Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
azkabanowy

Przegrana sprawa - nie wiem co zrobić

Rekomendowane odpowiedzi

Piszę, bo nie wiem co zrobić. A właściwie wiem co powinienem zrobić tylko nie wiem jak. Jak ogarnąć swoje życie.

Jestem frajerem który przegrywa swoje życie każdego dnia.

 

Historia jak wiele. Nieszczęśliwa miłość. Ta z tych najgorszych... trwała, której nie potrafię zabić. 

Jestem już stary a mam problem jak nastolatek. 44 lata... od 20 nieszczęśliwie zakochany. Bez szans na coś więcej. Bez szans na zmianę sytuacji...

 

No więc około 20 lat temu poznałem dziewczynę i się zakochałem. Historia jakich wiele prawda? Staliśmy się sobie naprawdę bliscy.  Na tyle bliscy, że wszyscy znajomi zakładali że jesteśmy ze sobą. Byliśmy i jesteśmy. Tyle że jak przyjaciele, Ona nie obdarzyła mnie uczuciem. 

Wiem, bo Jej powiedziałem o swoich uczuciach (oczywiście jak zwykle w złym momencie) i dostałem w pysk. Nie, nie brutalnie, nie wrednie. Z troską i szczerością ale w pysk. I co? I nic. I tak mi zależało, że powiedziałem że sobie z tym jakoś poradzę. Byle nie stracić kontaktu. Byle nie odeszła. Nie odwróciła się.  Ale to było kłamstwo. Kłamstwo które powiedziałem Jej a co gorsza również wmówiłem je sobie. Uwierzyła. Nie wiem dlaczego. Jak pokazuje historia - niestety. Wciąż wbrew wszystkiemu miałem nadzieję, że z czasem Ona obdarzy mnie uczuciem, że doceni to że jest dla mnie najważniejsza na świecie, że  zrobiłbym dla Niej wszystko. Dosłownie wszystko. Ale to tylko złudzenia. Myśli głupiego faceta. A jednak zrobiłem... 

 

Tak się życie potoczyło, że po studiach praca, którą znalazła daleko od domu, że nie było kasy, że przyjaźń, że Ona mi uwierzyła że to nic więcej. I w końcu zdarzyło się tak, że tymczasowo z założenia zamieszkaliśmy razem w moim mieszkaniu. I tak poznałem Ją jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej pokochałem. Jak się później okazało poznałem i pokochałem Ją w najgorszym możliwym momencie... gdy Ona poznała na wakacjach chłopaka w którym się zakochała. Dalej go kocha choć sama przed sobą się do tego nie chce przyznać. Ich drogi przez te lata się rozeszły a później znów złączyły - ale bez związku - na odległość. Jednak Jej uczucie do tamtego nigdy nie wygasło. Pomimo że traktował Ją tak jak Ona mnie - jak przyjaciółkę i nic więcej. Mieli różne etapy swojej znajomości. Był nawet moment, że 10 lat temu On chciał czegoś więcej, ale Ona się wtedy wycofała. Nie wiem dlaczego. Tego mi nie powiedziała. Aż do czasu gdy kilka lat temu regułą stało się że spotykali się na urlopie (ale o tym później). Tym spędzanym osobno (gdy Ona jedzie do letniskowego domu z rodzicami), bo drugi zawsze spędzamy razem. Tak wychodzi bo Ona musi wziąć w pracy tak ten jeden urlop, że ja wtedy akurat nie mam szans na urlop.

 

Byliśmy (i trochę dalej jesteśmy) nierozłączni. Jak stare pieprzone dobre małżeństwo, które ma swoje kryzysy ale zawsze może na siebie liczyć. Ona na mnie w każdej chwili a ja na Nią w dużych kryzysach w moim życiu.  Więc widziałem jak umawia się z innymi, cierpiałem ale też widziałem jak nic z tego nie wychodzi, jak zawsze w końcu stawia jakiś mur który powoduje, że Jej potencjalne związki się kończą zanim się tak naprawdę zaczną. Przez pewien czas łudziłem się, że to przeze mnie, że jednak mnie też kocha tylko to wypiera. Dalej gdzieś we mnie ta myśl siedzi. Ale czy na pewno? Czy powodem nie był tamten chłopak? Moja głupota.

 

Wiele lat później - znów w złym momencie - powiedziałem Jej znowu. Że gdyby tylko zechciała... ale alergicznie wręcz stwierdziła że nie chce... 

Mówią "Jeśli nie uda się za pierwszym razem, spróbuj ponownie. Później odpuść. Po co masz robić z siebie głupca." No ale nie potrafię nie robić z siebie tego głupca. Nie potrafię odpuścić. Ona jest całym moim życiem. Moim priorytetem.

 

I tak mieszkamy ze sobą. Wciąż. Przez 20 lat. Czasem jest fajnie - chociaż z czasem coraz rzadziej. Czasem się kłócimy a czasem nie - jak to w życiu. Ja wciąż Ją kocham, Ona wciąż udaje przed sobą że o tym nie wie (udaje, bo nie może nie wiedzieć). Wie, że zawsze może na mnie liczyć, że zrobię dla Niej wszystko. Ja dla Niej z czasem chyba stałem się tylko pomocnikiem i powiernikiem. Pieprzoną przyjaciółką. Wiem o Jej chorobach, widziałem Ją w sytuacjach kryzysowych, w dołach, napadach paniki. Znam nie tylko Jej zalety ale i wady. I wciąż Ją kocham. Jeszcze bardziej.

 

Zawsze byłem i jestem tą stałą w Jej życiu (a Ona nadaje sens mojemu), tym bezpiecznym portem do którego może wrócić, jestem tym kto daje Jej poczucie bezpieczeństwa (Ona mi chyba też. Bezpieczeństwa przed totalną samotnością?). Mimo wszystko. I wiem, ze ma taki charakter że ciężko Jej z tego zrezygnować. A jednak nie mam szans na uczucie. Jestem tylko klapą bezpieczeństwa, wyjściem rezerwowym. Wiem, że Jej na mnie zależy (chociaż nie tak jakbym chciał), wiem że jest Jej smutno gdy cierpię przez to że się z kimś spotyka. Wiem, że boli Ją mój ból - chociaż wypiera to dlaczego mnie to boli. 

 

I teraz wakacje w tym roku. Znów się z tamtym spotkała. Tylko że tym razem mówi mi że jest inaczej, że tamten zachowuje się tak jakby też chciał. Że fizycznie i przyjacielsko ich do siebie ciągnie, ale jako para to nie bardzo (tak już było ok 10 lat temu i się jednak wycofała z tego). Że do czegoś doszło - ale jednak nie do końca (każde Jej słowo w tym temacie zabija mnie jeszcze bardziej). Że się kłócą. Ale widzę, że Jej zależy. Że traktuje go zupełnie inaczej niż mnie. Że na tamtym bardziej Jej zależy. Że w rozmowie przyznaje że nigdy mnie nie obdarzyła uczuciem. I nie mogę Jej zarzucić że nie była ze mną szczera. Była. I to dwa razy. I to ja jestem głupi. A z drugiej strony mówi że związek na odległość nie ma szans. Że jest za stara na romanse. Że szuka męża a nie kochanka. Że tamtemu nie ufa do końca, nie do końca wierzy w jego intencje. A ja tego słucham i co robię? Przedkładam Jej szczęście nad wszystko. Mówię Jej że miłość jest najważniejsza i że powinna spróbować. Że jak nie spróbuje to będzie nieszczęśliwa bo tamtego kocha. I słyszę, że się nie znają. I mówię, że przez tyle lat to się poznali. I... jestem idiotą. I wrakiem człowieka.

 

Czasem odnoszę wrażenie, że chciałaby za męża kogoś takiego jak ja. Ale nie mnie. Do mnie nic nie czuje. Gdybym był ostatnim facetem na świecie, to by mnie nie wybrała. Nie mogę Jej o to winić. Przecież nie można zasłużyć na miłość. Nie można zakochać się bo się chce (może nawet by i chciała - chociaż to raczej moje pobożne życzenie). To tak nie działa. Wiem to. Wiem, bo było kilka kobiet (a może nawet jest) z którymi - gdybym się postarał odrobinę - mogłoby coś wyjść. Ale... ja na nie w ten sposób nie patrzyłem i nie patrzę. Nie mogę. Bo kocham Ją. I nie byłoby w stosunku do nich fair gdybym coś spróbował. Bo zawsze myślałbym o Niej. Zawsze Ona byłaby w moim sercu bardziej. Więc ucinam to w zarodku. Nie daję nadziei, szans. Wiem że to nie byłoby w porządku wobec nich, bo zawsze Ona byłaby ważniejsza. Dlatego tak dobrze Ją rozumiem. Ona postępuje tak jak ja. Nawet gdyby coś między nami było jakimś cudem, to i tak zawsze tamten byłby między nami. Tak jak Ona między moim ewentualnym związkiem. Tyle że Ona ma szansę... ja nie.

 

Przez te wszystkie lata stałem się wrakiem człowieka. Nic mnie nie cieszy a najgorsze koszmary jakie mam to nie te o potworach i innych takich. Nie... budzę się zlany potem i nie potrafię dalej zasnąć tylko wtedy gdy śni mi się, że Ją stracę - chociaż nigdy nie była moja. I nie będzie bo nic do mnie nie czuje romantycznie. To mnie przeraża. Jestem uzależniony.

 

Na ogół nie jestem głupi. Mam spoko pracę, jestem - a przynajmniej tak mówią ludzie - inteligentny. Mam kilku dobrych przyjaciół, którzy wiedzą co i jak ale przed którymi i tak udaję że wszystko jest ok. Że mimo wszystko daję radę. Nie mówię im, bo po co ich tym całym syfem obarczać. Uwierzyli - albo sprawiają takie wrażenie - że sobie z tym uczuciem poradziłem.  Zawsze na innych zależało mi bardziej niż na sobie. Więc jakoś funkcjonuję. Raz lepiej, coraz częściej gorzej. Przeważnie jakoś daję radę - tylko od czasu do czasu (z wiekiem coraz bardziej) mam coraz mniej siły by udawać. Przed wszystkimi. Przed znajomymi, Nią, rodziną, samym sobą że wszystko gra... tracę te siły robienia dobrej miny do złej gry. Sport, który z zasady ma dawać oderwanie od problemów- też nie działa.

 

I teraz... standardowe dobre rady... rzeczywiście dobre... ale nie w tym przypadku. No bo pierwsza to... zerwij kontakt. No nie zerwę. Ona sama się nie utrzyma. Zerwanie kontaktu wiązałoby się z tym, że musiałaby rzucić pracę i szukać nowej. Jest schorowana więc nie będzie to łatwe. Jak mam Jej to zrobić? Jak mam powiedzieć żeby sobie poszła? Nie dość że nie potrafię bo Ją kocham to wiązałoby się to z tym że by Jej się świat zawodowy zawalił (mój zresztą też). Nie zrobię Jej tego. Będę jak idiota cierpiał i czekał że może znajdzie sobie jakąś pracę z której się sama utrzyma. Ale nie zrobi tego bo przecież ja jestem pieprzoną stałą - poczuciem bezpieczeństwa. Dopóki kogoś nie pozna nie ma takiej opcji żebym ja od Niej odszedł. A jak pozna i odejdzie... cały mój świat legnie w gruzach. Nie jestem pewien czy się z tego dam radę podnieść. I to nie tylko takie pisanie. Naprawdę jestem świadomy tego że jest duże prawdopodobieństwo że nie dam rady.

 

I nie chodzi o idealizowanie kogoś. Widzę Jej wady i przywary. Widzę że nie jest idealna. Nie mam wyobrażenia Jej idealności. Za dobrze Ją znam. Kocham Ją mimo jej przywar i wad. To jest najgorsze. Bo co by nie było to jest dla mnie najważniejsza. Ze wszystkimi swoimi wadami.

 

I po co to piszę? Po co się zarejestrowałem?

Widać muszę się czasem przed kimś wygadać, bo nie mam już sił udawać przed wszystkimi. Łatwiej napisać do obcych ludzi. 

I ku przestrodze dla innych.

Szanujcie się. Miejcie szacunek do samych siebie (ja już nie mam szacunku do siebie). Wycofajcie się zawczasu. Nie brnijcie mimo wszystko, życie to nie jest bajka. Nie zawsze układa się mimo wszystkich przeciwności. Nie wierzcie w bajki. Nie można zasłużyć na miłość. Nie księżniczkujcie. Nie bądźcie takimi głupcami jak ja. Jeśli chociaż jedna osoba to przeczyta i wycofa się póki to możliwe to będzie uratowana. Dla mnie nie widzę już ratunku. Jestem przegranym przypadkiem. Psychoterapia też mi nie pomoże. Bo podstawową zasadą jest zerwać kontakt i uwierzyć w siebie.  Ja nie zerwę kontaktu bo musiałbym Ją skrzywdzić a na to się nie zdobędę. Nigdy. Wybaczę Jej wszystko. Z wiarą w siebie w innych dziedzinach może nie jest rewelacyjnie ale też nie jest dramat. Wiem jaki jestem i na co mnie stać. Pomimo że  jestem idiotą to wbrew pozorom nie jestem głupi. Nie bądźcie tacy jak ja. Nie uzależniajcie się od drugiej osoby. Nie warto. To prowadzi do katastrofy emocjonalnej.

 

Co mnie jeszcze trzyma jako tako w kupie? Muszę być... dla rodziców, dla Niej, dla siostrzenicy... 

Tylko jak długo jeszcze dam radę?

20 lat świadczy o mojej zarówno sile jak i słabości. Bardziej o słabości chyba. Nie róbcie sobie tego. Nigdy.

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
7 minut temu, azkabanowy napisał:

Ja nie zerwę kontaktu bo musiałbym Ją skrzywdzić a na to się nie zdobędę.

 

Może właśnie krzywdzisz ją nie zrywając relacji i utrzymując tę toksyczną relację latami. Parafrazując pewne ckliwe powiedzenie, jeśli nie chcesz kogoś krzywdzić, pozwól mu odejść. 

 

9 minut temu, azkabanowy napisał:

Nie bądźcie takimi głupcami jak ja.

 

Niestety nie miałeś kogoś, kto Tobie by to powiedział i wspierał w postanowieniu. Nie nazywałbym tego głupotą, bo jesteś świadomy problemu. Głupotą byłoby to, gdybyś drugi raz zrobił to samo, mając obecną wiedzę. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
25 minut temu, move napisał:

 

Może właśnie krzywdzisz ją nie zrywając relacji i utrzymując tę toksyczną relację latami. Parafrazując pewne ckliwe powiedzenie, jeśli nie chcesz kogoś krzywdzić, pozwól mu odejść. 

 

Może tak być. Jednak nie mam siły by odejść. Nie będę jednak robił Jej problemu gdy zechce odejść. 

 

25 minut temu, move napisał:

 

Niestety nie miałeś kogoś, kto Tobie by to powiedział i wspierał w postanowieniu. Nie nazywałbym tego głupotą, bo jesteś świadomy problemu. Głupotą byłoby to, gdybyś drugi raz zrobił to samo, mając obecną wiedzę. 

 

Jestem głupi. Świadomość nie ma tu nic do rzeczy. Drugi raz tego nie zrobię. Nie będzie drugiego razu. Jeśli Ona odejdzie nie będzie już nikogo. Nigdy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
8 minut temu, azkabanowy napisał:

 

Może tak być. Jednak nie mam siły by odejść. Nie będę jednak robił Jej problemu gdy zechce odejść. 

 

Przepraszam że sam pod sobą, ale inaczej nie można edytować. Nie mogę Jej powiedzieć żeby się wyprowadziła w sytuacji w której nie ma szans utrzymać się sama finansowo ze swoich zarobków. To by było jednoznaczne z Jej utratą pracy. Nie zrobię Jej tego. Nawet kosztem siebie. 

 

Toksyczną relację utrzymujemy obydwoje. Każde z nas z innych powodów. Nie wiem. Naprawdę nie wiem co dalej. Dopóki Ona nie odejdzie to ja będę dla Niej. 

Cytat

 

Jestem głupi. Świadomość nie ma tu nic do rzeczy. Drugi raz tego nie zrobię. Nie będzie drugiego razu. Jeśli Ona odejdzie nie będzie już nikogo. Nigdy.

 

Edytowane przez azkabanowy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

@azkabanowy skoro nie stać jej na samodzielne mieszkanie, to niech wynajmie pokój w mieszkaniu. Rozumiem, że mieszka u Ciebie za darmo. Jeśli przez 20 lat mając "darmowy" kąt do życia nie była w stanie odłożyć trochę pieniędzy na to, żeby się wyprowadzić, to niech idzie do np. MOPS-u o pomoc. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
7 minut temu, move napisał:

@azkabanowy skoro nie stać jej na samodzielne mieszkanie, to niech wynajmie pokój w mieszkaniu. Rozumiem, że mieszka u Ciebie za darmo. Jeśli przez 20 lat mając "darmowy" kąt do życia nie była w stanie odłożyć trochę pieniędzy na to, żeby się wyprowadzić, to niech idzie do np. MOPS-u o pomoc. 

Nie mieszka za darmo. Dorzuca się równo do kosztów utrzymania mieszkania, czynszu, opłat itd. To nie jest tak, że jest na moim utrzymaniu. Koszty życia dzielimy w miarę równo. Ale łatwiej utrzymać się w dwie osoby niż samemu. Tak. Ja zarabiam więcej i byłbym w stanie się sam utrzymać. Ona ze swoimi zarobkami nie da rady wynająć mieszkania. 

 

Więc to nie jest tak że ma 'darmowy' kąt. Ma kąt do życia na który jest w stanie się dorzucić na utrzymanie. Nie jest pasożytem, który na mnie żeruje. Nie ma po prostu na tyle żeby z tej pracy wynająć coś sama. 

 

Nigdy nie zdobędę się na to by Jej powiedzieć żeby poszła do MOPS-u itd. Nie tylko dlatego że byłoby to krzywdzące dla Niej - w końcu nic złego nie zrobiła, zawsze była ze mną szczera - ale też dlatego że ja bym nie potrafił ze sobą żyć gdybym zrobił coś takiego. I to już nie tylko o Nią chodzi. Nie potrafiłbym zrobić takiego czegoś chyba nikomu, nie potrafiłbym powiedzieć "sorry, wypad. Mam gdzieś co się z tobą stanie". A już Jej nigdy bym nie mógł czegoś takiego powiedzieć. Już wolę sam wziąć ten cały syf życia na siebie. Dopóki dam radę.

 

Tak po prostu wyszło. Życie się tak ułożyło. Wolę skrzywdzić siebie niż Ją. Zwłaszcza że Ona nie zrobiła mi nic złego. Zawsze stawiała sprawę jasno. To ja sam sobie to zrobiłem. Przez głupie złudzenia, nadzieje, pieprzony romantyzm i idealizowanie świata. Głupie przekonanie że będzie dobrze, że można zasłużyć na miłość. Nie można. Chociaż wciąż się łudzę. Bo jestem głupi.

 

Może dlatego wbrew sobie tak jakby popycham Ją do tego żeby spróbowała z tamtym? Żeby chociaż spróbowała być szczęśliwa? Niech chociaż Ona ma szansę być szczęśliwa. 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Rozumiem, skoro dokłada się do mieszkania po połowie, to tamten zarzut muszę wycofać. Jednak nie zmienia to faktu, że skoro i tak dokłada się do mieszkania, na co ją stać, to byłoby ją stać na wynajęcie pokoju w innym mieszkaniu, żebyście mieszkali osobno. Nie wiem też, jak wygląda sytuacja odnośnie mieszkania, tj. czy jest ono Twoje na własność. Jeśli nie, to może Ty byś się wyprowadził, chociażby na kilka miesięcy do innego mieszkania, a ona dalej by mieszkała tam tylko że sama. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
21 minut temu, move napisał:

Rozumiem, skoro dokłada się do mieszkania po połowie, to tamten zarzut muszę wycofać. Jednak nie zmienia to faktu, że skoro i tak dokłada się do mieszkania, na co ją stać, to byłoby ją stać na wynajęcie pokoju w innym mieszkaniu, żebyście mieszkali osobno. Nie wiem też, jak wygląda sytuacja odnośnie mieszkania, tj. czy jest ono Twoje na własność. Jeśli nie, to może Ty byś się wyprowadził, chociażby na kilka miesięcy do innego mieszkania, a ona dalej by mieszkała tam tylko że sama. 

Mieszkanie jest moje. Więc ja się nie wyprowadzę. A co do pokoju to bądźmy szczerzy. To nie jest tak że w wieku 42 lat się pójdzie na stancję. To tylko tak teoretycznie dobrze wygląda. Naprawdę nie potrafiłbym Jej powiedzieć, że ma się wynieść przez to że ja mam problem z emocjami i że Ją okłamałem bo miałem sobie poradzić z uczuciem a nie dałem rady. Sam w to uwierzyłem że dam radę. No jednak nie daję. Ale nie mogę kogoś wyrzucić z mieszkania tylko dlatego że nie dałem rady. Wiem że to głupie, wiem że jestem miękki. Ale mam pewne zasady w życiu i staram się ich trzymać. Jeśli coś jest moją winą to nie mogę konsekwencji zrzucać na kogoś innego. Tak jak pisałem. Ona nic nie zrobiła złego. Była i jak się okazuje jest ze mną szczera - czasem mogłaby aż tak bardzo nie być, byłoby łatwiej. Mimo że jestem w Niej nieszczęśliwie zakochany to nie zmienia faktu że Ona traktuje mnie jak przyjaciela. To nie jest wyrachowana relacja - gdyby była nie byłoby problemu. Jestem na takie sprawy wyczulony i zrywam mosty bez skrupułów. Nie kocha mnie - nic nie poradzę. Ona też. Nie można kochać bo się chce. Ale zaufała mi w tak wielu sprawach, pokazała słabość, którą pokazuje się tylko przyjaciołom i czasem rodzinie. Nawet rodzina nie wie o wielu kwestiach jeśli chodzi o Jej słabości o których wiem ja. To dla mnie mimo wszystko wartość sama w sobie. Nie zostawia się przyjaciół na pastwę losu - nawet kosztem siebie.

 

Tak jak pisałem - jestem pieprzonym idealistą. Miłości nie zaznałem ale przyjaźń i rodzina to są sprawy, których nie odrzucam z powodu własnych problemów. To są sprawy dla których moje problemy schodzą na dalszy plan. Taki już głupi jestem widać i za to przyjdzie zapłacić.

 

Więc tak. Jeśli Ona odejdzie to będę cierpiał i nie wiadomo jak to się skończy. Ale nie porzucę Jej z pobudek egoistycznych. Przyjaźń i rodzina są ważniejsze niż ja. Dla przyjaźni i rodziny będę cierpiał jeśli trzeba. Tak długo jak dam radę. Prędzej zrobię krzywdę sobie niż rodzinie i przyjaciołom. Wiem, że w dzisiejszych czasach słowo "przyjaciel" stało się równoznaczne z "kolega". Ale nie dla mnie. Ja to rozgraniczam, dla mnie przyjaźń to coś więcej niż koleżeństwo. Na przyjaciół można liczyć w najgorszych chwilach słabości. Nawet jeśli to tylko przyjaźń gdy chciałbym coś więcej. 

Edytowane przez azkabanowy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Mnie chodziło o to, że ona zostanie w Twoim mieszkaniu, a Ty na jakiś krótki czas się przeprowadzisz, żeby pomieszkać samemu i "odpocząć" od tej relacji.   

 

10 minut temu, azkabanowy napisał:

Ona nic nie zrobiła złego. Była i jak się okazuje jest ze mną szczera - czasem mogłaby aż tak bardzo nie być, byłoby łatwiej.

 

Moim zdaniem zrobiła. Jeśli wiedziała, że się w niej podkochiwałeś, to powinna zerwać kontakt dla Twojego dobra. Sam przechodziłem podobną historię i tak zrobiłem, że kiedy znajoma zaczęła oczekiwać ode mnie coś więcej, to zerwałem kontakt. A w zasadzie to ona pierwsza zerwała licząc, że tym sposobem osiągnie swój cel. Kiedy okazało się, że szantaż nie zadziałał, to starała się odnowić kontakt, ale ja wówczas wiedziałem, że dla jej dobra musimy zakończyć znajomość.    

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@movema racje, też sadze ze zrobila cos zlego. No chyba ze jest naiwna jak nastolatka, ale zakładam ze swiadomie trwa w tym dziwnym ukladzie. Pewnie dlatego ze jest jej z toba dobrze, nie mowie ze wyrachowanie cie wykorzystuje. Sam wiesz lepiej ze sie przyjaznicie ;)

Ale mowisz ze nie zrobila ci nic zlego. Mysle ze przedlozyla swoje dobro nad twoje. A to dlatego ze jesli wiedziala ze ja kochasz czy tam sie zakochales, nie powinna sie wprowadzac lub szybko wyprowadzic, po to wlasnie zeby cie nie krzywdzic. Mozna mieszkac z kumplem, czemu nie, ale nie udawajmy ze mieszkanie z facetem ktory cie kocha 20 lat jest okej. To nie tyle prowokuje, meczy, krzywdzi itd bo zyjecie jak w zwiazku kobiety i mezczyzny! Ona jako dorosla kobieta musi zdawac sobie z tego sprawe, i uwazam ze gdyby kierowala sie twoim dobrem nigdy w taki uklad by cie nie wkrecila...

Poza tym opisales ta historie z tym jej facetem, i mam wrazenie ze ona nie tylko ciebie traktuje jak nie widomo kogo w jej zyciu. Moze ma jakas blokade w sobie, traume, ze nie umie byc z kims i dlatego to tak wyglada latami

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
14 godzin temu, move napisał:

Mnie chodziło o to, że ona zostanie w Twoim mieszkaniu, a Ty na jakiś krótki czas się przeprowadzisz, żeby pomieszkać samemu i "odpocząć" od tej relacji.   

 

Nie. Bez przesady żebym się wyprowadzał ze swojego mieszkania. Takiego precedensu nie zrobię.

 

14 godzin temu, move napisał:

 

Moim zdaniem zrobiła. Jeśli wiedziała, że się w niej podkochiwałeś, to powinna zerwać kontakt dla Twojego dobra. Sam przechodziłem podobną historię i tak zrobiłem, że kiedy znajoma zaczęła oczekiwać ode mnie coś więcej, to zerwałem kontakt. A w zasadzie to ona pierwsza zerwała licząc, że tym sposobem osiągnie swój cel. Kiedy okazało się, że szantaż nie zadziałał, to starała się odnowić kontakt, ale ja wówczas wiedziałem, że dla jej dobra musimy zakończyć znajomość.    

 

Tak, może powinna zerwać wtedy kontakt. Ale tak samo ja powinienem to był zrobić. Wtedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem. Obydwoje uwierzyliśmy że sobie z tym poradzę. Nie wyszło. Nie mogę Jej winić za to że wtedy nie zerwała kontaktu. A przynajmniej nie całkowicie. Tyle samo wtedy było Jej winy że tak się potoczyło jak i mojej. Mojej nawet więcej bo zapewniłem że sobie z tym poradzę. Ja też nie odszedłem. Co więcej. Zrobiłem wszystko żeby Ona nie odeszła. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
29 minut temu, Dalja napisał:

@movema racje, też sadze ze zrobila cos zlego. No chyba ze jest naiwna jak nastolatka, ale zakładam ze swiadomie trwa w tym dziwnym ukladzie. Pewnie dlatego ze jest jej z toba dobrze, nie mowie ze wyrachowanie cie wykorzystuje. Sam wiesz lepiej ze sie przyjaznicie ;)

Ale mowisz ze nie zrobila ci nic zlego. Mysle ze przedlozyla swoje dobro nad twoje. A to dlatego ze jesli wiedziala ze ja kochasz czy tam sie zakochales, nie powinna sie wprowadzac lub szybko wyprowadzic, po to wlasnie zeby cie nie krzywdzic. Mozna mieszkac z kumplem, czemu nie, ale nie udawajmy ze mieszkanie z facetem ktory cie kocha 20 lat jest okej. To nie tyle prowokuje, meczy, krzywdzi itd bo zyjecie jak w zwiazku kobiety i mezczyzny! Ona jako dorosla kobieta musi zdawac sobie z tego sprawe, i uwazam ze gdyby kierowala sie twoim dobrem nigdy w taki uklad by cie nie wkrecila...

Poza tym opisales ta historie z tym jej facetem, i mam wrazenie ze ona nie tylko ciebie traktuje jak nie widomo kogo w jej zyciu. Moze ma jakas blokade w sobie, traume, ze nie umie byc z kims i dlatego to tak wyglada latami

 

 Obydwoje postąpiliśmy wtedy źle. Wiem o tym z perspektywy czasu. Ona byłaby wtedy skłonna się odciąć ale to ja przekonałem Ją, że to nic, że sobie poradzę, że szkoda zrywać przyjaźni. Później spróbowałem raz jeszcze... ale to już był czas gdy mieszkaliśmy razem. Już sytuacja życiowa była bardziej skomplikowana. Już nie można było tak łatwo się wycofać. 

 

Czy wie, że wciąż Ją kocham? Nie wierzę że gdzieś tam głęboko nie wie. Wierzę natomiast że to wypiera, że wciąż trwa w tym moim kłamstwie że sobie poradzę. To ja nie miałem wtedy siły żeby odejść. Sprowokowałem tą sytuację. 

 

Czy jest Jej wygodnie? Pewnie tak. W końcu każdy lubi poczucie bezpieczeństwa a od charakteru zależy czy bardziej czy mniej boi się zaryzykować. Widać tutaj obydwoje baliśmy się zaryzykować porzucić tą przyjaźń. Wybraliśmy bezpieczne pozycje i jak czas pokazał to był błąd. A może to Jej w życiu wystarcza? 

 

Może teraz, po tylu latach obydwoje uważamy gdzieś podskórnie że nie jest idealnie ale jakoś jest? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Jakieś poczucie bezpieczeństwa i stałości dajemy sobie wzajemnie. To jest pewne. To, że jest to chore i ułomne poczucie bezpieczeństwa to też jest pewne. Ona czuje się bezpiecznie bo ma stałą przystań, gdzie zawsze zostanie przyjęta. A ja... ja cierpię ale też w jakiś chory, bezpieczny sposób. Boję się cierpienia gdy Jej nie będzie obok. Bo to będzie cierpienie nieprzewidywalne i nie wiadomo co przyniesie. Błędne koło. 

 

Tak, nie wychodzą Jej związki. Wszystkie kończyły się zanim się na dobre zaczęły. Stawia w pewnym momencie wokół siebie mur i jest tego świadoma. Nie wie dlaczego, ale tak się dzieje. Czy to przez miłość do tamtego czy podświadomą wiedzę, że straci wtedy mnie? Nie wiem. Myślę, że Ona też tak do końca nie wie.

 Pierwsza miłość i te sprawy i tak ją trzyma to uczucie. Rozumiem Ją, bo mnie trzyma tak samo. Tylko że Ona miała i ma szansę, bo tamten co jakiś czas wykazuje zainteresowanie. Ale jednak też to ucięła - przynajmniej wtedy - i pozostała na stopie nieszczęśliwej miłości do tamtego. Jak będzie teraz? Nie wiem. Chyba nawet nie chcę o tym myśleć. 

 

Może tamten jest dla Niej tylko młodzieńczym wspomnieniem i odskocznią od bezpiecznej codzienności? A może jakieś sprawy z dzieciństwa nie pozwalają Jej się otworzyć na miłość? Dla mnie w sumie jaki by nie był powód to nic się nie zmieni. Jeśli się otworzy na uczucie to na pewno nie na moje. Jestem ostatnim którego by wybrała. Tak się po prostu dzieje, gdy wejdzie się w strefę przyjaźni. Człowiek staje się jak rodzina a rodziny nie obdarza się romantycznym uczuciem. Tego się nie da zmienić. To istota friendzone. 

 

Nie wiem co będzie dalej. Wiem, że będzie źle lub gorzej. Nie mam już nadziei że będzie jakkolwiek lepiej. 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, Dalja napisał:

 

Poza tym opisales ta historie z tym jej facetem, i mam wrazenie ze ona nie tylko ciebie traktuje jak nie widomo kogo w jej zyciu. Moze ma jakas blokade w sobie, traume, ze nie umie byc z kims i dlatego to tak wyglada latami

 

Co do tamtego faceta jeszcze to nie widzieli się przez wiele lat. Nie mieli kontaktu i nawet wydawało się Jej że Jej przeszło. Ale później przypadkiem się spotkali. Kontakt stał się sporadyczny. Tamten ma rodzinę w tym samym miejscu do którego Ona jeździ na ten urlop, który spędzamy osobno z rodzicami do ich domku. Od jakiegoś czasu spotykają się na tym urlopie regularnie. Z racji odległości widzą się tylko raz w roku. Poza tym mają kontakt tylko telefoniczny. 

Z nikim innym już od dobrych kilku lat się nie spotyka. 

Edytowane przez azkabanowy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
48 minut temu, azkabanowy napisał:

Nie. Bez przesady żebym się wyprowadzał ze swojego mieszkania. Takiego precedensu nie zrobię.

 

Dlaczego? Jeździsz chociaż na jakieś wakacje? Bez odcięcia się od niej nie zyskasz możliwości spojrzenia na tę sytuację z innej perspektywy. 

 

50 minut temu, azkabanowy napisał:

Tak, może powinna zerwać wtedy kontakt. Ale tak samo ja powinienem to był zrobić. Wtedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem. Obydwoje uwierzyliśmy że sobie z tym poradzę. Nie wyszło. Nie mogę Jej winić za to że wtedy nie zerwała kontaktu. A przynajmniej nie całkowicie. Tyle samo wtedy było Jej winy że tak się potoczyło jak i mojej. Mojej nawet więcej bo zapewniłem że sobie z tym poradzę. Ja też nie odszedłem. Co więcej. Zrobiłem wszystko żeby Ona nie odeszła. 

 

Moim zdaniem nie. W relacji, gdzie jedna z osób jest zakochana bez wzajemności, to ciężar podejmowania decyzji spoczywa na tej osobie, która nie jest zakochana. Osoba zakochana nie widzi świata obiektywnie, lecz przez pryzmat swoich uczuć i wyobrażeń. Uważam, że silniejszy powinien pomagać słabszemu, a nie na odwrót. Szczególnie w przyjaźni. Ja w Waszej relacji nie widzę jednak przyjaźni. W ogóle uważam, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, bo prędzej czy później jedna ze stron będzie chciała czegoś więcej. Oczywiście wyjątki mogą się zdarzyć, ale w oparciu o moje doświadczenie życiowe uważam jak uważam. 

 

Opcje zasadniczo masz dwie. Albo pójść po pomoc do specjalisty (psycholog, a potem terapia), albo dalej w tym tkwić wiedząc, że prędzej czy później któreś z Was tego nie wytrzyma. Lepiej nie będzie.    

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, move napisał:

 Uważam, że silniejszy powinien pomagać słabszemu, a nie na odwrót. Szczególnie w przyjaźni. Ja w Waszej relacji nie widzę jednak przyjaźni.

Znów sie zgadzam.

 

Skoro tamten facet ma rodzine a z nią sie widzi raz w roku to z tego kwiatkow nie będzie. Natomiast ty mógłbyś spróbować znaleźć sobie kogoś choćby do randkowania, poznawania się, choćby na tym etapie. Dalej nie musialbys w to wchodzic, ale zyskalbys duzo - to znaczy moze nowa przyjazn, kolezenstwo, moze ktos ci sie jednak spodoba, moze bedziesz mogl spojrzec na inne kobiety okiem mezczyzny a to uczucie do panny X uda sie troche stlamsic, wyciszyc, moze zamaskowac? Wiem, powiesz ze nie chcesz nikogo oszukiwac, ale przeciez mile towarzystwo nikogo nie krzywdzi, a ty nikogo o ręke prosic nie bedziesz. Mimochodem moze twoja luba zrewiduje poglądy i jak zauwazy ze nie jestes caly jej, to nagle sie obudzi, moze nawet sie okazac ze jest zazdrosna, a uczucie do ciebie jednak wypiera siłą. Oby nie była jak pies ogrodnika - sam nie wezmie, drugiemu nie da

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Dalja napisał:

Mimochodem moze twoja luba zrewiduje poglądy i jak zauwazy ze nie jestes caly jej, to nagle sie obudzi, moze nawet sie okazac ze jest zazdrosna, a uczucie do ciebie jednak wypiera siłą. Oby nie była jak pies ogrodnika - sam nie wezmie, drugiemu nie da

hehe to samo miałem napisać

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
4 godziny temu, move napisał:

 

Dlaczego? Jeździsz chociaż na jakieś wakacje? Bez odcięcia się od niej nie zyskasz możliwości spojrzenia na tę sytuację z innej perspektywy. 

 

Nie jeżdżę. Jedynie kiedy nie jesteśmy razem to sytuacja z tym Jej urlopem. Ale wtedy znowu tamten... tak, daje mi to perspektywę jakąś. Czasem wydaje mi się, że już prawie mógłbym siebie przekonać że mi nie zależy. Ale jednak zależy. 

 

4 godziny temu, move napisał:

 

Moim zdaniem nie. W relacji, gdzie jedna z osób jest zakochana bez wzajemności, to ciężar podejmowania decyzji spoczywa na tej osobie, która nie jest zakochana. Osoba zakochana nie widzi świata obiektywnie, lecz przez pryzmat swoich uczuć i wyobrażeń. Uważam, że silniejszy powinien pomagać słabszemu, a nie na odwrót. Szczególnie w przyjaźni. Ja w Waszej relacji nie widzę jednak przyjaźni. W ogóle uważam, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, bo prędzej czy później jedna ze stron będzie chciała czegoś więcej. Oczywiście wyjątki mogą się zdarzyć, ale w oparciu o moje doświadczenie życiowe uważam jak uważam. 

 

Opcje zasadniczo masz dwie. Albo pójść po pomoc do specjalisty (psycholog, a potem terapia), albo dalej w tym tkwić wiedząc, że prędzej czy później któreś z Was tego nie wytrzyma. Lepiej nie będzie.    

 

Masz rację. Takiego kopa w dupę chyba mi trzeba.

Ale tymczasem może się okazać, że sytuacja sama się rozwiąże. Tzn. bez psychoterapii się nie obejdzie, ale może się tak zdarzyć, że jednak odejdzie z tamtym. Jeśli odważą się zaryzykować i przeprowadzić do tej miejscowości. Tzn. jeśli tamten się przeprowadzi, to Ona za nim pójdzie. Też się przeprowadzi. A co będzie ze mną wtedy nie wiem. Wiem, że musiałbym wtedy zerwać kontakt. Utrzymywanie go na pewno już by mnie w takim przypadku przerosło.

 

Wiem, że piszę chaotycznie. 

Wybaczcie, ale jestem po kilku lampkach wina. Jakoś tak upadlam się i znieczulam. Może trzeba upaść żeby móc powstać?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, Dalja napisał:

Znów sie zgadzam.

 

Skoro tamten facet ma rodzine a z nią sie widzi raz w roku to z tego kwiatkow nie będzie. Natomiast ty mógłbyś spróbować znaleźć sobie kogoś choćby do randkowania, poznawania się, choćby na tym etapie. Dalej nie musialbys w to wchodzic, ale zyskalbys duzo - to znaczy moze nowa przyjazn, kolezenstwo, moze ktos ci sie jednak spodoba, moze bedziesz mogl spojrzec na inne kobiety okiem mezczyzny a to uczucie do panny X uda sie troche stlamsic, wyciszyc, moze zamaskowac? Wiem, powiesz ze nie chcesz nikogo oszukiwac, ale przeciez mile towarzystwo nikogo nie krzywdzi, a ty nikogo o ręke prosic nie bedziesz. Mimochodem moze twoja luba zrewiduje poglądy i jak zauwazy ze nie jestes caly jej, to nagle sie obudzi, moze nawet sie okazac ze jest zazdrosna, a uczucie do ciebie jednak wypiera siłą. Oby nie była jak pies ogrodnika - sam nie wezmie, drugiemu nie da

 

Tamten facet nie ma rodziny. Ma dziecko, ale z matką nie mieszkają razem i z dzieckiem ma mały kontakt. A co do kwiatków. No właśnie mogą być. Jeśli zdecyduje się przeprowadzić do tej miejscowości wakacyjnej, to Ona - z tego co mówi - jest już mentalnie gotowa żeby też to zrobić. 

 

Co do mnie, to nie mam już ani siły ani chęci na randkowanie. Byłoby to nie fair - tak jak pisałem. 

Jak Ona odejdzie, to po prostu sobie zgniję w samotności. 

 

Na zazdrość nie mam co liczyć. Ona mnie nie kocha i nie będzie kochała. Ona kocha tamtego. To nie jest nieuświadomione uczucie. Tego uczucia po prostu nie ma. Jestem tego świadomy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
7 minut temu, azkabanowy napisał:

Nie jeżdżę. Jedynie kiedy nie jesteśmy razem to sytuacja z tym Jej urlopem. Ale wtedy znowu tamten... tak, daje mi to perspektywę jakąś. Czasem wydaje mi się, że już prawie mógłbym siebie przekonać że mi nie zależy. Ale jednak zależy. 

 

To jedź. Ponadto będzie to pewien test. Zobaczyłbyś, jakby zareagowała, gdybyś pojechał. Czy cieszyłaby się Twoim szczęściem, czy czułaby się zagrożona, że może stracić nad Tobą kontrolę.

 

12 minut temu, azkabanowy napisał:

Masz rację. Takiego kopa w dupę chyba mi trzeba.

Ale tymczasem może się okazać, że sytuacja sama się rozwiąże. Tzn. bez psychoterapii się nie obejdzie, ale może się tak zdarzyć, że jednak odejdzie z tamtym. Jeśli odważą się zaryzykować i przeprowadzić do tej miejscowości. Tzn. jeśli tamten się przeprowadzi, to Ona za nim pójdzie. Też się przeprowadzi. A co będzie ze mną wtedy nie wiem. Wiem, że musiałbym wtedy zerwać kontakt. Utrzymywanie go na pewno już by mnie w takim przypadku przerosło.

 

Wiem, że piszę chaotycznie. 

Wybaczcie, ale jestem po kilku lampkach wina. Jakoś tak upadlam się i znieczulam. Może trzeba upaść żeby móc powstać?

 

Rozumiem. Najważniejsze, że się przełamałeś i "wygadałeś". Wiem, że czasami wiemy, co mamy zrobić, ale nie możemy. Coś nas blokuje. Nie piszesz chaotycznie, wszystko w porządku. Alkohol to nie jest dobry pomysł, bo on tylko pozornie znieczula. 

 

Moim zdaniem jeśli wyjedziesz na wakacje bez niej, to już będzie ogromny sukces. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

I ona tak poprostu cie zostawi samego po 20 latach? Sory, ale to juz w ogóle świadczy według mnie że za przyjaciela to ona cię nie ma. Prędzej wykorzystuje. Może ona jest nawet narcyzem, to by tłumaczyło dlaczego w tej relacji istnieje tylko ona, która cie krzywdzi i krzywdzi i krzywdzi, i tak każdego dnia. Z czystej przyzwoitości serca powinna ci oszczędzać szczegółow romansu z tamtym panem, nie uważasz? Nie zgodzisz sie na pewno, ja jej nie znam i sie myle byc moze, ale "com napisał, napisałem" ;) zycze ci zeby to sie jak najszybciej rozwiazalo, zeby jak piorun z jasnego nieba spadla na ciebie prawdziwa milosc na ktora zaslugujesz bo jestes dobrym czlowiekiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 16.08.2022 o 22:58, move napisał:

 

To jedź. Ponadto będzie to pewien test. Zobaczyłbyś, jakby zareagowała, gdybyś pojechał. Czy cieszyłaby się Twoim szczęściem, czy czułaby się zagrożona, że może stracić nad Tobą kontrolę.

 

Ani jedno ani drugie pewnie. Przyjęłaby po prostu taką mam potrzebę i tyle.

 

W dniu 16.08.2022 o 22:58, move napisał:

 

Rozumiem. Najważniejsze, że się przełamałeś i "wygadałeś". Wiem, że czasami wiemy, co mamy zrobić, ale nie możemy. Coś nas blokuje. Nie piszesz chaotycznie, wszystko w porządku. Alkohol to nie jest dobry pomysł, bo on tylko pozornie znieczula. 

 

Moim zdaniem jeśli wyjedziesz na wakacje bez niej, to już będzie ogromny sukces. 

 

Wiem że znieczula tylko pozornie. Ale chociaż na tą chwilę, na te kilka godzin jestem znieczulony. 

No i pomaga zasnąć. W końcu ile można nie spać?

 

Wydaje mi się, że nie cieszyłbym się takimi wakacjami. Bo byłaby to z założenia gra psychologiczna. Nie potrafię chyba tak manipulować ani kimś ani sobą. Chociaż wiem, że tak powinienem zrobić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 17.08.2022 o 08:31, Dalja napisał:

I ona tak poprostu cie zostawi samego po 20 latach?

 

Tak obiektywnie rzecz biorąc to przecież to co mówicie to to samo. Czy ja po 20 latach zostawię Ją, czy Ona mnie. Technicznie różnicy nie ma. A jeśli żadne z nas nie zostawi drugiego po 20 latach to stanie się to po 21, 25, 30 albo będzie trwało. Tak i tak do dupy.

 

W dniu 17.08.2022 o 08:31, Dalja napisał:

 

Sory, ale to juz w ogóle świadczy według mnie że za przyjaciela to ona cię nie ma. Prędzej wykorzystuje. Może ona jest nawet narcyzem, to by tłumaczyło dlaczego w tej relacji istnieje tylko ona, która cie krzywdzi i krzywdzi i krzywdzi, i tak każdego dnia.

 

Pytanie czy krzywdzi mnie umyślnie czy tak po prostu wychodzi, że wmówiła sobie że już do Niej nic nie czuję, że poradziłem sobie z tym uczuciem tak bardzo że nie zauważa już że jest inaczej? Taki mechanizm obronny? Nie wiem. Ona nie jest złą osobą. Nie chce mi się wierzyć, że czyni to specjalnie. A ja zawsze patrzę też na intencje ludzi. Wiem, że bywa, że ludzie krzywdzą się nieświadomie, nie mając nic złego na myśli.

 

A może właśnie to świadczy że ma mnie za przyjaciela i tylko za przyjaciela a nic więcej? Któremu może powiedzieć wszystko? Który zna Ją na wylot? Któremu może zaufać? Na którego zawsze można liczyć? Że nieświadomie nie liczy się z moimi uczuciami?

 

A może ja idealizuję tą relację? Może trzymam się tego że jeśli nie potrafi mnie kochać to chociaż może się przyjaźnić? Może sam sobie to wszystko robię. Może tylko wydaje mi się, że Jej na mnie zależy, a tak naprawdę zależy Jej na poczuciu bezpieczeństwa i to czy zapewniłbym Jej to poczucie ja czy kto inny nie ma znaczenia? Coraz częściej mi takie myśli przechodzą przez głowę. Że najważniejsza jest dla Niej Ona sama a Ja jestem gdzieś na drugim (a nie, przepraszam -  trzecim albo którymś tam z kolei) miejscu. Gdy u Niej w porządku to dopiero wtedy patrzy na moje potrzeby? A może wcale nie patrzy tylko tak mi się wydaje? Nie wiem. Nic już nie wiem. Co jakiś czas mam taki kryzys że nic już nie wiem. A później znów jakoś się zbieram w sobie, znów zakładam maskę, znów udaję, że wszystko jest w porządku, że daję radę. Nie tylko przed innymi ale i przed sobą? 

 

W tej chwili się miotam. Straszliwie. Nie pierwszy już raz, ale chyba bardziej. W jednej chwili mam myśli że jakoś się ułoży, w drugiej że wszystko się zawali. W jednej, że lepiej żeby z tamtym odeszła. W drugiej że to będzie koniec mojego świata. Chciałbym wykrzesać w sobie złość. Tak bardzo chciałbym. Ale nie potrafię. Wiem jak to wygląda. Rozumiem to a jednak nie potrafię tego opanować. To mnie przerasta. Nie chcę żeby to wyglądało na użalanie się nad sobą. Staram się tego nie robić. Ale jest mi po prostu przykro i smutno. Wiem, że jak porozmawiamy poważnie to będzie tylko gorzej. Zresztą odnoszę wrażenie że obydwoje unikamy takich rozmów bo to do niczego dobrego nie doprowadzi. Skończy się tym, że będziemy żyli pod jednym dachem jak totalnie obcy ludzie. A ja tak nie dam rady. Nie potrafiłbym z Nią tak mieszkać, nie wiedząc co u Niej, będąc obojętnym na Jej problemy. Bo nie byłbym obojętny, po prostu bym nie wiedział - to tak jak ze złością. To że się jej nie okazuje, to nie znaczy że nie siedzi w człowieku. I ta atmosfera i brak wiedzy jeszcze bardziej by mnie wykończył. Myślę, że Ona jest silniejsza psychicznie i jakoś by sobie z tym może i poradziła. Ja nie. 

 

I są czasem dni w takich chwilach kryzysu jak teraz, że nie wracam bezpośrednio do domu po pracy. Bo nie potrafię sobie znaleźć w nim miejsca. Bo nie potrafię patrzeć na Nią gdy wiem że Ona woli tamtego i nie zauważa jak mnie to dołuje. A później wakacje się kończą, czas mija i wraca codzienna rutyna i jest znowu normalnie tzn. nienormalnie ale normalnie. 

 

A z trzeciej strony... Ona daje mi poczucie spokoju (jakkolwiek durnie to brzmi, bo przecież bywa że sie kłócimy - jak każde pieprzone, przeklęte dobre małżeństwo). Mogę być nerwowy i zdołowany, ale normalna rozmowa z Nią o codzienności powoduje, że się uspokajam, że pomimo wszystko wracam do jakiejś tam równowagi. A znowu jak rozmawia z tamtym przez telefon to czasem wolę wyjść, uciec od tego. A później gdy rozmawia ze mną to się uspokajam. 

 

Nie wiem jak można być tak świadomym problemu a jednocześnie tak głupim jak ja. Naprawdę. Pieprzony idealista, który dla wybranki swojego serca zrobi wszystko - nawet wbrew sobie. Może - jak to pisał kiedyś P. Czerwiński - nie nadaję się do dzisiejszych czasów, bo nie można się już napieprzać ze smokami o księżniczki. Chociaż... chyba nigdy nie można było. To tak nie działa. Nigdy nie działało. No i co z tego, że to wiem?

 

Powiedzcie, jak można być aż tak głupim? Przez tyle lat? Przegrałem życie i to świadomie, będąc w miarę inteligentną osobą, pieprzonym łudzącym się wciąż romantykiem i idealistą. Najlepsze lata. To nie jest tak, że nie mam życia. Wyjeżdżam w góry ze znajomymi, jeżdżę na rowerze, mam dobrych rodziców i siostrę (chociaż z nią kontakt się oddala z czasem), wspaniałą siostrzenicę i siostrzeńca. Cieszą mnie te chwile (nie, żle - nie cieszą - ja już nie potrafię się szczerze cieszyć i uśmiechać- to zawsze jest maska dla innych - one dają mi wytchnienie, pozwalają nie myśleć. Po prostu śmieję się czasami żeby nie płakać - w końcu faceci nie płaczą (a może by się przydało czasem). A jak ktoś by zapytał dlaczego czasem się nie uśmiecham to mógłbym chyba odpowiedzieć cytatem "bo na co dzień jestem błaznem a teraz odpoczywam")  A jednak całościowo przegrałem. Przegrałem jako mężczyzna. Staram się podtrzymać poczucie własnej wartości, ale całkowicie straciłem do siebie szacunek. 

 

Podsumowując:

Przecież to nie Jej wina że mnie nie kocha. Nie można kogoś pokochać bo się chce. To tak nie działa. Nie mogę Jej winić że mnie nie kocha. To moja wina, że nie potrafię nie kochać Jej. Mimo wszystko...

 

Tak, wiem to i rozumiem, że to jest jakaś forma uzależnienia. Najgorsza z możliwych. Od drugiej osoby. Od uczuć do Niej. Od Jej obecności. Jak to mówią: człowiek zrobi wszystko, poniży się, straci godność i sprzeda za to by dostać to od czego jest uzależniony. Wiem, że potrzebuję odwyku. Wiem też że nie ma odwyku gdy narkotyk jest tuż obok. Nie wiem po prostu jak znaleźć siły na to żeby dobrowolnie poddać się temu odwykowi. Przymusowemu będę musiał się kiedyś poddać. Ale jak to się skończy?

 

Przepraszam za małą spójność tego co piszę. Natłok myśli i emocji. Nie potrafię do końca ich wyrazić. 

 

W dniu 17.08.2022 o 08:31, Dalja napisał:

 

Z czystej przyzwoitości serca powinna ci oszczędzać szczegółow romansu z tamtym panem, nie uważasz? Nie zgodzisz sie na pewno, ja jej nie znam i sie myle byc moze, ale "com napisał, napisałem" ;)

 

Zgadzam się. Pod warunkiem że nie jest jak napisałem. A Ona podchodzi do mnie jak do koleżanki, której mówi się o wszystkim. I tak chyba jest. 

 

W dniu 17.08.2022 o 08:31, Dalja napisał:

 

zycze ci zeby to sie jak najszybciej rozwiazalo, zeby jak piorun z jasnego nieba spadla na ciebie prawdziwa milosc na ktora zaslugujesz bo jestes dobrym czlowiekiem.

 

Dziękuję za miłe słowa. Nie wiem czy jestem dobrym człowiekiem. To muszą osądzić inni. Ale staram się być dobrym człowiekiem. 

 

To co piszecie naprawdę dużo mi daje. Pokazuje jak to wygląda z boku - chociaż w głębi duszy to wiem, tylko na ogół nie dopuszczam myśli. Emocje i uczucie je zagłuszają w chwili gdy się pojawią.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie ta sytuacja jest przedziwna. Mieszkacie razem jak stare dobre małżeństwo, ona nie zachowuje się jak lokatorka tylko partnerka, tylko jak rozumiem bez seksu. Rozmawiacie ze sobą dużo, o wszystkim. Chodzicie pewnie też gdzieś razem. Jak rozumiem jesteście już po czterdziestce. Zaiste przedziwny układ. Dla mnie to wygląda jakby dziewczyna miała namiastkę życia małżeńskiego i trzymała Cię w razie co, jak jej nie wyjdzie z innym. Nie wierzę, że nie zdaje sobie sprawy z Twoich uczuć i z tego, że trzymając Cię w takiej sytuacji (mieszkanie razem, życie razem), uniemożliwiła Ci spotkanie kogoś innego i założenie rodziny. Bardzo to egoistyczne i nie ma z przyjaźnią nic wspólnego. Uciekaj z friendzone póki jeszcze się nie zestarzałeś do końca. Pomaganie ma jednak swoje granice - dwadzieścia lat i nie chcesz nic w zamian? Nie masz żalu, że zmarnowała Ci życie? Gdyby nie trzymała Cię w tej dziwnej sytuacji dawno byś o niej zapomniał

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
23 minuty temu, Dryagan napisał:

Dla mnie ta sytuacja jest przedziwna. Mieszkacie razem jak stare dobre małżeństwo, ona nie zachowuje się jak lokatorka tylko partnerka, tylko jak rozumiem bez seksu.

 

Bez tych uczuć, które są w małżeństwach a co za tym idzie oczywiście bez bliskości romantycznej i seksu.

Ale poza tym tak. Jak partnerka.

 

Cytat

 

Rozmawiacie ze sobą dużo, o wszystkim. Chodzicie pewnie też gdzieś razem. Jak rozumiem jesteście już po czterdziestce. Zaiste przedziwny układ.

 

Delikatnie powiedziane że przedziwny, ale nie można przeklinać na forum.

 

Cytat

 

Dla mnie to wygląda jakby dziewczyna miała namiastkę życia małżeńskiego i trzymała Cię w razie co, jak jej nie wyjdzie z innym.

 

Tak jak pisałem. Bezpieczna przystań. Bardzo prawdopodobne że jest tak jak piszesz o tej namiastce życia małżeńskiego. Raczej na pewno tak jest. Takie wyjście awaryjne. Co z tego, że jestem tego świadomy jak nie potrafię znaleźć siły w sobie żeby odciąć się od uczucia? Od Niej? 

Plus sytuacja życiowa tak się ułożyła jak pisałem wcześniej. Nie mogę Jej wyrzucić, nie potrafiłbym.

 

Cytat

 

Nie wierzę, że nie zdaje sobie sprawy z Twoich uczuć i z tego, że trzymając Cię w takiej sytuacji (mieszkanie razem, życie razem),

 

Człowiek potrafi naprawdę dużo wyprzeć. Nie ma w Niej wyrachowania. Raczej wyparcie ze świadomości tego jak jest. 

 

Cytat

 

uniemożliwiła Ci spotkanie kogoś innego i założenie rodziny.

 

Sam to sobie uniemożliwiłem nie zrywając tej znajomości. Taki fakt. Nie ma tutaj - jak zwykle - winy tylko jednej strony. Jestem tak samo a może nawet bardziej winny bo się łudziłem i jestem tego świadomy.

 

Cytat

 

Bardzo to egoistyczne i nie ma z przyjaźnią nic wspólnego. Uciekaj z friendzone póki jeszcze się nie zestarzałeś do końca.

 

Wiem co powinienem zrobić. Jestem głupi ale nie aż tak. Nie wiem tylko jak mam znaleźć siły żeby to zrobić. Jak zabić to uczucie.

Rozum dokładnie wie co zrobić, ale emocje go zagłuszają.

 

 

Cytat

 

Pomaganie ma jednak swoje granice - dwadzieścia lat i nie chcesz nic w zamian? Nie masz żalu, że zmarnowała Ci życie? Gdyby nie trzymała Cię w tej dziwnej sytuacji dawno byś o niej zapomniał

 

Sam sobie je zmarnowałem nie odchodząc gdy był na to czas. Bardziej mam do siebie żal niż do Niej.

Nie można jednak dostać miłości w zamian za coś. Taki fakt.

 

Dziękuję za takie słowa. Taka pomoc z zewnątrz dużo daje. Takiego kopa w tyłek trochę. Niestety nie chcę obarczać moimi problemami bliskich, więc jestem z tym sam. Chyba mi się jednak trochę zaczyna przelewać skoro zdobyłem się na napisanie tutaj, na wygadanie się. To pomaga zobaczyć jak wszystko z dystansu wygląda. Bo niby to wiem, ale wypieram na co dzień. Tylko czy dam radę? Zbieram się, walczę ze sobą. Może mi się uda a może nie.

 

Może trzeba upaść tak nisko, że nie można już niżej żeby dopiero móc powstać? Nie wiem. Czasem wydaje mi się, że już niżej upaść nie mogę a później spadam jeszcze bardziej.

Edytowane przez azkabanowy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×