybierały na sile. Na dodatek potem pojawił się ciężki trądzik.Trwał jakieś 10 lat,do tego łojotokowe zapalenie skóry.Myślę,że w ten sposób coś próbowało ze mnie wyleźć.Jakaś złość której już nie rozumiem.Przez jakiś czas miałem zresztą obsesję na punkcie swojej twarzy.Pryszcze obwiniałem o swoje lęki.Potem już poszedłem na te wszystkie terapie i zacząłem grzebać gdzieś tam w rodzinie i szukać przyczyny.Tyle,że po tylu latach dalej jej nie rozumiem.Jest we mnie coś dziwnego.Tak jakby potrzeba symbiozy z matką,potrzeba żeby się mną ktoś opiekował.Nie wiem skąd to się bierze.Tak jak już wspominałem moja mama zajmowała się mną i siostrą dość dobrze.Tak myślę.Nie wymagała cudów ani też nie wchodziła nigdy z butami w nasze życie.Nie zwierzała mi się ze swoich problemów.Nie wiem naprawdę już nie wiem.Prześledziłem już chyba wszystkie zdarzenia w swoim życiu ale nie widzę prawdziwej przyczyny moich problemów.
  10. Witajcie! Czy w ogóle na terenie Katowic można się gdzieś dostać na terapię indywidualną nerwicy refundowaną z NFZ?
  11. Mi się wydaje,że jakieś wewnętrzne konflikty to są związane właśnie z dzieciństwem.Myślę,że żeby powstała nerwica to musi to być jakiś nieuświadomiony problem a dorosły człowiek podejmuje przecież świadome decyzje na temat tego np. w jakiej firmie będzie pracował itp.,albo jakie ma hobby.Ja jestem zdania ,że wszystko się sprowadza jednak do analizy dzieciństwa.
  12. Witajcie! Ciekawi mnie schemat postępowania w przypadku psychoterapii nerwic,jeśli jakiś jest.Do rzeczy.W początkowym okresie psychoterapii zalecano mi dojście do swojego wewnętrznego dziecka.W zasadzie cała terapia toczyła się wokół dzieciństwa.Sądziłem,że cała terapia polega na dojściu do tych uczuć i ich wyrzuceniu z siebie.Trzeba tu dodać,że sposób myślenia dziecka różni się od sposobu myślenia dorosłego.W moim przypadku chodzi tylko( albo aż) o to ,że tata był tylko w weekend ,bo pracował w innym mieście.Do tej pory na terapii pracowałem nad poczuciem gniewu do moich rodziców,że nie zamieszkali razem.Zajęło mi to bardzo czasu.Ostatecznie uznałem,że jakby bardzo chcieli to by zamieszkali i tyle.Teraz znowu psychoterapeuta chce ,żebym spojrzał na tą sytuację oczami dorosłego.Dorosły człowiek wie ,że nie zawsze wszystko jest możliwe i czasem trzeba wybierać itp.No to ja już nie wiem,naprawdę nie wiem.Teraz się czuję jakbym walczył sam ze sobą-moje dziecięce rozumowanie i emocje-kontra rozumowanie dorosłego człowieka.Ja naprawdę nie wiem na czym ma polegać terapia nerwicy.
  13. regent

    nerwica-symbioza.

    Ja gdzieś głęboko w środku czuje się odrzucony przez obu moich rodziców.W przypadku ojca to łatwo określić-czuje się odrzucony bo go przy mnie nie było.W przypadku matki sam nie wiem dlaczego tak jest.Nikt na mnie nie krzyczał,nie bił,nie poniżał.Mama nie była też jakaś nadopiekuńcza.Ja już naprawdę nie wiem dlaczego się tak czuję.Przeanalizowałem życie wzdłuż i wszerz,chyba już każdy aspekt i nic.Nie było żadnej patologii.Pamiętam jak w dzieciństwie fantazjowałem ,że przyjdzie jakaś tam bohaterka z kreskówki i mnie weźmie z tego domu i będę wtedy szczęśliwy.Ogólnie fantazjowałem na temat tego,że się mną ktoś zaopiekuje.Mam też młodszą siostrę( 4 lata młodsza) i ona nie ma żadnych objawów.Pamiętam jak często musiałem jej ustępować w wielu sprawach.Mama mówiła,że Ty przecież jesteś starszy i bądź mądrzejszy.Tyle,że ja tą złość przeżyłem i jestem jej świadomy.Problemem jest coś co pozostaje poza moją świadomością.W domu była też babka.Mieszkała z nami bo dziadek zmarł ,a ona dostała wylewu jakiegoś tam.Po jednej stronie była sparaliżowana.Mama musiała robić jej obiady,zakupy itd.Ona chyba nie potrafiła się nawet sama ubrać.Tak więc w sumie wszystko było na głowie mamy-musiała się zająć mną,siostrą i babką.Na dodatek jak coś się spieprzyło ( jakaś usterka techniczna itp.) to ona tez musiała się tym zajmować.Musiała palić w piecu,odśnieżać zimą,kosić trawę latem.No wszystko co tylko było do zrobienia.Bardzo troskliwie zajmowała się mną i siostrą.Mieliśmy zapewnione wszystko czego potrzebujemy-pomagała nam jeśli się do niej zwróciliśmy,ale nie wpieprzała się nam w życie.Nie pamiętam ,żeby jakoś narzekała.Może starała się niczego nie okazywać.Moi rodzice za to bardzo źle odnosili się do tej sparaliżowanej babki.Ja w sumie też jej nie znosiłem.Ona była jakaś dziwna.Po tym wylewie zaczęła brać psychotropy.Rodzice często na nią wyzywali,żeby ćwiczyła.Miała jakieś tam przyrządy do ćwiczeń tyle,że jej nie bardzo się chciało.Rodzice byli na nią bardzo źli a ona ciągle płakała.Miałem jej dosyć bo wydawało mi się,że ona wszystko pieprzy.Na dodatek jak nie było nikogo w domu to ona mnie zawsze wołała,żebym jej w czymś pomógł i nie mówił o tym rodzicom.Ja i tak zawsze mówiłem.Nawet nie wiem jakim cudem,ale zdarzało się jej spaść z kibla czasem i musiałem ją podnosić.Raz czy dwa dzwoniłem też po karetkę do niej.Tyle,że to były takie incydenty raczej.Miałem już wtedy kilkanaście lat chyba jak babka z nami zamieszkała.Ogólnie całe życie czułem się nieszczęśliwy.Było bardzo mało momentów ,które dobrze wspominam.Najpiękniejszy czas to chyba ten ,kiedy pierwszy raz sam zacząłem brać leki psychotropowe- sulpiryd i coś tam jeszcze.Wtedy czułem ,że jestem wolny i byłem naprawdę szczęśliwy.Opuściłem się trochę z nauką,ale za to pierwszy raz w życiu się zakochałem.Zacząłem chodzić do knajp,grać na gitarze,spotykać ze znajomymi.Było mi wtedy tak dobrze.Potem działanie leków zaczęło słabnąć i w końcu w ogóle przestały działać.Swoją drogą to tak się zastanawiam jak normalni ludzie budują związki.No bo ja do tej pory zwracałem uwagę na takie jakieś zagubione dziewczyny.Myślałem,że jak będę im pomagał to one się we mnie zakochają i wtedy ja też będę mógł liczyć na ich pomoc,jak będzie mi źle.Takim schematem żyłem.To chyba w rzeczywistości tak nie wygląda.W sumie to nie wiem.Zdaje mi się,że facet w związku nie może okazywać żadnych słabości,a już katastrofa gdyby się np. popłakał.Nie pamiętam kiedy w ogóle ostatnio płakałem.
  14. regent

    nerwica-symbioza.

    Witajcie! No właśnie nie wiem ,czy byłem jej powiernikiem.Czasem myślę,że to wszystko mi się tylko wydaje.Przez długi czas miałem wrażenie,że to niby ja się nią opiekuję.Tylko,że jak spojrzę na to realnie to w sumie nic takiego nie robiłem.Ona jakoś przy mnie starała się nie płakać,ani nie opowiadać o swoich problemach.Ja miałem za zadanie tylko się uczyć.Nie musiałem opiekować się młodszą siostrą,nie musiałem robić obiadów itd. W każdej książce na temat psychologii piszą właśnie,że jak żona jest bez męża to próbuje w tą rolę wrobić własnego syna.Mi się wydaje,że to trochę naciągana historia. Czy byłem jakoś szantażowany? chyba nie,jakoś tego nie czuję.Jedyne na co mógłbym się złościć to to ,że ona ukrywała przede mną prawdę.Pewnie w ten sposób chciała dla mnie dobrze.Chciała,żebym myślał,że tata nas kocha i w ogóle.Dzisiaj jak spojrzę na nich jak mieszkają razem to widzę wszystko całkiem inaczej niż kiedyś.Ja widzę,że oni się naprawdę kochają i są ze sobą szczęśliwi.Kiedyś to chyba nie byli,tak mi się wydaje.Czasem mam takie fantazje,że ona powinna jakoś zmusić tatę,żeby był wtedy z nami.Nie wiem-jakoś zaszantażować go cokolwiek.Bo oni to się chyba z tym wszystkim pogodzili i tkwili w tym bólu zamiast coś z tym zrobić.Nie zachowywali się jak dorośli ludzie i nie szukali jakiegoś rozwiązania,żeby razem zamieszkać.Matka mi całe życie wmawiała ,że to było po prostu niemożliwe żebyśmy mieszkali z tatą bo nie było tam miejsca.Mi się wydaje jednak,że gdyby bardzo chcieli to by razem zamieszkali gdzieś.Znaleźliby jakiś sposób.Pamiętam,ze jak byłem mały to ja jej mówiłem,że tęsknię za tatą.Ona na to odpowiadała,że ona też ale tak już musi być i tyle.Wiecie ja nie czuję się jakoś wykorzystany emocjonalnie tak jak piszą wszędzie w tych swoich książkach
  15. Witajcie! Od 10 lat jestem chory na nerwicę.To niesamowite ile człowiek jest w stanie znieść.Chodziłem na terapię grupową,indywidualną ,brałem leki i nic.Były tylko jakieś tam okresy powiedzmy miesięczne ,że miałem spokój z objawami.Moja objawy są somatyczne,czuję jakiś kamień w brzuchu.Nie potrafią go wyrzucić.Wiem,że to złość na coś.Tylko nie wiem do końca na co.Do rzeczy.Mojego tatę widywałem tylko w weekendy.Taki weekendowy tatuś,żeby pograć w piłkę czy coś.Nigdy go nie było gdy był jakiś problem.Wiem o tym,że jestem na niego za to zły.Ja mieszkałem z mamą i siostrą w małym miasteczku.Mój tata pracował na śląsku w kopalni.Moja mama wydaje mi się w sumie normalna-chyba nie jest jakaś nadopiekuńcza.Nigdy nie dobierała mi kolegów wg własnego uznania,cieszyła się kiedy znalazłem dziewczynę itp.Nie mogę więc o niej powiedzieć,że jest zaborcza.Terapeuta stwierdził,że moje objawy wynikają z tego ,że jestem z nią w symbiozie.Prawdę mówiąc nie jestem do tego przekonany.Gdybym był w symbiozie to ona próbowałaby mnie zawłaszczyć na własność.Ta zlość jest w jakiś sposób związana z mamą,ale nie wiem dlaczego.Ja pamiętam nie raz sytuację,kiedy wyrzucałem tacie,że jego przy nas nie ma i go nie obchodzimy.Wtedy mama interweniowała i mówiła,że mam go przeprosić bo on dla nas ciężko pracuje i się poświęca.Czułem się wtedy strasznie dziwnie,bo nie wiedziałem co jest grane.Z jednej strony chciałem ,żeby mnie poparła przeciwko niemu a z drugiej bałem się,że jak mnie poprze to będę uzależniony od niej.Spychałem złość w podświadomość.Dalej nie wiem jak matka powinna wtedy postąpić.Nienawidziłem mojego taty ,bo go nie było.Zawsze gdy miałem jakiś problem szedłem z tym do mamy i ona mi pomagała.Zastanawiam się do czego jest ojciec w rodzinie,bo wiem ,ze powinien być.Tylko jaką rolę powinien pełnić? Czy gdybym przyszedł do niego z jakimś problemem to on powinien kazać mi go rozwiązać sam czy powinien mi pomóc? Może gdyby mi pomagał to nie chodził bym z tym wszystkim do matki.Gdzieś podświadomie czuję do niej złość,to niszczy mi życie.Bardzo chcę być dorosłym,chcę być niezależnym,założyć rodzinę.Tylko te objawy mi nie pozwalają.Mój psychoterapeuta był dość dziwny.Nie rozumiem jego zachowania.Na początku starał się ze mną zgłębić tajemnice problemu,a potem kazał mi to wszystko zostawić i zająć się swoim życiem? Czemu to ma służyć? Wydaje mi się,że nerwica powstaje przez to,że człowiek tłumi jakieś emocje i musi się dowiedzieć o co chodzi i wyrzucić tą złość.Wtedy staje się zdrowy.Pamiętam jak jeszcze jakiś czas temu ,gdy bardzo źle się czułem(głównie przez nerwicę) to zadzwoniłem do niej i ona do mnie przyjechała.Nie mogłem już wtedy wytrzymać,myślałem ,że się zabiję.Ona przyjechała i jak ręką odjął.Nie mam pojęcia na czym to polega.Po prostu w parę godzin byłem znów zdrów jak ryba.Mimo,że specjalnie nic nie robiła po prostu była przy mnie i nic więcej.Miałem wtedy jakieś egzaminy na uczelni i spokojnie na nie poszedłem,bo wiedziałem,ze ona jest w domu.Ja już nie wiem co ja mam o tym myśleć.Już nie wiem w końcu czy jestem od niej uzależniony czy nie.Gdybym był uzależniony to myślę że pewnie chciałbym nawet ,żeby poszła ze mną na tą uczelnię.Tego nie chciałem,więc nie wiem o co chodzi.Tak jak napisałem problemy z nerwicą mam już od jakichś 10 lat.Natomiast problemy z emocjami to chyba od zawsze odkąd pamiętam.Moi rodzice od małego mieszkali osobno.Mówią,że bardzo się kochają.Dzisiaj ojciec już na emeryturze i mieszkają razem.Widzę,że są szczęśliwi.Ja jednak czasem się wkurzam dlaczego dopiero teraz? Dopiero teraz ,kiedy muszę być już dorosłym i nic nie będę miał z tej rodziny.Bardzo chciałbym być w normalnej rodzinie.Czasem wydaje mi się,że byłem przez matkę wykorzystywanym.Tylko nie wiem na czym by to wykorzystywanie polegało.Miałem takie lęki ,że jak wejdę w związek z jakąś dziewczyną to będę musiał się nią opiekować i pocieszać kiedy jej będzie smutno,bo inaczej mnie opuści.Wydaje mi się,że facet powinien opiekować się dziewczyną.W jakiś sposób bardzo się tego boję.Wydaje mi się ,ze w takim związku nie będzie miejsca na mnie i na moje uczucia.No bo facet powinien być twardy i wszystko będzie podporządkowane dziewczynie.Fakt faktem widziałem nie raz jak mama płacze i ją pocieszałem,ale nikt mnie do tego nie zmuszał.Płakała bo taty nie było i ona sama musiała sobie ze wszystkim radzić.Nie przychodziła jakoś specjalnie do mnie,żebym ją pocieszał.Raczej starała się to ukrywać,więc chyba mnie nie wykorzystywała.Ja tego wszystkiego nie rozumiem.Czasem kiedy miałem jakiś problem poważny to po prostu biegłem do niej ze łzami w oczach i błaganiem ,żeby mnie nie zostawiała i mi pomogła.Ohhh! To wszystko jest dla mnie bardzo skomplikowane.Nie odsyłajcie mnie do terapeuty-bo już tam siedziałem chyba ze 2 lata i nie bardzo mi to pomogło.Chciałbym poznać waszą opinię.Czy moja mama w jakiś sposób mnie emocjonalnie wykorzystywała? Jeśli tak to dlaczego? Po prostu potrzebuję opinii innych osób.Oni na mnie ani nie krzyczeli,ani mnie nie bili.Nie byli też uzależnieni.Na pierwszy rzut oka niby normalna rodzina.Tyle,że ojciec tylko w weekendy. -- 24 maja 2014, 10:17 -- No to może inaczej -prościej.Czy,żeby dziecko zostało skrzywdzone przez matkę matka musi być nadopiekuńcza czy wystarczy tylko tyle,że ona jest jedyną osobą do której można się zwrócić z problemem? Jedyną osobą na którą można liczyć? Ja emocjonalne gdzieś w środku jestem ciągle dzieckiem,no może byłem.Zawsze starałem się bardzo dobrze uczyć,bo gdy tylko coś mi nie wychodziło to czułem w środku głęboką chęć do płaczu.Sorry,ale to chyba nie jest normalne ,że facet dwudziestoparoletni popłacze się,że nie zdał jakiegoś kolokwium czy coś.To jest nawet śmieszne.Tak jak napisałem moja matka nie była nadopiekuńcza.W miarę możliwości kazała mi radzić sobie sama z problemami.Nie wiem więc dlaczego zatrzymałem się emocjonalnie w rozwoju.Czy jest w ogóle tutaj ktoś kto też miał jakiś problem z przedłużającą się symbiozą?
×