Skocz do zawartości
Nerwica.com

Osobowość chwiejna emocjonalnie (typ BORDERLINE)


atrucha

Rekomendowane odpowiedzi

a myśli samobójcze nie są czasem ostateczną ostatecznością ?

Noo, ja Cię rozumiem i mówię ze świadomością całej tej irracjonalki - tak, myśli S to czasami powód niedostateczny. Niby ostateczny i pierwszej wagi, ale - bywa, że zbyt mały...

 

"Jeśli wiesz, co chce powiedzieć..." - Nosowska

 

Kurde.

Mam dziś humor iście wisielczy, trupi wręcz, ha, ha, ha... :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

własnie najgorzej, jak nie planujesz nic takiego, a do czynów przechodzisz w ciągu niecałej godziny :roll: pod wpływem impulsu, rozluźnienia kontroli przez alko czy inne tam. dla teog ja sie nawet nie chwytam za ostrze, bo nie wiem jak daleko i głęboko bym zabrnęła niczego nie planując.

ostatecznie troche osiadłam na ziemi (mam nadzieje, że na dłużej) sesja wczoraj sporo mi dała. nie bede na razie jechać do szpitala robić afere, z tym, że inne słabsze i bardziej subtelne przejawy autoagresji cały czas są, wliczając w to przedewszystkim bezsenność i blokadę intelektualna :? czyli dokładnie to, czego nie potrzebuje w sesji egzaminacyjnej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dzięki za obecność ;) forum z pewnością sporo daje, zwłaszcze, gdy okazuje się, że określone jazdy nie są moim prywatnym pochrzanieniem, ale pewnym style funkcjonowania innych ludzi. nie wiem jak was, ale mnie to uspokaja. świadomość, że nie jestem totalnym indywiduum, że masa terapeutów łamała sobie głowy nad takimi pacjentami jak ja. już to przerabiali, wiedzą co i jak zrobić. wydaje się sobie przez to mniej nienormalna :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja już drugi dzień jestem tykającą bombą. Nie mogę myśli zebrać, oprócz mdłości nie czuję niczego. Kuźwa, jak ja "uwielbiam" te dni kiedy czuję się jak "NIKT" ....

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Domyślam się co mogło to spowodować, tydzień temu miałam atak histerii z pewnego powodu, później mi przeszło, ale znowu poczułam się przez to tak jak kiedyś i do dziś gdzieś ten ciężar siedzi na mnie. Znowu przypomniało mi się, że nie mam sensu i celu w swoim życiu, że jest nudne, puste. Jestem przemęczona, bardzo przemęczona. Cholera, nie wiem jak to nazwać, po prostu tak to jest ze mną, przyzwyczaiłam się już do tej pustki, tylko co jakiś czas daje o sobie znać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja musiałam uciec ze spotkania na którym uczyłam sie ze znajomymi do egzaminu bo czułam, że lada chwila złamie się i rozrycze. przełączam się od postawy "wszystko jest ok" do kryzysu pt "rozpadam sie" nie ma mnie, jestem tak globalnie beznadziejna, że nie moge już ze sobą wytrzymać. mam totalną lipe, mam kilka egzaminów przed sobą z czego jeden ekstremalnie ciężki, przy mojej obecnej kondycji psychicznej nie do przejścia. nie wiem co mam robić, czy w ogóle iść na niego (wiem, że nie zdam) czy co w tej sytuacji. największa zabawa bedzie jak nie pozwole samej sobie zdać tych innych, "zwykłych" egzaminów. to ile sie uczyłam nie ma większego znaczenia. jeśli sie poczuje przed egzem gorzej to nie bede umiała odpamiętać tego, co umiem.

nie moge już siebie samej znieść.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rozumiem Cie, ja też brnę przez studia i egzaminy, nie mam nawet siły uczyć się, to jest dla mnie jak przeprawa przez pustynię. Na dodatek nic nie potrafię zapamiętać... kompletnie nic, wchodzi i wychodzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lubię obserwować ludzi, jak się zachowują, w sklepie, w restauracji, na ulicy, wśród towarzystwa i wtedy też zastanawiam się jak oni sobie radzą z życiem. Każda obserwacja kończy się myślą, że nie pasuje do tego świata. Od dziecka czułam się inna niż wszyscy. Jak patrzę na niektóre osoby, koleżanki ze studiów, znajomych, jak śmieją się, wydaje się, że nie mają takich durnych problemów i rozmyśleń jak ja...jak my?

Od jakiegoś czasu już przestaję myśleć o innych, skupiam się tylko na sobie, mam wrażenie, że wszystko kręci się wokół mnie, że każdy patrzy na mnie jak tylko wychodzę z domu, że wyglądam jakoś dziwnie, jak odezwę się w towarzystwie też mam wrażenie, że pieprzę głupoty...itd.

Przestaję powoli wczuwać się w emocje innych, za to doskonale odczytuje każdy ton głosu i mimikę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sleepwalker, też tak czuję. Zresztą jest we mnie coś takiego, że jak kogoś nie znam, to kilka pierwszych spotkań jest okej, bo jest o czym rozmawiać i nie znam drugiej osoby jeszcze dobrze więc tak jakoś swobodnie, ale po tych "kilku razach" nagle totalny marazm, pustka i niechęć. Mam paru znajomych,z którymi jakoś mi się nie nudzi zbyt mocno, ale spotykamy się rzadko.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa, a jesteś w jakimś związku? Bo u mnie to właśnie widać najbardziej przez to, że przeważnie znajomość rozluźnia się po kilku spotkaniach. Nawet nie wiem czy bardziej nie potrafię być w związku, czy... po prostu nie chcę. Patrzę na pary w około mnie, często już ze sobą mieszkające i nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby zaburzyć taką moją przestrzeń, nie wiem czy potrafiłabym się czuć swobodnie. Raczej odczuwałabym taką presję, chociażby żeby robić coś, żeby nie wydać się nudna albo problematyczna z tymi swoimi zaburzeniami albo swoimi zwyczajami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzień dobry.

Mam pytanie: czy jest tu chociaż jedna osoba, której na borderlajn pomogła choć trochę terapia albo leki?

 

Leczę się od lat i nic. Borderlajn mam na papierze po paru latach leczenia, więc sobie tego zaburzenia nie wymyśliłam (jestem w szoku widząc jak wielu z was stawia sobie samemu diagnozy!). Chodzę na terapię i zażywam leki. Terapia póki co nie odnosi skutku. Leki nie działają na mnie wcale. Żadne.

 

Całkiem poważnie rozważam swoją sytuację i widzę trzy wyjścia:

1. Dalej chodzę na terapię i biorę leki, przy czym tracę czas i pieniądze, efektów nie widać, a rozdrapywanie ran u terapeuty boli.

2. Rzucam to wszystko, leki i terapię, w cholerę i po prostu męczę się przez następnych kilkadziesiąt lat swojego życia, powoli pogrążając się w uzależnieniach.

3. Umieram. Tylko tu jest taki problem, że ja się boję śmierci, ale staram się ostatnio oswajać z tą myślą, bo wydaje mi się to najrozsądniejszą z opcji, bo śmierć jest i tak nieunikniona, więc skrócę tylko swoje męki.

 

Nie wiem co wybrać, czy bramkę numer jeden, dwa czy trzy :D Mam dylemat, ale postanowiłam, że określę się i zdecyduję na coś, bo nie mogę już tak żyć.

Czy ktokolwiek wie co robić? Jak sobie pomóc, przynajmniej troszeczkę?

 

A tak w ogóle to zgłębiam ten wątek i nie do końca czuję się jedną z was :o

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jamnik, to musi być tylko Twoja decyzja, ale wg mnie śmierć to nie rozwiązanie, to ucieczka, a jeśli przerwiesz leczenie to samo na pewno nic się nie zmieni. Pozostaje więc 1 opcja i praca nad sobą. Dużo, dużo pracy. Terapia i leki to tylko czynnik wspomagający, większość i tak zależy od nas samych.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale po śmierci to się wszystko skończy.

Nie myślicie, że może jest tak, że istnieje pewna grupa osób, której nie da się pomóc i że dla tych osób wyjściem z sytuacji jest śmierć?

Może nie ma co się tak spinać tylko na spokojnie to rozważyć, że to jest jakaś opcja?

No bo ludzie, przecież i tak kiedyś umrzemy.

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×