Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Korba

[Proza] "Bright Valley" opowiadanie

Rekomendowane odpowiedzi

ODC. 1

 

Coś chyba powinnam zrobić, pomyślała, stojąc pośrodku niewielkiej stacji kolejowej. Złocisty półksiężyc dyskretnie oświetlał widoczne w oddali sylwetki gór. Wierzchołek z ośnieżonym szczytem przypominającym królewską koronę majestatycznie wyrastał ponad innymi. Było wilgotno. Delikatna mżawka zagęszczała powietrze, nadając otoczeniu dziwnie nieostry wyraz. Stopniowo cichł stukot rozpędzonego pociągu, a jego tylne światła migotały, ginąc w blaskach pobliskiego miasteczka. Nieliczne drewniane ławki stały wzdłuż peronu samotne, czekające na tych, którym mogłyby ulżyć w trudach podróży. Dawno temu pomalowane żółtą farbą, która miejscami pęczniała i odrywała się od drewna, sprawiały odpychające wrażenie szorstkości.

W ciągu dnia jest tu zapewne tłoczno, rozejrzała się. Wokoło nie było widać żywej duszy. Kątem oka ujrzała wychylającego się ze swojego małego okienka pracownika kolejowego. Nie starał się nawet ukryć zaciekawienia.

Tak, coś powinnam zrobić, jakoś się zachować, starała się ignorować rosnący niepokój, to rozedrganie w piersi.

Niewielka walizka z brązowej, lśniącej skóry zaczynała jej ciążyć w dłoni. Miała na sobie idealnie skrojony ciemnozielony płaszcz, a skórzane botki w śliwkowym kolorze zdawały się stanowić komplet z torebką w kształcie trapezu, na której dwóch krótkich uchwytach zacisnęła palce. Wszystko współgrało ze sobą, żaden szczegół nie odstawał od reszty. Nawet jej kasztanowe włosy spięte zieloną, zamszową spinką były częścią tej samej układanki. Jej twarz, delikatna mimo odznaczających się kości policzkowych, nosiła na sobie ślady ledwie widocznego makijażu. W tej chwili jedynie oczy, nerwowo starające się zapamiętać każdy drobiazg, zdradzały towarzyszący jej lęk. Odwróciła się w stronę budynku dworca. Szybkim krokiem przekroczyła podwójne szklane drzwi, które, otwarte na oścież, jakby zapraszały do wejścia.

Hol sprawiał odmienne wrażenie, tak jakby nieczęsto bywali w nim ludzie. Wewnątrz stały równe rzędy zimnych ław, a z sufitu zwisały wielkie lampy, które swoim ostrym światłem zmusiły ją do przymknięcia powiek. Końcówki obcasów spotykały się ze sterylnie błyszczącą podłogą, niosąc po gołych ścianach wiadomość o nadejściu intruza. Pozorując zdecydowanie, przeszła wzdłuż sali, przyspieszając rytm rozbrzmiewającego echa.

 

Poczuła się pewniej, gdy stanęła na spowitej zmrokiem ulicy. Powietrze po tej stronie nieznacznie się rozrzedziło, a miejsce siąpiącego deszczu zajęła unosząca się z ziemi i jednocześnie opadająca z drzew mgła. Choć mroczna, dawała dziwne uczucie spokoju. Przed wejściem na stację stała z mruczącym cicho silnikiem pomarańczowa taksówka. Zupełnie jakby czekając na ostatniego, zagubionego pasażera pociągu, który dawno odjechał do nowego miejsca przeznaczenia. Zbliżała się do samochodu, gdy wysiadł z niego kierowca i otworzył bagażnik. Mężczyzna o szarych włosach i kilkudniowym zaroście miał zachrypnięty głos.

- Dobry wieczór, droga pani – rzekł uwalniając ją od ciężaru walizki.

- Dobry wieczór. Czy ma pan zegarek? – zapytała.

- Jest trzecia trzydzieści - mężczyzna ruchem głowy wskazał dworcowy zegar bez liczb.

Znowu poczuła lekki skurcz ściskający żołądek i falę gorąca oblewającą jej ciało. Zatrzaskując drzwi wpatrywała się w obcość czarnych liter na białej tablicy. Bright Valley. Gdyby chociaż odczuła nikły ślad swojskości, jakąś niesprecyzowaną więź...

- Do Lyttons? – zapytał kierowca, przypominając jej o nieustannej konieczności podejmowania decyzji.

- Słucham?

- Nie jest pani tutejsza. Gdyby przyjechała pani w gościnę, ktoś czekałby na dworcu. A Lyttons to u nas jedyny hotel.

- No tak – wydawało się, że oczy mężczyzny obserwują ją w przednim lusterku. – Oczywiście.

Pod badawczym spojrzeniem czuła się jakby wszyscy wiedzieli... Mijane po drodze identyczne domki z zielonymi dachami i brązowymi parapetami tylko potęgowały w niej wrażenie obcości. Nie wdała się w rozmowę z taksówkarzem, choć zdawała sobie sprawę z tego, że mogłaby już się czegoś dowiedzieć. Tylko czego? Jedyne, co w tej chwili było jej potrzebne, to chwila spokoju w samotności. Chciała bez udawania, że kontroluje sytuację, zastanowić się, co dalej począć.

 

Wszystko spowijała intensywnie bordowa wykładzina. Podłoga, ściany, sufit i schody wiodące na górne piętra wyłożone były czymś w rodzaju dywanu, którego kolor w tej ilości przyprawiał o zawrót głowy. Po prawej stronie stał mahoniowy kontuar, dostojnie wielki, wypolerowany tak pieczołowicie, że można było się w nim przejrzeć. Po lewej natomiast wisiały obrazy. Niby-obrazy, bo w gruncie rzeczy to było pięć wiszących obok siebie ram bez malowideł. Pustych ram, jak gdyby ktoś ukradł arcydzieła i zostawił obramowanie, chcąc zrobić właścicielowi niemiłego psikusa. Całe otoczenie sprawiało dość abstrakcyjne, jakby człowiek znalazł się niespodziewanie w bajce.

- Witam serdecznie, pani Swan, w naszych skromnych progach. Jest nam niezmiernie miło gościć panią w naszym hotelu. Mam na imię Lytton.

Za kontuarem pojawił się żwawo gestykulujący niski mężczyzna o okrągłej twarzy i łysinie otoczonej rzadkimi pozostałościami włosów, błyszczącej nie mniej niż pulpit, na którym położył swe pulchne dłonie. Tylko krzaczaste brwi dodawały jego postaci nieco ostrości. Sposób, w jaki mówił, był nieadekwatnie do sytuacji oficjalny i jednocześnie uprzejmy do bólu.

- Pani Vera Swan, prawda? – powtórzył wystukując palcami szybki, nieskładny rytm.– Nie mamy tu zbyt wielu gości, a na dziś wpisaną mam tylko panią - dodał widząc na jej twarzy zdziwienie. Nerwowo wertował strony dużej księgi. - Zapowiedziała pani, że będzie koło czwartej – wyczekująco wlepił w nią szare, mysie oczy. Znów bębnienie.

- Dobry wieczór. Przepraszam, jestem nieco zmęczona. No i to miejsce, proszę wybaczyć, jest takie...

- Doskonale rozumiem, o co pani chodzi. Wszyscy mówią, że czują się tu jak w filmie Lyncha. Podobno nawet ja do niego pasuję – rzekł rozglądając się wokoło, jakby był tu po raz pierwszy. Wciąż nie miał pewności, czy powinien uznawać to za komplement. - Można się przyzwyczaić. Długo pani u nas zabawi?

- Nie wiem – odpowiedziała odgarniając nieistniejący kosmyk włosów za ucho. – Jeszcze nie wiem.

Mężczyzna kiwał głową, z zadowoleniem odwracając się do wiszącej za jego plecami sporych rozmiarów drewnianej tablicy, na której równymi rzędami wisiały identyczne klucze bez żadnych oznaczeń. Sądząc po ich ilości hotel powinien mieć co najmniej dziesięć pięter zamiast dwóch. Bez dłuższego zastanawiania wybrał jeden z nich.

- Oto klucz. Pokój 107 na pierwszym piętrze. Jakby pani czegokolwiek potrzebowała, proszę się nie krępować i zadzwonić do mnie, wykręcając jedynkę. W kawiarni naprzeciwko może pani zjeść jutro śniadanie, a także wszelkie inne posiłki. Coś do przekąszenia może pani również zamówić u nas o każdej porze dzwoniąc pod dwójkę.

- Dzisiaj już niczego nie będę potrzebować, dziękuję.

- Lenny zaniesie pani walizkę. Lenny, bagaże – powiedział tonem hrabiego do kamerdynera.

Zjawiwszy się bezszelestnie niczym duch stanął za nią młody chłopak o bladej twarzy bez wyrazu, ubrany zbyt formalnie w szary surdut z czerwonymi guzikami. Na głowie miał sztywną czapkę przypominającą okrągłe pudełko na ciastka. Nawet w tak niezwykłej scenerii wyglądał nierealnie i trochę komicznie. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, gdyż uśmiechnął się nieśmiało schylając się po walizkę.

- Dobranoc, miłego wypoczynku! W razie potrzeby niech pani bez żadnych obiekcji dzwoni. Postaramy się spełnić wszelkie życzenia tak uroczego gościa! – mężczyzna z recepcji wyginał się na wszystkie strony stojąc u podnóża schodów, po których szła za Lennym.

Znajdujące się naprzeciw wejścia schody były szerokie niemal na całą długość pomieszczenia. Z każdym kolejnym stopniem zwężały się i delikatnym łukiem prowadziły na prawo prosto w długi, wąski korytarz. Numeracja drzwi wydawała się przypadkowa. 5, 47, 211, 18, 182… jak wygrane liczby wyrzucone z maszyny losującej.

 

Pokój niczym szczególnym się nie wyróżniał. Niewielki, schludny, o uspokajająco piaskowych ścianach, z beżowym dywanem położonym przed podwójnym łóżkiem i roletą w kolorze dywanu zasłaniającą okno, zachęcał do zapadnięcia w długi, głęboki sen. Ostrożnie otworzyła leżącą na łóżku walizkę. Nie było w niej nic niezwykłego, nic, co by naprowadziło ją na jakikolwiek trop. Kilka prostych spódnic o stonowanych kolorach, dwie białe bluzki, niebieski moherowy sweterek, kremowy golf bez rękawów, zamszowy żakiet, wytarte dżinsy, para eleganckich półbutów na obcasie, piżama z białej satyny, różowy szlafrok frotte, kilka kompletów bielizny oraz kosmetyczka. Czy to wszystko należało do niej? Wśród kosmetyków znalazła kilka fiolek z lekarstwami o niezrozumiałych nazwach, każda z nich z etykietką na nazwisko Swan, Vera. Jej wzrok padł na stojącą na krześle torebkę. Patrzyła na nią jakby skrywała tajemnice, których bała się poznać. Sięgnęła jednak. Spośród sporej ilości typowych kobiecych przedmiotów wyciągnęła cienki skórzany pokrowiec. Był w nim plastikowy prostokąt ze zdjęciem. Dowód tożsamości, który stanowił tylko nikły ślad tego, kim była kobieta spoglądająca ufnie, uśmiechająca się ciepło, niemal radośnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję :oops:

To mogę wrzucać kolejne odcinki? :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Korba, no po prostuu .... :uklon::shock::uklon: Dawaj kochana kolejne czesci bo to jest ŚWIETNE!!!!

p.s czy te lekarstwa to psychotropki :D ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
p.s czy te lekarstwa to psychotropki ?

 

ALEKS*OLO, coś w ten deseń ;)

 

no to daję dalej:

 

ODC. 2

 

Szła pod górę. Przed sobą miała tylko gęsty las choinek, których gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Śnieg chrzęścił wraz z każdym stawianym krokiem. Kolana i stopy bolały ją od wędrówki. Twarz piekła z zimna. Wiatr wyciskał łzy z oczu. Mimo to nie mogła się zatrzymać. Idź do samej korony. Inaczej zginiesz... Niski głos wydobywał się spod ziemi, jego brzmienie odbijało się od skał, uciekało w dół łącząc się z wiatrem, który przejmującym świstem powtarzał: Nie idź, nie idź. Zginiesz, zginiesz... Daleko za jej plecami cichł przechodząc w regularny stukot.

- Dzień dobry pani Swan. Przepraszam, jeśli panią obudziłem – policzki Lenny’ego były zarumienione i suche, jakby spędził na mrozie długie godziny.

- Dzień dobry – odpowiedziała. Zawiązując pasek szlafroka poczuła, że ma lodowate dłonie.

- Przywieziono książki telefoniczne – trzymał przy piersi gruby tom. - Ta, którą ma pani w szafce nocnej jest sprzed kilku lat. Może być nieaktualna. Zabiorę ją i zostawię pani nową.

- Dobrze, chwileczkę – wróciła do środka. Otworzyła szafkę z jasnego drewna stojącą przy łóżku, zabrała książkę i podała ją Lenny’emu. Czapka przekrzywiła mu się, zmuszając ją do uśmiechu.

- Trudno się w tym poruszać - lekko zmieszany poprawił ją.

- Dlaczego w ogóle musisz chodzić w tym stroju? – zapytała dotykając koniuszkami palców skroni. Ciepło skóry w tym miejscu parzyło ją kontrastując z chłodem dłoni.

- Starszy pan Lytton twierdzi, że należy podtrzymywać tradycję.

- Pan Lytton?

- Właściciel hotelu. Jego rodzina prowadziła ten hotel od trzystu lat. On sam ma co najmniej sto. Nigdy go nie spotkałem. Mało kto widział go kiedykolwiek. Ten, który panią wczoraj przyjmował, to jego wnuk.

- Dziękuję, Lenny – wzięła od niego nową książkę.

- Życzy sobie pani jakieś śniadanie? Mógłbym przynieść. Chociaż powinna pani zjeść w Duncan’s House. Podają wyborną kawę. Niektórzy twierdzą, że ma jakieś niezwykłe właściwości.

- Tak zrobię – trzymając grzbiet książki uniosła ją zginając rękę w łokciu. Seledynowy wachlarz kartek przeleciał z jednej strony na drugą, by zatrzymać się na stronie, w której lewym górnym rodu widniało hasło Dales. Gdy podniosła wzrok, Lenny’ego już nie było.

Usiadła na łóżku i przez moment trwała w bezruchu z dłonią położoną na otwartej książce telefonicznej. Wciąż czuła na sobie ostrość wiatru i zmęczenie całego ciała. Myśli nerwowo kołatały się w głowie, a oddech stawał się coraz płytszy, gdy wpatrywała się w plastik ze zdjęciem. W nieznajomość własnych danych. 51 Tilton Square, 76583 Falls Dale. Palec szybko przebiegał po tajemniczych nazwach. Afloat Dale, Desert Dale... Mieszkańcy Falls Dale zajmowali tylko jedną spośród trzech kolumn na stronie. Nazwisko Swan pojawiło się tylko raz: Swan, Edward i Vera. Wiedziała, że to nieuchronne, zwlekanie nie miało większego sensu. Opanowując drżenie dłoni wykręciła numer. 860 51 53. Cztery sygnały zdawały się trwać w nieskończoność.

- Halo? – usłyszała damski głos o zbyt wysokim dla ucha tonie, który nienaturalnie przeciągał ostatnią sylabę.

- Czy zastałam Verę? – zapytała po chwili wahania.

- Kto mówi?

- Jej przyjaciółka. Chodziłyśmy razem do szkoły średniej – wyrzuciła z siebie naprędce wymyślone kłamstwo. – Przyjechałam wczoraj do miasta i pomyślałam, że mogłybyśmy się spotkać.

- Chyba długo pani nie było. Widzi pani… - kobieta westchnęła bardziej ze zniecierpliwieniem niż ze smutkiem. - Vera nie żyje. Przykro mi.

Usłyszała krótki trzask i intensywne szybkie, powtarzające się dźwięki zagłuszające jej myśli. Mechanicznie położyła słuchawkę na widełki. Wyprostowała prawe kolano, które zdrętwiało od ciężaru ciała. Przez na wpół zasłonięte okno wdzierało się do pokoju słoneczne przedpołudnie. Na parapecie siedział niewielkich rozmiarów ptak. Mógłby zmieścić się w kobiecej dłoni. Jego żółte pióra nienaturalnie zdobiły turkusowe cętki. Przekręcił maleńką główkę najpierw w prawo, potem w lewo. Zatrzepotał skrzydłami i odleciał.

 

Usiadła w miejscu, z którego mogła obserwować nielicznie przejeżdżające samochody oraz przechodniów, którzy mimo poranka przechadzali się niespiesznie, jakby zażywali właśnie popołudniowego spaceru. Pies idący tuż przy nodze właściciela. Kobieta trzymająca mężczyznę pod rękę. Stawiająca dokładnie dwa kroki na jeden jego krok. Auta wolno poruszające się pośrodku jezdni, jakby precyzyjnie popychane niewidzialną dłonią. Rzeczywistość przypominająca zaprogramowany krajobraz.

- Niewiele pani spała. Przyda się pani energetyczna kawa. Specjalność Duncan’s House – ludzie zdawali się tutaj sami odpowiadać na nie zadane pytania. - Słońce u nas wstaje bardzo wcześnie niezależnie od pory roku. Niejednego już to zmyliło. Jest dopiero wpół do ósmej.

- Rzeczywiście zdawało mi się, że musi być już grubo po dziesiątej – Vera nie żyje, uśmiechnęła się uciszając na chwilę echo w swojej głowie. - Poproszę o tę kawę. I coś do zjedzenia, co może pan przygotować w miarę szybko.

- Polecam tosty serowe z pomidorami z bazylią i pieczarkami.

Nie żyje, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmiało, musiała to wyjaśnić. Kobieta na zdjęciu to Vera Swan. Kobieta z lustrzanego odbicia to Vera Swan. Vera Swan żyje, choć nie ma pojęcia, gdzie jest i jak się tam znalazła. Ale to może być klucz prowadzący do rozwikłania zagadki.

Rozejrzała się po wnętrzu. Marmurowe stoliki stały samotnie jak drzewa opierając się na jednej nodze rozdzielającej się przy podłodze na trzy gałęzie. Bladozielone krzesła z wysokimi oparciami, na których można było swobodnie oprzeć głowę, stały wsunięte po cztery pod każdym stolikiem. Może ze względu na porę było pusto.

Srebrną łyżeczką zrobiła kilka ruchów mieszając parującą kawę. Po powierzchni pływały brązowe drobinki przypraw. Tworzyły nieregularne kształty zlepiając się w większe i mniejsze grupy. Niektóre wirowały samotnie. Biorąc wdech poczuła w nozdrzach ostry, lekko szczypiący aromat napoju. Miał słodki, wyrazisty smak. Mleko dodawało mu nieco łagodności. Po kilku łykach poczuła się syta. Zjadła tylko połowę porcji tostów, mimo że chrupiące pieczywo i miękkie, rozpływające się w ustach nadzienie stanowiło przykład doskonałego śniadania.

- Dziękuję. Ta kawa postawiła mnie na nogi. Chyba faktycznie posiada szczególną moc – powiedziała do zbliżającego się mężczyzny.

- To stara legenda. Kiedyś podobno była tu karczma, w której podawano potrawy o nietypowych składnikach. Mówiono, że potrafiły czynić cuda, ale to było wieki temu. Mało kto dziś o tym pamięta. Dziwię się, że pani o tym słyszała.

- Chłopiec hotelowy o tym wspomniał.

- Lenny? – zatrzymał się trzymając naczynia zebrane ze stolika. - Niemożliwe. To jeszcze smarkacz, a poza tym przyjechał do Bright Valley dopiero w zeszłym roku. Ja dodaję do kawy po szczypcie cynamonu, kardamonu i imbiru, a także łyżeczkę brązowego cukru. Stawia na nogi szybciej niż zwyczajna. To jedyny ratunek po kilku godzinach snu. Widziałem, że późno pani przyjechała. Cierpię na bezsenność – usprawiedliwił się widząc jej podejrzliwe spojrzenie. Postawił naczynia na barze, nad którym wisiały do góry nogami różnych kształtów kryształowe kieliszki. – Proszę wybaczyć, że się nie przedstawiłem. Na tym odludziu można oduczyć się dobrych manier. Jestem Duncan.

Był wysokim mężczyzną o pociągłej, dobrotliwej twarzy. Jego wyjątkowo szczupła sylwetka sprawiała, że wydawał się jeszcze wyższy niż w rzeczywistości. Niegdyś biały fartuch ledwie sięgał kolan. Miał bardzo jasne, błękitne oczy. Ich błędny wyraz był powodem, dla którego nie miała ochoty w nie spoglądać.

 

Wstała i wolnym krokiem zbliżyła się do otwartych, szklanych drzwi o obramowaniu z ciemnego drewna.

- Vera – odpowiedziała wyciągając w jego kierunku rękę. Miał ciepłą dłoń, której uścisk był mocny, lecz przyjacielski.

- Co panią tutaj sprowadza?

- Powinnam już iść – lekki powiew wiatru wzniósł do tańca jesiennych kolorów liście.

- Proszę uważać na znaki! - Vera zatrzymała się.

- Co pan powiedział? – zapytała powoli obracając się w stronę Duncana. Stał opierając prawy łokieć o framugę.

- Do zobaczenia. Powiedziałem, do zobaczenia.

Falls Dale. 51 Tilton Square. Swan, Edward i Susan. To jest sen, z którego zaraz się obudzę, myślała gorączkowo. Może wpadłam w jakiś rodzaj obłędu. Może jestem chora i nie zażyłam tych leków, które mam w kosmetyczce. Mój umysł teraz płata mi figle.

Pędząc po schodach o mało nie skręciła kostki.

- Panie Lytton, czy mógłby mi pan dać tę starą książkę telefoniczną, którą wziął ode mnie Lenny dziś rano?

- Lenny zabrał pani książkę telefoniczną?

- Tak – próbowała uspokoić przyspieszony oddech. - Powiedział, że przywieziono nowe. Zostawił mi jedną. Starą, którą miałam w pokoju, zabrał.

- Pani Swan, nie mam pojęcia, o czym pani mówi. Lenny był u pani, żeby zapytać, czy będzie pani zamawiać śniadanie. Gdyby przywieziono do hotelu jakieś książki, z pewnością wiedziałbym o tym. A poza tym to absurd wydawać nowe książki telefoniczne w miasteczku, w którym mieszkańcy zmieniają się tak rzadko. Czy pani się dobrze czuje? Pewnie na skutek zmęczenia coś się pani pomyliło. Niech się najdroższa pani nic nie martwi. Mnie też się to nieraz zdarza – z zadowolenia zabębnił palcami po blacie.

 

[Dodane po edycji:]

 

ODC. 3

 

- Późno położyłam się spać, a Lenny mnie zbudził, więc... To pewnie był sen – odeszła w pośpiechu, zostawiając Lyttona, który kręcił głową szepcząc coś pod nosem. Jego rozczochrane brwi wzniosły się karcąco, gdy spojrzał, jak wbiegała po schodach.

860 51 53. Raz..., dwa..., trzy..., zupełnie jakby ktoś stał przy telefonie i odliczał sygnały, cztery...

- Halo? – ten sam damski głos przeciągający ostatnią sylabę, tym razem brzmiący trochę niżej.

- Dzień dobry. Dzwonię w sprawie Very.

- W sprawie Very?

- Tak, rozmawiałam z panią dzisiaj rano i wspomniała pani, że...

- Rozmawiała pani ze mną dzisiaj? – osoba, która najprawdopodobniej była ową Susan, nie kryła zirytowania.

- Tak, rano.

- To niemożliwe. Właśnie wróciłam do domu. Odwoziłam dzieci do szkoły i byłam na zakupach. To pomyłka.

- Więc może... – czuła, że dzieje się coś niezrozumiałego, ale wciąż wierzyła, że istnieje jakieś bardzo proste, bardzo sensowne wytłumaczenie.

- Nie, nikogo innego w domu nie było – kobieta przerwała jej ostro.

- Czy to numer 860 51 53? Mieszkanie... Edwarda Swan?

- Tak. O co chodzi? Po co pani dzwoni?

- Chciałam się dowiedzieć czegoś o śmierci Very, mówiła pani... – czuła, że jej wola słabnie, jak wycofujące się zwierze, które zrozumiało, że nie ma szans wygrać starcia z silniejszym przeciwnikiem.

- Nic pani nie mówiłam. Od dawna już nikt nie dzwoni i nie pyta o nią. Długo myśleliśmy, że zaginęła. Ale teraz mamy pewność, że ten koszmar się skończył.

- Vera żyje – powiedziała z naciskiem, odzyskując swoją stanowczość. Położyła lewą dłoń na czole. Wydawało się, że pulsuje równo z mocnymi uderzeniami serca.

- Kim pani jest? – Kobieta była wyraźnie zdenerwowana, a dźwięk jej słów przechodził na coraz wyższe tony. - Jest pani z policji? Proszę dać nam spokój! Przecież Edward rozpoznał ciało! – w słuchawce rozległy się dziwne odgłosy, jakby ktoś uderzył nią o ścianę i połączenie zostało przerwane.

 

Hotel od środka wydawał się znacznie bardziej rozległy niż można było sądzić z jego zewnętrznej postury. Ciemne korytarze, labirynty schodów oraz nieliczne, ale imponującej wielkości okiennice wychodzące na zapuszczony ogród przywodziły na myśl stare zamki o nie odkrytych komnatach i tajemniczych przejściach. Z okolicy niespodziewanie istniejących górnych pięter dochodziła melodia fortepianu, spokojna, lecz płynnie zmieniająca się, jak wędrówka poprzez niezbyt wysokie pagórki, przypominająca opowiadanie zapomnianej legendy. Idąc za dźwiękiem, dotarła do ogromnych podwójnych drzwi, ciemnych i ciężkich jak kościelne bramy. Bezwiednie nacisnęła na klamkę sięgającą jej podbródka. Ustąpiła zadziwiająco lekko, a prawe skrzydło drzwi otworzyło się samoczynnie.

Pokój o przestronnym wnętrzu przypominał starodawną salę balową. Zewnętrzną ścianę tworzyły okna wychodzące na pusty taras. Ściany o świeżej, śnieżnej bieli raziły pustką. Jedynie po prawej stronie wisiało samotne, rozciągające się na całej powierzchni, lustro o mosiężnej pozłacanej ramie. Pośrodku komnaty stał czarny fortepian. Jego powierzchnia oparła się nieznacznym nawet drobinkom kurzu. Przy instrumencie, przodem do Very, siedział na wózku inwalidzkim starszy człowiek. Jego ciało, niegdyś imponującego wzrostu, teraz chude i skurczone, jaśniało godnością. Głowa otulona siwizną i sędziwa, biała broda budziły respekt jak widok podniszczonego zębem czasu pałacu, w którym nadal tliła się gloria przeszłości.

 

- Czego szukasz? – silny głos wydobył się z zapadniętej piersi.

- Proszę wybaczyć, musiałam zabłądzić.

- Zazwyczaj, gdy czegoś nie rozumiemy zwiemy to przypadkiem. To nas zwalnia od myślenia. Nie pytam jednak o to, dlaczego tu przyszłaś. Pytam, czego poszukujesz. Czego nie wiesz?

- W moim przypadku właściwiej byłoby zapytać, co wiem. A to i tak niewiele.

- Więc po co tracić czas na to, co oczywiste? Lepiej zadawać pytania i pozwolić, by odpowiedzi same do nas przychodziły. Prostota została przez ludzi spłycona i odarta z wartości. Negując ją, człowiek sam wszystko komplikuje, a potem wznosi okrzyki do niebios, że go życie przerosło.

- Dlaczego pan mi to mówi?

- Siedziałem tutaj, wspominając czasy Falls Dale i wtedy zjawiłaś się ty, zagubiona, szukająca odpowiedzi na niewłaściwie postawione pytania. Nie pytaj, gdzie i jak. Zapytaj, w jakim celu. Refleksje starca u kresu życia. Niezrozumiałe i bez znaczenia. Może.

- Falls Dale?

- Falls Dale, Falls Dale… - wyszeptał i przez chwilę stał się nieobecny, jego myśli oddaliły się. – Jak bardzo chcesz wiedzieć? – zadziwiająco energicznie skupił swoją uwagę, zapanował nad jej skrawkami, które dopiero co rozpierzchły się po zakamarkach pamięci.

- Wystarczająco.

Wytrzymała badawcze, wręcz wyzywające, spojrzenie. Desperacja dodawała jej siły. Położenie było na tyle absurdalne, że zdecydowana była nie dać się spłoszyć przez tę dziwną atmosferę, tajemniczych ludzi i być może jeszcze bardziej enigmatyczne historie, które miała usłyszeć. Starzec zaczął mówić cichym, płynnym głosem wprawionego gawędziarza.

- Falls Dale było niegdyś luksusową prowincją. Z każdej strony otoczona bezpieczną ścianą gór, leżąca pośród malowniczych lasów dolina, stała się ulubionym miejscem nowobogackich, którzy osiedlali się tu masowo, jakby przyciągani magnesem. Miejsce dodawało im prestiżu. Tak myśleli. Nie podobało się to miejscowej arystokracji, która do Falls Dale rościła sobie specjalne prawa i do tamtej chwili sprawowała w nim nieformalną władzę. Aby odciąć się od rzeszy prostaków – jak mówili – którym się wydawało, że statusu można się dorobić, wycofali się z życia publicznego i odtąd, na ile to możliwe, przebywali tylko wśród osób tego samego pochodzenia. Im bardziej usiłowali izolować się od tak zwanego plebsu, tym bardziej przypadki powiązań między tymi grupami były widoczne, tym szczególniej nagłaśniane. Doprowadzały do publicznych waśni, wydziedziczeń i tym podobnych bzdur. Na tym gruncie historie rodem z elżbietańskich dramatów wyrastały jak grzyby po deszczu do czasu, gdy bohaterką jednego stała się córka lorda Geralda Litlowa, głowy najznamienitszego z rodów. Piękna Gisele bowiem zakochała się we włoskim emigrancie, którego poznała, gdy zatrudnił się jako ekspert od renowacji dzieł sztuki w rezydencji Litlowów. Banalniejszej historii sam nie byłbym w stanie wymyślić – ton opowieści przeskakiwał z rozbawienia w irytację i odwrotnie. – Doprowadzony do szewskiej pasji stary Gerald był przekonany, że to nie o miłość chodzi, lecz o pieniądze jego dziecka. Wykorzystawszy bez skutku wszystkie znane sobie metody, od szantażu, poprzez przekupstwo, na obrzydliwych podstępach i mistyfikacjach skończywszy, nie zdołał zniechęcić młodzieńca, który poprzysiągł sobie, że nie wyrzeknie się ukochanej, choćby miał tę decyzję przypłacić krwią. I nie pomylił się. Niedoszły teść obiecał mu, że odda mu rękę swej córki, jeżeli ten dowiedzie swej miłości heroicznym czynem, skoro pozycją nie może. Kazał mu wspiąć się na Królewski Szczyt, czego jeszcze nigdy żaden, nawet wprawiony we wspinaczce, śmiałek nie dokonał. Dowodzi jedynie desperacji obojga, że ten zakochany głupiec zgodził się i wbrew przestrogom wyruszył w drogę bez powrotu. Wielu usiłowało go od tego odwieść, tak jak mój syn Nathaniel, który zginął wtedy w niejasnych okolicznościach. Salvatore był idealistą. Wydawało mu się, że cel uświęca środki, że trzeba walczyć o miłość, nawet gdy to z góry przegrana walka, że wiara może pokonać ludzką nienawiść. Ale jak stawić czoła bezmiarowi ludzkiej ślepoty? – starzec zamilkł na chwilę. Przezroczystą niemal dłonią gładził długą brodę. - Lecz zbytnio odbiegłem od tematu. Tak więc Gisele owdowiała zanim jeszcze poślubiła swego nieszczęsnego wybranka. Zrobiła swemu ojcu na przekór, o czym nie dowiedział się jednak, bo wkrótce po tych wydarzeniach zmarł zabity wyrzutami sumienia. W swoim testamencie uczynił Gisele jedyną spadkobierczynią swego majątku. Wtedy już spodziewała się dziecka, jedynego dziecka, które miała. Nigdy też nie wyszła za mąż. Sprzedała rezydencję Litlowów, ale została w Falls Dale, podczas gdy większość zacnych rodzin wyjechała, by nigdy nie powrócić. Podobno zmarła kilkanaście lat później zostawiając pełnoletnią już córkę z całym majątkiem. Ja przestałem interesować się miasteczkiem, przestałem spotykać się ludźmi. Szkoda, że tak późno zdałem sobie sprawę z nikłej wartości takiego życia. Nie opowiem Ci jednak o tym, być może kiedyś sama to zrozumiesz. Królewski Szczyt nazywano przez pewien czas Monte della Verita tytułem hołdu dla włoskiego emigranta i jego osieroconej córki. Wzniosłe uczucia jednak szybko ustąpiły miejsca lenistwu i niechęci do najmniejszych zmian, szczególnie gdy dotyczą nas samych. Najwygodniej było zapomnieć o całej sprawie. Zlikwidować Falls Dale. Zbudować sobie nowe miasto z nowych pozorów. Stare to dzieje, a ja znowu odbiegłem od tematu, skazując cię na wysłuchiwanie morałów. Wiesz już tyle, ile musisz wiedzieć. A ja jestem zmęczony. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle mówiłem – odwrócił się do niej plecami szybkim ruchem dłoni przestawiając wózek.

 

[Dodane po edycji:]

 

ODC. 4

 

- Nie mogą to być tak stare dzieje, skoro pana syn wtedy żył. I zmarł. Kiedy to było? Ile lat temu?

- Przestań myśleć w kategoriach lat. W kategoriach życia i śmierci. Wczoraj i dziś. Prawdy i fikcji. Snu i rzeczywistości. To wszystko kategorie umowne, bo dzięki nim ludziom jest łatwiej żyć. A przynajmniej tak im się wydaje lub tak im powiedziano. Ty w tej chwili masz szansę wyjść poza nie. Nie zmarnuj jej - wiedziała, że starzec już się nie odezwie.

 

Pokonując kolejne stopnie coś sobie uświadomiła. Coś, co pochwyciły oczy, obraz, który chwilę potem zakodował mózg, a który teraz zmusił ją do zwolnienia kroku, położenia ręki na zimnej poręczy. Gdy wychodziła z komnaty widziała swoje odbicie, a za nim samotne odbicie fortepianu.

Biegła. Rozszalała wichura wprawiała w taniec żółte i czerwone liście, na wpół zapisane kartki, strzępy przeczytanych gazet wirowały popychane wiatrem to w górę, to w dół. Po obu stronach ciągnęły się domy o pustych okiennicach, a nieczynne latarnie nie rozświetlały zmroku czyhającego z mrocznych zakątków ulicy. Przystanęła. Ciemnoszare chmury bezlitośnie nadciągały ze wszystkich kierunków nieba, by stworzyć wielką połać ubitej piany tuż nad nią. Piana poruszała się groźnie. Stał przy niej. Ona patrzyła w górę. On patrzył na nią, jakby ją chciał wziąć w ramiona. Uśmiechnięte oczy były trwalsze, prawdziwsze i mocniejsze od wszystkich złudzeń. Wszystko może być złudzeniem, powiedział ciepły, wzbudzający zaufanie głos.

Wszystko może być złudzeniem, wyszeptała, otwierając oczy. Leżąc, wpatrywała się w beż ścian. Piaskowy kolor działał kojąco, choć na twarzy wciąż czuła delikatne smagnięcia jesieni. Zaciągnięte zasłony jedynie tłumiły jasność dnia, która poprzez drobne szczeliny w tkaninie oblewała przedmioty ciepłą złocistością. Mogło być późne popołudnie. Dopiero. Ile można doświadczyć w ciągu jednego dnia? Czas miał tutaj inny wymiar. Noc na peronie była jak zapomniane wspomnienie. Wspomnienie zdarzenia, którego była jedynie biernym obserwatorem. Jak bardzo można nie wiedzieć, kim się jest? Spokój minął wraz z obudzoną z lekkim opóźnieniem świadomością miejsca.

 

Na ulicy niewiele zmieniło się od poranka. Cienie leniwie wyciągały się w przeciwną stronę, a słońce w swojej wędrówce zbliżało się do linii gór na zachodzie. Stała przez chwilę delektując się drobiazgami, które przerysowane, wyostrzone tworzyły całość podobną do bajkowej rzeczywistości. Obserwowała. Nieelastycznie pogodne twarze, stroje o wzorach zbyt charakterystycznych, samochody sunące w nienaturalnie zwolnionym tempie... Chłonęła tę nierealność każdym zmysłem. Była jak gość, któremu pozwolono zostać na dłużej. Jak widz, który podszedł na tyle blisko do obrazu, by móc go dotknąć. Mały ścinek papieru zawirował tuż przed nią na skrzydłach ciepłego powiewu, by opaść tuż koło buta. Ginger. Widzi, co było, jest i to, co być może. Odczytuje znaki. Przyjdź. Tilton Square o północy. Znaki. Wysypane ze zniszczonego pudełka puzzle. Układane po raz dziesiąty, setny, tysięczny. Mają zbyt wiele części, by poukładać je w całość za jednym razem. A odłożone na bok, na później, zostają przez nieuwagę strącone, zapomniane albo na powrót wrzucone do pojemnika, w którym tkwią już tylko po dwa, trzy, kilka złączonych ze sobą. Brakuje czasu, żeby zauważyć, jak pasują do siebie i składają się w skończony obraz. Brakuje cierpliwości. Skupienia.

 

- Herbaty? – Duncan trzymał w dłoni dzbanek pełen aromatu. – Po jedzeniu najlepiej napić się dobrej herbaty. Takiej z cytryną i miodem – nalał jej do podłużnego kubka o wypukłym kształcie, zwężającym się ku górze. – W ten sposób dłużej utrzymuje się ciepło.

- Co to za ostry smak? – zapytała biorąc niewielki łyk, ostrożnie, by nie poparzyć ust. Zielone koniczynki eksponowały się na białej porcelanie. Delikatnie postawiła naczynie na marmurowym blacie w kolorze jasnej zieleni. Sprawiała wrażenie jasnej. Jakby ktoś na świeżo pomalowanej farbie koloru dojrzałego groszku drugim pędzlem zrobił parę zamaszystych smagnięć po powierzchni. Przyjrzawszy się bliżej można dostrzec pojedyncze białe linie, ślady po każdym z włosów pędzla. Kilka ruchów wystarczy do rozjaśnienia czegoś, co samo w sobie jest ciemne.

- Imbir. Nie wspomniałem nawet, bo przyzwyczaiłem się już, że jest we wszystkim. Wszechobecny imbir – powiedział odchodząc i roześmiał się cicho do swoich myśli. – Człowiek staje się kimś zupełnie innym, kiedy się porządnie wyśpi. Niech sobie pani wyobrazi, że przespałem pierwszą noc od miesiąca. Nareszcie się wyspałem – dodał wzdychając z rozmarzeniem.

Wrócił za marmurowy bar, którego powierzchnia, pomimo pozornie zimnego tworzywa, miała ciepły kolor waniliowego budyniu. Pomyślała, że Duncan wygląda na zadowolonego. Nucił pod nosem w rytm skocznej i rzewnej jednocześnie melodii trąbki rozbrzmiewającej z gramofonu. Mętność spojrzenia znikła, choć jasny błękit nadal kojarzył się z głębią bez widocznego końca. Wyspałem się, powiedział. Przespałem pierwszą noc od miesiąca. Noc, powiedział.

 

Do środka wszedł młody chłopak. Miał na sobie sprane dżinsy i błękitną koszulę. Jasne włosy opadały mu na beztrosko gładkie czoło. Skojarzył jej się ze świeżością.

- Pani Swan! – zawołał jak do dobrej znajomej.

- Lenny? Wyglądasz...

- Lepiej niż w tym śmiesznym surducie? Jak człowiek? – zażartował siadając naprzeciw niej. - Co słychać? – znów ton, jakby znał ją od lat. Pytanie to zresztą wprawiło ją w konsternację.

- W porządku... – odpowiedziała wydłużając sylaby pytająco, tak jak odpowiada się na egzaminie, gdy nie jest się pewnym własnej wiedzy.

- Tak, zapewne. Pomijając, że hotel panią przeraża, Lytton drażni, jego dziadek opowiada niewiarygodne, lecz całkiem sensowne, historie. Pomijając, że nie jest pani pewna, co jest snem, a co jawą, po co w ogóle się tu pani znalazła i ile czasu już upłynęło? Prawda?

- Co tu się dzieje? – zapytała zdejmując łokcie ze stolika i opierając plecy o oparcie krzesła.

- Tu? To znaczy gdzie? W Bright Valley? W Falls Dale? W życiu? We śnie? W głowie? Znajdź swoje odpowiedzi i wracaj – powiedział nagle w sposób stanowczy, budzący respekt. Teraz wydawał się dużo starszy, dużo poważniejszy.

- Skąd ty to wszystko wiesz? A skoro wiesz, to dlaczego nie masz mnie za wariatkę?

- Vero, ja też kiedyś stałem na nieznanej stacji kolejowej. Tylko że nie miałem do czego wracać. Idź do Ginger – wstał nagle.

Wiedziała, że to już koniec rozmowy. Nie czuła niepokoju. Już nie w tym samym stopniu, co kilka godzin temu. Jakby płynęła z prądem, dała się unieść morskiej fali. Lekko i ufnie. Czy to wystarczy? Wystarczy patrzeć i słuchać? Widzieć i rozumieć? Pozwolić, by to, co potrzebne w danej chwili wkładane było nam w dłoń, niesione niezbadaną siłą? Siłą przeznaczenia?

 

Chociaż w ciągu dnia było pogodnie i ciepło, na kremowy golf bez rękawów założyła płaszcz. Zrezygnowała z półbutów na rzecz ciepłych kozaków. Wieczór był spokojny. Księżyc grał pierwsze skrzypce na bezchmurnym niebie. Mimo to bezzasadnie żałowała, że nie ma parasolki albo jakiegoś nakrycia głowy. Włosy przyczesała gładko i spięła zieloną spinką. W lustrze widziała postać jasną i spokojną. Twarz nieomal promieniała bez śladu widocznego zmęczenia. Oczy odbijały każdy promień światła, jakby tkwiły w nich powstrzymane w ostatniej chwili łzy. Takie twarze mają wróżki z dziecięcych bajek. O nieskazitelnie czystej bieli, prawie nierealne. Po namyśle rozpięła włosy i kilkoma ruchami głowy rozrzuciła je na ramiona.

- Pani Swan, moja droga! W ogóle pani nie widać ani nie słychać… Zaczynałem się już martwić - Lytton zamknął z trzaskiem wielką księgę i wyskoczył zza kontuaru recepcji. Wydawało się, że jego jedynym zajęciem jest stanie na baczność w recepcji i przeglądanie rejestru gości, który pewnie zawierał dane sprzed pięćdziesięciu lat, biorąc pod uwagę fakt, że jak dotąd (niezależnie od tego, ile to trwało) Vera nie natknęła się na nikogo spoza personelu. Chyba sam przed sobą Lytton utrzymywał pozory, że ciągłe powitania i pożegnania nie pozwalały mu opuścić stanowiska pracy. Usiłując skupić na niej swój rozbiegany wzrok wyginał nerwowo palce. – Pani wyjeżdża?

- Skądże. Wybieram się na spacer.

Przez moment wahała się, czy nie zapytać go o Tilton Square, ale odstraszyła ją wizja kręcącej się z dezaprobatą głowy i podniesionych brwi.

- Na spacer? O tej porze? – trzask w lewym kciuku.

- Muszę zażyć nieco świeżego powietrza.

- Chyba trochę za ciepło się pani ubrała, doprawdy, przecież mamy iście wiosenną pogodę. Poza tym, proszę nie gniewać się za moją szczerość, ale trochę niepokoję się, że tak późno… Była już na ulicy, a Lytton jeszcze mówił do niej, czy może już bardziej do siebie, bo, pomimo że został sam, uznał za stosowne dokończyć swą myśl. Jakby to, co miał do powiedzenia zbyt ważne było, by przerwać w środku zdania. Może i tym razem, sam przed sobą, udawał, że przed chwilą nikt go nie zlekceważył. Idąc bez zastanowienia przed siebie czuła wyrzuty sumienia, nawet było jej go żal. To wyrzucane jak kule z karabinu słowa zaatakowały ją i swoją siłą wypchnęły za drzwi. W taki sposób wzburzona fala uderza w słabnące nogi każąc podbiec do brzegu. Nie była w stanie znieść tak wielkiej dawki uprzejmości i nieskoordynowanych ruchów ciała, którego każdy członek żył własnym życiem. Paradoksalnie w tej całej nienormalności to Lytton był symbolem zdrowego rozsądku, a to nie było jej w tej chwili potrzebne.

 

[Dodane po edycji:]

 

ODC. 5

 

Śmiejące się oczy. Ciemnobrązowe. Prawie prosta linia gęstych, czarnych brwi. Niewielki, kształtny nos. Miękkie usta koloru dojrzałej brzoskwini. Skóra przypominająca barwę kawy z dużą ilością mleka. Nieznaczny, ledwie widoczny zarost. Stał oparty plecami o samotny zielony słup, na którym wisiała pozostałość jakiejś tablicy. Kiedy się do niego zbliżyła zaczął iść w tym samym kierunku, co ona, lecz wiadomo było, że to on zna drogę.

- Dobrze, że go nie zapytałaś – niski i ciepły, wzbudzający zaufanie głos. Taki, który sprawia, że przychodzą nam na myśl same miłe rzeczy na temat jego właściciela.

- Kim jesteś? – nauczyła się już nie tracić czasu na zdziwienie tym, co ją spotyka.

- Mam na imię Nathaniel. Zaprowadzę Cię tam, gdzie chcesz trafić. Wszyscy już zapomnieli, gdzie jest Tilton Square i każdy by Ci powiedział, że takiej ulicy nie ma. Ale to tylko złudzenie. Wszystko może być złudzeniem w Bright Valley. Nie sądzisz, że to wyjątkowo dobra nazwa dla miejsca, gdzie słońce tak wcześnie wstaje i późno zachodzi? Fascynuje mnie, jak promienie wczesnym rankiem przedzierają się przez szczeliny gór, które jakby z zamysłem rozstępują się, by je wpuścić do doliny. O zmierzchu, na zachodzie, z ociąganiem schodzą się pozwalając na zapadnięcie nocy.

- To dlatego zmieniono nazwę Falls Dale? – gdy skręcili w prawo w wąską uliczkę niebo nieznacznie ściemniało przybierając ciemnoszary odcień. Poczuła lekki powiew chłodu. Zabłąkana kropla deszczu ześlizgnęła się po jej policzku.

- Tak mówią. Ale kto by zmieniał nazwę tylko dlatego, że nie pasuje do miejsca? Tę historię już jednak słyszałaś, a za chwilę poznasz jej zakończenie.

- Co tutaj robisz?

- Jak już mówiłem, jestem tu dla ciebie. Czasem pomagam odnaleźć drogę tym, którzy zapuścili się zbyt daleko w swych wędrówkach albo zwyczajnie pobłądzili. Nie wszystkie wydarzenia są nieodwracalne.

- Zawsze ci się udaje?

- Tak. Nie. Sam nie wiem. Dawno temu chciałem kogoś odwieść od pewnej decyzji, bo sądziłem, że będzie tragiczna w skutkach. Niewykluczone, że to ja się myliłem.

- Jak to?

- Czasem wypadki są pozornie nieszczęśliwe. Gdyby mi się udało, może stałoby się coś znacznie gorszego? Jak w tej opowieści o tym, jak gospodarzowi umiera jedyna krowa. Nie rozpaczałby tak, gdyby wiedział, że śmierć przyszła z zamiarem zabrania jego żony, ale uległa namowie anioła.

 

- Nathan, znowu się wymądrza! – usłyszała cienki, ale łagodny głos, zmiękczający wypowiadane głoski, brzmiący melodyjnie.

Zatrzymali się przed jedną z kamienic. Dopiero teraz zauważyła, że okna domów były ciemne. Nie było w nich firanek ani kwiatów. Ganki były puste. Żadna z latarni stojących wzdłuż ulicy nie dawała światła. Skłębione chmury poruszały się nieznacznie pokrywając szczelnie niebo. Mimo to było dosyć jasno, jak o wczesnym świcie, choć prawdopodobnie minęła dopiero północ. Chodnik był mokry, ale deszcz nie padał. Jej włosy unosiły się, a poły płaszcza spiętego w talii paskiem rozchylały się na boki. Jednak nie czuła wiatru. Nie czuła chłodu, nie czuła wilgoci, choć logicznie rzecz biorąc, powinna. Brązowy liść zatrzymał się na jej prawym ramieniu. Ujęła go palcami, podnosząc lewą dłoń rozchyliła je a on pomknął w górę. Po chwili straciła go z oczu.

 

Na werandzie stanęła kobieta o trudnym do określenia wieku. Ani młoda ani stara. Nawet teraz, gdy Vera przestała zwracać uwagę na niezwykłość tego, co ją spotyka, kobieta przedstawiała widok dość wyjątkowy. Ubrana była w sięgające po kostki jasnoszare futro, zniszczone zimowe buty, takie, w których chodzi się po śniegu i czapkę z czerwonej wełny. Zeszła szybkim krokiem po schodach. Nathaniel przywitał się z nią jak z serdecznym przyjacielem.

- Kiedy da mi odpocząć? Nathan, ty niedobry chłopiec – pogroziła żartobliwie palcem i roześmiała się bezgłośnie.

- Obiecuję Ci, Ginger, że ona już jest ostatnia.

- Ech, za każdym razem to samo mówi! Szybko, bo zajęta.

Vera weszła za nią do wnętrza. Podłogę, ściany, nawet sufit, pokrywało jasne drewno. Na parapecie paliło się kadzidełko, w powietrzu czuć było delikatny różany zapach. Na środku stał niewielki stół i dwa krzesła. Na stole stał talerz z piernikami. Srebrny lukier na nich układał się w kształt gwiazdek. Ich ramiona były nierównych długości, jakby namalowane zostały przez bawiące się dziecko. Poza tym pokój nie zdradzał żadnych oznak obecności człowieka. Pod jedną ścianą stał stary kredens, kremowa farba tu i ówdzie odchodziła z powierzchni, za oszklonymi drzwiczkami widać było kilka pustych półek. Po drugiej stronie była mała umywalka i kafelkowy piec kuchenny na węgiel. Obie rzeczy przypominały wyposażenie wiejskiej kuchni z bardzo odległych czasów. Nad głową Ginger zaczął nagle zataczać kręgi maleńki ptak, by w końcu usiąść na jej prawej dłoni. Vera była pewna, że to ten sam, którego widziała za oknem w hotelu, mimo że teraz miał purpurowe cętki.

Ginger usiadła przy stole z ręką zgiętą w łokciu, odwróciła dłoń, a ptak przeskoczył na jej wewnętrzną stronę. Dopiero wtedy Vera uzmysłowiła sobie, po co tak naprawdę się tam znalazła. Zajęła miejsce naprzeciwko. Nie zauważyła wcześniej, że kobieta ma azjatyckie rysy.

 

- Lubi pierniki? – zapytała podsuwając talerz.

- Tak. Dziękuję – ciastko było miękkie, o słodkawo-ostrym smaku. Przyjemnie ogrzewało podniebienie, jakby było dopiero co wyjęte z piekarnika. Gdy wciągnęła powietrze, poczuła w nosie znajome szczypanie wszechobecnego imbiru.

- Matka powiedziała: musi odwrócić zdarzenie.

- Pani zna moją matkę?

- Ja nie znam nikogo. Ja tylko widzę. Nie przerywa. Matka powiedziała: moje brzemię i na nią sprowadzi kłopoty.

- Proszę? – Vera odczuwała rosnące napięcie, jakby czyjaś ręka zaciskała się na szyi.

To, do czego miała się przybliżyć, zdawało się oddalać w nieuchwytnym tempie. Dziwnie słowa mówione w dziwny sposób zaczęły ją przerażać. Ginger nie odrywała od niej wzroku. Vera siedziała wyprostowana bojąc się poruszyć. Oliwkowe oczy kobiety hipnotyzowały ją.

- Nie przerywa. Ojciec matki na ziemi się mylił, twój na ziemi cię nie ostrzeże.

- Ja naprawdę nic z tego nie rozumiem – powiedziała z rozpaczą, zaciskając palce na poręczach krzesła.

- Czego kochana nie rozumie? – powiedziała łagodnie Ginger marszcząc czoło. Pochyliła się nad stołem. - Duże pieniądze ma od matki. Ojciec matkę dawno chciał ostrzec przed tym, co ciebie spotkało. Twój mąż bez miłości. Ty nie wiedziała tego od razu. Potem zobaczyła go z inną kobietą. Oni myśleli, że ty nie będzie chciała żyć.

- I że się ciebie pozbędą twoimi rękami – postać Ginger na ułamek sekundy urosła nieznacznie i stała się jaśniejsza, otoczona świetlistą poświatą. Patrzyła oczami, które wyglądały jak oczy Very. Poruszała ustami, które wyglądały jak usta Very. Wydobywał się z nich kobiecy głos, ale dużo niższy, o mocnym, głębokim, jakby odbijało się po tafli jeziora, brzmieniu. – Możesz zobaczyć. Odwróć zdarzenie.

 

Nathaniel siedział na schodach. Gdy usłyszał jej kroki za sobą, powoli wstał, opierając dłonie na udach. Wyciągnął ramię i wziął z jej ręki płaszcz. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że w ogóle go ściągnęła, ani kiedy zrobiło się tak upalnie jak w letnią noc. A właściwie poranek. Linia horyzontu na zachodzie miała złocisty kolor i stopniowo rozjaśniała grafitową barwę nieba.

- Gotowa?

- Tak, chodźmy – obejrzała się za siebie, bo Nathaniel zwolnił kroku – Nie masz na myśli powrotu do hotelu, prawda?

- Nie, nie mam na myśli hotelu – położył dłoń na jej nagim ramieniu, lekko ściskając. Nie przeszkadzał jej ten gest. Wiedziała, że chce dodać jej otuchy. Miała nawet ochotę na jeszcze większą bliskość. Przez chwilę szła wpatrując się w prześcigające się raz po raz ostre czubki butów. Jego kroki były wolniejsze i dłuższe. Sznurówki kołysały się luźno, sięgając ziemi. Spodnie, które w świetle padającym z pokoju Ginger były zielone, teraz dostosowały się do otoczenia i przybrały ciemną barwę. Jasnobrązowa, prosta, sięgająca kolan kurtka była rozpięta. Pomyślała, że dobrze w niej wygląda. Tak swobodnie i elegancko zarazem. Napotkała jego spojrzenie. Uśmiechnął się, pokazując rząd równych, białych zębów. Kryjąc własne zakłopotanie, przyciągnął ją mocniej do siebie.

- Czy to nie krzepiące? Wiedzieć, że umarli nie są bardziej martwi od nas? Że nie są mniej żywi?

- A może bardziej? – powiedziała, próbując ogarnąć to, o czym myślała, że się nie da objąć myślami. Zmieścić w zwyczajnym, ludzkim odczuwaniu.

Nathaniel nie odezwał się, choć znał odpowiedź.

Nie potrafiła wychwycić momentu, w którym znalazła się pod Lyttons. Tak samo było, kiedy szli do Ginger. Moment wkroczenia na Tilton Square był równie trudny do wychwycenia. Podczas drogi, mając obok siebie dające przyjemne poczucie bezpieczeństwa ciało Nathaniela, była świadoma każdego ruchu i nagle stała naprzeciw niego przed wejściem do hotelu. Zupełnie jakby ktoś wyciął kilka klatek z filmu lub jakby na chwilę straciła przytomność.

 

[Dodane po edycji:]

 

ODC. 6

 

Delikatne opuszki wędrujące niespiesznie od linii włosów na skroni. Wnętrze dłoni przesuwające się po policzku. Łaskotanie palców na podbródku. Czarne kosmyki włosów dotykające jej czoła. Ciepły oddech wzbudzający przelotny dreszcz na szyi. Usta zbliżające się. Usta oddalające się. Najpierw tylko zetknięcie jak w lustrzanym odbiciu. Pod jej przymkniętymi powiekami błysnęło na ułamek sekundy białe światło, uchwycone przez myśl dopiero wtedy, gdy skupiło się w cienką poziomą linię i oddaliło w malejącym gdzieś poza zasięgiem świadomości punkcie. Potem połączenie bez rozpoznawania swoich warg. W przestrzeni jej zamkniętych oczu ulotne fale powietrza, chwilami jasnoniebieskie, zmieniały natężenie koloru, przechodząc w głęboki granat, by znów ulec lekkości błękitu. Zdematerializowana mijała kontrastujące z ruchomym tłem stateczne księżyce otoczone srebrną poświatą i gwiazdy, które mknąc zostawiały za sobą złote linie. Wizja rozmyła się wraz z ledwie wyczuwalnym drgnieniem rzęs.

 

Zatopiła palce w jego gęstych włosach, które przywodziły na myśl odwlekaną, ale niepotrzebną, wizytę u fryzjera. Ich źrenice porozumiały się w poczuciu poznania jakiejś szczególnej tajemnicy, jakby otworzyli granice własnych intymności, przekroczyli wzajemnie swoje terytoria. Musnęła kciukiem drobne wgłębienie w jego brodzie, które czyniło go tak nieodparcie uroczym.

- Czy… czy my… - zaczęła cicho, jakby nagle zawstydziła ją realność własnego głosu.

- Tak. Spotkamy się jeszcze – nie wiedziała, w jakim świecie i ile minie czasu (czym jest czas?), ani kim wtedy będą, ale czuła, że jeszcze nigdy nikomu tak bardzo nie wierzyła. – Chyba naprawdę dam odpocząć Ginger.

 

Jej wzrok padł na stojącą na krześle torebkę. Spokojnie sięgnęła po nią i wyciągnęła cienki skórzany pokrowiec, a z niego plastikowy prostokąt. Na zdjęciu Vera Swan spoglądała ufnie, ciepło, niemal radośnie. Ostrożnie zamknęła leżącą na łóżku walizkę. Właściwie nie zdążyła jej do końca rozpakować. Pokój, który nie wyróżniał się niczym szczególnym, z pewnością zapadnie jej w pamięć. Uspokajająco piaskowe ściany, beżowa roleta zasłaniająca okno do połowy wysokości. Czuła się jak po długim, głębokim śnie, kiedy nie nadeszło jeszcze całkowite obudzenie. Strach, nieuchwytne i nieuporządkowane myśli ustąpiły miejsca podenerwowaniu, które typowe jest dla ekscytacji przed oczekiwanym zdarzeniem, którego przebiegu nie jesteśmy pewni, ale wiążemy z nim duże nadzieje. Zgasiła światło i nacisnęła klamkę. Kontury mebli okryło żółtawe światło ulicy. Zamknęła drzwi zostawiając klucz w zamku. Na umywalce stało kilka fiolek z lekarstwami o niezrozumiałych nazwach, każda z nich z etykietką na nazwisko Swan, Vera.

 

Zeszła po schodach. Kroki stawiane na bordowej wykładzinie nie robiły żadnego hałasu. Przeszła wzdłuż błyszczącego, mahoniowego kontuaru. Nigdzie nie pojawił się Lenny, a co dziwniejsze, Lytton. Miała nadzieję, że się na nią nie obraził. A może zobaczył Nathaniela? Trudno uwierzyć, że mogą być spokrewnieni, pomyślała ostatni raz spoglądając w stronę wejścia. Prawa część czarnych, ciężkich drzwi rozsuwanych w przeciwne strony była otwarta. Światło padające z wnętrza rzucało czerwonawy ślad na schody i część ulicy.

Przed wejściem do hotelu stała z mruczącym cicho silnikiem pomarańczowa taksówka. Gdy zbliżała się do samochodu, wysiadł z niego mężczyzna o szarych włosach i kilkudniowym zaroście. Otworzył bagażnik i zawołał:

- Dobry wieczór, droga pani – schował walizkę.

- Dobry wieczór.

- Wie pani, która jest godzina?

- Wpół do czwartej? – potwierdził ruchem głowy. – Na dworzec poproszę – powiedziała zdecydowanie.

 

Podczas kilkuminutowej jazdy wpatrywała się w mijane po drodze identyczne domki z zielonymi dachami i brązowymi parapetami. Była pewna, że już ich nigdy nie zobaczy. Kierowca uśmiechnął się do niej spoglądając w przednie lusterko. Poczuła, jakby wiedział...

Zatrzaskując drzwi samochodu spojrzała w stronę budynku dworca. Powietrze było przejrzyste. Czarne litery oznajmiały dumnie: Bright Valley. Pomyślała, że to piękna nazwa.

 

Spokojnie przekroczyła podwójne szklane drzwi, które, otwarte na oścież, jakby zapraszały do wejścia. Hol był pusty. Te same dające ostre światło lampy, biel ścian i rozbiegające się po nich echo stawianych kroków.

Pewnie nigdy nie bywa tu naprawdę tłoczno, rozejrzała się po peronie. Z małego okienka wychylał się pracownik stacji. Pomachał do niej wesoło i zniknął. Podeszła do jednej z żółtych ławek i położyła na niej walizkę i płaszcz. Nie zważając na kruszącą się farbę usiadła. I tak miała na sobie sprane dżinsy. Oparła łokcie na kolanach, a palce obu dłoni splotła ze sobą. Włosy niedbale opadły zamazując nieznacznie widok. W ustach czuła gorzki smak czerwonej szminki, którą pomalowała usta przed wyjściem.

 

Srebrzyście złoty półksiężyc dyskretnie oświetlał widoczne w oddali sylwetki gór. Wierzchołek z ośnieżonym szczytem przypominającym królewską koronę majestatycznie wyrastał ponad innymi. Było ciepło. Ledwie wyczuwalne powiewy wiatru były jak przyjemny w dotyku sweter zarzucony na zmarznięte ramiona. W oddali słychać było zwalniający stukot zbliżającego się pociągu. Kilka czerwonych światełek poruszało się wśród kolorów miasteczka.

 

Mam sporo do zrobienia, pomyślała.

 

FIN

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Iza, dziękuję bardzo, że przeczytałaś, za miłe słowa i bardzo się cieszę, że Ci się podobało :D

Też mam taką skrytą nadzieję, że to wróci!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Korba, swietnie siè Ciebie czyta!!jestem bardzo mile zaskoczona-z zamilowania jestem bibliofilem,i kocham dobrà prozè a ta,nie ukrywam jest -swietna.Gratulujè i czekam zeby Ci siè znowu wena wlàczyla. :105:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×