Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
nerwosol24

Nazwijmy to życiem...

Rekomendowane odpowiedzi

Witam. Nie wiem po co tu piszę po raz kolejny tak na prawdę, chyba z racji tego, żeby się wyżalić, że może ktoś mnie choć trochę zrozumie i to przeczyta. Ciężko streścić w paru zdaniach historię mojego życia ale postaram się jak najbardziej dogłębnie to opisać, zatem...

Wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Na początku nic nie zwiastowało tragedii, ot normalne dziecięce życie w normalnej, teoretycznie, rodzinie. Nie mogę powiedzieć, żeby brakowało mi czegokolwiek w tamtych czasach, zawsze miałem się w co ubrać i co jeść, mogłem spełniać swoje dziecięce potrzeby. Mam siostrę, 5 lat młodszą. Żyło nam się raczej dobrze z rodzicami (niestety moja mama się raczej pod tym nie podpisze, czego dowodem rozwód kilka lat temu). Od najmłodszych lat przywiązywałem dużą wagę do muzyki, właściwie to jedna z najważniejszych rzeczy, poza czytaniem, w moim życiu. Problem nastąpił w wieku około hm...10, 11 lat kiedy to, będąc w odwiedzinach u ciotecznego brata usłyszałem muzykę pewnego zespołu, w moim mniemaniu satanistycznego. Zafascynowany tą muzyką kupowałem kasety i wsłuchiwałem się w teksty, które w pewnym momencie mnie zdruzgotały. Zawsze byłem osobą dość mocno wierzącą, z przeświadczeniem, że nie jesteśmy zwykłymi robalami chodzącymi po Ziemi bez żadnego celu, że nasze życie nie może się kończyć tu i teraz na tym łez padole. Muzyka ta spowodowała we mnie ogromne poczucie winy, a właściwie jedno wydarzenie: pamiętam jak dziś, mam to przed oczami, teleturniej "jeden z 10", pytanie: "Czy wszystkie grzechy zostaną przebaczone ludziom?" i odpowiedź, której dudnienie czuję do dziś: "nie, przeciw Duchowi Świętemu nie będą przebaczone". Mając te 10, może 11 lat, nie wiedząc tak na prawdę co to dla mnie znaczy, wziąłem to wszystko do siebie. Wina, którą miałem w sobie za śpiewanie obelżywych treści (pamiętam jak dziś, teksty przeciw Bogu, "walcz ty psie" itd...) uderzyła ze zdwojoną mocą rodząc we mnie przerażające poczucie jakiegokolwiek sensu mojego życia. Podkreślę, byłem wtedy w 4 klasie podstawówki. Ciągnęło się to parę lat, nie pamiętam dokładnie, dwa, trzy, żyjąc w przerażeniu. Poza myślami, które nastręczały mnie całymi dniami doszły objawy fizyczne, jak konwulsyjne trzepanie głową aby je odpędzić, w środku wrzała istna walka na śmierć i życie, próbowałem z tym walczyć przez takie zachowanie. Nadmiar tych obrazów, obelg, wulgaryzmów i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze, gdyż w tej chwili nie pamiętam, wykańczał mnie i psychicznie i fizycznie. Do dziś pamiętam, jak czekając na lekcję, siedząc na korytarzu, w największej tajemnicy i z trudem kamuflując moje zachowanie odpędzałem ruchami głowy te myśli, kreśliłem pentagramy w wyobraźni, modliłem się do Boga żeby mi wybaczył. Chowałem się w domu po kątach modląc się najgorliwiej na świecie, żeby mi pomógł i coś z tym zrobił, a przede wszystkim żeby mi wybaczył bo nie chciałem nic złego. Wielokrotnie płakałem ślęcząc nad podręcznikami, ale na pytanie mojej mamy o moje zachowanie odpowiadałem tylko coś w stylu: "nic mi nie jest, nieważne". Pamiętam też, że zaczytywałem się w apokalipsie gdzieś w tamtych okolicach mojego życia, o antychryście, 666 i tak dalej...przełożyłem to na swój grunt, uważałem że nim jestem...mózg zrujnowany doszczętnie, dojrzewanie, lata dzieciństwa! Jedną z najgorszych rzeczy był fakt, że w myślach tych ukazywały się zazwyczaj obrazy i obelgi odnośnie osób mi najbliższych, mamy, taty, siostry, rodziny, Boga. Koszmar nie do opowiedzenia. Internetu by zabrakło żeby wszystkie wspomnienia przelać, ale postaram się jak najszerzej ująć temat. Walka trwała kilka lat, tak jak pisałem, modlenie się, staranie uświadomić sobie pewne fakty, samemu, po cichu, łkając w kącie, nie mówiąc nic rodzinie. Odczuwałem w sobie przekonanie, że nie mogę im o tym powiedzieć, żeby ich nie obarczać tak straszną rzeczą, że mogą sobie z tym nie poradzić, że to mój własny krzyż, który muszę dźwigać samemu, bo ich kocham. Kamuflowałem się, jak widać skutecznie, skoro do niedawna moja mama powiedziała mi, że myślała, że skoro się tak modlę to pewnie będę księdzem. Niestety, prawda była znacznie gorsza. Problemy w głowie żyły swoim życiem rujnując mnie od środka, ewoluowały. Pamiętam, że idąc pewnego dnia do szkoły w głowie pojawiały się myśli, że jak pójdę "tędy" a nie "tamtędy" to moja matka albo ojciec zginie. Ulegałem temu, wprowadzając się w koszmarną nerwicę, wierzyłem temu, zatem się poddawałem. Strasznie męczące dla psychiki. Zostawiając na chwilę permanentną walkę, chciałem powiedzieć, że zawsze, mimo wszystko, otaczała mnie, kochająca, w moim mniemaniu, najbliższa rodzina, co w pewnym stopniu stanowiło jakąś ostoję bezpieczeństwa. Przejdźmy do konkluzji. Po paru latach psychicznej walki z samym sobą, której namiastkę możecie przeczytać, bo i tak nie ma takiego zdania, żeby to dogłębnie wyrazić, udało mi się jakimś cudem z tego wyjść. Zaczęła się szkoła średnia, nowe towarzystwo, nowi ludzie, nowy etap. Brzmiące echem w mojej głowie, lecz nadal aktualne, problemy "jak nie pójdę tędy to mój bliski umrze" kotłowały się w głowie, lecz coraz rzadziej, aż w końcu ucichły. Żyłem, koszmar, który sam w sobie wyleczyłem, z nadzieją na bezpowrotność, pozornie przycichł i ustąpił. Pojawiły się inne problemy, jednak w porównaniu do tamtych, znacznie mniejszego kalibru, jak np. chorobliwa nieśmiałość i chorobliwe wręcz, nerwowe czerwienienie się z najbardziej błahej przyczyny, pamiętam, był to dla mnie okropny problem, ale i on po pewnym czasie ustał. Ustabilizowałem się psychicznie, emocjonalnie, można powiedzieć życiowo. W przerwach między nauką chodziłem na imprezy, przebywałem ze znajomymi, czytałem, grałem, chłonąłem pełnymi garściami każdy nowy dzień. Skończyłem raz na zawsze (w moim przeświadczeniu) z tym co było. Poszedłem na studia, razem z moimi przyjaciółmi, do jednego miasta. Studia jak studia, imprezy, nauka, sielanka, nowi ludzie i tak w kółko. Po 4 latach ukończone.

Wróciłem do swojego miasta, zaczęło się ogarnianie jakiejś pracy itd, start w "dorosłe życie", ogarnianie staży etc. Cały czas żyjąc razem ze swoją "paczką", z którą trzymaliśmy się bardzo długo, praktycznie można powiedzieć, że do chwili obecnej, poza paroma przypadkami rozrzucenia po kraju. Zapragnąłem kogoś mieć. Będąc na stażu w pewnej firmie poznałem pewną dziewczynę, która mi się podobała, zaczęliśmy się spotykać, byłem w siódmym niebie, żyłem, cieszyłem się życiem, znałem swoją wartość, cenę, byłem zakochany, ona też, życie stało otworem. Jednak historia pokazała zupełnie co innego, niestety. Wrodzona ułomność i chęć odpowiedzi na pytanie o przeszłość wzięła górę. W głębi duszy zastanawiając się nad moją przeszłością i nurtującym mnie pytaniem "czym było to co mi się przydarzyło?" zacząłem czytać różne informacje w internecie, docierając pewnego dnia, siedząc w pracy, na wywiad, czy też artykuł o opętaniach. Serce mi zamarło z przerażenia. W mojej wyobraźni wyglądało to dokładnie na to, bez dwóch zdań. Byłem zdruzgotany tym faktem, zacząłem coraz częściej o tym myśleć. Nie było dnia ni godziny bez myśli na te tematy. Moje życie upadało. W pewnym momencie, kompletnie przygnębiony, pogrążony w rozpaczy, uzmysłowiłem sobie, że "związek", w którym byłem musi się skończyć, ale jak to zrobić nie mówiąc nic o katuszach i powodach, które mną kierowały? Postanowiłem, że stając się gorszym, dam jej wyraźny powód do tego, że mnie opuści. Zrobiłem się chorobliwie zazdrosny, wszystko zaczęło się psuć pomału. Nie chciałem taki być, ale w głębi duszy przeżywając moje problemy, czułem, że nie mam innego wyjścia, tak musi być. Kochałem ją a jednocześnie czułem, że nie możemy być razem. Koszmar, rozdwojenie, konflikt interesów i pragnień nie do opowiedzenia. Pewnego koszmarnego dnia, pamiętam jak dziś, żyjąc w środku tym wszystkim, spotkałem się ze swoim obecnym szwagrem, staliśmy pod klatką na pobliskim osiedlu, sącząc piwo i rozmawiając. Skończyło się na trzech. Rozeszliśmy się, on w swoją drogę, ja w swoją. Była noc. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka. Leżałem i myślałem o całym moim dotychczasowym życiu gdy nagle...dopadł mnie paniczny atak lęku, bałem się czegoś, nic nie widziałem ani słyszałem, ale przeraźliwie się czegoś bałem, zupełnie jakby coś mną ogarnęło. Fale gorąca połączone z potem przelały się przez moje ciało, zesztywniałem w paranoicznym strachu nie mogąc się temu oprzeć, czułem jakby coś we mnie wchodziło. W głowie pojawiały się myśli odnośnie diabła, szatana, mnie, że Bóg zabronił diabłu kochać i dlatego się zbuntował, i że to ja nim jestem...że jestem diabłem, że nie mogę nikogo kochać. Mało tego, jeśli kogoś będę miał, narodzi się szatan, żeby się wypełniło...takie miałem myśli w głowie wszechogarniające, nie słyszałem żadnych słów ale w głowie pojawiały się takie obrazy. Panika trwała ze dwadzieścia minut, może więcej...starałem się uspokoić, pamiętam jak mówiłem siostrze leżącej obok, że coś jest nie tak, lecz jedyne co usłyszałem, to to, żebym dał spokój i szedł spać. Po jakimś czasie uspokoiłem się i usnąłem.

Drugiego dnia obudziłem się i pierwsze co pamiętam to poczucie nienawiści, przede wszystkim do mojej dziewczyny, za jakieś drobne incydenty, bzdury itd, tak na prawdę nie miałem podstaw ku temu, ale przepełniała mnie tylko nienawiść. "Związek" się rozpadł, ja się załamałem i tak na prawdę od tamtej chwili moje życie nie ma najmniejszego sensu. Wachlarz doświadczeń, który przeżyłem od tamtej pory jest nie do opowiedzenia tutaj jednak postaram się coś nakreślić. W mojej rodzinie zaczęło się źle dziać, choć tak na prawdę źle działo się między moimi rodzicami tak na prawdę od samego początku małżeństwa z tego co się później dowiedziałem. Nie było patologii, ale generalnie mama nie miała zbyt oparcia w mężu. Jak sobie przypominam wiele razy zdarzało się, że szły w ruch dzbanki, tłuczenie o ścianę nimi, krzyki, wrzaski itd...ciągła sinusoida, raz dobrze, raz źle i tak w kółko. Ojciec nie jest i nie był złym człowiekiem w sensie takim, żeby zrobić mi jakąś krzywdę, natomiast był hmm...obojętny? Nie wiem jak to ująć. Chociaż pewnie i jedna i druga strona ma swoje racje, choć bardziej wierzę mamie bo to do niej przez całe życie chodziłem z problemami, z ojcem nigdy chyba nie gadałem o problemach swoich. Po tej pamiętnej nocy, w której straciłem rozum, porozmawiałem z moją mamą i powiedziałem jej o tym. Do dziś nie jestem pewny czy powiedziała o tym ojcu, ale jestem dość mocno przekonany, że tak właśnie było. Od tamtej pory widziałem, że ten człowiek gaśnie w oczach. Chodził przygnębiony, widziałem w jego wzroku smutek i strach gdy mieliśmy o czymś porozmawiać, sztuczność, jakby wiedział o czymś ale nie do końca dawał temu wiary. Z rodziną było coraz gorzej, problemy finansowe, branie kredytów, długi, które ciągnęły się jeszcze latami, ojciec widziałem, że jest cieniem coraz większym. W końcu postanowili się rozejść. Matka już nie wytrzymała i wyrzuciła go z domu. Swoją drogą pamiętam pewien istotny fakt, który kiedyś przemilczany wrócił do mnie ze zdwojoną siłą: pewnego dnia matka trzymała ojca za rękę i powiedziała, że damy radę, a on na to coś w stylu: "muszę wyjaśnić co z moim życiem nie tak". W dobie dzisiejszych dni daje mi to mnóstwo do myślenia, ale wrócę do tego za chwilę. Rodzina się rozbiła. Ja się załamałem doszczętnie. Przez wiele lat, właściwie do dzisiaj, żyję w poczuciu winy, że to przeze mnie tak się stało, że to ja byłem temu winny. Nie dawałem sobie rady, wychodziłem samemu, włóczyłem się po parku samotnie w ukryciu pijąc alkohol i płacząc. Koszmar.

Przez parę 7,8 lat mieszkałem z mamą sam, starałem się ją jakoś wspierać, przynajmniej finansowo, lecz tak na prawdę ja już nie żyłem. Odeszło wszystko co kochałem, mało tego: moja psychika, duch legły w gruzach. Nie jestem w stanie nawet oddać ułamka procentu co się może dziać z człowiekiem w takim stanie i co odczuwa, ale wiem jedno: nie życzę tego największemu wrogowi. Wszystko przestało mnie cieszyć, nic nie czułem, nie potrafiłem wykrzesać z siebie kompletnie nic, była tylko pustka, otchłań, smutek, płacz, samotność, brak zrozumienia, nie miałem siły wstać i zrobić sobie śniadanie więc robiła mi matka...za każdym razem gdy widziałem, że już nie ma siły czułem do siebie jeszcze większą pogardę i odrazę. Jakiś czas później nadarzyła się okazja by zmienić miejsce zamieszkania. Po koszmarnej walce w środku co zrobić z tym faktem, postanowiłem że rzucę pracę i się przeniosę.

Od ponad 5 lat mieszkam gdzie indziej, sam. Pracuję cały czas w tej samej firmie. Najpierw z kumplami, a od jakiegoś czasu samemu, bo nie mogłem już wytrzymać. W międzyczasie jakoś żyłem, starałem się o tym nie myśleć, choć i tak włóczyłem się po świecie niczym zombie bez uczuć, emocji, uśmiechu, takiego wiecie...krystalicznie czystego pełną parą, niczym nie skrępowanego. Zawsze przygnębiony, utkwiony między światami, nieobecny, w ciągłym strachu i poczuciu beznadziei. W pewnym momencie zacząłem spotykać się z pewną dziewczyną, byłem zauroczony przyznam. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie, bo przecież ja nie mogę nikogo mieć, ale jednak tkwiłem w tym. To była toksyczna sprawa, z wielu powodów. Dziewczyna też, krótko mówiąc chlała, non stop gdzie wychodziliśmy było jedno: chlanie, nie 2, 3 piwa tylko 5 czy 6...patologia! Emocjonalnie rozwalona robiła mi takie sceny, że jak sobie przypomnę to z jednej strony myślę: ty kretynie! a z drugiej: skąd ja mam tyle cierpliwości?! No ale nic...do czego zmierzam, widywaliśmy się często bla bla bla...pewnego dnia szedłem do lekarza umówić się na operację, miałem pewien problem, który chciałem naprawić, nieważne. W tym samym dniu dostałem od niej smsa, że miała sen, w którym...jest nałożnicą, ja diabłem i że narodzi się dziecko...nie pamiętam szczegółów dokładnie...na końcu, że się zaśmiał mówiąc jakieś słowa. Gdy się o tym dowiedziałem nogi ugięły mi się w kolanach, dostałem ataku paniki, wszystko straciło sens bezpowrotnie, to był gwóźdź do trumny mojego życia. Operacja na którą się umawiałem przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie tak na prawdę. Po tym fakcie mój strach przerósł w paranoję, w której żyję do tej pory tak na prawdę. Nasze spotkania już nie były takie same, jarzmo, które wyrosło na mej duszy przeszkadzało w normalnych relacjach. Strach, strach i jeszcze raz przerażający strach i pytanie: czego ty chcesz ode mnie Boże?!!! Przestaliśmy się widywać, z perspektywy czasu bardzo dobrze, bo bym zwariował, choć jej winy nie umniejszały w niczym tego z czym żyłem w środku. Konsekwencje mojego życia zbierają koszmarne żniwa w dorosłości, w której jestem. Boję się seksu! Wiecie co? Mam parę dych na karku i jeszcze tego nie robiłem rozumiecie? Koszmar!!! Jestem wrakiem człowieka. Ja nawet nie wiem kurwa jak ubrać w słowa to, żeby ktoś choć trochę mnie zrozumiał?! Byłem normalnym, uśmiechniętym, pełnym nadzieii, optymizmu, radości życia, poczucia własnej wartości, czerpiącym z każdego dnia pełnymi garściami, otwartym na ludzi człowiekiem!!! A stałem się wrakiem, absolutnym, paranoicznie zamkniętym w sobie, w swoim świecie, w świecie swoich przerażających lęków, strachu, koszmarów, beznadziei, smutku, samotności. Dom, w którym mieszkam świeci pustkami, nie ma w nim życia, nie ma do kogo się odezwać, kogo przytulić, pogłaskać, z kim iść spać, kochać się jak normalny człowiek. Jest tylko praca, dom, praca, dom, czasami kino i ciągle to samo. Poszedłem do psychiatry, nic to nie dało, brałem jakieś tabletki, gówno dały a gościu, z którym rozmawiałem w pewnym momencie zaczął mnie traktować z uśmiechem na ustach jak jakiegoś gówniarza, któremu - jak pewnie myślał - wetknie jakiś podręcznik odnośnie seksualności człowieka i wszystko będzie dobrze. Zrezygnowałem. Minęło parę miesięcy, żyłem w jakimś limbo, ale jakoś to było. Wiedziałem, że jest problem i coś trzeba z tym zrobić, więc poszedłem do innego. Posiedziałem, pogadałem, zalecił rozmowę z psychologiem aby w pełni rozeznać się w temacie, przepisał tabletki, antydepresanty. Przez pierwsze 5,6 dni było, powiedzmy, normalnie. Był to ciężki okres dla mnie bo szukałem mieszkania, stresy, załatwianie spraw, jeżdżenie po mieszkaniach, oglądanie itd, w międzyczasie oglądałem filmy o opętaniach, egzorcyzmy, jakieś seanse hipnozy, nakręcałem się coraz bardziej. Koło 10 dnia myślałem, że oszaleję...tabletki zaczęły mnie rujnować, czułem, że tracę rozum i jak tak dalej pójdzie będzie jeszcze gorzej niż dotychczas. Było tak źle, że przez 3, 4 dni nic nie jadłem, nie miałem siły wstać z łóżka i iść do pracy więc ściemniłem że jestem chory i dostałem zwolnienie. Koszmar! Zadzwoniłem, powiedziałem o objawach, kazał się pojawić, zmienić leki i takie tam pierdoły...Poszedłem do psychologa, wstępne rozeznanie, testy jakieś co mi jest i inne pierdoły. Zalecenia? Terapia psychodynamiczna, dłuuuuuuuuuuuuuugotrwała, nawet kilkuletnia, gdyż sprawa jest poważna i złożona. Świetnie, pomyślałem, cudownie, nic tylko strzelić sobie w łeb! No ale nic...spróbowałem. Chodzę tam już chyba z pół roku i wiecie co? Nic mi to nie daje! Serio! Poza jednym, możliwości rozmawiania szczerze o swoich problemach i wiem, że jest ktoś kto tego wysłucha. Tylko nasuwa się pytanie: jak do ciężkiej cholery ma mi pomóc rozmowa o problemach? Nie pozbędę się ich przez to! Czasami wchodzę tam i już do jasnej cholery nie wiem o czym mówić bo wszystko powiedziałem! Więc biadolę o tym, że byłem tego a tego dnia na piwie z tym i tym...i zaczyna się nawijanie psychologiczne na ten temat...Kur...bulę 500 zł miesięcznie żeby pogadać sobie o problemach i o pierdołach z mojego życia? Co mi to da?! Bardzo szanuję kobietę do której chodzę, rozumie mnie, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, angażuje się w jakimś stopniu w to, ale nie widzę sensu dalszej kontynuacji tego! Wielokrotnie mi mówiła że trzeba częściej chodzić (no tak! teraz chodzę raz na tydzień i płacę 5 stów, a najlepiej chodzić 3 razy w tygodniu i bulić 1500 miesięcznie - co mi da 3 razy tyle samo co raz?! Nic! Nie będzie poprawy!) Nie widzę sensu dalej tam chodzić, mimo, że mogę z kimś o tym porozmawiać, mogę szukać przecież darmowej psychoterapii bo taka istnieje. Rozmawiałem z nią o wszystkim, powiedziałem praktycznie wszystko co tylko mi na myśl przyszło, a nie były to łatwe rzeczy do wymówienia. Powiedziałem o moich wątpliwościach. Według niej i lekarza są to objawy obsesyjno-kompulsywne. A ja do tej pory nie wiem czy jestem chory psychicznie, czy też jestem opętany i potrzebuję wizyty u egzorcysty. Raz przychodzi rozum, a raz duch. Jestem wierzący, nie jakiś praktykujący (choć ostatnio już chwytam się modlitwy jako ostatniej deski ratunku, bo już nie wiem co z tym zrobić), ale wierzę w takie rzeczy. Nie uważam, żeby człowiek był tylko robakiem chodzącym po świecie kończącym w ziemi po śmierci i że nic po tym nie ma. Ale to moja wiara, ktoś inny może mieć inne zdanie na ten temat.

Moja terapeutka wie o tym i słusznie zauważyła że chcę sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytania, iść do księdza, egzorcysty, porozmawiać ale jest we mnie coś co nie pozwala mi tego zrobić, coś co mnie hamuje, bo przecież nagła zmiana będzie dla mnie czymś innym, obcym, bo przecież jak to? Tyle lat żyję w strachu, samotności, smutku, beznadziei, że nagła zmiana będzie wręcz niebezpieczna. I powiem wam coś: coś w tym jest! Targam się między chcę a nie chcę, ale wiem też, że u podstaw tego wszystkiego leży strach. A co będzie jeśli faktycznie okaże się że to sprawa ducha? (Ciężar który czuję jest niesłychany). Co potem? Jak z tym żyć? Z tą świadomością! Załóżmy: jestem opętany, idę, odprawiają nade mną rytuały, wracam do normalności. Pytanie: jak psychika sobie poradzi z tym? Kto mnie zechce? Nikt! Nie ma bata. W dzisiejszym świecie nie ma miejsca na coś takiego, na kogoś takiego jak ja! Więc spirala beznadziei napędza się jeszcze bardziej i jeszcze bardziej...Drugie rozwiązanie - leki! Faszeruję się lekami, trwa to pewnie miesiącami jak nie latami. W międzyczasie nie mogę pić alkoholu zatem życie towarzystkie jeszcze bardziej odchodzi w zapomnienie, a na pytanie "hej, co ty taki smutny, chodź z nami, napij się, w końcu jest impreza firmowa?" odpowiadam coś pod nosem wkładając po raz kolejny maskę.

Moja rodzina wie o wszystkim. Matka sceptycznie podchodzi do tego, siostra sama się pytała czy nie chcę iść do egzorcysty?! Po kolejnych smsach pisanych mojej rodzinie siostra stwierdza, że sobie wszystko wkręcam, żebym poszedł wreszcie do psychiatry, dobrał leki i żebym zaczął żyć jak człowiek. Napisałem jednemu, zamierzam iść niedługo, to będzie kolejny już raz. Tylko cały czas nurtuje mnie jedno pytanie: czy najpierw powinienem iść do lekarza czy najpierw do egzorcysty i wykluczyć albo potwierdzić moje obawy? Serce podpowiada że najpierw ksiądz, jeśli on stwierdzi, że ok to lekarz...tylko że często sami księżą najpierw kierują sprawę do lekarza. Nie wiem, wzdrygam się cały czas przed tym.

Wróćmy na chwilę do sprawy ojca. Sam stwierdził że chciał odpowiedzieć sobie na pytanie odnośnie tego co jest z jego życiem nie tak. Druga sprawa: pamiętam jak rozmawiałem z babcią, jego mamą, która powiedziała mi, że jest słaby psychicznie (pomijam kontekst, sprawy rodzinne). Wtedy nie zwracałem na to uwagi, teraz jednak wraca to ze zdwojoną siłą i stawia pytania w mojej głowie: a co jeśli mój ojciec miał podobne przeżycia i wie o czymś tylko boi się przyznać? może sprzedał moją duszę diabłu? może mnie przeklął? albo coś innego?! A może był chory psychicznie i teraz ja jestem chory na to samo?! Te paranoje lub obawy kiełkują we mnie cały czas i nie dają mi spokoju, ale staram się jakoś trzymać.

A teraz jak wygląda mój dzień:

Wstaję rano, ból brzucha bo przecież ciągły stres, kłucie w mięśniach, bóle kręgosłupa, bóle głowy, sekunda po przebudzeniu włączają się myśli, które wałkują się od kilku lat! Oczy zmęczone, zero energii do czegokolwiek ale się zmuszam, suchość w ustach. Wstaję bardziej wykończony niż przed snem. Spanie nie daje mi odpoczynku! Idę do pracy. W tramwaju widzę ludzi, niejednokrotnie zerkając na dziewczyny wokoło, których w kilkusettysięcznym mieście jest na pęczki. Co z tego?! Przecież i tak nie możesz być z nikim! I tak nie możesz nikogo mieć! Poza tym nic nie czujesz, nie potrafisz kochać, nie masz w sobie emocji, kto by cię chciał?! Związek trzeba budować na podwalinach, które nosisz w sobie a ty przecież nic w sobie nie masz. Zatem już w drodze do pracy spirala strachu i beznadziei się napędza. Ile to razy plułem sobie w brodę widząc jakąś śliczną dziewczynę do której chciałem podejść i zagadać, ale przecież mi nie wolno, to nic nie da, nic się nie zmieni, moje życie to trwanie w beznadziei! Koszmar życia, jakbym widział wszystkie dobra przez szklaną szybę a jedyne co mógłbym zrobić to polizać językiem! Nie wspomnę o wszechobecnych regułkach które powtarzam obsesyjnie w swojej głowie i ustami gdy mam zamkniętą buzię. Gdy przełykam ślinę: "Jezu królu" lub "szatanie.." - jak to mawiała terapeutka: Akty strzeliste. W każdej sekundzie życia, gdy trzeba przełknąć ślinę lub gdy jest jakaś nerwowa, napięta sytuacja, a że nerwy na wykończeniu to prawie zawsze. Dojeżdżam do pracy. Siedzę przed kompem 8 godzin, a bardzo często nawet więcej, 5-7 dni w tygodniu. Po pracy zero ruchu bo przecież co to da? Co mi da basen czy siłownia skoro moje życie nie ma sensu? Wracam do domu, słuchawki na uszach, myśli o tym samym. Nawet nie chce mi się iść na spacer, wolę jechać i uwalić się na łóżku i spać albo poczytać. Najgorzej gdy się zachce seksu. Przerąbane. Coraz częściej się zaspokajam, a co za tym idzie czuję jeszcze większą odrazę do siebie. Pod koniec tego pojawiają się obrazy w mojej głowie dotyczące moich najbliższych, aż nie chce mi ślina przejść przez język jakbym miał to opowiadać. Wszystko co kocham jest atakowane - jak to powiedziała terapeutka! Zatem już nawet zaspokajać się nie mogę skoro mam takie myśli bluźniercze. Zatem jak mam żyć? Jestem człowiekiem, potrzebuję tego! Skoro nie mogę mieć nikogo żeby się z nim kochać a jednocześnie nie mogę się sam zaspokajać to jak żyć? Nie da się! Poza tym: dawno zapomniałem co to erekcja! Tak, niestety! Nie dość, że jestem kaleką psychicznym to jeszcze fizycznym! Próbowałem tabletek, jeśli się odblokuję to działają, choć czuję się jak najarany i łeb po tym boli..tak, próbowałem tabletek z samym sobą, wiem że to żenujące, ale nie zanosi się na zmiany w tym temacie. Swoją drogą ciekawe jakby zareagowała kobieta na ten fakt? Kolejny powód żeby się pozbyć takie coś jak ja! Nie dziwię się. Za każdym razem gdy skończę wyobrażam sobie że leży obok mnie kobieta, że ją pieszczę jeszcze i że zasypiam wtulony...jestem tak kurwa samotny, że głaszczę poduszkę obok siebie! Czasami pojawiają się łzy i o ile nie mam tych koszmarnych wizualizacji w mojej głowie czuję się w miarę spełniony, choć to tylko pozory i marny substytut miłości. Czasami mam ochotę zaprosić sobie kobietę z agencji skoro nie ma już dla mnie nadziei na nic, ale nie mogę, nie potrafię, to nie ja, nie jestem takim typem gościa, nie mógłbym na siebie spojrzeć po tym wszystkim, brzydziłbym się sobią. Tak na prawdę nie imponuje mi "zaliczanie" wszystkiego co popadnie przez facetów. Zawsze miałem swoje wartości i zasady, którymi żyłem. Tak na prawdę to chciałbym się najzwyczajniej w świecie zakochać i kochać się z ukochaną. Kurwa, co ja bym dał żeby się odpierd...i iść na randkę z kimś?!!!!! Żyć!!! Odciąć się grubą kreską od tego wszystkiego, ale nie...nie potrafię, nie mogę, nie wolno mi. Ostatnio szukam ukojenia w Bogu. Czytam Nowy Testament, modlę się o pomoc, choć nie wiem czy nie wyjdę skrzywiony jeszcze bardziej. Nie wiem kim jestem, czego chcę i jak sobie pomóc. Wielokrotnie myślałem: Boże, jak ja chciałbym być kimś innym! Moja wiara odnośnie seksu też jest bardzo restrykcyjna, choć tak na prawdę nigdy jakoś nie uważałem, że tylko i wyłącznie po ślubie można. Coraz bardziej rysuje mi się obraz, że albo zgodnie z Bogiem albo nie i każde "nie" jest złe. Oglądałem ostatnio filmy z uzdrowień, wyleczeń, egzorcyzmów, co szatan mówi na egzorcyzmach i łeb zryty doszczętnie. Świadomość świata i beztroskie szczęście człowieka odeszło w zapomnienie ponad 10 lat temu. Szczerze? Na dzień dzisiejszy jest tragicznie ze mną, odwołałem wizyty w tym miesiącu bo nie widzę sensu. Bardzo poważnie rozważam samobójstwo, myśli o tym dręczą mnie już nie wiem ile lat. Choć brak mi odwagi, zatem będę tak tkwić w tej śmierci każdego dnia. Piszę, bo może ktoś to przeczyta, bo mam potrzebę wylać to wszytko na papier i tak na prawdę jest to tylko, podkreślam, ułamek wachlarza emocji które mną targają bo nie jestem w stanie wszystkiego sobie przypomnieć i napisać o wszystkim. Nie wiem czego szukam. Ukojenia? Współczucia? Może po prostu, że ktoś mnie zrozumie.

Na koniec paradoks sytuacji:

Jestem przystojnym, inteligentnym, oczytanym facetem z wieloma pasjami, wartościami, zasadami i dobrocią...i nie piszę tego by podbudować swoje ego, czy też czuć się Bóg wie jak ważnym, nie. Obserwuję otoczenie, ludzi z którymi przyszło mi obcować i widzę reakcje kobiet, zwykłe spojrzenia, uśmiechy itd..w zwyczajnych sytuacjach jak np. jazda w tramwaju. A piszę to dlatego, żeby uzmysłowić jaki to stres dla mnie wiedząc że podobasz się ludziom będąc jednocześnie wrakiem w środku. Że może przyjdzie taka chwila, że pewnego dnia ktoś podejdzie do ciebie i zechce cię poznać, a ty co zrobisz? Podziękujesz? Czy żyjąc ze świadomością marności swojego życia i tego gówna które cię niszczy zaprosisz na kawę? Zatem odcinam się od kobiet, świata i chodzę swoimi ścieżkami. Smutne, przerażająco...ale takie jest moje życie.

Dzięki, że wytrwałeś do końca czytelniku...choć przez chwilę nie byłem sam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie ma co się pierd**ić w półsirodki,

trezba działać stanowczo:

 

Musisz iść do księdza,

jak nie znasz jakiegoś zaufanego,

jedziesz do innej prafi, miasta obok.

Znajdź jakiegoś z którym można porozmawiać.

 

W większości miast raz na miesiąc ( albo cześćiej ) są msze egzorcystyczne,

idź na taka.

 

Oprócz tego idziesz do psychiatry żeby dał Ci coś na otępienie,

troche będziesz jak zoombi, ale nie będziesz tyle myślał.

 

https://www.youtube.com/watch?v=SHmY2OE934Y

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jestem osobą wierzącą, ale uważam (bo sama tego doświadczyłam), że nadmierna religijność może prowadzić do różnego rodzaju myśli czy nawet zaburzeń, skrzywienia rzeczywistości, obsesji grzechu czy potępienia. Dla mnie receptą na to jest omijanie kościoła, nieczytanie Biblii, bo ludzie z tendencjami lękowymi mogą sobie nawkręcać różnych rzeczy.

Chodziłam na msze o uzdrowienie, różne inne modlitwy i pseudo egzorcyzmy. Tylko dopiero dobrze ustawione leki, po przetrwaniu skutków ubocznych mi pomogły. A nie modlitwy moje czy kogokolwiek o mnie.

Mamy mózg czy osobowość taką a nie inną i trzeba to leczyć, jeśli chce się lepiej żyć. Przestać rozmyślać o szatanie, że to szatan nam coś podpowiada, szatan nas dręczy. To my jesteśmy katami sami dla siebie i my możemy pracować nad sobą, żeby to zmieniać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A możesz napisać co to za leki i jak długo trwało aż doszły zaczęły działać? Może być na priv.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dość popularne też i na forum - wenlafaksyna 150 mg i na noc biorę hydroksyzynę.

Powiem tak, że ja byłam w takim lękowym stanie, że jak odstawiłam leki, to potem mnie na SOR karetka zabierała, bo u mnie lęki się silnie somatyzują. I byłam już potem bliska zrobienia sobie czegoś. Nie mogłam spać przez lęki, normalnie funkcjonować.

Zwiększane dawki miałam powoli, ale już po 75 mg poczułam, że coś zaczyna działać. W ciągu 2 miesięcy poprawiło się znacznie moje funkcjonowanie, nawet już po pierwszych tygodniach brania. Teraz biorę leki już 5 miesięcy i jest o niebo lepiej. Nie powiem, że czuję się zdrowa całkiem, lekarz proponował pójście z dawką wyżej, ale jest naprawdę dobrze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć. Mogę powiedzieć, że to mój temat.

 

Z religią też można przegiąć. To jak nadwyrężenie i kontuzja na siłowni.

Dość wcześnie zacząłeś traktować dogmaty poważnie.

 

Takie jest założenie wiary, ma budzić niepokój egzystencjalny. Czyli pokazać, że życie to nie błahostka. I, choć to się wydaje dość wredne, ale po jakimś czasie osoba zazwyczaj ten temat jakoś integruje. Co byś zrobił, gdybyś był papieżem w 1300r i widział jak ludzie marnują sobie życie?

 

Jest taka "prawda wiary" w Kościele. Zal za grzechy, ze strachu; żal za grzechy z miłości.

Proponuję spróbować wierzyć w ten drugi.

 

Więc religia trochę musi straszyć, ale uwierz że robi to z troski. Żeby życie nie było zbyt banalne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×