Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Dave12345

Witam

Rekomendowane odpowiedzi

Na początek chciałbym się przywitać. Witam serdecznie.

 

Miałem już kiedyś konto na tym forum, ale to było bardzo dawno temu i wydawać by się mogło, że w zupełnie innym życiu.

 

Zarejestrowałem się znowu ponieważ, chce się wygadać, chcę wydusić to co tłumiłem w sobie przez wiele lat.

 

Z depresją jestem "zaprzyjaźniony" już od dawna. Ojciec popełnił samobójstwo ponieważ moja matka go zdradzała z facetem który bardzo szybko po jego śmierci stał się moim nowym tatusiem. Oczywiście żeby było bardziej kolorowo okazało się, że jest alkoholikiem i zwykłym damskim bokserem. I tak co tydzień krew i alkohol w moim domu lały się strumieniami przez około 15 lat dopóki moja matka nie zmarła na raka, a on się wyprowadził. Ja sam przez to stałem się nerwowy i agresywny wręcz z czym walczę do dziś. Musiałem sobie z tym radzić praktycznie sam ponieważ, większość mojej rodziny niezbyt interesowała się moim losem. Mieszkałem sam i praktycznie zapomniałem jak to jest mówić, siedziałem i pogłębiałem się w rozpaczy. Zacząłem fantazjować o coraz finezyjnym skończeniu swojego życia, oraz zacząłem się samookaleczać. Tak w końcu trafiłem do szpitala psychiatrycznego. Chciałbym powiedzieć, że to pomogło, ale po wyjściu było tylko gorzej: alkohol, narkotyki, niezbyt dobre towarzystwo, generalnie tego typu rzeczy. Ciągnęło się to przez 2 lata. Nie byłem w tym wszystkim sam, miałem przyjaciela i nie używam tego słowa od tak, znaliśmy się jak łyse konie, razem płakaliśmy, śmialiśmy się, wspólnie przechodziliśmy ciężkie chwile. Przez ten burzliwy okres dodatkowo dostałem małego kota, który dla mnie stał się pełnoprawnym członkiem mojej rodziny: rozmawiałem z nim, bawiłem się z nim, kupowałem prezenty. Nie pomogło mi to stanąć na nogi, zawaliłem szkołę, dalej piłem. Po 2 latach postanowiłem, że czas z tym skończyć, że chce spoglądać na świat trzeźwym spojrzeniem. I tak się stało. Mimo to nadal nie wiedziałem jak naprawić to co zepsułem w tym całym ciągu. Wtedy pojawiła się ona, ktoś w kim bardzo mocno się zakochałem kilka lat przedtem, lecz było to jednostronne. Tym razem było inaczej. Nie chciałem wchodzić w związek dopóki sam nie stanę na nogi, ale ona robiła wszystko żebym zwrócił na nią uwagę. Bardzo szybko zamieszkaliśmy razem. Dzięki tym wszystkim bliskim mi osobom alkohol spożywałem okazjonalnie raz na 4-5 miesięcy, narkotyki i samookaleczanie odeszły w niepamięć, a myśli s. zostały zastąpione potężną chęcią żeby żyć jak najdłużej. Kolorowo oczywiście nie było, związek sprawił, że zacząłem czuć wszystko mocniej, intensywnej, również te negatywne emocje. Stałem się bardzo nerwowy i agresywny. Wiedziałem jak to niszczy mnie i moich bliskich, szczególnie ją, toteż zacząłem się modlić, medytować, uprawiać sport, wróciłem do leczenia. Robiłem wszystko, aby się zmienić. Efekt jest taki, że nadal gdy jestem zdenerwowany potrafię skrzywdzić słowami, ale nie jestem agresywny, nie wyżywam się na rzeczach i bardzo szybko się uspokajam. W końcu uznałem, ze po tych wszystkich latach cierpienia mam dom, chcę żyć, bo życie jest pięknie, że mogę wszystko. Chciałbym żeby tak się skończyło, ale życie nie jest takie piękne prawda? Otóż przyjaciel wyrządził mi ogromną krzywdę, zamiast przeprosić, spalił wszystkie mosty po 13 latach znajomości. 2 miesiące później okazało się, że kot miał chore serce i jedyny i ostatni objaw to nagła śmierć. Mimo to się nie poddałem, była jeszcze jedna osoba dla której chciałem żyć, po prostu nie mogłem się poddać. Dwa tygodnie temu miałem z Tą osobą jedną z głupich sprzeczek, znowu powiedziałem w nerwach coś krzywdzącego. Wyjechała. Pomyślałem, że może to nawet lepiej, ponieważ oboje ochłoniemy. Wróciła po prawie dwóch tygodniach gdzie nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Powiedziała, że już jej nie zależy, że takie jest życie, że poczeka jak skończy jej się meldunek za pół roku i wyprowadzi się, że ułoży sobie życie z kimś innym. Od tamtej pory mamy osobne pokoje i generalnie mnie ignoruje jak może. Znosiłem to przez dwa tygodnie, starałem się nie załamać. Jednak była ona ostatnią bliską mi osobą. Przez te dwa tygodnie nie miałem z kim o tym porozmawiać, znowu zacząłem zapominać jak to jest rozmawiać z drugim człowiekiem, zacząłem pić. Mam myśli s. Po prawie 4 latach historia zaczyna zataczać koło. Dzisiaj miałem pierwszą próbę samookaleczenia, jednak zbyt się bałem.

 

Przepraszam za tak ogromny post. Niezależnie od tego, czy będę tu dalej pisał, czy nie chciałem to w końcu z siebie wyrzucić. Nie potrafiłem już tego dłużej tłumić. Straciłem sens życia, nie wiem co dalej, nie mam domu, biegnę przed siebie nie wiem dokąd i po co. Z góry dziękuję wszystkim za doczytanie do końca. Gorąco pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za powitanie :) Staram się jak mogę. Nie chce wrócić do poprzedniego życia, po prostu straciłem ostatnią podporę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dave12345, witaj!

Twoja historia jest bardzo przykra, ale takie właśnie jest życie, że ciągle coś zdobywamy i ciągle coś tracimy. Wszyscy tak mają, tylko nam depresyjnym trudniej jest pozbierać się po porażce. Wiem, bo sama zmagam się z tą cholerą. Niestety ona tylko czeka, żeby powinęła nam się noga i wtedy kąsa jak wściekły pies. Jednak Twoje życie się jeszcze nie skończyło, może jednak warto spróbować raz jeszcze zbudować sobie swój świat. Bo jeśli nie, to co pozostaje?

Wybór wydaje się być prosty, choć dobrze wiem, że taki nie jest. Pozdrawiam Cię ciepło, trzymaj się!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Trzymaj się, czasem wygadanie się jest pomocne

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć! Dobrze, że się wygadałeś to pomaga :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pjona, Kofel jestem. :)

Smutna historia niemniej życzę Ci, abyś z tego wyszedł, a forum pomogło.

Pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję wszystkim bardzo za słowa otuchy :) Napisanie tego trochę pomogło. Wiem, że takie jest życie i los nie patrzy na wiek, narodowość, czy pochodzenie i każdemu niezależnie od dnia potrafi dowalić i że tak naprawdę jedyną alternatywą oprócz poddania się dalsza walka, ale po tym wszystkim stało się to męczące. Nie widzę obecnie żadnego sensu w dalszej walce. Mam ochotę po prostu usiąść i patrzeć jak wszystko się wali. Niemniej jednak życie zaskakuje ciągle i może stanie się coś co zmieni mój pogląd. Jeszcze raz wszystkim dziękuję :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dave12345, napisałeś, że historia zatoczyła koło. Wcale nie musi być tak, że wrócisz do czasu, gdzie panował smutek, przygnębienie, pustka, zniechęcenie, nicość. Pokrzyżuj plany tej "historii". Zdaję sobie sprawę, że straciłeś podporę w osobach, którym ufałeś, na których kiedyś mogłeś polegać. Do tego strata bliskiego Ci zwierzątka. To nie jest łatwe. W życiu jednak są chwile piękne i porażki, które również musimy nauczyć się przeżywać. Życzę Ci siły i wiary w lepsze jutro oraz odwagi, by walczyć o swoje szczęście. Mam nadzieję, że nie wrócisz do starych schematów (alkoholu, autoagresji, izolacji) i poszukasz dla siebie wsparcia. Wierzę, że napisanie na forum jest taką nieśmiałą próbą wołania o pomoc. Pozdrawiam i powodzenia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Smutno mi się zrobiło jak to przeczytałam, miałeś naprawdę ciężko. To co Cię w dodatku spotkało ostatnio to jakby nastąpiła kumulacja złych zdarzeń.

Nie uciekaj w alkohol, to wątpliwe pocieszenie. Tyle już dokonałeś w walce z nałogiem, po co się cofać. Będziesz tylko jeszcze bardziej się nienawidził. Poszukaj pomocy, nawet zgłoś się do szpitala. Może dobiorą Ci leki, będziesz miał terapię, wyrzucisz z siebie swoje myśli przed drugim człowiekiem. Nie zostawaj z tym sam, myśli samobójcze to alarm, że sprawa jest poważna.

Co do tej dziewczyny, zastanów się czy wasz związek nie był toksyczny. Napisaleś, że nie chciałeś wchodzić w związek, dopóki nie staniesz na nogi, ale jednak zrobiłeś to, bo ta dziewczyna o Ciebie zabiegała. Czy byla dla Ciebie wsparciem, czy zdawała sobie sprawe jak pokaleczony przez życie zostałeś i z jakimi emocjami i traumą się zmagasz? Chyba pokazała teraz swoją prawdziwą twarz, bo skoro po jednej glupiej sprzeczce obraziła się do tego stopnia, że zrywa z Tobą... może to nawet dobrze, bo Ty potrzebujesz kogoś mądrego, kto będzie przy Tobie zarówno w tych dobrych jak i złych chwilach. A nie kogoś, kto porzuci Cię w trudnym momencie. Piszesz ze to była Twoja ostatnia podpora, ale czy na pewno? Masz siebie, i to sobie zawdzięczasz momenty kiedy starałeś się zmienić na lepsze, bo nikt za Ciebie nie medytowal czy modlił się. Dlatego daj sobie czas i szansę, by przeżyć prawdziwą miłość, czego Ci bardzo życzę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ekspert_abcZdrowie pewnie jest to w swoim sensie wołanie o pomoc. Mam determinację żeby nie powrócić do tamtego życia jednak jest mi bardzo ciężko kiedy odczuwam samotność. Nigdy nie byłem osobą której łatwo przychodziło nawiązywanie znajomości. Wiem, że taki jest los i człowiek musi sobie radzić sam, ale nie chce po raz n-ty walczyć sam.

 

bedzielepiej prawda jest taka, że obydwoje uczyniliśmy go toksycznym. Ja wściekałem się o byle o co, a ona za każda sprzeczkę nagradzała mnie kilkoma dniami ignorowania. Tak po prawdzie to wierzę, że skoro sam przeistoczyłem się z agresywnego furiata do nerwusa odrobina jej wsparcia mogłaby pomóc bardziej. Niestety była ona osobą, która zawsze wybierała kiedy się godzimy. Wyobraź sobie, że się pokłóciliśmy i mogę zachować się na x sposobów. Wiele z tych sposobów prowadziło do niczego ponieważ, tak jak wspomniałem dopóki ona nie wyciągnęła ręki na zgodę, a należy rozumieć przez to, iż udawała, że nic się nie stało absolutnie nic nie mogłem zrobić. Jedyne gdzie tak na prawdę byłem na plus w tym związku jest taki, że ja nigdy nie chciałem się poddać. Ona wybrała.

Przy okazji dziękuję za Twoje słowa. Były bardzo miłe :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie martw się ja wciąż i wciąż zaczynam wszystko od nowa ... Miałam podobnie matka choruje na schizofrenie ciągle klotnie starych dopóki nie dowiedzieliśmy sie co to jest latające garnki i nieprzespane noce wyzwiska gdy matka wyszla ze szpitala ogarnelo sie i stary sie zapil zostalysmy z chora matka bez kasy ale wyszliśmy na prosta walczę z nerwica piec lat bo jakiś pan kiedys postanowił ze mnie zgwalci .... Bylo kiepsko i znowu jest czasem lepiej czasem gorzej.... Ale nadal zyje i walczę o Tobie życzę tego samego da sie da trzeba walnąć czymś o ścianę dla ulgi i zaczynać od nowa i od nowa aż wyjdzie powodzenia nie dawaj sie :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×