Skocz do zawartości
Nerwica.com

[proza] Ulubione opowiadania


Gość Sabaidee

Rekomendowane odpowiedzi

Bohumil Hrabal - Syrena

 

Wybiegłem ze szkoły wprost na wybrzeże, gdzie w niewielkiej przystani stały barki z piaskiem, łodzie, z których piaskarz wywoził na taczkach piasek po wybiegającej z brzucha barki desce. Piaskarze byli zawsze opaleni od pasa w górę, nie tak jak opalają się nagusy na basenie, ale jakoś inaczej — przy pracy. Byli opaleni niczym jakaś reklama kremu do opalania. Jeden z tych piaskarzy oczarował mnie już dawno. Na piersiach i ramionach miał wytatuowane syreny, kotwice, statki żaglowe. Jeden z tych wytatuowanych żaglowców tak bardzo mi się spodobał, że i ja także chciałem mieć taki sam wytatuowany na piersiach. Już teraz czułem, jak ten stateczek rozwija żagle na moich piersiach.

 

Dzisiaj zdobyłem się na odwagę i zagadnąłem:

 

— Taki żaglowiec, jaki pan tu ma, nie da się zmyć, ma się go na całe życie, prawda?

 

Piaskarz usiadł na desce, wyciągnął papierosa, zapalił go i w miarę jak wdychał i wypuszczał dym, żaglowiec unosił się i opadał, tak jakby płynął po morskich falach.

 

— Podoba ci się? — spytał.

 

— Jeszcze jak! — powiedziałem.

 

— I chciałbyś mieć taki?

 

— Jeszcze jak! — powiedziałem. — Ale ile taki okręcik może kosztować?

 

— Wytatuowali mi go w Hamburgu za flaszeczkę rumu — powiedział piaskarz wskazując na złoty napis na swojej marynarskiej czapce.

 

— To znaczy, że musiałbym jechać aż do Hamburga? — szepnąłem rozczarowany.

 

— Skądże znowu! — piaskarz roześmiał się. — Tę kotwicę i serce przebite strzałą wytatuował mi Lojzio, który przesiaduje o tam, w gospodzie „Pod Mostem”. Za podwójny kieliszek rumu.

 

— A mnie by też wytatuował? — podniosłem na niego oczy.

 

— Za dwa podwójne kieliszki — poprawił się piaskarz kończąc palić papierosa i od tego dymu papierosowego jakby przybyło mu sił.

 

— A więc to palenie tak panu smakuje? — spytałem.

 

— Lepszy jeden papieros niż dobry obiad — odparł i obu rękami ujął mocno deskę, która prowadziła z brzucha barki na pryzmę piachu na brzegu, wyrzucił nogi w powietrze i wolno zrobił stójkę, dopóki nie wyprostował się nogami w górę, tak jak odbijająca się w rzece wieża dekanalnego kościoła, i te jego wytatuowane okręciki obróciły się do góry dnem. Widziałem zaczerwienione oczy piaskarza, które podbiegły mu krwią, a potem złamał się nagle w pasie i postawił bose nogi na desce, obracając z powrotem stateczki masztami w górę: jego okręciki mogły znów rozpocząć podróż do Hamburga.

 

— Dziękuję! — zawołałem.

 

I pobiegłem wzdłuż przystani, na plecach łomotały mi w tornistrze piórniki, zeszyty i książki; zmierzałem w stronę mostu, a tam dwukonny zaprzęg próbował wciągnąć pod górkę pełen wóz piasku, konie szarpały, spod podków tryskały snopy iskier, ale wóz pełen mokrego piasku był tak ciężki, że woźnica na próżno stał przed nimi i groził im batem, a potem szarpał lejcami; konie zgłupiały, nie próbowały już ciągnąć razem, ale jeden po drugim, a to już koniec. Woźnica smagał konie po nogach, potem odwróciwszy biczysko bił je po nozdrzach, ludzie opierali się o poręcz i patrzyli na to z całkowitą obojętnością.

 

Poczerwieniałem na ten haniebny widok, bo koń to dla mnie święte zwierzę, oczy zaszły mi krwią, zacząłem chwytać garście piasku i rzucać nimi w woźnicę, oczy miał pełne piasku i groził mi batem, a ja jak szalony rzucałem i rzucałem garście piasku, woźnica podbiegł do mnie i groził, że zbije mnie batem, ale ja stałem już przy balustradzie mostu i krzyczałem na niego:

 

— Ty, ty okrutny człowieku, umrzesz za to na jakąś brzydką chorobę!

 

I pobiegłem po moście tam, na drugą stronę, w połowie mostu zatrzymałem się, oparłem się o balustradę, oddychałem ciężko, czekając, żeby krew powróciła tam, gdzie była poprzednio, aż w końcu uspokoiłem się. I zawróciłem tam, gdzie most przechodzi w ulicę Mostową, skręciłem w dół, do tureckiej wieży i do młyna, a potem przez furtę obok sądów przeszedłem w blasku popołudniowego słońca przez kościelny placyk, by wejść do kościoła.

 

W świątyni nie było nikogo, panował tu przyjemny chłód, przez chwilę rozglądałem się i z całego kościelnego wnętrza widziałem tylko dwie skarbonki koło klęczników. I znów serce zaczęło mi mocniej bić w piersiach. Aby się uspokoić, ukląkłem na klęczniku pod figurą świętego Antoniego i udawałem, że się modlę. Z pochyloną głową szeptałem:

 

— Chcę mieć wytatuowany na piersi okręcik, za dwa kieliszki, potrzebne mi są pieniądze, wypożyczę je sobie ze skarbonki, słowo honoru, że te pieniądze odniosę z powrotem!

 

Podniosłem wzrok i wpatrywałem się w oczy świętego Antoniego, który uśmiechał się do mnie, trzymał w ręku białą lilię i nic nie miał przeciwko temu, uśmiechał się tylko. A ja oblałem się rumieńcem, rozejrzałem się, a potem odwróciłem skarbonkę i potrząsałem nią tak długo, dopóki nie wypadła pełna garść monet. Wsunąłem je do kieszeni, po czym ukląkłem znowu i ukryłem twarz w dłoniach, aby się uspokoić. Słyszałem, jak w pajęczynie w oknie szeleści poruszany powiewem wiatru uschły liść, z zewnątrz dobiegał odgłos kroków i oddalający się turkot wozów. Zastanawiałem się, czy nie powinienem raczej pożyczyć od księdza dziekana, ale wiedziałem, że by mi to wyperswadował, ponieważ chodziłem do kościoła dzwonić, byłem czymś w rodzaju zastępcy kościelnego, ministranta. A zresztą pieniądze i tak do skarbonki wrzucę z powrotem, więc po co się martwić? Wstałem i podniósłszy palec, przysiągłem:

 

— Daję słowo honoru, że pieniądze zwrócę, i to z procentami!

 

I zacząłem się z wolna wycofywać, święty Antoni wciąż uśmiechał się łaskawie, i wybiegłem z kościoła na słońce, które rozpuszczało ściany i dachy domów, tak że w pierwszej chwili nic nie widziałem. A kiedy łzy wypłynęły mi z oczu, zdrętwiałem z przerażenia. Naprzeciw mnie szedł tęgi posterunkowy, komendant policji we własnej osobie, pan Fidermuc, szedł prosto na mnie, zatrzymał się, jego cień mnie przesłonił, serce znów zaczęło mi bić w piersi jak oszalałe, tak że opuściłem oczy, widziałem, jak czarna kokarda na mojej marynarskiej bluzie porusza się w rytm serca, wyciągnąłem ręce krzyżując je w przegubach. Komendant policji stał tuż przy mnie, szukał czegoś po kieszeniach, a ja doskonale wiedziałem, że szuka stalowych kajdanków. Nie znalazłszy ich w kieszeniach granatowej kurtki, wsunął ręce do kieszeni spodni. Teraz je znalazł, ale z satysfakcją wyjął porte-cigares, długo wybierał cygaro, po czym ugniótłszy je w palcach, zapalił ze smakiem i przeszedł, otarłszy się niemal o mnie tym swoim wielopudowym brzuchem.

 

Uniosłem powieki, przez chwilę spoglądałem na swoje skrzyżowane ręce, po czym z uczuciem ulgi pobiegłem z powrotem na most. Tornister z piórnikami, książkami i zeszytami podrygiwał mi na plecach, a ja przytrzymywałem kciukami jego paski; przebiegłem most, a potem moje nogi przemierzyły pospiesznie schody prowadzące w dół, ku rzece. Tutaj, gdzie kończył się łuk mostu, zawsze panowała cisza, nikt tu z własnej woli nie chodził, a jeśli już, to tylko po to, aby załatwić mniejszą lub większą potrzebę. Tu właśnie miałem swój schowek za ruchomym kamieniem, gdzie ukryłem atrament i pióra. Ilekroć nie odrobiłem zadania domowego, a pan kierownik mnie wywoływał, mówiłem, że zapomniałem zeszytu w domu. Wobec tego pan nauczyciel posyłał mnie do domu po to zadanie, ja zaś, aby zaoszczędzić czasu, kupowałem w sklepie papierniczym zeszyt i tutaj pod mostem — a było tu cicho i sucho — pisałem na kolanach wypracowanie. Tutaj też siadłem teraz i przeliczyłem posiadane pieniądze. Miałem dość nie na dwa, ale na sześć kieliszków rumu...

 

W gospodzie „Pod Mostem” było wesoło.

 

— Cóż to za marynarzyk przyszedł tu do nas? — wykrzyknął pan Lojzio.

 

A ja stałem przed nim w marynarskiej bluzie i okrągłej marynarskiej czapce z czarną wstążką, która w tyle rozdwajała się jak ogon jaskółki, nad czołem lśniła złota kotwica, a pod nią złoty napis „Hamburg”, pan Lojzio zdjął mi czapkę i włożył na swoją głowę, i zaczął się wygłupiać, piaskarze śmiali się, a ja uśmiechałem się i czułem się szczęśliwy, pan Lojzio krążył po gospodzie, salutował i robił takie miny, że śmiałem się tak samo jak pozostali goście.

 

Pomyślałem sobie, że jak będę duży, to też będę siedział w gospodzie „Pod Mostem” i że będę uważał za wielki zaszczyt popijanie z tak sympatycznymi panami, co to pracują na wodzie. Panu Lojziowi brakowało przednich zębów i potrafił tak zręcznie wywinąć dolną wargę nad górną, że dolną wargą oblizywał sobie czubek nosa.

 

Pan Lojzio chodził więc w mojej okrągłej marynarskiej czapce, stół piaskarzy pod oknem bił mu brawo, a gospodarz roznosił kufle piwa.

 

Zamówiłem dwa podwójne rumy.

 

— Panie Lojziu — powiedziałem. — Ja panu stawiam.

 

— Hohoho, a skądżeś wziął forsę?

 

— Pożyczyłem — ja na to. — Od samego Pana Boga.

 

— Oho! Rozmawiałeś z nim?

 

— Nie, nie było go w domu. Pożyczył mi taki jeden z jego świty. Święty Antoni. Pożyczył mi tę forsę, aby mi pan wytatuował na piersi piękny okręcik. Taki sam, jak ma na piersiach piaskarz, o ten tam, pan Korecki.

 

Pan Lojzio roześmiał się.

 

— Ha, ha — powiedział — jeśli samo niebo maczało w tym palce, to zrobimy okręcik. Ale kiedy?

 

— Natychmiast teraz — ja na to. — Dlatego tu jestem.

 

— Ależ synku, nie mam przy sobie igły.

 

— To niech pan po nią skoczy — powiedziałem.

 

— Psiakrew — wykrzyknął pan Lojzio. — Ten malec potrafi częstować kaszanką po szynce. — I wypił jednym haustem kieliszek rumu, po czym między kolanami gości przecisnął się od okna do drzwi, skąd dał mi ręką znać, że idzie nie tylko po igłę, ale i po tusz do tatuowania.

 

Piaskarze posadzili mnie między siebie, gospodarz przyniósł mi wodę sodową z sokiem malinowym.

 

— A ileż to wasz ksiądz dziekan ma kucharek, dwie czy trzy? — spytał mnie piaskarz pan Korecki.

 

— Dwie — ja na to — ale obie bardzo młodziutkie.

 

— Młodziutkie? — zawołali chórem piaskarze.

 

— Młodziutkie — potwierdziłem. — Jak ksiądz dziekan jest w dobrym humorze, panowie, to sadza jedną z kucharek na krześle, schyla się, wsuwa dłoń pod siedzenie, zupełnie tak samo jak pan gospodarz, kiedy niesie tacę pełną kufli z piwem, i nagle — hej rup! — podnosi piękną kuchareczkę aż pod sufit, spódniczka kuchareczki wichrzy mu włosy, a on nosi ją na krześle po kuchni.

 

— Ohoho! — wykrzyknęli piaskarze. — Spódniczka wichrzy mu włosy!

 

— Wygląda to jak aureola — ciągnąłem. — Nasz ksiądz dziekan, panowie, jest silny jak szwajcarski byk. Miał pięcioro rodzeństwa, a jego tatuś był tak silny, że dzieci kładły mu na czole orzech, tatuś podnosił palec i łup go! Palcem łuskał orzechy lepiej niż dziadkiem do orzechów. Ale ksiądz dziekan będąc dzieckiem, a potem chłopakiem, okazał się najsłabszy spośród tych sześciorga dzieci, tak słaby, że nie nadawał się do pracy w lesie, więc rodzice zadali sobie pytanie: co z takim robić? I posłali go na studia, żeby się wyuczył na księdza. Na kolację podawano ogromną misę ziemniaków, cała rodzina siedziała przy stole z przygotowanymi łyżkami i naraz mamusia dawała znak łyżką, i osiem łyżek co do jednej sięgało do tej misy na wyścigi, tak szybko i tak długo, dopóki w misie był choćby jeden ziemniak. — Opowiadałem z powagą i sam sobie przytakiwałem. Piaskarze chcieli się śmiać, ale jakoś odeszła im ochota do śmiechu.

 

Tymczasem powrócił pan Lojzio, potrząsał w drzwiach buteleczką i igłą w otwartej walizeczce, takiej samej, jaką nosi konował, pan Salwet.

 

Niecierpliwie ściągnąłem bluzkę przez głowę, a pan Lojzio postawił otwartą walizeczkę na stole.

 

— No a teraz powiedz: jaki okręcik ci wytatuować? Barkę, korab, brygantynę, parowiec? — wypytywał pan Lojzio, ruchem ręki dając piaskarzom znak, aby postawili swoje kufle z piwem na drewnianym parapecie okna.

 

— To pan umie malować wszystkie okręty? — klasnąłem w dłonie.

 

— Możesz sobie wybrać — powiedział pan Lojzio i znów dał znak ręką: jeden z piaskarzy zdjął noszoną na nagim ciele kamizelkę kombinezonu i obrócił się do mnie plecami pokrytymi bez reszty najrozmaitszymi tatuażami: wizerunki syren sąsiadowały ze zwiniętymi linami, sercami, inicjałami i żaglowcami. Oczy wychodziły mi na wierzch na widok tych pięknych rysunków i żałowałem w duchu, że nie wziąłem z kościelnej skarbonki wszystkich pieniędzy, wszystkich monet, bo chciałem mieć wytatuowane to wszystko, co widziałem na plecach i piersiach piaskarza. Za wszelką cenę!

 

— A więc wybieraj! — powtórzył pan Lojzio.

 

Wskazałem malutką żaglówkę, pan Lojzio przykrył stół gazetą i położył mnie na wznak.

 

— A nie będzie to boleć? — uniosłem się.

 

Pan Lojzio przygniótł mnie na powrót do stołu, wpatrywałem się w sufit, a on powiedział, że odrobinę mnie tylko ukłuje.

 

— A więc mówisz chłopcze, że chcesz łódeczkę?

 

— Łódeczkę, taką samą, jaką Pan Jezus pływał ze swoimi uczniami po jeziorze Genezaret — powiedziałem patrząc w górę, słyszałem, jak krzesła się przesuwają, jak piaskarze pochylają się nade mną, czułem ich oddechy, tchnęli wonią wódki wprost w moją twarz, pan Lojzio igłą zanurzoną w zielonym tuszu wykłuwał mi na skórze kropeczki, usypiałem w pełni uszczęśliwiony. Piaskarze ogrzewali mnie ciepłymi oddechami, czułem się tak, jakbym leżał w żłobku i jakby nade mną pochylali się pasterze i wół, i osiołek, jakbym był Dzieciątkiem Jezus. I słyszałem głosy:

 

— Ho, ho, ależ ta łódź będzie miała wspaniałą rufę!

 

— Lojziu, zrób jej żagle jak się patrzy!

 

— Co tam żagle, wspaniałe burty, to najważniejsze!

 

— Ta łódź musi mieć nie byle jakie zanurzenie, porządny ster...

 

A ja leżałem na wznak na stole w gospodzie „Pod Mostem”, budziłem się i chciałem się podnieść, ale pan Lojzio łokciem przyciskał mnie łagodnie z powrotem do stołu. A kiedy usnąłem, pan Lojzio obudził mnie i zaczął pakować swoje przyrządy, swoje instrumenty do tatuowania.

 

— No, kawalerze, łódeczka gotowa, nikt ci już jej nie odbierze, nie zetrze, a jeśli, to tylko w Pradze, robi to pewien doktor, co naciąga aktorom skórę i usuwa zmarszczki i piegi, ale trzeba płacić pięćdziesiąt koron za centymetr kwadratowy...

 

Pan Lojzio opowiadał, a piaskarze śmiali się, rechotali, tak że dosłownie tonęli we łzach, siedziałem na stole, a kiedy chciałem obejrzeć łódeczkę, pan Lojzio rzucił mi bluzę i sam mi ją włożył przez głowę, i sam zapiął mi jej przodzik w paski. Potem pomógł mi założyć na ramiona pasy szkolnego tornistra, włożył mi na głowę owalną czapkę i poprawił kotwicę i złoty napis „Hamburg”.

 

— Panie gospodarzu — zawołałem — jeszcze dwa rumy i rachunek. — Uśmiechałem się do wszystkich piaskarzy, a oni odpowiadali mi uśmiechem, ale nie tak jak poprzednio — jakby w poczuciu winy, nie patrzyli mi już w oczy. Zapłaciłem, dałem gospodarzowi resztę monet jako napiwek, bo kto ma na piersi łódź żaglową, musi mieć gest.

 

— Proszę, panie gospodarzu, to dla pana — powiedziałem i odwróciłem się w drzwiach, zasalutowałem i wśród głośnego śmiechu piaskarzy wybiegłem w zmierzch...

 

Na moście znalazłem się w śnieżnej zamieci pośrodku lata. Z głębi rzeki wzbijały się setki tysięcy jętek, leciały ku światłu latarni gazowych i spadały na bruk, przy słupach tworzyły się z nich istne zaspy. Uderzały mnie w twarz, a kiedy pochyliłem się i wsunąłem rękę w stos jętek, poruszały się jak kipiąca woda. Ludzie ślizgali się na nich, jakby padała marznąca mżawka. A ja kroczyłem dumnie, nikt jeszcze nie widział i nie wiedział, że mam wytatuowaną na piersi łódeczkę, która będzie pływać ze mną wszędzie tam, gdzie ja będę, a kiedy będę się kąpać, kiedy będę pływać crawlem, jej dziób będzie pruł taflę rzeki; kiedy będzie mi smutno, rozepnę koszulę jak Pan Jezus na świętych obrazach, Pan Jezus rozpinający koszulę, aby pokazać ludziom swoje gorejące serce otoczone cierniową koroną. I już na moście postanowiłem, że pierwszą osobą, której muszę pokazać swój okręcik, będzie ksiądz dziekan. Idąc od latarni do latarni gazowej w chmurze jętek, wszedłem przez wielką bramę na plebanię, na podwórku stała latarnia, wzdłuż ogródka warzywnego podszedłem aż do oświetlonych okien plebanii. Po ścianie na drabinkach z listewek pięło się dzikie wino, wdrapałem się na górę, a kiedy trzymając się jedną ręką listewki, drugą rozgarnąłem witki i liście, zobaczyłem najpierw stół obity zielonym suknem, na którym stała butelka wermutu i opróżniona do połowy szklanka. A potem zobaczyłem coś, czego chyba nie powinienem widzieć. Ksiądz dziekan związywał dwie śmiejące się kucharki obrusem czy też prześcieradłem. Związawszy je przyklęknął i zbliżył nos do ich brzuchów. Spuściłem skromnie oczy, ale kiedy wreszcie zdobyłem się na odwagę, aby spojrzeć, zobaczyłem coś, co na pewno zachwyciłoby nawet piaskarzy w gospodzie „Pod Mostem”. Ksiądz dziekan trzymał w zębach ten obrus, rozpostarł ręce jak cyrkowiec i trzymał teraz w zębach związane kucharki, które fikały czarnymi trzewiczkami, ufryzowanymi włosami dotykając sufitu, a ksiądz dziekan nosił je dokoła pokoju, ja zaś cieszyłem się, że ksiądz dziekan ma tyle siły, że zdoła unieść dwie związane prześcieradłem kucharki, tak jak Pan Jezus. Obszedłszy kilkakrotnie pokój, pochylił się znowu i postawił te swoje kuchareczki na ziemi. I zwalił się na fotel, śmiał się, kobiety obciągały spódniczki, ksiądz dziekan zaś wypił wino do dnia i nalał sobie znowu pełną szklankę. Ostrożnie zszedłem po drabince z poprzecznych listewek na ziemię, obszedłem róg plebanii i zapukałem do drzwi. Usłyszałem kroki, drzwi otwarły się i kuchareczka zaprosiła mnie do środka.

 

— Co się stało? — spytał ksiądz dziekan trzymając w palcach szklankę.

 

— Księże dziekanie — powiedziałem — proszę mnie pobłogosławić!

 

— Dlaczego tak późno? I co ci mam pobłogosławić?

 

— Proszę tylko popatrzeć, księże dziekanie!

 

I odpiąłem przodzik w paski błękitne niczym morskie fale, i rozchyliłem marynarską bluzę. I stałem tak w błękitnej czapce marynarskiej na głowie, niczym święty Alojzy w aureoli, i nie posiadałem się ze szczęścia. Ale kuchareczki przestraszyły się i zakryły sobie oburącz usta. Jętki uderzały o szyby w oknach i spadały w dół, w dojrzewające kwiaty floksów. Ksiądz dziekan podniósł się, pogłaskał mnie po ramieniu i spojrzał mi prosto w oczy.

 

— Kto ci to zrobił?

 

— Pan Lojzio w gospodzie „Pod Mostem”.

 

— I co ci tam wytatuował?

 

— Łódeczkę, taką łódź żaglową, jaką pływał Pan Jezus.

 

Ksiądz dziekan wydał polecenie i obie kuchareczki przydźwigały, każda z jednej strony je przytrzymując, wielkie lustro z przedpokoju, ksiądz dziekan dał im znak — panny kuchareczki przyklękły. Za mną pochylała się twarz księdza dziekana... I zobaczyłem, że mam na piersiach wytatuowaną zieloną syrenę, pannę morską o pokrytym łuskami ogonie, pannę morską nagą do pasa, która uśmiechała się zupełnie tak samo jak te kuchareczki, kiedy ksiądz dziekan podnosił je w zębach, związane ogromnym obrusem. Pociemniało mi w oczach ze strachu i ze zdumienia.

 

— Z czymś takim nie możesz już służyć do mszy. Co ty na to?

 

— Sześćdziesiąt koron za centymetr kwadratowy — bąknąłem i oburącz zakryłem syrenę.

 

Kuchareczki wybuchnęły śmiechem, ale ksiądz dziekan zrobił ruch ręką, jakby je skazywał na wieczne potępienie.

 

— Cieszę się — mówił z wolna ksiądz dziekan przemierzając niespiesznie pokój — cieszę się, że przyszedłeś właśnie do mnie. Nie będziesz miał łatwego życia.

 

I poklepał mnie po plecach.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×