Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
inez3

witam! oto moja historia

Rekomendowane odpowiedzi

Moja "przygoda" z nerwicą zaczela sie jakies 3 lata temu. Poczatek to 1 rok studiów kiedy to okazalo sie, ze do zaliczenia jest oboz w giżycku. Tak potwornie nie chciałam jechac, ze zaczelam miec objawy - dziwne, nie wiedzialam co sie dzieje. Nie moglam jesc, spac, ciagle robilo mi sie slabo i niedobrze, a przede wszystkim wtedy kiedy tylko pomyslalam o tym obozie. Przed wyjazdem nie spalam wogole, w koncu powiedzialam rodzicom, ze nie jade, bo nie dam rady (rodzice mieli mnie i 2 kolezanki zawiezc do gizycka). Oni na to, ze ok, ale powinnam pojechac chociaz powiedziec dziekanowi (tak na prawde mial to byc podstep - zabrali walizke i mysleli, ze zostane). Kolezankom opowiedzialam wszystko w samochodzie zalewajac sie przy tym łzami... Namawiały mnie, ale ja zadecydowalam wczesniej. Poszlam do tego dziekana i mu powiedzialam, ze mam problemy i ze nie moge zostac, powiedzial, ze i tak bede musiala zaliczyc ten oboz... Wrocilam do domu, ale wcale nie poczulam sie lepiej, wrecz odwrotnie... Nie moglam nigdzie wyjsc, bo mialam wrazenie, ze cos mi sie stanie - ze zemdleje, zwymiotuje... Przestalam gdziekolwiek wychodzic, jezdzic komunikacja miejska, chodzic po sklepach itd. Wiedzialam, ze cos jest nie tak, wiec poszlam do centrum psychoterapii, tam skierowali mnie na grupe roczną. W miedzyczasie zmienilam studia z dziennych na zaoczne, bo nie moglam wysiedziec 2 sekund na zajeciach... zaczelam brac leki - asentre... po jakims czasie 2 czy 3 miesiacach zaczelam sie zastanawiac, po co ja wogole chodze na ta terapie, bo czuje sie tak dobrze... wszystko wrocilo do normy i bylam znow usmiechnieta i szczesliwa dziewczyna... dodam jeszcze, ze mialam wsparcie u rodzicow, ktorych zameczalam ciagle tekstami pt. "znow mi niedobrze", "nie pojde tam bo napewno bede sie zle czula" itd. Nie ukrywalam specjalnie tego jak sie czuje - bylo pare osob, ktore wiedzialo... W tym samym czasie zakochalam sie, moj chlopak bartek jest ze mna od wtedy - od poczatku wiedzial co mi jest... idzmy dalej :) wszystko wrocilo do normy, ale nadal odczuwalam lekki niepokoj przed wyjazdami (w sumie to jest podstawa mojej nerwicy), ale wiedzialam, ze musze ze soba walczyc - w wakacje przed tym obozem na ktory musialam pojechac zeby zaliczyc rok wybralam sie ze znajomymi nad morze - dalam rade, mialam kilka gorszych momentow, ale nie bylo strasznie. potem oboz, dwa pierwsze dni to byl koszmar, ale o dziwo potem bylo ok, bylam zadowolona i powiedzialam sobie, ze jak to przetrwalam to wszystko bedzie super i znow zaczne zdobywac swiat! po jakims czasie koniec terapii, odstawienie lekow i cud! nic mi nie jest!!! poszlam do pracy, poznalam mnostwo fajnych ludzi, znow żyłam!!! niestety problem z wyjazdami pozostal i kiedy pojechalam do mojej "tesciowej" na wielkanoc zdarzył sie jeden sekundowy moment kiedy nie moglam zjesc doslownie jednej kanapki na sniadanie (po czym zezarlam ze 4 :)) i znow powrocily mysli - boze, a jak to znowu to?? te mysli powrocily, powrocily wspomnienia i powrocila choroba... nie moglam chodzic do pracy, jezdzic autobusem, jesc w restauracjach, bo mialam wrazenie, ze pewnie zaslabne, zwymiotuje... serce mi walilo, rece trzesly, wszystko tak jak wtedy... budzilam sie o 4 rano od razu z mysla "cos mi jest, niedobrze mi itd.". mimo tego, ze juz raz to przeslam znow bylam przerazona... na obrone pracy pojechala ze mna mama... udalo sie, ale dla mnie wazniejsze bylo to, ze zle sie czuje, o niczym innym nie myslalam... nastepnego dnia lek wygral. pojechalam do pracy, powiedzialam szefowej (płacząc) co mi jest i ze potrzebuje urlop od dzis. juz wtedy zaczelam znow brac asentre i chodzic do psychologa... po 3 tygodniach przyswajania leków wrocilam do siebie i do pracy (szybko, nie? :)) tym razem kiedy najgorzej bylo czerwiec/lipiec to na poczatku sierpnia znow bylam soba... i wszystko bylo ok, az do teraz. dwa tygodnie temu poszlam do psychiatry po recepte. zaczelismy rozmawiac o odstawianiu leku... i w pewnym momencie on powiedzial zdanie, ktore znam "po odstawieniu nie ma gwarancji, ze to nie wroci". jakos specjalnie sie nie przejelam, bo juz raz to bylo... potem zostalam u swojego chlopaka na noc i w nocy obudzilam sie, bylo mi strasznie niedobrze, ale w koncu usnelam... od nastepnego dnia znow zaczelo mi sie przypominac jak to bylo w zeszlym roku itd. i znow wczoraj jak bylam w restauracji bylo mi niedobrze i wpadlam w panike - trwalo to jakies 3 sekundy, moj bartek kazal mi sie uspokoic i wszystko wrocilo do normy... zjadlam wielki talerz jedzenia...

wiem dokladnie, ze to wszystko co sie dzieje to moja wina, ja sie sama nakrecam i chociaz przeszlam terapie grupowa, na ktorej dowiedzialam sie mnostwa rzeczy o sobie, chodze do psychologa, ktory jest swietny... te mysli znow wracaja... w sumie przez te 3 lata nie poradzilam sobie z wyjazdami - nawet jesli pojade gdzies i wszystko jest ok to jak nastepnym razem jade to znow mysle "a co bedzie jak"...

dobija mnie to wszystko, bo chcialabym tak jak inni (zdrowi) nie miec takich glupich problemow (umiem czasem spojrzec z perspektywy i sie z tego smiac), zdobywac swiat, jezdzic we wszystkie miejsca o ktorych marze i nie myslec o tym czy boli mnie brzuch czy głowa i sie tym denerwowac.

po pierwszej terapii doszlam do wniosku, ze wina po czesci to sa moi rodzice... jestem jedynaczka, pod kloszem, ktorej do tej pory sie pytaja na co wydałam pensje, albo czy zaplacilam wszystkie rachunki... pani psycholog powiedziala, ze najlepszym wyjsciem bylaby wyprowadzka, bo w koncuy musze zaczac to dorosle zycie... z checia, ale nie stac mnie, a moj chlopak nie do konca jest przekonany czy to juz ten moment...

jestem smutna, ze znow to wraca (a przynajmniej takie mam mysli) - nie chce znow tego wszystkiego przezywac i walcze jakos, ale jakos mi nie za bardszo wychodzi... zamiasta widziec to co mi sie udaje i co potrafie (mam super prace, samochod, rodzine, przyjaciol), widze tylko "co bedzie gdy" i same moje wady... wiem, co wyrabiam, ale znow nie moge sobie z tym poradzic...

to forum znalazlam po 1 nawrocie, ale dopiero teraz postanowilam sie tu zapisac i spotkac takich ludzi jak ja, ktorych przezycia moze mi jakos pomoga... nie chce znow tego samego przezywac... pozdrawiam ciepło

 

P.S. Ale sie rozpisalam :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ah, no wreszcie ktos sie odezwal... :smile: a gapie sie co chwila na moj post

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ach te nasze "wyimaginowane" dolegliwosci... :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Cześć Inez. Witaj wśród swoich!

Nie uważam, aby ani moje ani Twoje, ani kogokolwiek z forumowiczów dolegliwości były wyimaginowane. Niestety :D

Pozdrawiam cieplutko i Kochana do dzieła :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam serdecznie. Podtrzymamy na duchu. =)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×