Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Supełek

Depresja, nerwica, borderline... CHAD??? Pomocy... BRAK SIŁ

Rekomendowane odpowiedzi

Witam serdecznie,

 

mam nadzieję, że nie będzie wielkim faux pas, że pierwszy post napiszę tutaj... wybaczcie... kiedy znajdę trochę siły, przedstawię się grzecznie w stosownym dziale...

Teraz tak mnie przygniotło, że chwilowo nie mam siły na konwenanse...

 

Chciałam założyć wątek w dziale "pytania do...", ale widzę, że nie mnie decydować o tym czy post tam wyląduje, więc próbuję tutaj... :oops:

 

Rany... jak tu zacząć... 3 lata temu, w sumie nieco "przy okazji", rozpoznano u mnie depresję (niezbyt ciężką) i dostałam Seronil. W duzej mierze miał mi tez pomóc na bulimie, z która trawiła mnie przez 8 lat... Próbowałam zacząć też psychoterapię, ale coś nie szło... częściowo-ponieważ nie do końca zgrałam się z moim terapeutą i mieliśmy chyba trochę różne spojrzenie na terapię (próbował mi dać swobodę, na którą przy ówczesnym stopniu zamknięcia nie byłam gotowa i mnie to paraliżowało... bądź dla odmiany mnie irytował... ale wielkich postępów nie było ;) ), częściowo - bardzo możliwe, ze był to swego rodzaju mechanizm obronny - ot, ktoś próbuje wejść w moje totalnie kontrolowane przeze mnie życie, pokazać, że pewne osoby w nim święte nie były, pokazać mi moje słabości...

Skończyło się na 5-6 spotkaniach, w odstępach średnio... 1-miesięcznych (tak, wiem, zadziwiająca regularność ;) )

 

Nie pamiętam, jak długo brałam Seronil. Z rok?

 

Ogólnie, uspokoiło się... przestałam się objadać...

 

Pod koniec leczenia poznałam swojego obecnego Narzeczonego.

 

 

Wydawało sie, że wszystko jest ok... sporo miałam na głowie (nie pierwszy rok z rzędu-zasadniczo zawsze byłam osoba, która brała na swoje barki bardzo dużo, znajomi czasem śmiali się, że jestem, jak terminator ;) )...

 

W wakacje 2011 coś się zaczęło kiełbasić... nie mogłam odpocząć, coraz mniej miałam siły do Narzeczonego, u którego od wielu miesięcy utrzymywał sie obniżony nastrój, a ja nie umiałam Mu pomóc... Nadszedł sierpień, urlop, który właściwie niewiele pomógł...

 

I pod koniec miesiąca-kompletny zwrot "akcji"... dostałam jakiegoś kompletnego ataku paniki, że chce za kilka miesięcy wyjść za niewłaściwa osobę, ze tak właściwie, to ja sobie pewnie wszystko wmówiłam, a do tego nie nadaję sie na żonę, matkę etc etc.... kilka godzin narastającego stresu, którego nie udało się zatrzymać środkami dostępnymi bez recepty... az w końcu zaczęłam miec myśli samobójcze... wylądowałam na pogotowiu, gdzie zdiagnozowano ostrą reakcje na stres i odesłano na ostry dyżur do Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Tam potwierdzono ostrą reakcję na stres, dodano zaburzenia adaptacyjne, nafaszerowano hydroksyzynką, dano receptę na zapas i polecono jak najszybciej skonsultować się z psychiatra, a przede wszystkim - rozpocząć psychoterapię...

Pierwsze 2 doby przespałam (byłam w stanie trzymać się max 2 godziny i padałam na kolejne "naście" godzin).

Po pierwszych dwóch tygodniach wyglądałam, jak wrak... schudłam do kości, siniaki, blada, pogarbiona, z częstymi "skurczami" całego ciała, bądź poszczególnych partii mięśni (jakby pojedyncze drgawki), ciągle na prochach przeciwbólowych (Jezu... ten ból głowy.....), z tak obolałymi mięśniami, że wejście na I piętro kończyło się bólami nóg przez następne 3-4 dni... itd... itp....

W życiu prywatnym-koszmar.... złość, gniew, niezrozumienie, szok... mało się nie rozstaliśmy...

 

Ale powoli zaczęliśmy to składać... Bardzo szybko rozpoczęłam terapię (dosłownie pierwsze dni września), dostałam Seronil (20mg na dobę)

 

Powoli wydawało się uspokajac, aż przyszedł 01.10, a ja na powrót na uczelnię zareagował koszmarnie-jakieś ataki paniki, nerwy, na zajęciach byłam tak zestresowana, że nie rejestrowałam, co się do mnie mówi, tylko modliłam sie, żeby zajęcia się skończyły, starając sie każde bite 45 minut jakimis ćwiczeniami oddechowymi etc. zwolnić serce z tych cholernych 150 uderzeń na minutę... ja, I śpioch IV RP ;) który musi spać po 9-10 godzin, nagle usypiałam o 1.00 i budziłam sie "wypoczęta" o 4.00... Cos, jakby ciągły stan gotowości bojowej...

 

Dostałam więc Tranxene, który ładnie mnie wyciszył, aczkolwiek mózg i tak był kompletnie zmęczony. Zero pamięci, zapominanie, co przed momentem robiłam, o czym mówiłam (np. wchodzę do pokoju, o czymś rozmawiam, wychodzę... po czym wchodzę i zaczynam rozmowę jeszcze raz, a na uwagę rozmówcy, że przed chwilą o tym rozmawialiśmy, w ogóle nie byłam w stanie sobie przypomnieć, że w ogóle już wchodziłam wcześniej do tego pokoju) i takie tam wspaniałości...

 

Tranxenu zjadłam dwa opakowania. Bardzo pilnowałam, by stopniowo zmniejszać dawkę, odstawiać... za nic nie chciałam ryzykować uzależnienia... Ogólnie-powoli sie poprawiało, choć praktycznie dzień w dzień ze sobą walczyłam (głównym powodem walki były nawracające myśli typu "aaa, to nie ten, uciekaj, uciekaj" itp ;) pojawiające się znienacka, w tempie błyskawicy). Powoli uczyłam sie pewne rzeczy rozumieć, obłaskawiać...

 

Na początku grudnia nadal tendencja była zwyżkowa, ale jednak ciągle obecne huśtawki sprawiły, że mój psychiatra postanowił zmienić lek i zaordynował CITAL w dawce 20mg/dobę... Niedługo potem miała miejsce paskudna sytuacja w rodzinie, a dla mnie ogromnie dużo stresu już do końca grudnia - pierwsze święta poza rodziną, poczucie niezrozumienia problemu, odrzucenia etc...

Miałam wrażenie, że wszystko, co udało się naprawić, legło w gruzach i mój organizm znowu opada z sił...

 

W okolicy Sylwestra zwyżka troszkę (baaardzo się staram szukać pozytywów ;) ) i... 2.01 narzeczony postanowił rzucić palenie - teoretycznie-dla mnie BOMBA :D marzyłam o tym!!!!!!!!! Niestety, stał się koszmarnie nerwowy, drażliwy, wszystko "na nie" itd... wydawało mi się, że sobie z tym radzę... aż tu 06.01, w reakcji na kolejne "meee", "bee", "buuu" :twisted: mój organizm zrobił to, co kiedyś.. jak ja to mówię "zdenerwował się i tak mu zostało"... wyszłam potem z domu, wróciłam...ale cały czas czułam zdenerwowanie, mimo hydroksyzyny... Narzeczony zauważył przyspieszone bicie serca, drżące ręce, łamiący się głos... Bardzo Go to ruszyło i następne dwa dni stawał na uszach, byle tylko mnie nie zestresować niczym... ale organizmowi tak już zostało...

 

Co mnie bardzo zmartwiło, bodajże tego 6.01 wieczorem jakoś nie mogłam usnąć. kiedy wstawałam do kuchni, nagle przeleciała mi myśl: "hej, a może skończ to wszystko. będziesz się męczyć do końca życia". była myślą niby ulotną, swobodną... ale niejako piorunem podchwycona przez moją durną łepetynę i zaczęłam autentycznie myśleć, że może p****** to wszystko w cholerę...

 

Przez te kolejne dwa dni Narzeczony się starał... a ja łapałam sie na tym, że cały czas jestem na granicy ciągłego zdenerwowanie (mimo hydroksyzyny) i gdzieś, jak bumerang, wraca myśl... TA myśl... udało się w końcu porozmawiać z Narzeczonym, co mnie gryzie... wypłakałam, że czuję, że wszystkich męczę, ranię... że zmarnuję Mu życie... że sama ze sobą się męczę i nie chcę tak przez całe życie... ze jak mogę myśleć o byciu żoną, matką (!!!!!) z tak chwiejną psychiką... niby już zaczęłam wierzyć terapeutce, ze można to uspokoić. ta nadzieje, od czasu powrotu myśli "s", gdzieś prysła....

 

Co gorsza, w niedzielę rano musiałam się przeprowadzić na tydzień do mieszkania klientki, której psem i mieszkaniem się opiekuję. czyli... musiałam zostać sama...

kiedy jechałam z rana do niej, miałam nagle silny napad... jakby lęku, ale z dzwoniącą w uszach myślą "skończ to, skończ to, raz po żyłach i spokój!!!!" nie umiem nawet opisać, jaki to koszmar... w końcu, będąc w autobusie... nagle przez chwile dotarła ta myśl jakby realnie, jakbym zobaczyła siebie umierającą i... rozpłakałam się, uświadomiwszy sobie, czym ta myśl może zaowocować... to coś, jak miałam jesienią... gdy teoretycznie snułam rozważania, jak to możemy sie z TZ-em rozstać na jakiś czas, jak ja to wszystko poukładam, jak mam prawo do wątpliwości... a jeśli terapeutka, albo TZ mówili wprost "chcesz odejść?", to były to jedyne chwile, kiedy puszczały mi nerwy i coś, jakby z najgłębszej głębi serca krzyczało: "Nie chce!!!! Kocham Cię...tylko nie wiem, co sie ze mną dzieje... "... ale jeśli się uspokajałam, to te myśli się chowały, zostawiając pole mojemu "wspaniałemu" poczuciu, że nad wszystkim panuję, nic się nie dzieje etc....

 

ta myśl w autobusie była zbawienna...ale i tak przez ostatnich kilka dni miałam kilka razy akcje typu "samobójstwo".. ale już z powrotem wieczorami (wtedy, w niedzielę, to był jedyny przypadek, gdy takie myśli zdarzyły mi sie rano). Za każdym razem jak najszybciej (pomijając próby ćwiczeń oddechowych etc) brałam 2-3 hydroksyzyny (25mg.tabl) i szłam spać.... próbowałam sobie wytłumaczyć, że jeśli moja psychika próbuje znaleźć sobie kolejny mechanizm ucieczki (jak z moim rzekomym odrzucaniem Narzeczonego), to co, jak co, ale nie pozwolę sobie na wykształcenie takich wzorców i ścieżek w moim mózgu, bo to się źle skończy....

 

 

Przez ostatnie dwa dni znalazłam nowe pokrzepiające zajęcie ;) Z jednej strony-podyktowane zapewne moją potrzebą tłumaczenia różnych rzeczy, racjonalizowania... z drugiej-zapędami naukowymi, studiowanym kierunkiem (medycyna weterynaryjna), no i potrzebą ogólnego poszerzania wiedzy...

 

 

Dwa dni później, z samego rana, jechałam do klientki (do której miałam popołudniu jechać jeszcze raz i zostać na tydzień, pilnując psa i mieszkania). Niby spokojny ranek, autobus… a mnie nagle zaczęły nachodzić natrętne myśli, by ze sobą skończyć… Jakiś koszmar… Próbowałam się rozluźnić, ćwiczyć oddech, pomodlić… NIC… Pomogło dopiero jedno… gdy tak ze sobą walczyłam, nagle dotarło do mnie, że jakby owocem tych myśli może być to, że widzę siebie NAPRAWDE nieżywą… że to nie dywagacje, teoretyzowanie… ja naprawdę mogę, że tak to ujmę, nieodwracalnie odebrać sobie Zycie… i kiedy to do mnie dotarło, rozpłakałam się… przypomniało mi to sytuacje z jesieni, kiedy zdarzyło się kilkukrotnie, ze tonęłam w rozważaniach typu: jak ja to sobie wszystko ładnie musze poukładać, mam prawo do wątpliwości przed ślubem, może na jakiś czas się rozstaniemy, tak w ogóle, to całe życie przede mną, a może to nie ten bla bla bla… a gdy Narzeczony lub terapeutka zadali pytanie wprost „czyli to koniec?”, to były to jedyne momenty, kiedy czułam, jakbym nagle zmiękła, straciła jakiś twardy pancerz i jakiś głos z głębi serca krzyczał „NIEEEEEE… ja Cię kocham… tylko nie wiem, co się ze mną dzieje”…

Udało się w niedzielę porozmawiać, przed moim wyjazdem… Ech, TZ coraz więcej o mnie wie… nie dało się ukryć, ze coś mnie gryzie.. wahałam się czy powiedzieć, o co chodzi – żeby Go nie obarczać, żeby się nie przestraszył… ale przyjął to bardzo dobrze… i powiedział, że to bardzo, bardzo niedobre myśli, jeśli czuję, że takie życie jest bez sensu… i że On tu jest…

 

Poczułam się lepiej, ale trzy kolejne wieczory z rzędu było to samo… niby w miarę ok.. i znowu powrót tych okropnych myśli „s”. postanowiłam nie dać się.. może mi się wydaje, ale widząc pewne mechanizmy, które mną rządzą, pomyślałam, że może moja zakręcona i poraniona psychika próbuje sobie utorować kolejne sposoby na uciekniecie od pewnych spraw… coś, jak z odrzucaniem narzeczonego, którego tak naprawdę kocham … postanowiłam, że nie pozwolę na wykształcenie takich skojarzeń, takich ścieżek z moim mózgu, przez które będę potem walczyła ciągle z nawracającymi myślami samobójczymi, bo chyba zwariuję… Jeśli mnie brało, jak najszybciej brałam ze dwie hydroksyzyny, chwilę próbowałam jakiejś relaksacji, po czym kładłam się spać, by przespać zbliżające się tornado… kiedy wstawałam, było już lepiej…

 

I dziś… hm, ogólnie czułam się całkiem ok… od 2 dni mam nowe „hobby”. Postanowiłam poszukać w necie informacji o dodatkowych metodach leczenia depresji i nerwic – tzn. suplementacja, stosowna dieta, ćwiczenia fizyczne, oddechowe etc etc… . Dało mi to niezłego kopa ))))) Wiem, że nie załatwi to wszystkiego, ale wierzę, że może pomóc… Nawet, o dziwo, nie zdołał mnie zbić z tropu ksiądz, z którym rozmawiałam… poszłam po poradę duchową… a wyszłam z przeświadczeniem, że jestem chyba strasznie złaaaaaaaa ;))))) nie mogłam mu nijak wytłumaczyć, że kiepskim pomysłem jest udowadnianie osobie, która od kilku dni walczy z myślami samobójczymi, że jest egoistka, bo próbuje ocalić swoje Zycie, popełniając przy tym grzech zgorszenia innych ludzi (mieszkam z Narzeczonym) i rozmowy o tym, jakoby trzeba było uwiązać sobie kamień młyński u szyi są dobre na rozważania teoretyczne… ale nie na rozmowę z kimś, kto próbuje sobie właśnie wytłumaczyć, że NAPRAWDE WARTO ŻYĆ…

No po prostu cud-miód i orzeszki )))))) W pewnym momencie zaczęłam się wręcz zastanawiać czy to możliwe, by tak szybko złapać taki motorek do działania i wiarę w to, że warto żyć, że warto walczyć… w ramach tego zaskoczenia… wlazłam na stronę o CHAD…. Tak, CHAD, to mój „demon” od kilku lat, odkąd poznałam osobę, która na to choruje… gdyby nie to, pewnie nawet nie wiedziałabym o tej chorobie…

 

I co?????? Wystarczyło kilka/kilkanaście minut lektury o trudnościach w rozpoznawaniu, o myleniu CHADu z depresją… a ja poczułam ogarniająca panikę, sztywniejący kark, lodowaciejące dłonie i stopy, walące serce i koszmarny strach, przeplatany myślą „a co, jeśli jesteś chora psychicznie… kto normalny czy z jakimś tam „zaledwie” zaburzeniem ma AZ TAKIE wahania nastroju???????”. Nie musze chyba wspominać, w jakim tempie wpadły do głowy z powrotem te paskudne myśli typu skończ z tym… to jest czyste wariactwo… nie ma sensu męczyć siebie i innych całe życie”…

 

Czy w CHAD możliwe są tak gwałtowne zmiany nastroju??????? Co się ze mną dzieje?????? Już nie mam siły… przepraszam, że tak się rozpisałam, ale chciałam dać jaśniejszy obraz.. a i klepanie w klawisze nieco mnie uspokaja… wzięłam Hydroksyzynę (2 tabl.), spróbowałam rozluźniania wszystkich mięsni, które czułam, że się zaczynają błyskawicznie napinać o boleć i klepię, klepię… i trochę mnie to uspokaja… (na pewno osłabiając myśli „s”).

 

CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE????????? Jestem już wykończona… przecież nie da się w życiu nie stykać z żadnym stresem… nie da… czy tak już będzie zawsze?? Dlaczego?? Jak to zdiagnozować? Na chwile obecną-lekarz określa moje problemy, jako zaburzenia adaptacyjne. Psychoterapeutka mówi o nerwicy lękowo-depresyjnej, a przy tym o mojej osobowości mówi, że mam wiele cech borderline. Zaznaczyła, że nie widzi podstaw do pełnego zdiagnozowania borderline, bo pewnie ważne rzeczy się jej nie zgadzają, ale moja osobowość krąży sobie gdzieś w pobliżu…

 

Czy to na pewno nie CHAD??? Jak z tym walczyć? Czy moje próby znalezienia ratunku i radość z tego, to tylko chwiejność emocjonalna czy próby wyjścia z tego g****, przeplatane padaniem z sił.. co z tymi cholernymi myślami ”s”???????. Jestem kompletnie zaskoczona tą ciągłą walką…. ;(((((((((

 

Co zrobić, by jak najlepiej się zdiagnozować i maksymalnie podnieść skuteczność leczenia???? Swoją droga, nie mogę nie podzielić się pewnym moim spostrzeżeniem…

Jeśli dobrze pójdzie i po drodze się nie zabiję (tfu tfu tfuuuuuuuuu), to już bliżej mi końca studiów, niż początku i całkiem niedługo będę lekarzem weterynarii… pewnie wiele osób nie wie, ale u zwierząt również leczy się zaburzenia psychiczne… lekami stosowanymi u ludzi, tylko dopasowuje się do gatunkowych cech zwierząt, na podstawie różnic w farmakokinetyce i farmakodynamice… Ale jest coś, co nie daje mi spokoju… Każdy DOBRY lekarz weterynarii wie, że zanim zwierze uzna się za chore psychicznie i zacznie leczyć, najpierw należy przeprowadzić maksymalnie dokładną diagnostykę, by wykluczyć przyczyny somatyczne zaburzeń – im więcej badań, tym lepiej – krew, hormony, diagnostyka obrazowa, także ta bardziej zaawansowana (CT, MRI) itd. itp…

U ludzi mam wrażenie, że podejście jest zgoła odmienne… ja rozumiem, że wiedząc, że mam myśli samobójcze, należało od razu podać mi coś, co szybko te myśli uspokoi… ale po ponad 4 miesiącach leczenia widzę, że chociaż trochę się uspokoiło, to nadal jestem, jak chorągiewka na wietrze, mój organizm nauczył się pewnych utartych paskudnych schematów, jestem po prostu WYKŃCZONA psychicznie i fizycznie ta ciągłą huśtawką… Pytałam miesiąc temu lekarza (niby specjalistę m.in. od tematyki samobójstw), czy u ludzi nie prowadzi się diagnostyki w kierunku zaburzeń somatycznych, zwłaszcza, że dotychczasowe leki nie przyniosły wystarczającej poprawy… usłyszałam, że najpierw daje się leki, a potem, jeśli nie zadziałają, szuka się przyczyn… a póki co, zmienimy mi lek…

 

HMMMMMMM…. Ja się cieszę, że wypisanie recepty kosztuje 120zł, ale… czy naprawdę pacjentów ludzkich szybciej diagnozuje się, jako „psychicznych”, niż pacjentów zwierzęcych??? Czy to nie ejst troszkę… dziwne???

kiedy tak poszperałam w necie za różnymi informacjami, dotarło do mnie, że poza wpływem osobowości, słabego układu nerwowego, atmosfera w domu rodzinnym itd. itp. (niczemu nie zaprzecza,!!!), do tego wszystkiego mogły się dołożyć inne rzeczy….

 

Od wielu lat regularnie jakiś lekarz pyta czy na pewno mam zdrowa tarczycę… która jak wiadomo m.in. wpływa na psychikę i zachowanie… hormony zwykle trzymają się normy, bądź granic (choć jeden lekarz mów: no to ok., drugi-że norma nie oznacza zdrowia… hm, ciekawe nam powtarzają to na każdych zajęciach). Ostatnio jakiś ginekolog wpadł, by zrobić mi badania hormonów i okazuje się, że potwierdziły się wyniki sprzed kilku lat, wobec czego wychodzi, że od wielu lat mam obraz zespołu policystycznych jajników (też wiążący się z depresją)… ten sam lekarz zauważył, że powinnam zbadać wątrobę, ponieważ mam nieprawidłowa bilirubinę, a „to”, co mnie od miesięcy często boli, to właśnie wątroba, albo i pęcherzyk żółciowy (w zależności, które to dokładnie miejsce). Niby staram się coraz lepiej odżywiać, ale okazuje się, że m.in. magnezu, witamin z grupy B i kwasów omega-3 przyjmuje, niestety, bardzo mało… jeśli dodać tego, że tylko niektóre suplementy maja ich dobrą wchłanialność, moją wrażliwość systemu nerwowego (przez co powinnam dostarczać tych, ale i pokrewnych, składników, jeszcze więcej), tryb życia, ciągły stres, wieczne niedosypianie, ogrom pracy umysłowej, brak odpoczynku, hektolitry wypijane kawy, do niedawna-zero ćwiczeń odprężających etc etc etc…. Kiedy zaczęłam paru bliższym znajomym delikatnie zarysowywać, z czym walczę… reakcje były takie same „dziwie się, że twój organizm dał rade tyle lat i zbuntował się dopiero teraz”.

 

Nie zrozumcie mnie, proszę, źle…. Ale jak to jest, że dla lekarza priorytetem jest wypisanie tabletek, zamiast w międzyczasie zająć się upewnieniem, że do predyspozycji psychicznych nie dołączają się bardzo podstawowe rzeczy typu „niehigieniczny” tryb życia, możliwe niedobory czy współistniejące choroby, które mogła pogłębiać stany depresyjne czy nerwice…

 

-- 11 sty 2012, 23:17 --

 

czy moderator mógłby mi pomóc zedytować post?

coś się zdublowało i część (wiem, że i tak długiego ;) ) wpisu się powtarza... niestety, wyrzuciło mnie z forum, musiałam zrestartować komputer... a kiedy mogłam nareszcie na forum wrócić, okazało się, że już nie mogę zedytować postu.... będę wdzięczna za pomoc :oops:

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Na początek może powiem, że mam dokładnie taką samą diagnozę jak Ty, tj. zaburzenia adaptacyjne i naprawdę to się może właśnie tak spektakularnie objawiać jak u Ciebie. Nie musi to od razu oznaczać CHAD czy osobowości borderline. Miałam baaaardzo podobne przeżycia do Twoich.

Inna sprawą jest już poruszona przez Ciebie kwestia przyczyn wystąpienia takich objawów. Podobnie jak Ty zauważyłam, że lekarze jakoś nie specjalnie chcą dociekać czy aby na pewno człowiek jest w dobrym stanie fizycznym, diagnozując określone zaburzenia psychiczne. Dlatego tutaj trzeba działać samemu. Ja oprócz leków, które mam od lekarza, zmieniłam całkowicie styl życia tj. jedzenia, sposób spędzania wolnego czasu. Włączyłam też wspomnianą przez Ciebie suplementacje, tyle, że oprócz omegi 3 (konkretnie kwas EPA), magnezu i wit. z gr B dodałam też witaminę D, której niedobory, jak się okazuje, ma praktycznie każdy o tej porze roku, w naszej strefie klimatycznej, co też nie pozostaje bez wpływu na samopoczucie psychiczne. I muszę powiedzieć, że efekty już są. Może nie całkiem takie jak bym chciała, ale na pewno jestem bliżej niż dalej. Także uważam, że powinnaś dać sobie spokój z bezpodstawnymi wątpliwościami co do swojej ewentualnej choroby psychicznej i zacząć po prostu dbać o siebie. Oby przyniosło Ci to oczekiwaną poprawę samopoczucia:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dziękuję :)

 

co do suplementów-hihi, uwierz mi, to był tylko skrót myślowy... przez te dwa dni, by o niczym nie zapomnieć potem (skoro w domku mnie nie ma), wysyłałam linki, które mnie zaciekawiły, z jednego maila na drugi... i nie mam pojęcia kiedy to przeczytam :lol: właśnie naliczyłam 34 maile, a w nich często po kilka linków ;) ale ze mnie taki właśnie szperacz jest... witaminy, minerały, suplementy, badania, choroby towarzyszące...wsio, co się udało znaleźć i wydało się ciekawe :)

jeśli masz ochotę, mogę wkleić ;)

 

o vit.D też czytałam, ale i tak bardzo dziękuję za info :) u mnie nawet wydaje sie to logiczne, bo choć spędzam czas na dworze, to od jakiegoś czasu bardzo chronię się przed słońcem-ciągle wyskakiwały mi kolejne piegi i pieprzyki, więc zaczęłam się chować :oops:

 

a skoro miałaś podobne problemy... wiewasz/miewałaś myśli "s"? :oops: jak sobie z nimi radziłaś? :why:

 

 

swoją drogą... muszę przyznać, że w ogólnym podsumowaniu, na Citalu jest mi gorzej, niż na Fluoksetynie... Na Seronilu byłam wprawdzie rozhuśtana, ale ta huśtawka nie miała przerw w postaci dołków. była mecząca sama w sobie...

tymczasem teraz np., na Citalu, mam od kilku dni takiego doła, że już zapomniałam, jak to jest czuć się tak do d... a uspokojenia-jak nie było, tak nie ma...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie brałam Citalu, długo go bierzesz? Może poczekaj na działanie, albo zadzwoń do psychiatry?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Supełek, jasne, że wklej te linki. Może jeszcze coś ciekawego będzie można się dowiedzieć.

Co do myśli ''s'' ...trudno ich nie mieć kiedy objawy tak bardzo utrudniają życie i normalne funkcjonowanie. Ja po prostu starałam się nie załamywać, tylko szukać czegoś co mi pomoże. W tych sprawach naprawdę ważna jest cierpliwość:)

 

-- Cz sty 12, 2012 1:40 pm --

 

A co tego Citalu, to ja też go dobrze nie wspominam. Teraz biorę Lerivon i naprawdę jestem zadowolona. Tyle, że ja sobie dałam spokój z tym żeby lek działał na mnie uspokajająco czy przeciwdepresyjnie. Jedyne czego odczekuje od leku, to żeby mnie uśpił, a z tym mój lek radzi sobie świetnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Supełek,

 

Hej,

 

Nie ma sensu nadawać sobie etykietek typu depresja, chad, nerwica bo bez względu na to gdzie zostaniesz przypisana, co również zależy od specjalisty i jego widzimisię. Można być badanym przez kilku specjalistów i każdy inaczej zdiagnozuje. Bez względu na to jaką etykietkę dostaje pacjent przyczyna jest zawsze jedna - emocje.

 

Piszesz że

le po ponad 4 miesiącach leczenia widzę, że chociaż trochę się uspokoiło, to nadal jestem, jak chorągiewka na wietrze, mój organizm nauczył się pewnych utartych paskudnych schematów, jestem po prostu WYKŃCZONA psychicznie i fizycznie ta ciągłą huśtawką… Pytałam miesiąc temu lekarza (niby specjalistę m.in. od tematyki samobójstw), czy u ludzi nie prowadzi się diagnostyki w kierunku zaburzeń somatycznych, zwłaszcza, że dotychczasowe leki nie przyniosły wystarczającej poprawy… usłyszałam, że najpierw daje się leki, a potem, jeśli nie zadziałają, szuka się przyczyn… a póki co, zmienimy mi lek…

 

Twój organizm tak reaguje ponieważ Twój układ nerwowy jest napięty do granic wytrzymałości. Zachęcam Cię do poczytania wątku na tym forum - emocjonalna-joga-t33698.html

 

Dowiesz się jak szybciutko pozbyć się tego napięcia w ciągu kilku - kilkunastu dni i jak stopniowo poradzić sobie ze wszystkimi emocjami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witajcie, Kochani :)

 

Udało mi się dotrwać do tego, na co czekałam od tygodnia, czyli na terapię. Uzyskałam natychmiastową pomoc. Miałam wrażenie, że terapeutka jest zaskoczona takim obrotem spraw i jest jej bardzo przykro, akurat parę dni temu miała rozmowę z supervizorem na temat mojego przypadku i wyszło, że wszystko idzie dobrze...

powtarzała cały czas, że nie wierzy, że to kwestia błędnej diagnozy, tylko biorąc pod uwagę wiele czynników, umiejscowienie w czasie, to musi być chemia :( po prostu źle zareagowałam na lek, który miał mi pomóc...

 

sporo rozmawiałyśmy, także na temat mojego lęku przed CHAD, po czym udało się "wcisnąć" mnie na CITO do mojego lekarza na wieczorną wizytę. długo rozmawialiśmy, wypełniałam kwestionariusz dotyczący chwiejności emocjonalnej. jak się okazało, że CHADowcami pan doktor miał sporo do czynienia :P

resume-powiedział, że na tyle, na ile mnie poznał (tych kilka lat temu również on mnie leczył), po zapoznaniu się w moimi odpowiedziami w ankiecie i rozmowie na temat motywacji etc., nie mam CHADu, tylko osobowość chwiejną emocjonalnie, czyli potwierdził to, co mówiła terapeutka (ona mówi o cechach borderline, aczkolwiek nie jest to typowe borderline, bo nie do końca przystaję do kryteriów BPD ;) )

 

postanowił zmienić leczenie i, nie ukrywam, nową drogę leczenia przyjęłam z entuzjazmem, bo taka w ostatnich dniach, po lekturze różnych materiałów, a także zastanowieniu się nad moimi reakcjami na leki, wydała mi się najbardziej sensowna.

 

zatem tak, odstawiamy CITAL (mamak, tu odpowiedź na Twoje pytanie - jestem w połowie drugiego opakowania). wracamy do Seronilu, a nawet zmniejszamy dawkę do 10mg (najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że dół, jaki mam od kilku dni, a wywołany ciągłymi myślami samobójczymi, jest największym dołem od hohoho... ja od sierpnia się ani raz tak nie czułam...ba! nawet wtedy się tak nie czułam), a za to wprowadzamy LAMITRIN - docelowo dawka 100mg/dzień

 

gdyby ktoś akurat nie kojarzył, co to, a chciał przeczytać, cóż to za wynalazek

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10333987?dopt=Abstract

http://web.archive.org/web/20070312040445/http://remedyfind.com/HealthConditions/57/

a tu po polsku: http://bpd.szybkanauka.net/

czyli jednym słowem - lamotrygina, od lat stosowana w zapobieganiu napadom padaczkowym, a od jakiegoś czasu okazało się, że o ile nie jest sie pechowymi 10% populacji uczulonych na te substancję ;) to jest to fajny i raczej bezpieczny lek stabilizujący nastrój

 

wiadomo, pytanie, jak zareaguję (w końcu wielu osobom CITAL pomaga.. ja miałam pecha :P ), ale nie ukrywam, że zdania zawarte w publikacji medycznej (bądź, co bądź), w których czytam:

Among all responders impulsive sexual, drug-taking and suicidal behaviors disappeared and no longer met the criteria for BPD. At an average follow-up of 1 year, they no longer meet criteria for BPD.

 

czy

The dramatic nature of the response in patients refractory to all previous medication trials and maintenance of a robust response over 1 year, argue against a placebo effect.

 

leją mióóóóóóóóóóóóóóóóóóóód na moje serce... no nic, CITALowi mówimy bye-bye :papa: , z miłą chęcią wracam do fluoksetynki, która nigdy krzywdy mi nie zrobiła :mrgreen: i z ogromną nadzieją patrzę na lamotryginkę... wiadomo, nie zadziała od razu, ale odstawienie CITALu plus hydroksyzynka w zapasie powinny pomóc przetrwać jeszcze trochę :great:

 

 

Wiem, to taki tonący chwytający sie brzytwy i trzymający ją z uśmiechem, bo przynajmniej nie tonie... ;) ale tyle już walczę... cholera, no... musi być lepiej...

p. Ania (moja terapeutka ;) ) powiedziała dziś, że odwaliłam kawał dobrej roboty przez ostatnie miesiące i jest pewna, że z tego wyjdę. tylko ta cholerna chemia jakoś kretyńsko zadziałała...

 

potwierdziła też, że trzeba przyjrzeć się diecie i baaaardzo chwaliła omega-3, ale oczywiście z jedynych słusznych źródeł, czyli naturalnych :D a olej lniany - obowiązkowo tłoczony na zimno (do tego ja chcę ten trzymany cały czas w chłodzie)

 

 

calineczko, rozmawiałam dziś z p. Anią sporo o kolejności leczenia, na którą złościłam sie w moim wpisie. powiedziała, że jak najbardziej mnie rozumie, aczkolwiek taki system-najpierw stabilizacja, potem diagnostyka, jest przyjęty od lat i się sprawdza... Jej argumentacja o tyle mnie przekonała, że zdaje sobie sprawę, iż np. pies z depresją nie weźmie noża i nie podetnie sobie żył... człowiek już tak, dlatego najpierw trzeba go wyrównać... a, niestety, żeby diagnostyka miała sens, trzeba na min. 3 miesiące odłożyć leki...

tzn. można diagnozować, ale nie wszystko... jak najbardziej trzeba poprawić dietę etc. i za nieinformowanie o rzeczach typu: diet, ruch, relaks etc. etc. etc. mam prawo mieć żal do lekarza (choć ona akurat stara się o tym mówić ;) a ostatnio podjęła heroiczną walkę o nauczenie mnie relaksacji ;) ), ale diagnozować można-no powiedzmy zaburzenia hormonalne. za to wiele innych badań, z powodu "tych" leków, może być zafałaszowanych

 

co do linków-nie wiesz, o co prosisz :twisted: wkleję jutro, dziś już padam :)

 

a jeśli chodzi o myśli "s" - dla mnie są o tyle dołujące i kompletnie WYCZERPUJĄCE, że ja nie miewam myśli typu "a gdyby tak....". jeśli mnie dopada, to jest to konkretne na maxa: "weź kobieto ten zas**** nóż, pojedź sobie po żyłach i będzie spokój! ile mozna się męczyć :evil: ". a że nie mam jakiś gigantycznych oporów przed manipulacją przy własnym ciele, to wiem, że takie myśli, to nie przelewki....

 

 

akademiaeft, chętnie poczytam, zdaję sobie sprawę, że relaks jest ważny, moja terapeutka stara się mnie tego nauczyć. acz skorzystać mogę tylko z tego, co będzie tam opisane darmowo. absolutnie w tym momencie nie jestem w stanie wygospodarować żadnych pieniędzy na extra płatne bonusy ;)

 

 

a tak w ogóle, to dziś chyba jest dzień dobrych informacji ;) dostałam maila z Poradni Dewajtis http://www.poradnia.dewajtis.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1&Itemid=24 któryż to mail wlał w moje serce nadzieję, że tym razem może uda mi sie nieco poukładać od strony duchowej i niekoniecznie trafię na duchownego, który najzwyczajniej w świecie chyba nie wie, na czym polega depresja, zwłaszcza na etapie intensywnych myśli samobójczych... :twisted:

 

 

a na koniec - chciałam podziękować za cierpliwość i że mogę sobie tu poklepać... :uklon:

naprawdę, wczoraj to "klepanie" w klawisze (po zaprawieniu się hydroksyzyną ;) ) było baaaaardzo dobrym oderwaniem od 6.dnia z rzędu pod znakiem "warto żyć, warto żyć, jak sobie odbierzesz życie, to już go sobie nie wrócisz, jeśli postanowisz zmienić zdanie" .....

 

 

No nic, czas zgasić świeczki (uwieeeelbiam światło świec) i idę lulu... chyba zasłużyłam sobie na chwilę w miarę choć spokojnego snu :zzz:

 

a jutro? małe nagrody poprawiające humor :great: jak wygram w totka, będę mogła się ratować masażami bla bla bla... na razie - pozostaje cieszyć się moim nowym kubeczkiem na kawę - ale że już wiem, że kawy muszę przestać pić takie hektolitry, to czeka mnie cappuccinko... jedno brandy, a drugie.... o smaku szarlotki :mrgreen:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

calineczko, rozmawiałam dziś z p. Anią sporo o kolejności leczenia, na którą złościłam sie w moim wpisie. powiedziała, że jak najbardziej mnie rozumie, aczkolwiek taki system-najpierw stabilizacja, potem diagnostyka, jest przyjęty od lat i się sprawdza... Jej argumentacja o tyle mnie przekonała, że zdaje sobie sprawę, iż np. pies z depresją nie weźmie noża i nie podetnie sobie żył... człowiek już tak, dlatego najpierw trzeba go wyrównać... a, niestety, żeby diagnostyka miała sens, trzeba na min. 3 miesiące odłożyć leki...

tzn. można diagnozować, ale nie wszystko... jak najbardziej trzeba poprawić dietę etc. i za nieinformowanie o rzeczach typu: diet, ruch, relaks etc. etc. etc. mam prawo mieć żal do lekarza (choć ona akurat stara się o tym mówić ;) a ostatnio podjęła heroiczną walkę o nauczenie mnie relaksacji ;) ), ale diagnozować można-no powiedzmy zaburzenia hormonalne. za to wiele innych badań, z powodu "tych" leków, może być zafałaszowanych

Supełek dzięki Ci za te informacje. Ale i tak utrzymuje, że medycyna robi za mało żeby dociec prawdziwych przyczyn zaburzeń psychicznych. Wiem, że niehumanitarne jest przetrzymywanie jest człowieka bez leków, kiedy jego stan psychiczny jest bardzo zły i robienie mu badań, ale myślę, że biorąc pod uwagę dzisiejszy rozwój różnych technologii medycznych można bez szkody dla pacjenta dociekać co mu tak naprawdę jest.

 

A co do tych myśli ''s'', to w takich gorszych momentach musisz wiedzieć, dlaczego się tak czujesz. Kiedy uświadomisz sobie, że przyczyna może być tymczasowa i że po prostu trzeba to przeczekać, jest o wiele łatwiej:)Fajnie, że masz psychoterapie to możesz też przerobić ten temat:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Oj, calineczko, nie wyobrażam sobie dojścia do równowagi bez psychoterapii. leki, to tylko pomoc doraźna - mają przywrócić homeostazę... no a przynajmniej w miarę akceptowalne funkcjonowanie mojego układu nerwowego - takie, które sprawi, że odpocznę i będę w stanie myśleć bardziej logicznie... i chodzić na terapię ;) terapia jest płatna, co stanowi dla mnie gigantyczny problem finansowy, ale widzę (a także moje otoczenie!) wyraźne postępy i wiem, że tym razem trafiłam na terapeutę, z którym się rozumiem

 

pytałam wczoraj p. Anię, jakich badań na razie (!) nie ma sensu robić - ale po to, by nie wyrzucić pieniedzy w błoto, bo i tak mam ich deficyt. póki co zatem - zamierzam skupić się na intensywnej suplementacji (baaaaaardzo intensywnej :mrgreen: ), powtórnym przebadaniu tarczycy (na tyle, na ile znajdę pieniążki) i układu rozrodczego, który mam rozregulowany od wielu, wielu lat (obraz PCO), a jeśli uda mi się wytrzasnąć skądś pieniądze (hahaha...), to chyba warto wrócić do czegoś, z czym miałam problem w dzieciństwie, a potem uznano "że mi przeszło", choć nie pamiętam czasów, gdy miałam spokój z układem pokarmowym :evil: czyli czas na powrót do tematu... celiakii

 

co ciekawe, zarówno rozregulowanie w długo trwającym PCO, jak również w celiakii (jeżeli by ją stwierdzono), jest skorelowane z zaburzeniami nerwicowymi i depresyjnymi. I nie chodzi wyłącznie o depresję związaną z faktem chorowania, wpływu choroby na nasze życie... ale po prostu rozregulowania całego organizmu (juz nie wspominając o korelacji miedzy samą celiakią, a PCO :mrgreen: uwielbiam skomplikowanie naszych organizmów :105:;) )

 

o proszę, np.:

http://www.celiakia.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=50&Itemid=68

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Supełek, a ta Twoja terapeutka mówiła jakie badania mogą być zafałszowane przez psychotropy?

 

Chciałam też dodać kilka słów o omedze 3... Dużo dobrego mówi się o oleju lniany, ale ja osobiście dowiedziałam się ostatnio od lekarza, że jeśli chodzi i suplementacje to o wiele lepiej sprawdzają się suplementy które zawierają olej z ryb. Wynika to z tego, że oleje z ryb zawierają takie rodzaje omegi 3, które są bezpośrednio wykorzystywane przez organizm. Olej lniany również zawiera kwasy omega 3, ale w formie, która musi być dodatkowo zmetabolizowana w organizmie, żeby organizm mógł odnieść z niej pożytek. Problemem jest jednak to, że jedynie niewielka część dawki oleju lnianego jaką spożywamy ulega takiej metabolizacji. Poza tym przemiana ta jest uzależniona od ogólnego stanu zdrowia- na przykład u osoby osłabionej, wyczerpanej nie będzie ona przebiegać wystarczająco efektywnie.

Trzeba też pamiętać, że przy suplementacji omegi 3 trzeba unikać spożywania w NADMIARZE nasyconych kwasów tłuszczowych (wszelkie smalce, margaryny itd.)bo utrudniają przyswajanie omegi 3.

I jeszcze jedna uwaga: aby suplement z kwasami omega 3 był skuteczny MUSI zawierać WIĘKSZĄ ilość kwasu EPA do DHA. Trzeba sprawdzić ten stosunek na opakowaniu.

 

Tak w ogóle to chciałam powiedzieć, że pomimo tego, że na pewno jest Ci ciężko, z tego co piszesz, widać, że starasz się sobie pomagać i to jest super:)Oby tak dalej:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Obraz białokrwinkowy, czerwonokrwinkowy, poziom jonów, wątroba... tzn. może być problem z ustaleniem, co wynika ze stanu aktualnego, czyli jest skutkiem, a co mogło być przyczyną problemów ;)

 

co do omega-3 - powiem Ci, że ciężko mi w 100% zaufać zarówno badaczom od oleju rybnego, jak też lnianego ;) mam wrażenie, że każdy ciągnie na swoją stronę... :mrgreen:

 

a co do starania się - wiesz, to też może być taka "odbitka", ale włączył mi sie war-mode :twisted: zaczęłam już naprawdę opadać z sił... terapeutce powiedziałam nawet, że jeśli okazałoby się, że to CHAD, to ja nie widzę sensu walki o siebie i o swoje życie...

ale staram się, staram... tak naprawdę - poszukiwanie informacji o wspomaganiu leczenia - typu suplementacja, hormony itd. dają mi zastrzyk-łapię wiatr w żagle i zaczynam wierzyć, że wyjdę z tego, nawet, jeśli do końca życia będę musiała baaaardzo dbać o zdrowy, higieniczny styl życia.. no ale to akurat na zdrowie wyjdzie - może prawnuków doczekam? :yeah:

 

wystarczyło przeczytać np. o CHADzie i wracało załamanie, natychmiastowy zjazd nastroju. zresztą mój doktor powiedział właśnie, że tak błyskawiczne skoki nastroju i silne uzależnienie ich od czynników zewnętrznych (to nie tak, że ja wstaje i mam doła... albo czuję się super... to zależy od tego, z czym/kim się zetknę i co wypracuję) sugeruje, że to naprawdę nie jest CHAD

 

wniosek? skoro szperanie za tym, co może mi pomóc, sprawia, że pomaga już teraz - bo daje siłę, by dalej walczyć...to trzeba walczyć. bo co innego zostało? ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Supełek, Przyznaję, że ciężko ufać dzisiejszym info medycznym w pełni. Czasem nie wie człowiek co czyta: czy fakty czy może reklamę kolejnego ''cudownego'' wynalazku. Ale z tą omegą to nie tylko info ale też moje doświadczenia. Wypróbowałam i olej lniany i olej rybi i wyszło na korzyść tego ostatniego-efekty są szybsze i bardziej odczuwalne, także naprawdę szczerze polecam.

 

I zgadzam się z Tobą, że nic tak nie poprawia samopoczucia jak wyszukanie kilku wskazówek co można zrobić żeby poczuć się lepiej. Mnie też zawsze to wybija na powierzchnię. Miałam taki okres kiedyś, że było to jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy życiu kiedy żadne leki na mnie nie działały. Masakryczny moment...ale NIGDY NIE WOLNO SIĘ PODDAWAĆ!-teraz to wiem...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
I zgadzam się z Tobą, że nic tak nie poprawia samopoczucia jak wyszukanie kilku wskazówek co można zrobić żeby poczuć się lepiej. Mnie też zawsze to wybija na powierzchnię. Miałam taki okres kiedyś, że było to jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy życiu kiedy żadne leki na mnie nie działały. Masakryczny moment...ale NIGDY NIE WOLNO SIĘ PODDAWAĆ!-teraz to wiem...

dziękuję :uklon:

bardzo mi pomagasz :D

 

wiesz, z tym olejem rybnym pewnie dlatego też tak rakiem podchodzę (bo absolutnie nie neguję tego, co piszesz!!! :) ), że mam z nim kiepskie doświadczenia, tzn. o ile ryby same w sobie jeść mogę (ale dla wyrównania niedoborów musiałabym chyba nic innego nie robić, tylko jeść ryby na okrągło ;) ), to mam problemy z zarzucaniem treści pokarmowej, odbijaniem sie etc.

więc to nie tak, że zatkam nos, wypiję olej z rybki i już... albo nawet go z czymś zmieszam

mnie sie jeszcze nawet i kilka godzin nim odbija, a nie ukrywam, że co jak co, ale dobijanie sie olejem rybim wywołuje u mnie silny odruch bleeeeeeee...

tak samo reaguję na kapsułki z takim olejem :why:

bardzo się cieszę, że Ci pomogło. ale mnie chyba pozostaje próba radzenia sobie z olejem lnianym, ewentualnie dodatkowo w malutkich ilościach jakaś rybia kapsułeczka :roll:;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

wiesz, z tym olejem rybnym pewnie dlatego też tak rakiem podchodzę (bo absolutnie nie neguję tego, co piszesz!!! :) ), że mam z nim kiepskie doświadczenia, tzn. o ile ryby same w sobie jeść mogę (ale dla wyrównania niedoborów musiałabym chyba nic innego nie robić, tylko jeść ryby na okrągło ;) ), to mam problemy z zarzucaniem treści pokarmowej, odbijaniem sie etc.

więc to nie tak, że zatkam nos, wypiję olej z rybki i już... albo nawet go z czymś zmieszam

mnie sie jeszcze nawet i kilka godzin nim odbija, a nie ukrywam, że co jak co, ale dobijanie sie olejem rybim wywołuje u mnie silny odruch bleeeeeeee...

tak samo reaguję na kapsułki z takim olejem :why:

bardzo się cieszę, że Ci pomogło. ale mnie chyba pozostaje próba radzenia sobie z olejem lnianym, ewentualnie dodatkowo w malutkich ilościach jakaś rybia kapsułeczka :roll:;)

Tak to jest w tej medycynie, że to co jednym pomaga innym może szkodzić, albo wywoływać negatywne odczucia:)Także jeśli jest tak jak piszesz, to nie pozostaje nic innego jak słuchać swojego organizmu i nie katować się czymś co Ci nie służy.

Tylko kup sobie budwigowy ten olej lniany, a nie zwykły, bo ten drugi zawiera niewielką ilość omegi 3.

ps. sorry, jeśli trochę pouczająco brzmią te moje uwagi-uwierz nie to mam na celu... Traktuj je raczej jako życzliwe spostrzeżenia kogoś kto stracił trochę czasu i pieniędzy na kupowanie nieskutecznych specyfików :roll:

 

I cieszę się, że mogę pomóc, nawet jeśli jedyne co robię to pisanie :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No coś Ty :D

ja lubię wymieniać się wiedzą i zdobywać nową :uklon:

 

a olej lniany-tak tak, wyłącznie nieoczyszczony, tłoczony na zimno i przechowywany wyłącznie w lodóweczce :mrgreen:

 

-- 13 sty 2012, 22:32 --

 

Chciałam zgłosić, że znalazłam nowy, dodatkowy powód do życia... :lol:;)

Jest nim nie tylko nowy kubeczek na kawę (ledwie 4zł z hakiem w Tesco, żeby nie było, że do szczęścia potrzeba szaleństw jakiś 8) ), a w tym kubeczku... CAPPUCCINO o smaku... SZARLOTKI!!!!!!!

 

raaaaannnyyyy, jakie to jest pyszne :!::!::!::D

 

5e722eca2e81f9062cba7e56b4480368.jpg

 

 

w ostatnich dniach tyle się naczytałam o wrednym wpływie kawy na deprechy i nastroje, że aż sie za głowę złapałam... a, niestety, kawy wypijam bardzo dużo. no ale cappuccinko kawki ma mało, więc... a uwielbiam je... mimo, że rośnie po nim tyłek... :lol:

 

Mmmmmm, pychotka :D

 

Przynajmniej mam jakąś rekompensatę... niestety, ale parę typowych objawów ubocznych po rozpoczęciu kuracji Lamitrinem mam (co za ból łba... masakra jakaś... do tego senność, zawroty, ból oczu, chwilowe/napadowe problemy z widzeniem). no ale tak to jest, jak się bierze fuje-fuje grzebiące w OUN ;)

 

-- 13 sty 2012, 23:09 --

 

Ok, to na koniec dnia (wrrrr, a miałam iść grzecznie spać, jak zalecają we wszystkich publikacjach, a i moja terapeutka mnie za to ganiała, czyli o max. 23.00, ale się wmeldowałam w pranie i coś ten program dłuższy jest, niż zakładałam :twisted: )

 

to tak na poprawę humoru:

Eksperyment Rosenhana, czyli skąd wiadomo czy ktoś naprawdę jest "psychiczny", czy tylko tak się wydaje ;)

http://pl.wikipedia.org/wiki/Eksperyment_Rosenhana

 

A na koniec... Buszując po forum, znalazłam taki wątek osoba-z-z-o-w-zwi-zku-t33811.html

Widząc wpis Moderatora, Mad_Scientist (Melduję się F60.5 (o. anakastyczna) w związku z F60.3 (BPD). :P), musiałam sobie sprawdzić z ciekawości, co to jest to F60.5, skoro ja mam dużo z F60.3 (choć nie jestem typowym F60.3)

I? No i wychodzi, że jakby psychiatra przebadał mojego TZa, to pewnie by uznał, że jest F60.5 :lol:

Ale czy to koniec świata? Pracujemy, pracujemy nad cechami mojego TZ od 3,5 roku (nie na terapii... do niej może dojrzeje za milion lat) i jest naprawdę coraz lepiej... a gdyby dało się to nawet sklasyfikować? No i co by to dało? ;)

Jednym słowem, pewnie lwia część polskiego społeczeństwa ma coś poprzestawiane w mózgu, o! :P

(wiem, wiem, pocieszam się... ale to chyba lepsze, niż smęcenie, że życie jest do d***? ;) a im więcej pozytywnych myśli, tym mniej... nooo, negatywnych... ale mi wyszło :great: to może ja już pójdę lulu... :papa: )

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

to tak na poprawę humoru:

Eksperyment Rosenhana, czyli skąd wiadomo czy ktoś naprawdę jest "psychiczny", czy tylko tak się wydaje ;)

http://pl.wikipedia.org/wiki/Eksperyment_Rosenhana

 

A na koniec... Buszując po forum, znalazłam taki wątek osoba-z-z-o-w-zwi-zku-t33811.html

Widząc wpis Moderatora, Mad_Scientist (Melduję się F60.5 (o. anakastyczna) w związku z F60.3 (BPD). :P), musiałam sobie sprawdzić z ciekawości, co to jest to F60.5, skoro ja mam dużo z F60.3 (choć nie jestem typowym F60.3)

I? No i wychodzi, że jakby psychiatra przebadał mojego TZa, to pewnie by uznał, że jest F60.5 :lol:

Ale czy to koniec świata? Pracujemy, pracujemy nad cechami mojego TZ od 3,5 roku (nie na terapii... do niej może dojrzeje za milion lat) i jest naprawdę coraz lepiej... a gdyby dało się to nawet sklasyfikować? No i co by to dało? ;)

Jednym słowem, pewnie lwia część polskiego społeczeństwa ma coś poprzestawiane w mózgu, o! :P

(wiem, wiem, pocieszam się... ale to chyba lepsze, niż smęcenie, że życie jest do d***? ;) a im więcej pozytywnych myśli, tym mniej... nooo, negatywnych... ale mi wyszło :great: to może ja już pójdę lulu... :papa: )

''Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani''-usłyszałam to kiedyś od mojego terapeuty:) Więc naprawdę trzeba na te wszystkie klasyfikacje patrzeć z duuuużym dystansem.

Tak w ogóle to chciałam Ci jeszcze powiedzieć, że w ramach tego intensywnego samoleczenia, możesz też uwzględnić duuuużą dawkę aktywności fizycznej. Ja w sumie kiedyś kochałam się ruszać, ale potem przestałam, znajdując sobie multum wytłumaczeń dlaczego nie ruszę się i gdzieś nie wyjdę. Myślę, że to na pewno w jakiejś mierze mogło się przyczynić do pogorszenia mojego samopoczucia. Ale wzięłam się znowu za siebie, zaczęłam znowu pracować nad swoją kondycją i są efekty....Właśnie wróciłam z dłuższego marszu...naokoło mnie ośnieżone aleje, park, cisza...czego chcieć więcej...:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moja znajoma, która też miewa różne problem z nastrojami ;) jakiś czas temu zaproponowała, żebyśmy poszły na coś, gdzie można pokopać, pobić, powrzeszczeć etc. plus joga, na wyciszenie, w inne dni :yeah:

 

i ja uważam, że taki zestaw jest absolutnie rewelacyjny... w niektóre dni - taka aktywność, która rusza krew, spala się kalorie, można się "powyżywać".... ale w inne dni - nauka wyciszania, bo takie nerwusy mają z tym problem

 

 

tylko kompletnie, ale to kompletnie kasy na to teraz brak... :why:

 

 

P.S. gdzie Ty masz ośnieżone aleje? u nas wszystko pływa... :lol:;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

P.S. gdzie Ty masz ośnieżone aleje? u nas wszystko pływa... :lol:;)

No jak to pisałam to było ośnieżone, teraz też trochę to wszytko pływa. Chociaż i tak chyba mniej niż w innych częściach Polski, bo mieszkam niedaleko gór, więc klimat jest tutaj trochę ostrzejszy niż gdzie indziej.

A wracając do aktywności fizycznej, na to naprawdę nie trzeba mieć pieniędzy. Ponoć zmniejszenie objawów jest widoczne u nerwusów już po intensywnym spacerze. Więc te wszystkie atrakcje są na dobrą sprawę zbędne-ja przynajmniej z nich nie korzystam. Zainwestowałam tylko 100 zł w piłkę gimnastyczną i kije trekkingowe, ale nie żałuję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam mam 20 lat i zastanawim sie co mi dolega. OD czasu kiedy poszłam na studia, zmieniłam miejsca zamieszkania, nie moge sobie poradzić sama z sobą. Jestem osobą otwartą szybko nawiązuje nowe znajomośći, mój problem polego na tym z enie umiem poprosić kogokolwieg o pomoc, gdy jest mi źle i czegoś potrzebuje. Kiedy miałąm problemy z lekcjami nie umiałam wprost poprosić kogoś o pomoc, wydawało mi sie że sama sobie ze wszystkim poradze. Po prosbemach z lekcjami doszły inne kłutnie ze współlokatorką, przemęczenie pomimo że spędzam czas ze znajomymi jak jestem sama w domu mam napady płaczu, zawroty głowy, biegune. Może nie pisze wszystkiego zbyt składnie ale to przez to ze pierwszy raz pisze cokolwieg o tym ze nie daje rady sama z sobą. Kiedy zdecydowałąm sie w końcu porozmawiać o tym z rodzicami, uzyskałąm odpowiedź ze tak to bywa w życiu i musze po prostu zacisnąć zęby i przetrwać ten okres. Im bardziej chcę wziąśc sie w garśc tym bardziej nei moge sypiam prawie całymi dniami, nie potrafie skoncentrowac sie na prostych rzeczach. Czy ktoś może powezieć mi co mam zrobić żeby poczuć sie lepiej ?

 

Dziękuje i pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Supełek radzę zrobić dokładne badanie tarczycy....i USG.....szyi....

napisz jak się zachowujesz jak jesteś na górce........

a Omega 3 to sobie kupię.......

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ailia92, moja rada? poszukaj dobrego psychologa, który Cię poustawia, zanim Cię wszystko przerośnie.. znam to skądś: rodzicielskie "weź się w garść" ;)

 

iren53, USG tarczycy nie robiłam, nigdy, hormony tarczycowe trzymają się w normie. parę razy miałam je robione, bo zdarzało się nieraz, że lekarz przy okazji innych badań patrzył na mnie, patrzył... i stwierdzał, że chyba coś nie tak z tarczycą mam :lol: ale jednak hormonki trzymają się norm

co do "górek" - napiszę Ci szczerze, zupełnie nieleniwie i niezłośliwie ;) że jestem teraz tak wykończona studiami i użeraniem się ze swoim zdrowiem, że chwilowo nie umiem sensownie napisać (nie, nie mam na myśli depresji, tylko kilka zarwanych kompletnie nocy ;) )

ale na tej górce nie mam zrywów typu, jak to określił mój lekarz "postawię sobie karuzelę na środku ogródka" ;)

co jest ważne, a uświadomiłam sobie wypełniając ankietę dotyczącą moich wahań, ja jestem mocno uzależniona od innych czynników.. np. to nie tak, że wstaję pewnego dnia i stwierdzam, jaki to świat jest piękny, ja zostanę prezydentem, a w ogóle, to muszę zaliczyć dziś minimum trzy imprezy ;)

 

to jest raczej kwestia zyskiwania sił i łatwiejszego przestawiania się na pozytywne myślenie - nagle sporządzam sobie listę 10 osób, z którymi się spotkam (jak się spotkam z jedną z nich, to już jest dobrze :P), przypominam sobie, że poza studiami miałam się zająć jeszcze tym, tamtym i śmamtym.... a w ogóle, to życie jest piękne i trzeba się cieszyć tym, co jest etc. etc. etc.... jednak przy tym wszystkim - tak naprawdę wystarczy mały bodziec (słowo, przeczytany artykuł), bym z powrotem zjechała i zaczęła uprawiać czarnowidztwo, mówiąc... bardzo oględnie ;)

 

Póki co, biorę Lamitrin i, odpukać, zaczyna mnie ładnie stabilizować :yeah:

 

 

 

A skąd Twoje słowa? Czyżbyś miała problemy z tarczycą i wnioski jakieś z tego płynące? :) (wiem, że teoretycznie niedoczynność=ospałość itd., z powodu zwolnienia metabolizmu; nadczynność=nadpobudliwość; ale u mnie te zmiany są szybciutkie)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

znam to skądś: rodzicielskie "weź się w garść"

U mnie ten słynny zwrot ewolułował do ''pasożyta, gnojka i nieroba''... :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Supełek ...pytałam się odnośnie tarczycy dlatego ze ja miałam wyniki super......a na tarczycy siedział sobie guzek......

odnośnie górki pytałam się jakie masz objawy dlatego....... bo ja mam męża chorego na CHAD/depresja dwubiegunowa/......z tego co piszesz to chyba nie.....bo w CHADZIE górki/mania/ są makabryczne istny horror...przeczytaj

 

..Zmiany nastrojów zaburzają zdolność racjonalnego myślenia, mogą wyzwalać groźne i nieprzewidywalne zachowania. Choroba ta, nie leczona, może zniszczyć wszystkie dotychczasowe osiągnięcia życiowe i w ostateczności odebrać jego sens. Jej niezwykłość polega na tym, że jeden biegun tej choroby (tak zwana faza maniakalna czy też po prostu mania) daje choremu siłę, poczucie przewagi nad innymi, pozornie nieograniczone możliwości samorealizacji oraz poczucie szczęścia. Innymi słowy stan manii to niczym nie uzasadnione nadmiernie dobre samopoczucie.

 

W tym stanie osoba chora ma mnóstwo pomysłów i rozpoczyna wiele nowych działań, podróżuje, nawiązuje liczne i przypadkowe kontakty towarzyskie – również seksualne, praktycznie nie musi spać, jeść i odpoczywać, nie odczuwa lęku, ma poczucie nieomylności, nie widzi żadnych przeszkód na swojej drodze, na wszystko ma rozwiązanie.

Chory na ogól nie liczy się z pieniędzmi, jest bardzo towarzyski, posiada słomiany zapał, a radość potrafi w jednej chwili przemienić w gniew czy agresję.

Kiedy u osoby chorej na depresję maniakalną nastrój "pójdzie w dół", na drugi biegun, nagle z euforii staje się zły, natrętny, cały czas rozdrażniony, agresywny, gotowy do walki, jeśli ktoś nie chce za nim podążać sam wymierzy karę za nieposłuszeństwo, obwini każdego kto zechce go krytykować lub nie chce iść za jego myślą. Nastroje mogą się długo utrzymywać lub potrafią zmieniać się z minuty na minutę. Przy ciężkich stanach mani w chwili euforii chorzy na depresję maniakalną mają urojenia i halucynacje. ,,

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Supełek, jak dla mnie masz wrażliwy układ nerwowy, owszem, ale do ChADu to kilometry :)

 

-- 24 sty 2012, 13:59 --

 

iren53, nie operuj błędną nazwą depresja dwubiegunowa :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gril wytłumacz czym się różni depresja dwubiegunowa od CHAD bo ja myślałam że to samo? :bezradny:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×