Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Michal77

Oziębłość emocjonalna

Rekomendowane odpowiedzi

Witam. Nie jestem pewny, czy w odpowiednim dziale umieściłem ten temat, jednak wydało mi się, iż tutaj będzie on pasował najlepiej. Nie wiem, czy uda mi się odpowiednio nakreślić mój problem, jakby coś zostało niedomówione, to proszę o wypomnienie tego, to postaram się to rozszerzyć najlepiej jak mogę. Generalnie mam problem z uczuciami. Mianowicie nie mam wrażenie, że nie potrafię kochać, ani wytwarzać żadnych bliższych relacji z ludźmi. Jeszcze rok temu było inaczej, pomagałem ludziom, potrafiłem czuć. Potem przyszła depresja, nieudane dwa związki, frustracja na tym tle i chyba to doprowadziło ostatecznie do tego, iż myślę jedynie o sobie, problemy innych nie są dla mnie ważne i tylko zastanawiam się, jak zaspokoić siebie. Z nadwrażliwego, słabego człowieka biorącego wszystko do siebie stałem się nie robiącym sobie nic z niczego swego rodzaju skalnym golemem. Z jednej strony to dobrze, bo zamiast się użalać nad sobą po prostu rozwiązuję problemy od ręki, tylko z tym mam problem i piszę tutaj, bo kompletnie nie wiem, jak go ugryźć. Najprawdopodobniej pójdę do psychiatry, lecz nie wiem kiedy, gdyż póki co nie mam pieniędzy, a z publicznym próbowałem i nic z tego nie wyszło, tylko prawie się rzuciłem na niego kilka razy. Nie wiem czemu, ale odczuwam dziwną satysfakcję patrząc na ludzkie cierpienie. Cieszy mnie to, gdy widzę, że ktoś inny cierpi, a nie ja. Jak opisałem w innym temacie, do którego link wkleję na dole posta, byłem wtedy pierdołą która nie potrafi sobie poradzić z najdrobniejszym problemem, dlatego zostawiła mnie pierwsza i jedyna osoba, na której mi zależało. Potem po okresie bycia jeszcze większą pierdołą niż byłem coś się odwróciło. Stałem się zimny, cyniczny, nie potrafię wykazywać głębszych uczuć. W związku następnym zależało mi głównie na seksualności, jednak zakończyłem go dlatego, że miałem okropne wahania uczuć. Najpierw wydawało mi się, że coś jednak jest, a potem, że nic. Pewnie po prostu nie było chemii, ale boję się, że chodzi o coś głębszego. Czasami mam jeszcze ludzkie odruchy, przykro mi się robi na wieść o mordzie na dzieciach i tak dalej, chociaż staram się to od razu hamować, bo to tylko stara czasu. Nic w ten sposób nie zyskam ani im nie pomogę, tylko będę się dołował. Pomagam cały czas mojej byłej, jednak robię to tak od niechcenia, równie dobrze mógłbym tego nie robić, nie zależy mi na niej. Ale pomagam, bo czemu nie. Tyle na razie mi wyszło, jak coś będzie trzeba dopisać, to proszę o informację. Dziękuję z góry za pomoc :)

 

mi-o-w-borderline-i-innych-z-o-t26097-252.html Co do bordera... nie wiem nadal, czy go mam, czy nie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Hej,

Sporo przeszedłeś: depresja, rozpad dwóch związków - to nic dziwnego, że zmieniła Ci się wrażliwość. Wydaje mi się, że to tak jak z lekarzami - na początku przejmują się cierpieniem każdego pacjenta, a potem łapią znieczulicę, bo ciągle się z nim stykają. Tylko że u lekarzy to jest do pewnego stopnia konieczne, żeby mogli dobrze pracować, a Tobie jeszcze przydadzą się głębsze uczucia, zaangażowanie, empatia. Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika, że jeżeli ktoś miał jakąś wrażliwość, to ona wciąż w nim potencjalnie jest - co się zepsuło, to można odkręcić. To pewnie sprawa na terapię, tak na chłopski rozum, jeśli zepsuło się od x, to naprawi się od przeciwnego do x - trzeba pewnie poszukać przyczyn i też szukać w życiu czy w sobie bodźców, inspiracji do dobrych uczuć.

 

Wydaje mi się, że we wrażliwości też chodzi o to, żeby ją mieć, ale nie na swoim punkcie. Jeśli przejmowałeś się bardzo sobą - to byłeś jak to napisałeś "nadwrażliwy" i "słaby" - musiałeś bronić się przed uczuciem zranienia uciekając w cynizm i stępiając wrażliwość. Im bardziej ktoś chce być głaskany, tym łatwiej go zranić. Im bardziej oczekuje od wszystkich, że będą potwierdzali jego wartość, tym bardziej wszyscy go mogą dołować. Zdrowa wrażliwość według mnie to wyczulenie na innych (choć też nie do stanu, który nas niszczy), z dystansem do siebie. Wtedy nie trzeba się tak bardzo chronić w pancerz i bać zranienia. Choć całkiem się nie da przed nim ochronić, np. zawód w miłości zawsze boli, takie życie. :/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po prostu boję się, że nie jestem i nie będę w stanie nikogo pokochać, zawsze będzie dla mnie ważny tylko mój interes w tym i nie będę mógł zrobić niczego bezinteresownie. Nie jestem pewny, teraz pomagam wielu ludziom, ale tylko wtedy, jeśli nic mnie to nie kosztuje. Nie zwracam uwagi na cierpienie bliskich, wręcz się z niego cieszę. Możliwe, że do tego dołączyły się bardzo liczne niepowodzenia związane z moimi planami. No nic, mam nadzieję, że jakoś się uda... zależy mi na tym.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×