Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Gość

Najgorszy rok w życiu

Rekomendowane odpowiedzi

Gość

Ja też mam takie silne poczucie, że powinnam pomagać rodzicom. Staram się chociaż chodzić z nimi do lekarzy na kontrole, które mają częste, pilnować badań, wyników, załatwiać wizyty itd. Jak mam czas to staram się z nimi jakoś spędzić czas, coś poza zwalaniem się na głowę w weekend i tyle. Moi też ciężko pracowali, zdrowie raczej mają słabe, oboje są po poważnych chorobach, zresztą cały czas się leczą. Czuję się jak skończone gówno, że teoretycznie rzadko, ale praktycznie proszę ich o pomoc - na pewno częściej, niż oni mnie poproszą. Mieszkają aktualnie 120 km ode mnie, ale gdybym tylko zadzwoniła to wiem, że przyjechaliby od razu :(

Nie wspierają mnie finansowo, na szczęście mam bufor finansowy z okresu wielu lat pracy, ale wiem, że odkładają mi pieniądze na własne mieszkanie. Czuję się przez to winna (że nie wydają na to, na co powinni wydawać), mimo że staram się zrozumieć ich myślenie (oboje boją się poważnej choroby, nie chcą zostawić mnie samej z ich zdaniem z "niczym). Jest mi z tym bardzo ciężko :(

I mój rok też jest najgorszy. W sumie chciałabym bardzo, żeby te dwa miesiące były choć odrobinę lepsze, ale chyba się nie uda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@stworzonabyzyx totalnie rozumiem Cię. np w takiej Japonii, to norma, że potem dzieci zajmują się rodzicami. W moim przypadku prawda jest taka, że aby pomagać innym muszę najpierw pomóc sam sobie. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Mi to nawet nie chodzi o występowanie jakichś przesłanek kulturowych itd., tylko moi rodzice są najlepszymi rodzicami, jakich mogłam sobie wymarzyć. Nie chciałabym, żeby tak wyglądały ich przyszłe lata, chciałabym, żeby więcej czasu poświęcali sobie i cieszyli się z pieniędzy, które ciężką pracą zarabiają. Czuję się tylko jak ciężar, który ciągnie ich w dół. Nie tak sobie to wszystko wyobrażałam :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

@Abigail_1Sm25 Tak, ja jestem dwa lata starsza od autora wątku, ale wiesz, że to nie na tym polega. Nie ma tak, że ma się określony wiek i wtedy "trzeba" - pomagamy i opiekujemy się wtedy, kiedy bliscy tego potrzebują, ja tak zostałam wychowana i uważam, że to właściwe. Ja czuję obowiązek od wtedy, kiedy zaczęli chorować, a to już trwa prawie 8 lat. Moi rodzice mają 55 i 62 lata, ale daleko im od swoich równolatków zdrowotnie. Przecież nie dalej niż miesiąc temu odbierałam tatę z onkologii :( Ja się naprawdę cieszę, że wszystko poszło ok, ale fakty są takie, że to nie są osoby zdrowe. Tata w szczególności, ale w tym roku stan zdrowia mamy bardzo się pogorszył. Tydzień temu znalazłam wyniki z kwietnia, na które sama ją wysłałam, są beznadziejne - oczywiście nic śmiertelnego, ale dużo mówią o bardzo złym samopoczuciu. Mama oczywiście była u kilku lekarzy, ale nie będę rozwijała tematu - trzeba na każdym kroku wszystkiego pilnować, bez względu na to, czy robię to ja czy siostra.

Mama miała w miarę dobre dzieciństwo, przewspaniałych rodziców (dziadek zmarł dopiero 3 lata temu), ale ojciec nie miał tak dobrze. Został sierotą we względnie młodym wieku, a jego rodzice byli po prostu w wieku dziadków, kiedy się urodził :( Całą młodość żył w strachu.

Żeby nie było - są samodzielni w 100%, zmotoryzowani, swobodnie radzą sobie z internetem, smartfonem, potrafią wszystko zorganizować. Natomiast psychicznie są tak samo słabi, żyją w ciągłym stresie, boją się wyników, żyją od wizyty do wizyty itd. Do tego dochodzą oczywiście inne problemy.

@Rysieq przepraszam za rozwalanie wątku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@stworzonabyzyx, to, co opisałaś odbieram jako brak granic pomiędzy Tobą, a rodzicami - nie wiem, czy słusznie. Czy to jest tak, że ich lęk o zdrowie jest Twoim lękiem? Troska o rodziców to jedno, ale troska tak wielka, że aż trudno samemu funkcjonować (a tak odbieram Twój smutek i poczucie winy w tym, co piszesz), to już problem.
Jak wygląda Twoje życie bez zajmowania się rodzicami, bez myślenia o nich?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
8 minut temu, Gods Top 10 napisał:

@stworzonabyzyx, to, co opisałaś odbieram jako brak granic pomiędzy Tobą, a rodzicami - nie wiem, czy słusznie. Czy to jest tak, że ich lęk o zdrowie jest Twoim lękiem? Troska o rodziców to jedno, ale troska tak wielka, że aż trudno samemu funkcjonować (a tak odbieram Twój smutek i poczucie winy w tym, co piszesz), to już problem.
Jak wygląda Twoje życie bez zajmowania się rodzicami, bez myślenia o nich?

Nie do końca wiem, o czym piszesz, ale jeśli chodzi o to, czy mam swoje życie poza rodzicami to oczywiście, że mam, nawet w tej całej beznadziei ono jest. Kilka lat mieszkam sama, 5 lat temu wyprowadziłam się prawie 400 km od domu, bo tak wybrałam. Teraz jest mi ciężko, bo sama jestem w trudnej sytuacji życiowej i zdrowotnej, ale wcześniej przez cały czas prowadziłam bardzo intensywny tryb życia, przez większość życia byłam szczęśliwa, mimo że przecież rodzice nie chorują od wczoraj.

Ich lęk nie jest moim lękiem, ale mój lęk o nich jest wynikiem ich stanu zdrowia i świadomości, że nie jest ok. Nie jest to kwestia ani częstotliwości kontaktów, bo nie mam czasem siły na rozmowę, oni też nie naciskają, ani kwestia ich treści. Po prostu się martwię tak, jak martwię się o każdą inną bliską osobę - różnica jest taka, że inni są po prostu zdrowi. Taki mam już charakter i nie widzę pola do poprawy. Gdzieś ktoś napisał, że jest jak gąbka i ja czuję się podobnie - i to nie ma znaczenia, czy o rodziców chodzi czy o obcych ludzi, chłonę bardzo szybko dobre, ale i złe emocje. Wiem, że mój charakter i podejście do życia jest do dupy. Chciałabym czasem mieć jakiś punkt odniesienia, coś, na co mogłabym się złościć, ale przecież nie ma na co - nie ma tutaj winnych. Nie wiem, jak mam nad sobą pracować. Chcę zacząć terapię, ale jest mi okrutnie ciężko wyjść z domu, chyba trochę zdziczałam (ciężko uwierzyć, bo jeszcze 4 lata temu wesoło jeździłam sobie autostopem sama (!!!), nie miałam żadnych problemów w kontaktach z ludźmi), a teraz byle pierdoła mnie rozwala. Tak czy siak, ta wypowiedź o rodzicach brzmiałaby podobnie nawet 2 lata temu, kiedy czułam się bardzo szczęśliwa.

I nie wiem, co mogłabym zrobić. Np. wiem, że zbliża się kontrolne badania. Powinnam powiedzieć, że przytłacza mnie rozmowa o jakimkolwiek leczeniu (a może wybrać dopuszczalny zakres rozmowy, np. badania obrazowe odpadają, ale morfologia i inne parametry z krwi są ok?), dzwonić przed, iść na badanie razem, a może zapytać dopiero po otrzymaniu wyniku, jednocześnie udając, że o niczym nie wiem? To są moi rodzice, jeśli ja i siostra nie pomożemy to wiem, że nie pomoże im nikt. Świadomość na każdym z tych etapów jest tak samo dobijająca. Nie emocjonuję się każdym bzdetem, ale jest mi ciężko z rzeczami, które po prostu są trudne, bez względu czy byłaby to moja przyjaciółka czy są to moi rodzice. Nie ma tutaj złotej recepty, a wielokrotnie nasza czujność pozwoliła już w porę działać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@stworzonabyzyx, nie wiem, jak bardzo są chorzy i z tego powodu mogę się mylić... Z jednej strony Twoja postawa jest godna szacunku, poświęcasz się o nich, dbasz o lekarzy itd. Z drugiej - mam wrażenie, że traktujesz ich trochę jak dzieci, które bez Ciebie sobie nie poradzą. Tym samym dokładasz sobie ciężaru (a przecież nie jesteś zdrowa), a ich jeszcze bardziej upośledzasz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
8 minut temu, Gods Top 10 napisał:

Pomimo tych 400 km, które fizycznie Cię dzielą od rodziców, to jednak wciąż mocno jesteś z nimi zespolona - przynajmniej tak odbieram to, co piszesz. Może ich problemy zdrowotne trwają już na tyle długo, że nieraz wysłuchiwałaś coś w stylu "teraz nie zawracaj mi głowy, bo mama/tata jedzie na badania" lub "jakie ty możesz mieć problemy jako nastolatka/młoda dziewczyna, skoro tu rodzic poważnie choruje?".
 

Czy te lata chorób rodzica/rodziców nie spowodowały, że Twoje potrzeby, Twoje oczekiwania były spychane na dalszy plan, bo zawsze było "coś ważniejszego", niż Ty?
To właśnie rozumiem przez brak granic: potrzeby innych zdają się mieć pierwszeństwo przed Twoimi potrzebami, stan zdrowia rodziców zdaje się być ważniejszy od Twojego samopoczucia w tej niełatwej sytuacji.
Jak się czujesz, gdy robisz coś tylko i wyłącznie dla siebie? Jak się czujesz, gdy chcesz zrobić coś, co uszczęśliwia Ciebie, a nie innych? Jak się czujesz, gdy ktoś o ciebie dba? W ogóle pozwalasz na takie sytuacje? Odczuwasz wtedy dyskomfort, poczucie winy?
 

Nieprawda. Coraz prężniej się rozwija rynek prywatnej opieki dla seniorów. Profesjonalna opiekunka jest przeszkolona do takiej pracy, więc w wielu sytuacjach poradzi sobie lepiej, niż najbliższa rodzina.

Mieszkam teraz 120 km. Myślę, że jestem podobnie zespolona ze wszystkimi moimi bliskimi - z rodziną i przyjaciółmi. Z nie do końca jasnych dla mnie powodów kilka miesięcy temu z mojej paczki wypadł mój najlepszy przyjaciel, z którym znaliśmy się ponad 20 lat - przeżyłam to tak, jakby zmarł mi ktoś bliski. Nie, nikt z mojego bliskiego otoczenia nigdy mi nie sprowadzał moich potrzeb do poziomu podłogi, bo rodzice są chorzy. Prawda jest też taka, że tylko najbliżsi o tym wiedzą, ja nie jestem osobą, która rzyga o swoich problemach w pracy czy wcześniej na uczelni. Nie chciałam nigdy być w roli sieroty albo ofiary. Może rzeczywiście kiedyś fajniej było udawać super silną, ale moi bliscy wiedzieli, że taka nie jestem - wręcz przeciwnie, byle co mnie wzrusza. Jedyna nieprzyjemność, jaka mnie spotkała w związku z chorobą rodziców, miała miejsce jeszcze w ostatniej klasie liceum (ojciec diagnoza w grudniu, mama miesiąc później). Miałam nową wychowawczynię, z którą nie lubiłyśmy się, ona nie lubiła mnie, ja jej, ale jakaś tam tolerancja była. Nie byłam ani dobrą uczennicą, sporo też wagarowałam, ale zawsze wszystko zdawałam i to nie na samych 2. Wiedziała o sytuacji życiowej i nigdy, ani razu nie zapytała mnie o to, jak się czuję i jak rodzice. To było cholernie przykre. Kobieta w wieku mojej matki, sama mająca dziecko. Dla mnie to obrzydliwe.

Dwie osoby w życiu dały mi odczuć, że dosłownie "przesadzam", w sumie na różnych gruntach (jak mogę mieć takie podejście do pracy; co z tego że mnie praca spala, przecież wszystkich wykańcza i pracują za mniej; wybrzydzam w związkach z facetami; jak mogę się martwić o rodziców, przecież żyją; jak mogę rzygać dużymi miastami i inne jakmogę). Plus tego roku jest taki, że już wiem, z jakimi ludźmi mi nie po drodze i z jakimi nie chcę nawiązywać znajomości ani być w związku.

Nie czuję poczucia winy, wręcz przeciwnie, wtedy czuję flow. Nie jestem i nie byłam zahukaną gąską (moja przyjaciółka zawsze tak na mnie mówi, z naciskiem na zahukaną :P ale tylko w żartach), zawsze ceniłam sobie spełnianie swoich marzeń, rozwój zainteresowań i rzeczy, które dla mnie są ważne. Zawsze cieszyłam się z byle drobnostki, która dla wielu nie miała żadnego znaczenia. Udzielając się na pewnym forum potrafiłam dwa lata prawie codziennie klepać rzeczy, które dziś sprawiły mi radość :P  Natomiast od kilku miesięcy "moje" rzeczy nie działają. Potrafiłam pójść na koncert ulubionego rapera w ulubionym mieście, fajnie wyglądać, czuć się super, wyjść z koncertu i się popłakać, bo .... (i tu jakiś milion powodów ówczesnego smutku). W ubiegłym roku bardzo dużo podróżowałam, ale głównie dlatego, żeby zająć głowę, nie myśleć o tym, co mnie martwi, odciąć się od niektórych osób (i nie piszę tutaj o rodzicach).

Czy uszczęśliwianie innych ma dla mnie znaczenie? Oczywiście, że tak. Chciałabym, żeby wszyscy moi bliscy byli szczęśliwi. I w ogóle ludzie, szczególnie ci chorzy, smutni itd. Czy ich nieszczęście wpływa na to, że ja się czuję źle? Oczywiście, że tak.

Jak się czuję, gdy ktoś o mnie dba? Czuję się wdzięczna i szczęśliwa. Nie chcę być cały czas taka silna na pokaz. Jestem chyba zupełnie normalna w tym kontekście. Niestety rozwija się we mnie dosyć duża blokada kontaktu fizycznego. Teraz jednak mam poczucie, że to już za długo trwa, że coraz gorzej ze mną jest i już wszystkich przytłaczam. I jest to dosyć zrozumiałe, bo to trwa już 1,5 roku. Jest mi ciężko, bo to mnie jeszcze bardziej dobija, że jestem taka beznadziejna.

W temacie opieki geriatrycznej - ok, opieki geriatrycznej. Nie jestem przekonana, czy zrozumiałeś do końca o czym piszę, ale to są pacjenci onkologiczni, a nie geriatryczni (nawet 62 lata ojca to jednak nie taka geriatria imo). Nie wiem, czy miałeś kiedykolwiek do czynienia z taką chorobą, ale gwarantuję Ci, że jest to dużo bardziej skomplikowane niż leczenie jakiejkolwiek innej choroby przewlekłej, szczególnie jeśli jest to np. źle rokujący nowotwór. Gwarantuję Ci, że nie ma osób, które odpłatnie zajęłyby się pomocą w organizacji leczenia (a o to chodzi), bo nie ma zbyt wielu standardów, na których można się oprzeć. Codziennie różne fundacje wspierające chorych onkologicznie dwoją się i troją, jak pomóc. Sama staram się pomóc jak umiem innym. To jest bardzo czasochłonne i obciążające psychicznie. My do wszystkiego dochodziliśmy sami z ogromnym wsparciem wielu dobrych dusz z "naszej" fundacji. Nie wiem, jak potoczyłoby się leczenie np. ojca, gdzie pomogło nam bez mała kilkadziesiąt osób. Mi - wsparciem psychicznym i organizacyjnym, ojcu - pomocą w umówieniu wizyt, wskazywaniu najlepszego lekarza. Owszem, są np. schematy leczenia w danych przypadkach (np. PUO ma fajnie rozpisany cały schemat leczenia, wszystko pięknie opisane na kilku stronach, ale trzeba mieć taką świadomość, że ciężko się w schemat wpasować - a to są problemy z kwalifikacją stadium choroby, bo nie wiadomo, czy guz nacieka i gdzie nacieka; a to czy po tym leczeniu można wdrożyć kolejne itd.), ale trzeba mieć świadomość, że wiele nowotworów złośliwych to choroby przewlekłe, jeśli komuś uda się przetrwać 1, 3 czy 7 lat. +  cholerny system, którego nie da się przeskoczyć. Szukałam kilka miesięcy temu pomocy z kartą dilo w ręku (diagnostyka i leczenie onkologiczne, niby diagnostyka w 1 miesiąc) i terminy przyjęć na konsultację w Warszawie zajmowały... 1 miesiąc. Na każdym etapie trzeba pilnować badań, zasadności, terminów wykonania, później kontroli, tego, żeby badania wykonywał i opisywał doświadczony onkologicznie lekarz, żeby nie olewać jakiegokolwiek podejrzenia, bo może być kiedyś za późno. Nie chce mi się tutaj rozpisywać, bo mogłabym o tym wiele powiedzieć, ale to nie jest takie łatwe, jak "opieka geriatryczna", jakkolwiek makabrycznie mi się to nie jawi (a tak się jawi niestety).

Jeszcze taki przykład, co mnie ze 2 miesiące temu dobiło - moja siostrzenica, 2,5 roczku, ma zaburzenia integracji sensorycznej, zdiagnozowane w poradni. No niby też nic strasznego, to się zdarza, po drugie to nie jest autyzm, żadne najgorsze zaburzenia. Jednak zabolało bardzo mocno, też zaczęłam od razu wyszukiwać miliona źródeł pomocy, wspierać siostrę, myśleć o tym, jak pomóc małej - czy to jest naprawdę dziwne? To  że płakałam kilka dni, jest dziwne? To że mi przykro, że nie reagowaliśmy wcześniej czy nawet rodzice nie reagowali jest dziwne? Tak strasznie mi szkoda małej, chociaż dopiero wszystko zaczęło się układać w logiczną układankę.

@Abigail_1Sm25 tak, czasem myślę, że opiekuję się nimi jak dziećmi, ale to tylko kwestia nazewnictwa. Jestem pewna, że opiekowałabyś się swoimi rodzicami co najmniej tak samo. Nie ingeruję w ich decyzje, ale wiem, że im samym ciężko byłoby wszystko dobrze zorganizować, znaleźć dobre źródło informacji itd. To nie jest wybór kwiatów czy kolorów ścian do domu, że na jakiś czas pozostanie niesmak na widok. Wiesz, że nie robię tego dla szacunku. Powiedz mi, jak mogłabym inaczej działać? Nie widzę żadnego wyjścia, a pewnie chciałabym, mając pewność, że nie zostawiam ich samych.

Poproszę @Heledore o przerzucenie tego szamba do jakiegoś nowego wątku.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ja tego nie nazywam pomaganiem, dla mnie to po prostu życie. Chociaż wiem, że sama sobie dowalam.

Najgorsze teraz są wieczory i noce, rano zawsze jakoś funkcjonuję, choćbym spala 3 godziny. Nie umiem sobie wyobrazić przyszłych miesięcy w żadnej kwestii. Jestem bardzo słaba :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×