Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
mortinek89

22 - latek potrzebuje pomocy, porady, wsparcia

Rekomendowane odpowiedzi

Witam wszystkich.

Jestem Marcin, mam 22 lata i bardzo potrzebuje pomocy, porady, bowiem sam nie wiem co mam z sobą począć.

Zacznę od przedstawienia swojej historii od początku.

Urodziłem się w typowej rodzinie - nie zamożnej, nie za biednej. Dzieciństwo moje mama wspomina, ze byłem bardzo spokojnych dzieckiem. W latach szkolnych nie byłem takim typowym rozrabiaką, nie zaczepiałem innych, nie byłem pyskatym smarkaczem. Przez całe szkolne lata skupiałem swoją uwagę jedynie na nauce i kształceniu się. Na pierwsze miejsce stawiałem sobie jedynie naukę, a kumple, dziewczyny stawiałem na ostatnią pozycje. Skończyłem podstawówkę, gimnazjum, liceum, zdałem maturę z pozytywnymi wynikami. Znajomi z szkolnych lat też wspominają mnie jako spokojnego i koleżeńskiego chłopaka - zawsze doradzałem, pomagałem, dawałem odpisywać zadania domowe itd., nigdy nie byłem z kimś skłócony, z nikim się nie biłem, nie zażywałem narkotyków ani też alkoholu. Te swoje 19 lat bardzo dobrze i mile wspominam.

Po maturze i po skończeniu 18go roku życia nadszedł czas podjęcia pracy. Zacząłem pracować w firmie zajmującej się recyklingiem surowców wtórnych (głównie makulatury), gdzie pracuję do tej pory. Fakt, że ta praca nie ma nic wspólnego z moimi zainteresowaniami i hobby, którym jest informatyka itp.

Cóż swoją pierwszą w życiu prace wziąłem na bardzo poważnie. Kierownikiem był i jest emerytowany podpułkownik (co w rzeczy samej "trep"). W duchu zawsze odczuwałem szacunek do żołnierzy, to też tym samym wykonywałem każde jego polecenie. Wtedy pracowało nas dość sporo osób (prawie 20). Sprzątałem plac, zgarniałem i przebierałem śmieci, nie jeden raz miałem do słuchania ze o 1na albo 2 minuty się spóźniłem. Miewałem momenty załamania, żeby zrezygnować z tej roboty, lecz miałem wsparcie rodziny, żebym robił tak jak każą. Myślę sobie ok - jeśli trzeba, to trzeba tak zrobić. Bywało nawet że zimą, gdzie dawało nawet prawie -30*C a ja na placu nawalałem w śniegu po kostki. Na każde zawołanie kierownika-trepa leciałem. Byłem tzw, chłopcem an posyłki - bowiem byłem najmłodszym pracownikiem w zakładzie.

Minęło pół roku, wówczas nastąpił wielki kryzys - były cięcia kadrowe. Grupa nasza skradała się już z 10ciu osób. Mimo, że miałem już swoje stałe stanowisko pracy jako sortownik makulatury, to i tak nadal latałem na zawołanie, że tu trzeba zgarnąć, że tu trzeba jakąś paletę z papierem wyciągnąć itd. Zaciskałem zęby patrząc na to, że to ja byłem ganiany a, jak to określę "WETERANI" sobie stali, albo się kręcili po zakładzie".

Dwa lata minęły, ja wówczas jak pracowałem na zasadzie, ze "Marcin musi zrobić wszystko" w duchu sobie myślałem "cóż, potrzeba, to się zrobi, za darmo nie robię" i "byle do 15ej" (pracowaliśmy od 7ej do 15ej). Bywało nawet i tak, że ja, najmłodszy pracownik zostanę zwolniony "bo najmłodszy, bo mieszkam z rodzicami, bo młodzi mają większe szanse znalezienia innej pracy itp". Wówczas ogarnęło mnie dosłownie załamanie, ale z drugiej strony miałem ochotę wygarnąć z siebie to co myślę o innych (w szczególności o kierowniku trepie). Fakt, że jakimś cudem dotrwałem do tej pory, lecz nadal pracuje na zasadzie "co trzeba zrobić, to trzeba". W chwili obecnej pracujemy na 2ie zmiany. Bardzo mnie cieszy tydzień na którym mam święty spokój bo kierownik trep nie pracuje na 2ie zmiany. Lecz bywają dni, że kierownik nadmiernie mnie wykorzystuje do zrobienia innych rzeczy, gdzie prawie że wszyscy moi dobrzy znani współpracownicy (z którymi "chyba" dobrze żyje w zgodzie) wypominają, że "się daję". Tym bardziej mi to niejedno krotnie mawiali kiedy mieli wypite. Wziąłem sobie to do serca ich słowa, ale na drugi dzień i tak było jak zawsze.

Teraz to jest nas zaledwie 6 osób. Nie wiem, czy przez moją "wymuszoną" pracowitość dotrwałem do tej pory. Nadal inni współpracownicy wypominają mi, że "się daję sobą pomiatać". Ja jakoś do tej pory nie jestem w stanie tego odróżnić - nie wiem, kiedy ktoś mnie wykorzystuje nadmiernie czy też nie. Charakter mam taki że jak ktoś mnie o coś poprosi to zrobię. Błąd chyba popełniłem że przez prawie pół miasta przeszedłem żeby kupić ulubione papierosy kierownikowi. Przez to też miałem co nie co do słuchania od kolegów i koleżanek.

Cóż jako najmłodszy "gówniarz" też od czasu do czasu skoczyłem im po piwo, gdzie zawsze w zamian mi też postawili browarka, albo byłem w stanie nawet resztę swoich oszczędności wydać i postawić chociaż po jednym piwku. Dobrze mnie cenią chłopacy, że jestem wobec nich koleżeński - nie tylko że idę im po te piwko, ale również nie obgaduje, nie donoszę na nich (na innych też nie).

Mówiąc o donoszeniu raz niestety miałem taką sytuację, że nieświadomie to co mówiłem kierownikowi o pewnej osobie kwalifikuje się jako "pod...laniu" (przepraszam za wyrażenie). Człowiek na błędach się uczy więc już takich sytuacji nie miało miejsca.

Również pracowali ze mną tacy dwaj kolesie (cwaniacy), którzy wg. mnie byli największymi lizusami u kierownika.

Do nich osobiście pretensji nie miałem do póki mi nadepnęli na pietę. W szczególności rozbawiał ich fakt, że nigdy nie miałem własnej dziewczyny... aż do tej pory. Sami możecie się domyślić w jakiej intymnej sytuacji się znajduję. Tłumaczę sobie "mam na to jeszcze czas", ale z drugiej strony młodość przemija nieubłaganie.

Cóż mówiąc o sprawach sercowych, przyznam się szczerze - nigdy nie miałem swojej stałej sympatii. Próbowałem niejednokrotnie, lecz nie wiem co takiego źle robiłem, że mnie odrzucały.

Powoli przechodząc z tematu pracy, o problemach w pracy, o próbach i błędach w zalezieniu swojej sympatii, chciałbym powiedzieć parę słów o swojej rodzinie. Jak wspominałem na samym początku pochodzę z typowej rodziny, nie zamożnej, ani też nie za biednej. W rodzinie jak to w rodzinie - czasami jest ok, a czasami bywało że rodzice "głośno rozmawiali". Wówczas zamykałem się w pokoju, zakrywałem uszy, albo głośno nastawiałem muzykę w słuchawkach.

W domu także robiłem to, o co rodzice i dziadkowie mnie prosili - wiadomo: ogródek, porządki itp. Bez marudzenia brałem się do roboty.

Jedynie to, co bardzo źle wspominam to 4 przypadki: Pierwszy to taki, że ojciec zadawał się z "pannami lekkich obyczajów" co prawie doprowadziłoby do rozwodu, co w konsekwencji również do mojego załamania nerwowego - tym bardziej że to się zdarzyło miesiąc przed moją matura. Drugie wydarzenie to była moja pierwsza kłótnia z ojcem, gdzie prawie on był w stanie rozwalić mój laptop, na którego wydałem ponad 2 tysiące złotych. A trzeci przypadek, gdzie bardzo niemile wspominam i gdzie to miało miejsce akurat w zeszłą wigilie, to że prawie przez ojca prawie byłem gotów do rękoczynów wobec niego - powiedział wówczas przy wspólnym stole wigilijnym parę słów za dużo, które bardzo zraniły mamę, która zamknęła się w łazience, i na własne uszy słyszałem jej płacz. Bracia prawie że nic nie skosztowali z wigilijnego poczęstunku. A ja kłębek nerwów byłem gotów rzucić się z pięściami na ojca. Babcia mnie powstrzymała od tego, ale to, co się wówczas stało tego mu nie przebaczę do śmierci.

Największe załamanie psychiczne miałem zimą 2010go roku - Koniec stycznia, mamie coś ciężko sie oddychało, kaszlała. Tydzień później trafiła do szpitala. Parę dni później dostaję telefon od babci. To co usłyszałem wybiło mnie z równowagi - "To koniec. Mama już sama nie oddycha". Zalałem się łzami, poprosiłem kolegę żeby zawiózł mnie do szpitala gdzie przebywała mama. Po drodze zabraliśmy również i babcię. W szpitalu jak zobaczyłem ją podłączona do aparatury, kleknąłem przy jej łóżku i modliłem się o nią. Lekarz poprosił nas na rozmowę - stwierdzono u mamy ostre zapalenie płuc i zawał serca. Była już kilka razy reanimowana i na chwilę zanim mogliśmy ją zobaczyć była akurat reanimowana. I z nagła usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk alarmu aparatury, którego nie zapomnę do tej pory. Opuściliśmy salę, babcia ledwie stała na nogach to usiadła na krześle, ja ze łzami w oczach odmówiłem "Zdrowaś Mario...". Później brat zadzwonił do mnie i pytał się, co z mamą.

Powiedziałem jej co i jak i słyszałem jego płacz przez telefon. Kiedy cała nasza rodzina zebrała się w szpitalu, lekarze zdecydowali zabrać ją do innego szpitala. Dziękuję Bogu, że zaistniała iskierka nadziei i Bozia pozostawiła mamę przy życiu. Stwierdzono u niej cukrzyce. Nawet teraz pisząc to łzy spływały mi z oczu.

Chciałbym powiedzieć teraz parę słów o braciach. Mam ich dwóch - młodszego i starszego. Starszy brat był wobec mnie ok, do czasu aż wciągnął mnie do pracy w zakładzie o którym wspominałem wcześniej. Zaczął się stawać wobec mnie bardziej pogardliwy, opierdzielał ze nie robiłem tak jak on by tak chciał. Ja ani słowem się nie odzywałem, bo w naturze nie lubię się z kimś kłócić, a tym bardziej to nie było w moim stylu by unosić się wobec brata.

Najmłodszy też nie jest święty: z początku potulny baranek, a później też zaczął mówić parę słów o mnie - nie wspominając o jego "dojrzewającym zachowaniu". Wobec niego też się nie unosiłem, ale czasami jak przegiął pałkę, to też powiedziałem parę słów.Teraz chce powiedzieć parę słów o sobie i mojej naturze. Jak na 22letniego chłopaka widzę różnice swojej osobowości w porównaniu do innych. Na co dzień spokojny, niekonfliktowy, cichy, a zarazem też nieśmiały. Bardzo pracowity, chociaż czasami prędzej coś zrobię, za nim pomyślę jak się za to zabrać. Cóż jak mnie gdzieś postawią tam robię. Nie sprawiam problemów wobec innych osób, chociaż czasami jak ktoś mi raz na piętę nadepnie, to nie zapomnę tego. Do pewnych osób wolę utrzymać dystans, nie rozmawiać z nimi, a jeśli nawet, to jednym uchem wpuszczać a drugim wypuszczać. Taką zasadę wyznaję, nie jak na początku swojej pierwszej pracy, wszystko to co mi mówili brałem sobie to na poważnie. Dopiero z czasem, jak bardziej zaznajomiłem się z innymi pracownikami wówczas nastąpiła we mnie metamorfoza - zacząłem pić piwko, czasami nawet i to za dużo. Cóż wszystko jest dla ludzi, jak to się mawia.

Niestety muszę się przyznać, że ludzie widzą we mnie jakieś popychadło, że już (mówiąc niesmacznie) "loda może robić, jak będą kazali". No nie jestem w stanie odróżnić tego, kiedy powinienem, a kiedy nie powinienem tak robić.

Nigdy nie miałem do czynienia z takimi osobami, nie brałem udziału w bójkach. Cóż może w jednej, w 6ej podstawówce, gdzie dostałem "z liścia" od kolegi, przed którym się dosłownie rozkleiłem. Nie jestem konfliktowym chłopakiem, nie szukam zaczepki, lepiej jest mi żyć z kimś w zgodzie i dla mnie jest to ok. Lecz na odwrót nie jest tak. Nie potrafię się odezwać jak ktoś mi przygada (tym bardziej wyrażenie powyżej).

Nie taką mam naturę, lecz chcę to wszystko zmienić, stać się kimś innym. Także zwracam się do Was z pytaniem: Jaką osobę we mnie widzicie? Jaki problem tkwi w mojej naturze, w mojej psychice? Czy jest szansa żeby to wszystko zmienić? Teraz czuję ulgę zwierzając się Wam tutaj na forum i z nadzieją oczekuję na Wasze odpowiedzi.

Pozdrawiam serdecznie

Marcin

mortinek89

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Bozia
Co za infantylne określenie...

Pracujesz w beznadziejnym miejscu, robisz za trzech, dajesz sobą pomiatać... Ja bym zaczął rozglądać się za inną robotą, bo chyba gorzej nie trafisz? Nawet w głupim markecie byłoby lżej.

Także zwracam się do Was z pytaniem: Jaką osobę we mnie widzicie? Jaki problem tkwi w mojej naturze, w mojej psychice?
Na podstawie tego tekstu? Trochę dziecinną, jak na swój wiek, brak ci asertywności.
Czy jest szansa żeby to wszystko zmienić?
Mówią, nigdy nie mów nigdy. Od ciebie zależy, czy jest szansa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj !

No cóż, więc możemy podać sobie rękę.. jestem w podobnej sytuacji, tylko różni nas kilka rzeczy: ja pracuje w renomowanej firmie jako operator sprzętu, mam kobietę swojego życia, rodzinnie też mi się układa, do prascy się garnę w zależności od dnia (lubię pościemniać). Zapytasz, gdzie możemy podać rękę? Otóż jeśli chodzi o uczynność, bądź jak to nazwałeś bycie popychadłem. Ja również nie potrafię w prost odmówić, a jeśli to zrobię to przez pewien czas mam wyrzuty sumienia, czy dobrze zrobiłem. W pracy również jestem najmłodszym pracownikiem (z tym, że w mojej firmie pracuje ok. 300 nie licząc tych biurowych). I też do mnie płyną żale, że to nie tak zrobiłem mimo, że nie mają racji, nawet kierownik, który ostatnio zwrócił mi uwagę, a nie miał racji, ale to jest typ karierowicza, który kieruje się schematami i nie da mu się powiedzieć bo co ja gówniarz mogę mówić, a moim współpracownikom (jest nas 8 na tym samym stanowisku) nie powie nic. Przyzwyczaiłem się. Ale inni pracownicy, którzy coś chcą, to też im pomagam i lecę choć nieraz samemu jest mi się trudno wyrobić....to tyle o mnie.

Jesteśmy troszkę w podobnej sytuacji. Z czego to wynika ? Moim zdaniem jest to element wychowania. Też w dzieciństwie byłem świadkiem kłótni moich rodziców, co pewnie gdzieś tam zostaje w psychice itd. Po części mamy taką osobowość, z czym walczyć nie można, ale popracować tak. Bywa, że właśnie żeby udowodnić sobie, że nie jestem chłopcem na posyłki mówię w prost, że czegoś tam nie zrobię bo teraz nie mam czasu itd. Tobie tez to proponuję. Odmów raz i drugi, ale niech faktycznie widzą, że się bierzesz za jakąś robotę to dadzą Ci spokój.

Tak samo nie potrafimy jak to się mówi 'odezwać', postawić na swoim. Powiem Ci jednak z doświadczenia, że jak się z kimś pokłócisz (czego ja również baaaardzo nie lubię), to potem pojawia się jakiś szacunek względem siebie i prędzej czy później dochodzisz do porozumienia.

Wydaję mi się, że jesteśmy typem słabych psychicznie ludzi. I pomyśl, że jest ktoś słabszy od Ciebie i możesz go wykorzystać do odwalania roboty za Ciebie. Robisz to. On Cię słucha. I co zauważasz ? A no, że skoro on taki jest, więc trzeba to wykorzystywać dalej. I tak samo widzi Cie szef, czy też współpracownicy. Nie namawiam Cie do buntu, bo dzięki pewnie swej wytrwałości nadal pracujesz i nie chodzi o to żebyś notorycznie był teraz zbuntowany, ale np. raz odmów pomocy, a kolejnym razem sam zaproponuj pomoc. Myślę, że to poprawi Twój wizerunek. Ja ostatnio zacząłem tak robić i przyznam się, że czasem aż za dużo się stawiam...ale co tam byle do przodu !;)

 

Myślę, że wytrwałeś w lekturze i jakoś pomogłem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×