Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Zmorycerz

Bóle kości - hipochondria?

Rekomendowane odpowiedzi

Miałam różne natręctwa, ale żadne nie dało mi się we znaki tak jak hipochondria. Zaczęło się od choroby ojca: Tata zmarł na szpiczaka (rodzaj nowotworu krwi/kości). Podczas krótkiej choroby Taty przeczytałam chyba wszystko, co znalazłam w internecie po polsku i angielsku na temat tego raka. No i jeszcze podczas choroby Taty zaczęła się cała ta sprawa z hipochondrią: przy czytaniu informacji o nowotworze Taty, zaczęło mi się wydawać, że niektóre objawy pasują także do mnie. Zaczęły też pojawiać mi się bóle kości, zwalałam to na karb stresu związanego z chorobą ojca. Bóle nasiliły się po śmierci Taty, od tego czasu towarzyszą mi prawie codziennie, przez pół roku było chyba z dziesięć dni, jak się nie pojawiały. Bolą żebra (od tego zaczęła się choroba u Taty), kręgosłup, później zaczęły boleć też kości miednicy, czasem głowa, nie jak normalny ból głowy, ale jakby od kości czaszki, również kończyny, szczególnie kolana. Ból nie jest jakiś strasznie silny, ale pojawia się regularnie, szczególnie w nocy, zwykle wieczorem czy późnym popołudniem zaczyna już pobolewać, a jeśli nie, to przeważnie ból pojawia się niemal natychmiast, jak położę się do łóżka, zazwyczaj budzę się też z tym bólem rano, czasem budzi mnie w nocy i długo nie mogę potem zasnąć, albo jeśli pojawi się zaraz po położeniu się spać, zasypiam dopiero po kilku godzinach. Czasami boję się, że rano nie dam rady wstać z łóżka, ale do tej pory zawsze mi się to udawało :)

 

Zastanawiam się, czy to może być hipochondria? Najpierw przypisywałam to stresowi po chorobie i śmierci Taty, potem uważałam, że to może jakiś dziwny rodzaj żałoby, w której mój organizm naśladuje objawy choroby Taty, ale teraz sama nie wiem, trochę za długo już się to ciągnie. Mam sporo objawów hipochondrii, na przykład bardzo chętnie czytam w internecie o objawach, jakie znalazłam u siebie, jak również sięgam po medyczne artykuły w prasie kobiecej, tak samo jak hipochondryk obserwuję dokładnie swój organizm, zawsze jak pojawia się ból, próbuję ustalić, w jakim miejscu był. Ale w innej dziedzinie stosuję taktykę unikania: np. nie oglądam seriali medycznych, czy wiadomości w tv na ten temat, nie chodzę do lekarza, a o tych swoich wątpliwościach nie mówiłam nikomu bliskiemu, pisałam jedynie na forach internetowych i do stron z poradami lekarzy. No i boję się konkretnej choroby, a nie tak jak zwykle u hipochondryka, że raz jest takie schorzenie, a raz inne.

 

Zaczęłam nawet wyzwanie dla hipochondryków z tego forum, nawet szło mi nienajgorzej, ale jak znowu pojawił się ten nocny ból, wpadłam w panikę i zaczęłam snuć zakazane w wyzwaniu myśli o nowotworze :( No ale potem pomyślałam sobie, że jeśli o mnie chodzi, to raczej nie jestem hipochondrykiem, bo hipochondryk to osoba, która jest przebadana i wszystkie badania wyszły jej dobrze, a mimo tego czuje się chora. A ja miałam ostatnio robione podstawowe badania 3 lata temu, więc na dobrą sprawę nie wiadomo, czy jestem zdrowa, czy też nie, a zatem nie pasuję do definicji hipochondryka. A może jednak?

 

Co do pójścia do lekarza, które pewnie rozwiązałoby sprawę, boję się tam udać bo:

a) lekarz mnie wyśmieje jako hipochondryczkę i potraktuje jak wariatkę;

b) okaże się, że moje obawy nie były bezpodstawne i faktycznie mam raka, teraz tylko wydaje mi się, że jestem chora, a i tak jestem przerażona, więc wolę nie myśleć, co by się działo, gdybym faktycznie miała nowotwór po ojcu.

 

Oczywiście logika mówi, że to mało prawdopodobne, wiem, że ten rodzaj raka nie jest dziedziczny, i chociaż osoby, w której rodzinie wystąpił nowotwór, mają większe prawdopodobieństwo zachorowania niż reszta populacji, to i tak - jak przeczytałam w naukowym artykule - wynosi ono w przybliżeniu 2%, więc jest to prawie niemożliwe. Ale jak wszyscy wiecie, hipochondria z logiką nie ma nic wspólnego ;)

 

Z góry serdeczne dzięki za rady, chociaż już samo wypisanie się nieco mi pomogło :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Istnieje tez rodzaj hipochodryka, ktory unika lekarzy i sie nie bada ze strachu przed diagnoza ;). Poza tym to nie jest tak, ze raz takie schorzenie, a raz inne, u mnie jak pojawi sie jakis objaw to on trwa sobie w najlepsze dopoki sie gruntownie nie przebadam, mialam tak juz wiele razy, bol w miednicy trwajacy pol roku, nie przekonywaly mnie zadne badania krwi, przeszlo dopiero jak zrobilam RTG i nic nie wykazalo, a bylam przekonana, ze boli, bo mam przerzuty. Bol pod kolanem trwajacy 1.5 roku przeszedl dopiero jak zrobilam badanie na zakrzepice i okazalo sie, ze wszystko ok. Teraz od mniej wiecej listopada boli mnie w lewym boku i boje sie raka trzustki, w miedzyczasie robilam badania (5 miesiecy temu), m.in. usg, roznorakie badania krwi w tym enzymy trzustkowe i dalej boli, bo w glowie siedzi mi to co gdzies wyczytalam, ze raka trzustki trudno zdiagnozowac, na usg moze byc niewidoczny i ze raka mozna miec nawet z dobrymi badaniami krwi i wydaje mi sie, ze wlasnie ja jestem takim przypadkiem :?. Bol pojawil sie u mnie w momencie kiedy moja kolezanka miala podejrzenie nowotworu trzustki, na szczescie to nie byl nowotwor, ale ja od tamtej pory o niczym innym nie mysle :why: . Twoja historia jest w sumie podobna, mi wyglada to na objawy wywolane choroba ojca, podobnie jak u mnie z kolezanka (wczesniej w ogole o trzustce nie myslalam). Mysle jednak, ze dla wlasnego swietego spokoju powinnas zrobic podstawowe badania, bo inaczej bedziesz sie tak zadreczac nie wiadomo ile.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Istnieje tez rodzaj hipochodryka, ktory unika lekarzy i sie nie bada ze strachu przed diagnoza ;). Poza tym to nie jest tak, ze raz takie schorzenie, a raz inne, u mnie jak pojawi sie jakis objaw to on trwa sobie w najlepsze dopoki sie gruntownie nie przebadam, mialam tak juz wiele razy, bol w miednicy trwajacy pol roku, nie przekonywaly mnie zadne badania krwi, przeszlo dopiero jak zrobilam RTG i nic nie wykazalo, a bylam przekonana, ze boli, bo mam przerzuty. Bol pod kolanem trwajacy 1.5 roku przeszedl dopiero jak zrobilam badanie na zakrzepice i okazalo sie, ze wszystko ok. Teraz od mniej wiecej listopada boli mnie w lewym boku i boje sie raka trzustki, w miedzyczasie robilam badania (5 miesiecy temu), m.in. usg, roznorakie badania krwi w tym enzymy trzustkowe i dalej boli, bo w glowie siedzi mi to co gdzies wyczytalam, ze raka trzustki trudno zdiagnozowac, na usg moze byc niewidoczny i ze raka mozna miec nawet z dobrymi badaniami krwi i wydaje mi sie, ze wlasnie ja jestem takim przypadkiem :?. Bol pojawil sie u mnie w momencie kiedy moja kolezanka miala podejrzenie nowotworu trzustki, na szczescie to nie byl nowotwor, ale ja od tamtej pory o niczym innym nie mysle :why: . Twoja historia jest w sumie podobna, mi wyglada to na objawy wywolane choroba ojca, podobnie jak u mnie z kolezanka (wczesniej w ogole o trzustce nie myslalam). Mysle jednak, ze dla wlasnego swietego spokoju powinnas zrobic podstawowe badania, bo inaczej bedziesz sie tak zadreczac nie wiadomo ile.

 

Dzięki serdecznie, Biedroneczko, podniosłaś mnie na duchu :) Dzięki Twojemu wpisowi uwierzyłam, że może faktycznie te dolegliwości są jedynie skutkiem stresu i traumy przeżytej w związku z chorobą i śmiercią Taty (co zresztą cały czas powtarza mi mój zdrowy rozsądek; nie wiem, jak inni mają, ale mnie w tej hipochondrii najbardziej denerwuje to, że ciągle nasuwają mi się myśli, o których sama dobrze wiem, że nie mają żadnego logicznego uzasadnienia, czuję się, jakby w mojej głowie mieszkał ktoś obcy, kto ciągle papla o czymś, z czym ja sama się nie zgadzam).

 

Z jednej strony to pocieszające, że ktoś przeżywa to samo, co ja, ale z drugiej nikomu nie życzę hipochondrii, jak pisałam wcześniej, miałam różne natręctwa myślowe, ale to jest najgorsze.

 

Co do wizyty u lekarza, nie wiem, czy to ma sens, czytałam wypowiedzi wielu osób tu na forum i gdzie indziej w necie, że wizyta wcale im nie pomogła, i mimo że wyniki wyszły im świetnie, zaraz po wyjściu z gabinetu znowu dopadły ich natrętne myśli. Więc może szkoda czasu - lekarza i mojego? zwłaszcza, że na badania musiałabym wziąć wolne w pracy, a bardzo ją lubię i byłoby mi szkoda, zwłaszcza jeśli te badania nic by nie dały w sensie poprawy mojego samopoczucia psychicznego. To IMHO marnowanie czasu. Badania zrobię, jak lekarz je zleci, a nie moje widzimisię ;) Może od razu skierować się do psychologa, zamiast lekarza "somatycznego" - co o tym myślicie Forumowicze?

 

Nie wiem, czy w takiej sytuacji sensowne jest uczestnictwo w kursach on-line o raku? Brałam już udział w jednym, i informacje tam zawarte trochę mnie uspokoiły, uważam, że niewiedza jest przyczyną takich różnych obsesji, a knowledge is power, więc kursy wydają się dobrym rozwiązaniem, bo jeśli poznamy rzetelnie jakąś dziedzinę, nie będziemy opierać się na swoich często błędnych przypuszczeniach, a wiedza pomoże oswoić fobie i lęki. Na przykład z tego kursu wiem, że wraz z wiekiem zwiększa się prawdopodobieństwo raka, więc skoro jestem jeszcze stosunkowo młoda, raczej nie zachoruję. Dowiedziałam się tam też, że stres jako taki nie powoduje raka, jedynie niektóre sposoby, za pomocą których ludzie radzą sobie ze stresem, jak np. palenie czy picie alkoholu (oba zresztą są mi obce).

 

Teraz, jak się głębiej zastanowię, dochodzę do wniosku, że przestraszył mnie artykuł o szpiczaku, który znalazłam w rzeczach ojca, opowiadał historię trzydziestoparoletniej kobiety, w u której wykryto tę chorobę, więc tak jak wcześniej myślałam, że nie jestem zagrożona, tak po lekturze tego tekstu zaczęłam mieć wątpliwości, skoro ktoś w moim wieku też zachorował, to w moim przypadku to nie jest wykluczone. A co do przeglądania w internecie stron o chorobach, to chyba wynik wyrzutów sumienia, że nie znalazłam w necie nic o chorobie ojca, przez co może później wykryto u niego raka i nie było już szans na przeżycie. Bo tata leczył się na anemię, kiedyś po wyszukaniu hasła anemia w Google, w tekście z pierwszego linka wyszukanego przez Google'a można było przeczytać (oczywiście pod koniec artykułu), że jedną z przyczyn anemii może być szpiczak, do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że wcześniej tego nie wyszukałam i nie zareagowałam. Szczerze mówiąc, przed tą całą sytuacją niespecjalnie przejmowałam się zdrowiem i nigdy nie "googlowałam" dolegliwości, teraz mam wrażenie, że nawet błaha sprawa może być zwiastunem czegoś groźnego :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hipochondryka z krwi i kosci badania uspokajaja tylko na chwile, ale wydaje mi sie, ze z Ciebie nieco inny przypadek i po pozytywnych wynikach badan uspokoilabys sie jednak. Zreszta nawet zdrowy czlowiek powinien profilaktycznie badac sie raz w roku, 3 lata bez badan? Dla mnie nie do wyobrazenia :shock::lol:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Hipochondryka z krwi i kosci badania uspokajaja tylko na chwile, ale wydaje mi sie, ze z Ciebie nieco inny przypadek i po pozytywnych wynikach badan uspokoilabys sie jednak. Zreszta nawet zdrowy czlowiek powinien profilaktycznie badac sie raz w roku, 3 lata bez badan? Dla mnie nie do wyobrazenia :shock::lol:

 

Mnie też się wydaje, że pozytywne wyniki badań raczej by mnie uspokoiły, i zdaje mi się, że gdyby wszystkie wyszły w normie, nie doszukiwałabym się na siłę choroby, ale z drugiej strony, nie wiem, jak to będzie, dopóki ich nie zrobię, a nie chciałabym tracić czasu, gdy nie wiem, czy faktycznie mi to pomoże, czy też nawet po badaniach hipochondria będzie sobie w najlepsze biegać po mojej głowie.

 

Obowiązkowe badania profilaktyczne są chyba co dwa lata? więc chyba aż tak bardzo nie zaprzepaściłam terminu, wszak to tylko jeden rok, czytałam w necie o mężczyźnie, który nie był u lekarza 10 lat ;)

 

Dzisiaj zwycięża u mnie logika :) i choć bóle się pojawiają, to teraz tłumaczę je sobie tak, że to z powodu siedzącej pracy przy komputerze. Zresztą koleżanki z pokoju też wspominają o tym, że tu czy tam je pobolewa. Więc pewnie to normalne, a przez traumatyczne przeżycia z tatą stałam się po prostu przewrażliwiona. W głębi serca coś mi mówi, że gdyby nie choroba i śmierć taty, nawet nie zwróciłabym uwagi na tego typu pobolewania. A teraz mam zakodowane, że nawet mała dolegliwość może być zwiastunem czegoś złego... bo tata nie narzekał specjalnie na zdrowie, aż do ostatnich chwil był sprawny, w dobrej formie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie mam pojecia co ile sa obowiazkowe badania, od lat nie mieszkam w Pl :). Ja staram sie robic raz w roku, zawsze robie jak jestem w Polsce :). Czy Ty zrobisz to oczywiscie Twoja sprawa, ja bym zrobila dla swietego spokoju haha.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Od mojego ostatniego wpisu tutaj minęło sporo czasu, jednak w kwestii hipochondrii niewiele się zmieniło. Tajemnicze bóle nie ustały, może nawet nieco nasiliły się, ale tłumaczę je sobie stresem po śmierci Taty, mam nadzieję, że jak upłynie rok od tego wydarzenia, to samoistnie ustąpią. Chociaż ta hipochondria doprowadza mnie do szału, w dzień jako tako funkcjonuję, ale w nocy często nie mogę zasnąć z powodu bólu różnych kości, co noc mam poczucie, że umieram, a w dzień nie mogę się nadziwić, jak coś tak durnego i absurdalnego mogło w ogóle przyjść mi do głowy. Dr Jekyll i Mr Hyde ;)

 

A do lekarza dalej nie byłam, może to głupie, ale jak się nad tym zastanowię, to głównym powodem jest strach, że moje obawy i podejrzenia się potwierdzą i faktycznie odziedziczyłam po Tacie ten nowotwór, a wtedy moje życie drastycznie się zmieni i to nie na lepsze, lekarze wsadzą mnie do szpitala i zamiast chodzić do pracy i brać premię, będę musiała leżeć w szpitalu i brać chemię (proszę Państwa, mamy rym!), no i w końcu stracę pracę, którą bardzo polubiłam, bo chyba w przypadku raka nie da się pracować? Na przykładzie Taty widziałam, że to całe leczenie nic nie daje, więc i tak bym umarła, ale do tego musiałabym zrezygnować z tego, co lubię. A tak to nawet jeśli faktycznie jestem chora, to jako niezdiagnozowana mogę prowadzić w miarę normalne życie, dopóki mój organizm całkiem się nie rozleci.

 

Sorry, ale musiałam się trochę wypisać, zauważyłam, że jak napiszę jakiegoś długaśnego posta na forum, to ta hipochondria na jakiś czas mi przechodzi, jak zwerbalizuję swoje myśli. Za jakiś czas trzeba pisać ponownie, aby osiągnąć ten efekt. Zresztą w chwilach trzeźwości umysłu jestem pewna, że to tylko hipochondria, bóle nie są zbyt silne, do tego nie trwają bez przerwy, a przy nowotworze z pewnością byłyby nie do zniesienia i bez żadnej przerwy, więc jestem przekonana, że po prostu moja wyobraźnia wytwarza te wszystkie dolegliwości, a jeśli chodzi o lekarza, to raczej kwalifikuje się to do psychiatry ;) no już dosyć tej paplaniny ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

No i co dalej?Początek jest połową całości/Sokrates/.Zrobić badanie krwi i moczu z wszystkimi mianami/za wyjątkiem PSA/i udać się z wynikami do lekarza internisty.Krok drugi,jeżeli wszystko o.k.,zawalczyć z hipochondrią.

To przypadłośc jak zapewne wiesz - OCD.Psychoterapia nie działa.Absolutnie jestem za farmakologią,która zlikwiduje lęk,który zapewne ,ze zmienną ampitudą Cię atakuje.

Pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiem że hipochondria to syf, niestety z autopsji. Chyba jednak masz nieco lżejszy jej przebieg, bo ja w najgorszym okresie chodziłem po ścianach ze strachu i paniki. Były wizyty na SOR-ze, i różne inne nieciekawe historie. Te kursy online o chorobach to chyba jednak nienajlepszy pomysł. Według mnie oczywiście. Generalnie nerwicowcom odradza się szukania w necie objawów, bo bardziej się od tego nakręcają. Kiedy ja to robiłem, to zawsze świetnie umiałem dopasować objawy i różne dolegliwości do najgorszych śmiertelnych (a jakże) chorób. Rada moja jest prosta: zrobić podstawowe badania (trzeba jednak faktycznie wykluczyć schorzenia) u lekarza internisty, a potem udać się do psychiatry po diagnozę i konsultacje. On już najlepiej powie Ci jaka forma leczenia będzie dla Ciebie najodpowiedniejsza. A tutaj pisz kiedy tylko masz potrzebę. Pamiętam, że mi bardzo pomagała siadomość, że nie jestem sam w takiej sytuacji i inni ludzie też mają takie problemy. Powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Byłam u lekarza (nie w sprawie tych dziwnych bólów, ale przy okazji o nie zapytałam), i dowiedziałam się, że to najprawdopodobniej po prostu zwykłe nerwobóle :) Mam jeszcze zrobić podstawowe badania (oczywiście hipochondria podpowiada, że wykażą coś złego, ale do niej to racjonalne argumenty nie trafiają, muszę po prostu nauczyć się ignorować ten głos), ale najwyraźniej nie umieram :) Szkoda, że wcześniej nie zapytałam o to lekarza, bo nie spędziłabym prawie roku z przekonaniem, że wiszę nad grobem ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Sorry za wpis pod wpisem, ale muszę się wygadać, zresztą tak jak pisze Teksas powyżej, powinnam pisać, jeśli mi to pomaga. Jakiś czas było dobrze, jak wspominałam wcześniej, byłam u lekarza z inną chorobą (przeziębiłam się, a potem złapałam poważne zapalenie tchawicy, z którego nie mogę się wyleczyć od świąt), i przy okazji spytałam o te odczucia, informacje od lekarza, że to zwykłe nerwobóle uspokoiły mnie, i co ciekawe, jak pojawiła się choroba faktyczna (zapalenie tchawicy), a nie wyimaginowana, te bóle kości ustąpiły, chociaż czasami prześladują mnie jeszcze w nocy. Czasem sobie myślę, że jednak lepiej było mieć wyimaginowanego raka niż realne zapalenie tchawicy, wtedy mogłam chociaż pracować. W mojej główce urodził się też pomysł, że hipochondryczne myśli chroniły mnie przed realną chorobą ;) Ale generalnie udało mi się zwalczyć tę hipochondrię, w każdym razie jak mam jakieś tego typu dolegliwości, jak bóle kostne, to nie przejmuję się nimi, bo wiem, że to tylko nerwicowe objawy.

 

Przynajmniej tak było do dzisiaj, ale bardzo zdenerwowała mnie rejestratorka w przychodni, gdzie miałam zrobić zdjęcie RTG klatki piersiowej, wcześniej w tym samym miejscu zdjęcia robił też mój Tata, jak ta kobieta dowiedziała się, na co chorował i zmarł ojciec, od razu wyskoczyła mi z tekstem, jak to jestem w grupie ryzyka i mogę zachorować na raka, jestem wściekła, bo przez takie głupie teksty miesiąc zmagań się z hipochondrią licho wzięło :( Jak w ogóle można wygadywać coś takiego?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pamiętaj, że osoba, która nie miała styczności z nerwicą, fobiami, lękami nigdy nie zrozumie osoby cierpiącej na tą przypadłość. Normalny człowiek nad takim stwierdzeniem przeszedłby do porządku dziennego. Jesteś w grupie ryzyka i co z tego? Tak jak każdy inny pacjent możesz zachorować albo dożyć setki. A nerwicowca i hipochondryka to nakręca. Wiem, że łatwo się mówi, ale staraj się nie myśleć o tym zajściu. Baba palnęła po prostu co jej ślina na język przyniosła, żeby zabłysnąć, a jej wiedza na temat grup ryzyka, jako rejestratorki jest znikoma. To już każdy hipochondryk tutaj na forum jest lepiej obeznany w temacie. Nie masz raka i nie nakręcaj się. Zaraz mnie tu ktoś zresztą poprze. Tukaszwili? Pholler?:-)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Popieram Teksasa. Miałem kilka razy takie akcje, które sprzyjały nakręcaniu. Gdy wkręcałem sobie raka jelita, to wszyscy u mnie w robocie wiedzieli o moim problemie. Jako że robię ze świetnymi ludźmi, to nikt nie miał z tym problemu. W każdym razie - opowiadałem coś koleżance, tłumaczyłem, że domyślam się, iż to kolejny napad nerwicy, ale przeraża mnie wizja nawet lekkiego śladu krwi na papierze toaletowym. Na co ona wypaliła: nie dziwię się, u mojej koleżanki tak właśnie zaczął się rak. Nie muszę mówić, co przeżyłem. Podobnie moja szefowa :D tak wiem, że to szalone, ale mamy w firmie naprawdę cholernie rodzinną atmosferę. Gadam z nią o raku jelitu, staram się (przekonując w ten sposób sam siebie) racjonalizować swoje objawy i mówię: w sumie w ogóle nie chudnę, to dobry znak. W odpowiedzi dostałem: moja mama jak miała raka, to też nie schudła :D. Oczywiście palnęła nieświadomie, ale jazdę miałem niezłą. Potem się okazało, że jej mama w ogóle raka jelita nie miała, tylko jakiegoś związanego z macicą, lecz dla mojego mózgu ten fakt nie miał znaczenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

A badania robiłeś?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
To pytanie do mnie? Oczywiście, że tak, wszystko ok :)

 

I wszystko ok? Robiłeś badania pokazujące stany zapalne? wątrobowe? Czy tylko morfologię?

 

Moze to poczatki nerwicy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moje jazdy z jelitem miały miejsce półtora roku temu. Robiłem rektoskopię, kolonoskopię, USG jamy brzusznej, próby wątrobowe, morfologię. Wyszło delikatne zapalenie odbytu, które zapewne zrobiło się z rany po opaskowaniu hemoroida. Oczywiście nerwica wprowadziła mnie wtedy w stan agonalny i pobudzała przekonanie, że cierpię na nowotwór. Na szczęście po diagnostyce wszelkie objawy, które wtenczas występowały, od razu ustąpiły :).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Popieram Teksasa. Miałem kilka razy takie akcje, które sprzyjały nakręcaniu. Gdy wkręcałem sobie raka jelita, to wszyscy u mnie w robocie wiedzieli o moim problemie. Jako że robię ze świetnymi ludźmi, to nikt nie miał z tym problemu. W każdym razie - opowiadałem coś koleżance, tłumaczyłem, że domyślam się, iż to kolejny napad nerwicy, ale przeraża mnie wizja nawet lekkiego śladu krwi na papierze toaletowym. Na co ona wypaliła: nie dziwię się, u mojej koleżanki tak właśnie zaczął się rak. Nie muszę mówić, co przeżyłem. Podobnie moja szefowa :D tak wiem, że to szalone, ale mamy w firmie naprawdę cholernie rodzinną atmosferę. Gadam z nią o raku jelitu, staram się (przekonując w ten sposób sam siebie) racjonalizować swoje objawy i mówię: w sumie w ogóle nie chudnę, to dobry znak. W odpowiedzi dostałem: moja mama jak miała raka, to też nie schudła :D. Oczywiście palnęła nieświadomie, ale jazdę miałem niezłą. Potem się okazało, że jej mama w ogóle raka jelita nie miała, tylko jakiegoś związanego z macicą, lecz dla mojego mózgu ten fakt nie miał znaczenia.

 

Nie wstydziłeś się rozmawiać ze znajomymi z pracy o hipochondrii? Ja bardzo się tego wstydzę, dopiero niedawno wyznałam całą sprawę Mamie, ale najbliższa przyjaciółka nic o tym nie wie. Wcześniej mogłam pisać o tym tylko na internetowych forach, w miarę anonimowo; mam nadzieję, że nikt, kto mnie zna nie domyśli się, że to właśnie o mnie chodzi, to byłby mega wstyd :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×