Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Gość sloik

Cóż to, ach, cóż to!

Rekomendowane odpowiedzi

Gość

Sprawa jest taka, że dręczy mnie pewna rzecz już od długiego, długiego czasu. Powiedzmy, może od gimnazjum (teraz jestem na studiach), tak na oko.

 

Moje kontakty z ludźmi są strasznie płytkie i - mimo że chcę - nie pozwalam sobie przenieść znajomości na kolejny poziom. Po prostu nie mogę, mam blokadę wewnętrzną, której nie potrafię zdjąć. Wyobraźcie sobie, upiłam się niedawno i przeprowadziłam raczej emocjonalną rozmowę z pewnym chłopięciem. Następnego dnia dręczył mnie niesamowity moralniak - nic nie zrobiliśmy, tylko rozmawialiśmy. I zerwałam z nim kontakty. Było to dla mnie tak strasznie upokarzające (pozwolę sobie przytoczyć, co mu powiedziałam - że mi się podoba i że czasem czuję się samotna. tylko tyle), że nie chciałam z nim więcej rozmawiać. Poza tym przerażała mnie myśl o przeniesieniu znajomości na wyższy level. Chyba się tego zwyczajnie wstydzę, wstydzę się czuć miłość, przyjaźń względem kogoś. Nie umiem rozmawiać o uczuciach.

 

Bez przerwy uciekam, palę za sobą wszystkie mosty. I przez to, że blokuję w sobie uczucia - przestaję czuć. Nie lubię ludzi. Jestem przy nich sztuczna. Zdarzają mi się momenty spontaniczności, ale raczej w gronie bliskiej rodziny.

 

Czego się tak, cholera, boję?

 

Czasem, jak mnie najdzie jakaś wena czy inne dziadostwo, maluję. I zawsze maluję to samo - postać zamkniętą w wielkim, szklanym słoiku. Wokół słoja wznoszą się domy i kwitnie życie towarzyskie, ale postać w środku naczynia może tylko patrzeć. Widzi ludzi i oni widzą ją, bo szkło jest przezroczyste, ale to wszystko. Nie trzeba się nawet domyślać, że w słoju siedzę ja. Ot, taka kiczowata metafora. Ale wiecie, o co chodzi. Chciałam pokazać po prostu, jak się czuję.

 

Najbardziej przeraża mnie świadomość, że tak będzie ZAWSZE. Obezwładnia mnie to "zawsze". Umrę jako nieudacznik, nie założę rodziny, i będzie mi wstyd do końca życia za moją samotność.

 

Nie jestem w stanie wpuścić nikogo do swojej twierdzy. Zawsze na początku znajomości jestem pełna chęci, a gdy robi się poważniej, spierdzielam w podskokach albo buduję jeszcze większy mur. Jestem jakimś beznadziejnym przypadkiem, bo czasem nawet nie widzę, jak się ten mur tworzy, powstaje on całkiem automatycznie. Nie mam przyjaciół. Raz w życiu byłam w związku, ale nie było to nic poważnego i trwało krótko, bo zerwałam znajomość.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

To przykre bardzo, rozumiem to, czuję bardzo podobnie. Boisz się bliskości czyli odrzucenia chyba. Nie chcesz pójść do terapeuty?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ale tak trudno jest się przyznać do słabości... nawet nie przed sobą, a przed najbliższymi. Wstydzę się (wszystkiego się wstydzę :shock: ) przyznać, że coś jest nie tak, że jestem samotna, że moje kontakty z ludźmi wyglądają, jak wyglądają. Wszyscy wokół sądzą, że wszystko ze mną w porządku, mam opinię twardzielki, osoby silnej psychicznie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Wiem, że to moje nieprzyznawanie się nie ma nic wspólnego z byciem twardzielem, ale tak to wygląda z boku, a ja bardzo dbam o pozory 8)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

No niestety dotychczas są. Nawet nie wiem, jak miałabym to zmienić. Zresztą mam poczucie winy, bo moi rodzice starali się jak mogli, by mnie dobrze wychować i zapewnić mi szczęśliwe dzieciństwo, a ja tu z takimi kwiatkami wyskoczę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sloik, ale co mają rodzice do Twoich odczuć ? Nie musisz im przeciez referowac swoich problemów, mozesz sie sam zgłosic do psychologa i próbowac coś zadziałać. Myślałaś juz o takiej formie pomocy ? A może chodzi o to, że przed terem czy psychologiem też nie masz ochoty sie otworzyć ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
No niestety dotychczas są. Nawet nie wiem, jak miałabym to zmienić. Zresztą mam poczucie winy, bo moi rodzice starali się jak mogli, by mnie dobrze wychować i zapewnić mi szczęśliwe dzieciństwo, a ja tu z takimi kwiatkami wyskoczę.

Gdzieś po drodze mogli nieświadomie popełnić błędy wychowawcze.

Nad swoimi trudnościami można popracować z psychoterapeutą.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

bittersweet, wiem, że nie muszę, ale wizyty u psychologa czy kogoś takiego kosztują, a ja się nie utrzymuję sama. A jak już powiem, że chcę szukać pomocy, to będą dociekać, co się dzieje, bo będą się martwić. Jeśli chodzi o sam fakt otwarcia się przed psychologiem/terapeutą, to rzeczywiście mogłyby być z tym trudności. Prawdopodobnie cały czas uśmiechałabym się i żartowała ze swoich problemów, żeby nie pomyślał, że się nad sobą rozczulam :roll:

 

Monika, masz rację, mogli je popełnić nieświadomie, nawet wiem, jakie, jeśli można je nazwać "błędami" - całe życie stawiali mi wysoko poprzeczkę, a moja mama dużo i głośno na mnie krzyczała, ale jakim cudem mogło mi to tak zryć psychikę? Nie bili mnie przecież. Nie pili. Zastanawiam się teraz, czy nie wyolbrzymiam sprawy. To się przecież dzieje tylko w mojej głowie. Ach, Jezu...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Uczysz się, studiujesz więc możesz dostać skierowanie na refundowaną, darmową terapię od psychiatry, nikt o niczym nie musi wiedzieć. Otwarcie się jest dla każdego trudne i terapeucie na pewno nieobce.

 

A co do błędów, to rozumiem bo myślę, czuję tak samo, nie zdarzyła mi się żadna krzywda, nie znęcano się nade mną... a mam zaburzenie osobowości... i też poczucie winy, bo mama tak bardzo się starała żeby wszystko było dobrze a tutaj ja coś takiego wyprawiam.

Nie wyolbrzymiasz sprawy, chyba odwrotnie, starasz się ją bagatelizować...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ale tak trudno jest się przyznać do słabości... nawet nie przed sobą, a przed najbliższymi. Wstydzę się (wszystkiego się wstydzę :shock: ) przyznać, że coś jest nie tak, że jestem samotna, że moje kontakty z ludźmi wyglądają, jak wyglądają. Wszyscy wokół sądzą, że wszystko ze mną w porządku, mam opinię twardzielki, osoby silnej psychicznie.

 

Oooo jaka ze mnie była twardzielka. Będę silna! Nikt mi nie podskoczy, nikt mnie już nie zrani!!!! I co? Pękło! Na którejś wizycie u psychologa. Ryczałam jak bóbr. Chyba z ulgi, sama nie wiem. Bo uświadomiłam sobie, że mam prawo się bać i nie jest to głupie, że wstyd to też jakieś uczucie, niekoniecznie wstydliwe, że mam prawo czuć się bezradna. Czasem jest to bezradność niezależna ode mnie a jak jest to też mogę przecież ją czuć. Mam prawo być słaba i zapłakana, mam prawo sie cieszyć jak głupia. I jeżeli ktoś powie mi kiedyś, że jestem ciepłe kluchy to niech się za przeproszeniem wali :great:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Fajnie, agi, że się przełamałaś ;) Może i mnie kiedyś to czeka... inaczej umrę w towarzystwie 30 kotów.

 

No właśnie, bo mam jeszcze jedno pytanie. Co jak pójdę do tego psychiatry i się zatnę? I nic nie powiem? Co mam zrobić, żeby powiedzieć mu, o co chodzi? Bo już sobie wyobrażam, jak cisnę z siebie każde słowo w pocie czoła.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sloik, nie od razu Rzym zbudowano, najwyzej sie zatniesz. To naprawde nie wstyd. Na pierwszym swoim spotkaniu z psychologiem tez jakies bzdury plotlam. Z biegiem czasu sie rozkrecilo i naprawde pomaga. Psycholog czy psychiatra bedzie wiedzial ze to trudne dla Ciebie i na pewno fachowo pomoze. Odwagi, dasz rade :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sloik, psychiatra zadaje pytania, naprowadza Cię na to o czym masz mu opowiadać. Najgorszy jest tylko sam początek, czyli "co panią sprowadza, jaki jest problem". Oczywiście moja odpowiedź była ogólna i zdawkowa, potem się rozryczałam i smarkałam w chusteczki i bredziłam coś o "zrytej psychice od zawsze", dopiero jak zaczął się dopytywać to powoli wszystko nabierało kształtu i jasności dla niego.

 

Też mam problem z bliskimi kontaktami z ludźmi. Może bliżej prawdy będzie jak napiszę, że ogólnie z kontaktami z ludźmi. Choć z drugiej strony płytkie kontakty udaje mi się nawiązywać, czerpię nawet z nich przyjemność. Jeśli to nie wymaga ode mnie wysiłku, chodzę gdzieś codziennie i widzę się z tymi samymi ludźmi częściej, to nawiązanie płytkich kontaktów jakoś samo wychodzi. Ale jak już sama mam się postarać o nawiązanie jakichś kontaktów, to nie wychodzi. Lubię odludne miejsca, lubię ciszę, spokój, las, puste plaże. Mało ludzi lub ich brak. Pustkowia. A z drugiej strony cierpię na samotność. Brakuje mi jakichś choć paru osobników obu płci do regularnego widywania się w celu picia piwa w barze i opowiadania o głupotach. No i jednej osobniczki płci żeńskiej na przyjaciółkę mi brakuje. ;) Jakby z jedną wyszło, to mogłoby ich być więcej. Niby nie przepadam za ludźmi, ale jednak mi ich brakuje. Jakoś nie mogę zrozumieć tego paradoksu. Chciałabym mieć grupę znajomych i kilkoro bliskich przyjaciół/ek. No i nie umiem utrzymywać kontaktów, sama boję się podtrzymywać kontakty. Wolę jak druga strona wykazuje się aktywnością, a ja tylko odbijam piłeczkę. Boję się sama wykazać jakąś aktywność, boję się chyba że zostanę odrzucona. A jak inni wykazują aktywność, to znaczy, że mnie akceptują/lubią. Niespełniona potrzeba akceptacji, poczucie odrzucenia. Mechanizm niepotrafiący się zatrzymać sam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ze mną to jest w ogóle dziwnie, bo mi bardzo ciężko przychodzi nawiązywanie jakichkolwiek znajomości. Ale jeśli już nawiązuję, to one zawsze stają się głębokie, co mnie cieszy. Tylko, że ze mną jest taki problem, że nawet jak ja wykazuję inicjatywę i nie palę za sobą mostów, to i tak zazwyczaj ten drugi człowiek nie jest zainteresowany kontaktem ze mną.

 

Moim zdaniem Ty masz , w porównaniu do mojego, o wiele łatwiejszy do rozwiązania problem, bo wiesz, że gdybyś się pozbyła tego bezsensownego wstydu i strachu, to te kontakty by Ci wychodziły. Na przykład, jeśli chodzi o tego chłopaka, to może byłby chleb z tej mąki, gdybyś nie spaliła za sobą mostów? Mało o tym napisałaś, ale sama możesz ocenić. Moim zdaniem jesteś w dobrej sytuacji, bo tak jak powiedziałam, ja nie wiem nawet, jakie moje konkretne zachowanie wywołuje brak zainteresowania, i nikt nie jest mi w stanie powiedzieć, a Ty dokładnie wiesz, co potrzebuje zmiany. Teraz wystarczy tylko pozbyć się wstydu i pogodzić się z myślą, że jak kogoś poznasz, to będziesz musiała mu o sobie powiedzieć coś więcej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Dziękuję Wam za odpowiedzi. Może rzeczywiście pora przestać bać się wizyty...

 

klarunia,

ale co z tego, że wiem, gdzie leży mój problem? Nie wiem, skąd się bierze ten wstyd i strach, to raz. A dwa, że wstydzę się i boję już tyle lat, a nadal nie udało mi się tego pokonać. Możliwe, że tak naprawdę wystarczy się przełamać, ale skąd mam wytrzasnąć w sobie tyle odwagi, by to zrobić? Gdy się stoi w miejscu 10 lat, to trudno coś zmienić... I to wcale nie jest tak, że jestem bardzo kontaktowa i mam mnóstwo "płytkich" znajomości, bo nie mam. Ograniczam się do zdystansowanych kontaktów z ludźmi na roku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiesz, chciałam Ci ukazać jakąś dobrą stronę :)

 

Czyli rozumiem, że pomimo dociekań i zastanawiania się nie wiesz, skąd się biorą te uczucia? Hmm. A może są to wyuczone reakcje? Chodzi mi o to, że często tak jest, że jak się stanie coś złego np w dzieciństwie, ale coś drobnego, powiedzmy przestraszy Cię osoba z rudymi włosami (rzucam przykład z sufitu). Potem, ile razy widzisz osobę z rudymi włosami czujesz lekki strach. Później ten strach się pogłębia. A jeszcze później, już nawet nie pamiętasz, że w ogóle była taka drobna sytuacja w Twoim życiu, tylko ciągle czujesz paniczny strach przed ludźmi z rudymi włosami i nie wiesz, dlaczego. Wiem, przykład trochę głupi, ale to nieistotne.

 

Jeżeli tak u Ciebie jest, to wtedy mogłoby pomóc wielokrotne i długotrwałe powtarzanie sobie, że uczucia są w porządku itd i znajdywanie na to sensownych argumentów. Ja tak robiłam z wieloma rzeczami, z którymi miałam trudność. Oczywiście może to być dla Ciebie zupełnie nieadekwatne, rzucam tylko propozycję.

 

Albo faktycznie wizyta u specjalisty. Może Ty tak mocno siedzisz w swoim środowisku, że nie widzisz, jakie czynniki zewnętrzne mogły ten stan spowodować, a osoba z zewnątrz widziałaby je wyraźnie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Dziękuję Ci, klaruniu, może problem rzeczywiście rozwinął się u mnie w ten sposób, ja już nie wiem. Prawdę mówiąc ciężko mi ocenić, co jest normalne, a co nie w moim życiu, bo w końcu żyję tak odkąd pamiętam ;)

A Ty chodzisz na terapię?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak, chodzę na terapię. Najpierw chodziłam na grupową, która mi bardzo dużo dała, teraz na indywidualną.

 

A jeśli wolno spytać, to czy przez te 10 lat jest jakakolwiek zmiana w tej sytuacji, czy nie ma żadnej? Zanim to napisałaś, myślałam, że dopiero teraz stwierdziłaś, że masz z tym problem i że dopiero teraz zdecydowałaś się to zmienić. A tu się okazuje, że wcale nie... Ciekawa jestem też, w jaki sposób przez te lata próbowałaś coś zmienić? To może pomóc wyeliminować nieskuteczne dla Ciebie sposoby działania.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Czy jest jakaś zmiana... jeśli już, to na gorsze chyba? Wcześniej sądziłam, że jestem samotna z wyboru, a teraz już wiem, że tak nie jest. Nie próbowałam nic zmieniać, nie wiedziałam co miałabym zmienić. Byłam na całych trzech randkach w życiu i po każdej zrywałam kontakty. Najgorsze, że ludzie mnie raczej nie interesują, nie mam tak, że chciałabym kogoś poznawać. Nawet jeśli ktoś jest dość interesującą postacią, to i tak nie będzie (uwaga, to zabrzmi dziwnie) bardziej interesujący ode mnie.

 

Poza tym nie wiem, czy powinnam lgnąć do związków, skoro strasznie dręczy mnie problem mojej... orientacji seksualnej. Bez przerwy się zastanawiam, czy wolę kobiety, czy mężczyzn i - o dziwo - wolałabym jednak woleć (masło maślane, "wolałabym woleć" :P) kobiety, więc boję się, że tak nie jest. Chodzę ulicą i bywa tak, że każdego oceniam pod "tym" kątem: czy ta kobieta mi się podoba, czy ten mężczyzna mi się podoba, strasznie to wszystko analizuję. Ta sytuacja z chłopakiem, o którym pisałam w pierwszym poście była dodatkowo irytująca, bo burzyła mi moją wizję siebie jako lesbijki. Myślałam, że może zwyczajnie jestem bi, ale taka myśl nie przyniosła mi spokoju.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Aaaa, no to teraz dużo napisałaś. Czyli to tak naprawę nie jest tak, że się zmagasz z tym już tyle lat. Tzn bo ja słowo "zmagać się" rozumiem tak, że ktoś próbuje, ale mu nie wychodzi. A Ty w sumie jeszcze nic nie zrobiłaś, więc czym się martwisz? Czemu mówisz z miejsca, że to tak bardzo trudne, skoro nawet jeszcze nie spróbowałaś zmienić czegokolwiek? Nie myśl proszę, że te pytania są złośliwe, mają na celu tylko Ci pokazać obiektywne spojrzenie obserwatora z zewnątrz i są neutralne.

 

Wydaje mi się też, że z jednej strony w sumie (jak sama napisałaś) nie chcesz mieć kontaktów ludźmi, bo Cię niezbyt interesują. Ale chyba gdzieśtam jednak chcesz, skoro napisałaś o tym na forum. Widocznie masz jakieś złe przekonania o ludziach, o sobie.

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ale jak mam próbować? Co miałabym robić? Nic nie przychodzi mi do głowy. Że się staram do ludzi zbliżać, to owszem, ale zawsze kończy się tak samo. To jest bardzo trudne, bo mnie to wszystko męczy. Nie wiem, czy patrzę na to teraz z dobrej perspektywy, bo akurat czuję się niezbyt dobrze i pewnie wyolbrzymiam rzecz, ale mnie wręcz odstręcza myśl, że ktoś miałby mnie poznać tak naprawdę blisko.

I chciałabym, żeby ludzie mnie interesowali.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiesz, jak ja byłam mega zamknięta (trochę inny problem, ale...) i bałam się nawet przechodzić obok ludzi ulicą i miałam koszmarne objawy fizyczne lęku, to...

1. Zaczęlam udawać, że jestem pewna siebie. Tzn to było takie pozytywne udawanie. Starałam się zachowywać jak ktoś pewny siebie, choć wiedziałam, że gram bardzo niewiarygodnie. Ale po pewnym czasie mój umysł trochę się przystosował do tego, jak się zachowywałam.

2. Zastanawiałam się nad tym, jak się czuję, analizowałam siebie, żeby się poznać i lepiej ze sobą samą żyć.

3. Szukałam odpowiedzi na pytania, czemu nie lubię ludzi itp, aż znalazłam odpowiedzi.

4. Trzy razy dziennie dziękuję Panu Bogu za to, ze mnie tak cudownie stworzył.

5. Pisałam w pamiętniku dobre myśli na swój temat, po kilkadziesiąt razy.

6. Przeczytałam wiele książek o pewności siebie.

7. Poszłam na terapię grupową, indywidualną i do psychiatry.

8. Starałam się rozmawiać z ludźmi, nieważne, co by się stało.

9. Niemal ZAWSZE przełamywałam na siłę swój strach, nieważne co.

10. Aktualnie zmieniam swój sposób myslenia o sobie samej, co jest podobno najważniejsze i staram się zrozumieć, ze problem nie tkwi we mnie, tylko w mojej niewierze w siebie.

 

Masz tyle książek, artykułów, specjalistów, i to za darmo. Zawsze jest jakiś sposób. Mi to pomogło. Teraz normalnie z ludźmi rozmawiam, po objawach fizycznych nie ma śladu. Dalej mam problemy z nawiązywaniem znajomości, ale mam kolegów, przyjaciela i chłopaka i są to normalne, głębokie związki, więc wiele udało mi się zdziałać :) To jest do zrobienia, tylko trzeba ciągle coś robić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Och, to znów ja. Wiem, że starasz się pomóc,klaruniu, ale we mnie pojawił się konflikt: przez Twoje słowa (nie obwiniam Cię broń Boże) mój problem wydał mi się błahy, a to, że nie mogę sobie z nim poradzić sama - wydało mi się żałosne, co zaowocowało rozdrażnieniem. Ewentualnie wkurzyłam się, bo wolę się nad sobą użalać niż coś zmienić.

 

Udawanie osoby pewnej siebie - to akurat mam opanowane (od lat praktykuję). Ludzie nie mają mnie za osobę nieśmiałą, mówię głośno, wyraźnie i nie mam raczej problemu z kontaktem wzrokowym czy mówieniem w grupie. Bywa, że jeśli przebywam wśród ludzi, którzy znają się między sobą, a których nie znam ja, to robi mi się niezręcznie; nie mam nic do zaoferowania, pustka w głowie, czuję się oceniana. Jednak poza tym raczej sobie radzę. Mimo to w środku wciąż jestem strasznie niepewna. Staram się przełamywać strach; to nie jest tak, że zamykam się w domu przed ludźmi. Nie odtrącam propozycji wyjścia gdzieś. Ba, czasem daję się namówić na imprezę, na której nikogo nie znam, choć naprawdę nienawidzę takich sytuacji. Z analizowaniem siebie to wręcz przesadzam, za bardzo skupiam się na swoim wnętrzu, żyję bardziej "w środku" zamiast "na zewnątrz".

 

W Boga nie wierzę, więc to nie przejdzie. Natura mogła mnie stworzyć, ale czemu akurat "cudownie"? Nie łapię. Raczej "całkiem normalnie" mnie stworzyła. Co wcale nie pomaga mi zaakceptować mojego wyglądu. Ubieram się ładnie, maluję, czeszę, ale nigdy nie czuję się specjalnie ładnie. Ostatnio pomyślałam sobie, że chciałabym CHOĆ RAZ w życiu poczuć się atrakcyjna. Żebym nie myślała, że wciąż jestem za gruba. Ale kiedy nie myślę o wadze, myślę o nosie. A później o włosach. O nogach. O piersiach. O oczach, ustach, czole, uszach, tyłku, ramionach, dłoniach. Zawsze się coś znajdzie, zawsze. Jasne - życie jest jedno, co kogo obchodzą moje niedoskonałości? No właśnie mnie obchodzą i nie umiem się nimi nie przejmować, choć próbowałam.

 

Problem zapewne rzeczywiście tkwi w mojej niewierze w siebie, niepewności, strachu przed niezaakceptowaniem mnie przez otoczenie, w strachu przed odrzuceniem. Ale czy to nie jestem właśnie ja? Kim byłabym bez tej całej depresyjnej otoczki? Co ze mnie zostaje, gdy zdejmę maskę zadowolonej i niezależnej kobiety? Nie mam osobowości, o to właśnie chodzi. Całe życie kogoś gram, dostosowuję się jak ciecz do kształtu naczynia. Mówili mi, że jestem impulsywna - działałam pochopnie. Mówili mi, że jestem zabawna - żartowałam. Brali mnie za tajemniczą samotnicę - i tak się zachowywałam. Argh, jakie to frustrujące.

 

A do psychologa jak nie poszłam, tak nie poszłam. Jezu, ja nie mogę po prostu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×