Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
jakub358

Jak być prawdziwie blisko drugiego człowieka

Rekomendowane odpowiedzi

Drodzy towarzysze, pozwolę sobie na dużą szczerość. Proszę o doradztwo i wypowiedzi,co myślimy w tym temacie - jak być prawdziwie blisko drugiego człowieka? Wątek zakładam w dziale psychoterapii, ponieważ myślę, że najświadomiej dzieje się to w tej przestrzeni. Nie wiem, czy jest podobny temat, lub czy tak ujęty - więc w razie nagięcia, proszę o przeniesienie.

 

Terapeutyzuje się od 2 lat, w tym przez pół roku na Oddziale grupowo; obecnie indywidualnie, prywatnie, raz w tygodniu. Moim największym problemem jest budowanie relacji. Kryje się za tym trudność w byciu prawdziwie blisko siebie, a przez to w byciu prawdziwie blisko drugiej osoby.

Sprawia to, że bycie z ludźmi daje mi mało przyjemności - jest raczej wysiłkiem. Jednak przede wszystkim nie są to relacje głębokie.

Rzadko, bo raz na jakiś czas, na terapii zdarza się, że czuję więź z moim terapeutą. Wygląda to tak, jakbym przebywał cały czas jakby za mgłą i nie było mnie naprawdę z tą osobą. Czasami tylko dzieje się coś takiego, kiedy T. zwraca na mnie specyficzny rodzaj uwagi, jakby zauważając moją emocję; to czuje jakby ta mgła się rozwiewała, a ja nagle został teleportowany w zupełnie inny rodzaj rzeczywistości - taki prawdziwy, tu i teraz. Jakby chwilami świat wydawał się czymś zupełnie innym, niż widzę go zazwyczaj. Taki inny wymiar, inny stan świadomości. Można to trochę porównać do jakiegoś odurzenia narkotykiem, marihuaną, nie wiem. Takie chwilowe przebudzenie, wyjście ze snu.

Teraz zastanawiam się, na ile jest to moje subiektywne odczucie, a na ile tak jest zawsze i po prostu tak wygląda czucie więzi z drugim człowiekiem. Dalej zastanawiam się, czy w ogóle jest możliwe czucie tego poza gabinetem terapeutycznym. Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób ze środowiska w ogóle rozumie czym jest terapia i nie wiem, na ile to jest normalne. Osoby z zewnątrz już czasami odbierają mnie trochę jak kosmitę, gandalfa, kogoś z innego wymiaru. Czy to co dzieje się na terapii, nie ma odbicia w rzeczywistości? Czy może to tak, że stopniowo posiadam jakąś umiejętność, tutaj budowania relacji, którą ciężko będzie mi wykorzystać na zewnątrz?

A może terapeuci są kosmitami z innego wymiaru? A może tak wygląda prawdziwe bycie z ludźmi, tylko w większości śpimy?

Jaki terapeuta ma stosunek do klienta? Czy to jest rzeczywiście tak, że klient staje się dla niego najbliższą osobą - nieustannie nosi go w swojej przestrzeni psychicznej? Dla mnie jest to trochę nie do pojęcia, w głowie się nie mieści, że można być tak bardzo blisko kogoś. Czy naprawdę można być dla kogoś aż tak ważnym? Tylko co się dzieje w momencie, kiedy kończy się terapię - jak terapeuta sobie z tym radzi? Czy ktokolwiek coś o tym słyszał, lub wie?

Oraz moje ostatnie pytanie, zasadnicze - jak, do jasnej anielki, być bliżej drugiego człowieka?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wydaje mi się aby terapeuta był kosmitą. Prędzej ty jesteś albo ja, bo ja też często mam tę mgłę. Jakby życie działo się obok mnie. Często za tym nie nadążam. Może za bardzo skupiam się wtedy na sobie? Kilka lat temu miałam tak bardzo często, praktycznie zawsze ale to dlatego, że miałam straszne lęki.

Bardzo bałam się ludzi i ich opinii o mnie. Cały okres szkolny milczałam i miałam wrażenie, że wszyscy w szkole mnie nienawidzą, siedziałam cicho i marzyłam by umrzeć. A potem w "Złotych Myślach" koleżanki pisały co ja taka cicha jestem i co najważniejsze, że mnie lubią i czy kręcę z jakimś chłopakiem O.o Dla mnie to była jakaś abstrakcja, żebym ja, marny proch miała z kimś kręcić. A oni wszyscy traktowali mnie jako osobę normalną (prawie). Może trochę nieśmiałą, introwertyczną. Nikt nie podejrzewał co ja mam w głowie, ile strachu, nienawiści itp.

Miałam takie przebłyski świadomości czasami, ale nie trwało to długo. Wtedy kiedy czujesz, że żyjesz tu i teraz. Nie jesteś na autopilocie jak zazwyczaj.

Mi się wydaje, że to kosmici nami sterują, jesteśmy avatarami i te przebłyski to jak sztuczna inteligencja (czyt. my) zaczyna samodzielnie myśleć :P

Ale nie wierz w to, bo nie mam dowodów xD

Zastanawiam się jak widzi to zdrowa osoba, bo na Twoje pytanie nie umiem Ci odpowiedzieć.

Zdrowa osoba, bez lęków, bez nadmiernej emocjonalności i tej sieczki w głowie mogłaby Ci odpowiedzieć na to pytanie.

Może zapytaj terapeuty? Chyba, że sam zwariował już od nadmiaru informacji. Często się zastanawiam czy psychiatrzy sami nie mają jakiś odchyleń tylko o tym nie mówią, a sam na 15 min wizycie nie jesteś w stanie się zorientować, bo skupiacie się na Tobie. Ciekawe...

Czasami jak opowiadałam chłopakowi jak się czuję, co myślę itp. to on nie potrafił tego pojąć i mówił, że on takich myśli nie ma, że dla niego to nie do pomyślenia. Czyli może coś w tym jest? I on buduje relacje z ludźmi odruchowo. Jest zdrowy. Normalnie ludzie z nim rozmawiają, zapraszają gdzieś itd. Sami podchodzą, sami zagadują. On jest milczkiem, praktycznie nic nie robi aby czyjąś sympatię zdobyć, nie opowiada żartów, nie zabiega a ludzie jak muchy do miodu! Dla mnie to fascynujące. Ja wyłażę z siebie, jest mnie tysiąc, prowadzę polemiki na każdy temat a ciągle czuję na sobie ten wzrok -> :?

Nie wiem. Wybacz. Nie pomogę. Też nie mogę spać w nocy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Czyli zdrowi ludzie cały czas są na takim poziomie, na jakim nam zdarza się okazjonalnie w przebłyskach? Teraz, po terapii, dobrze już wiem że większość rzeczy dzieje bez udziału naszej świadomości, czyli poza nią. Są to procesy, których nie jest się w stanie kontrolować i dzieje się to mimowolnie; zwłaszcza w odniesieniu, do tu i teraz, w relacjach. A jednocześnie te nieświadome mechanizmy tworzą kluczową rolę w tych relacjach, jako czegoś co tka się w rzeczywistości pomiędzy dwojgiem ludzi; osoba z problemami w relacjach wnosi matrycę, na której dana relacja się tworzy i jest to matryca zazwyczaj zbarwiona, przeniesieniowa i utrudnia prawdziwie głęboką relację, jeśli nie uniemożliwia.

I on buduje relacje z ludźmi odruchowo. Jest zdrowy. Normalnie ludzie z nim rozmawiają, zapraszają gdzieś itd. Sami podchodzą, sami zagadują.

Może to dlatego, że on jest z tymi ludźmi na prawdę. To inny wymiar, jak Matrix - dla mnie, bo w rzeczywistości tak wygląda świat realny. A dlatego, że dla mnie on tak nie wygląda; że te relacje tak dla mnie nie wyglądają, to stąd wydaje się nieatrakcyjny - stąd ta niechęć, zmęczenie, depresja, nieprzynależność do tego prawdziwego świata, przez nie bycie z ludźmi.

A terapeuta to ktoś kto zza tej mgły wyciąga, wykrzesuje świadomość bycia tu i teraz w relacji. Tylko dlaczego ja nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, czemu dopiero teraz? Aaa, może dlatego, że nigdy nie doświadczyłem zdrowych więzi, bo mam dysfunkcyjną rodzinę...

To niesamowite, że można naprawdę być blisko drugiego człowieka, być z nim w więzi. Tylko to takie trudne. Ogólnie czuję się trochę jakbym posiadał wiedzę tajemną, to dla mnie dżungla. Będąc chociażby na uczelni, czy w jakiejkolwiek sytuacji interakcji społecznej, dokładnie da się zauważyć że cały lodowiec zachowań i bycia, spoczywa pod powierzchnią morza. To procesy podświadome. Ludzie się nie zastanawiają, bo nawet nie wiedzieliby nad czym się zastanawiać - po prostu są. A Twój chłopak jest po prostu zdrowy najwidoczniej, tu i teraz, potrafi nawiązywać kontakt z ludźmi na głębszym poziomie - stąd do niego lgną i z tego wynika sympatia.

Najbardziej przekichane, to że tego nie da się udawać, ani grać. To nawet nie są określone zachowania. Tylko jakaś bliskość. A więc jak być blisko?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem. Ja zawsze będę się czuć samotna. Nawet gdy jestem wśród ludzi na koncercie, festiwalu czy domówce. Nawet gdy jestem pijana i zagaduję każdego i dużo się śmieję i wydaje mi się, że łapię tę więź, bo nie mam hamulców i jestem rozluźniona to i tak wracam do domu tylko z tą samotnością. I ona mi towarzyszy zawsze i zawsze i chyba z nią mam więź.

Wieczna tęsknota nie wiem za czym.

Wydaje mi się, że my tego nigdy nie osiągniemy. Tzn. ja. Nie wiem jak Ty... Żadne poradniki. Żadne ćwiczenia. Z psychologiem lub bez. Po prostu mamy inne mózgi. Mój jest chyba niebieski.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jaki terapeuta ma stosunek do klienta? Czy to jest rzeczywiście tak, że klient staje się dla niego najbliższą osobą - nieustannie nosi go w swojej przestrzeni psychicznej? Dla mnie jest to trochę nie do pojęcia, w głowie się nie mieści, że można być tak bardzo blisko kogoś. Czy naprawdę można być dla kogoś aż tak ważnym? Tylko co się dzieje w momencie, kiedy kończy się terapię - jak terapeuta sobie z tym radzi? Czy ktokolwiek coś o tym słyszał, lub wie?

Oraz moje ostatnie pytanie, zasadnicze - jak, do jasnej anielki, być bliżej drugiego człowieka?

Ja myślę, że terapeuta jest po prostu przeszkolonym fachowcem i potrafi profesjonalnie dotrzeć do klienta, pracować z nim, pomagać mu, ale prywatnie klient jest dla niego tylko klientem. Może klienta trochę bardziej lubić lub mniej tak jak to każdy ma z ludźmi, z którymi ma styczność, ale prywatnie klienci nie są ważni dla terapeuty. Nie są jego przyjaciółmi, bliskimi. Ot, "znajomymi" co najwyżej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×