Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
forget-me-not

Nie wiem kim jestem/Brak tożsamości - moja historia

Rekomendowane odpowiedzi

Zamiast wstępu chciałbym się posłużyć czyjąś wypowiedzią z innego tematu:

 

zakładając maskę, odgrywając jakąś tam rolę, nawet te "role" już mało twórcze, bardziej wyuczone (jestem taka, jaką mnie ktoś tam od zawsze widział, taka jaką mnie widzieć chce [to nie kłamstwo - to gra, naturalna dla każdego człowieka właściwie, tyle, że mnie już nie cieszy, nie bawi, nie interesuje])

 

Ja już w dziecinstwie "odkryłem" ,że mogę uzyskać akceptację otoczenia jedynie zakładając maskę. To było takie odcięcie się od siebie i granie swojej roli. Dwa tryby myślenia jeden dla świata, drugi wewnętrzny, tylko dla mnie. Próbowałem, badałem, analizowałem różne maski, żeby się dostosować. Aktywność wśród ludzi jak survival. Zaparcie się siebie, zgniecenie bólu, samotności i nastawiasz się psychicznie "do your job". Przez większość dzieciństwa byłem jakrobot - rodzice każą się uczyć, to się uczę. Znaczy, chodzę do szkoły, przesiaduję tam, wracam, zjadam obiad, kompulsywnie włączam komputer, żeby się na chwilę oderwać od rzeczywistości w grach i spuścić stres ( potem też tego nie było robić wolno, bo "uzależnienie", były awantury). Najpierw najlepsze oceny klasie, wygrywanie konkursów i olimpiad. Ale to nie wystarczało, bo "inne dzieci mają przyjaciół i kolegów,a ty nie", awantury bo nie chciałem jechać na wycieczkę szkolną). Ciągłe napięcie w szkole, ciągłe napięcie w domu...Długo skupiałem stres w sobie, aż pękła mi psychika. Szarpanie, wrzaski, polewanie wodą, bo "musisz iść do szkoły; nie symuluj". Gapienie się w sufit. Stupor dysocjacyjny. Dezintegracja, zgubienie marzeń i pragnień. PTSD. Poczucie winy. Odleżane. Przepychanie przez nieobecności w szkole.

Pierwsza lekcja wychowawcza w liceum. Przedstaw się i swoje zainteresowania. 'Mówić prawdę, czy wymyślać? Zainteresowania zbyt "dojrzałe" jak na ten wiek: filozofia, psychologia, psychiatria - mogą mnie wziąć za wariata. Wymyśl coś szybko banalnego, nie wyróżniającego się. Zależy na anonimowości, ukryciu się w tłumie.' Nie pamiętam, co powiedziałem. Tyle tylko, że z szybkością karabinu maszynowego wynikającą ze znerwicowania.

W liceum wytrzymałem półtora roku. Przebywanie wśród ludzi mnie przesilało. Ciągłe planowanie obok kogo usiąść, do kogo zagadać,co powiedzieć, każda czynność wyzwalająca nieproporcjonalnie wysoki poziom stresu. Nawet było kilka miłych osób, ale ja nie potrafiłem zbliżyć do ludzi ani emocjonalnie, ani intelektualnie. A nawet może nie chciałem, jeśli próbowałem się do kogoś zbliżyć nie wynikało to z autentycznego zainteresowania, była to maska, która miała uzyskać znajomość w celu pragmatycznym - przetrwania. Unikałem spotkań towarzyskich, integrowania się z grupą. Czułem, że oni funkcjonują w świecie, który jest dla mnie zupełnie obcy, a ja mogę jedynie symulować w nim swoją obecność, w środku czułem się pusty. A izolacja powoduje, że nie uczysz się zachowań społecznych, koło się nakręca.

Przepychanie mnie przez liceum na nauczaniu indywidualnym, w ostatnim semestrze zmiana liceum, bo wstyd mi było wracać do grupy. Genialna diagnoza od psychiatry - "fobia szkolna" (z drugiej strony nie miałem ochoty usłyszeć niczego, co by później sprawiało problemy, więc przekonałem, że tak właściwie nic mi nie jest, potrafię symulować pewność siebie).

Zdanie matury i studia techniczne. I znowu ten sam scenariusz. Maskowanie pustki i braku doświadczeń społecznych. Tłumienie bólu i odgrywanie swojej roli. Survival. Życie bez sensu.{i tutaj przerwę}

 

 

Mam dość dużą samoświadomość oraz samokontrolę. Potrafię "hakować" swój umysł - za pomocą analizy zmieniać swój stan psychiczny. Nauczyłem się też jakby "czytać w myślach" - tworzę sobie modele psychiczne ludzi i po zebraniu większej ilości danych jestem w stanie określić przyczynę czyjegoś stanu/zachowania i określić w przybliżeniu jego przyszłe reakcje (a nawet na pewien czas "przyjąć" czyiś sposób myślenia). Właściwie nie widzę w ludziach ludzi, tylko modele. Nie utożsamiam się z nimi. Ich emocje są mi obce, a nawet, impulsywne, egzaltowane emocje budzą we mnie jakiś wstręt. Natomiast mam dużo empatii i zrozumienia dla osób, które są przez większość nierozumiane.

Nie wiem kim jestem. W środku zawsze czuję się obco między ludźmi,ciągle sam ze sobą prowadzę monolog wewnętrzny. Jestem kimś, kto obserwuje z daleka, a nie uczestnikiem tego świata. I czuję ogromną tęskonotę za jakimś, może nieistniejącym, "kimś" podobnym, kto by mnie zrozumiał i z kim mógłbym wejść w prawdziwą interakcję. A myśli "dziwnych" mam wiele, może "dziwnych" dlatego, że są oparte na znane tylko mnie dość abstrakcyjne konstrukty logiczne; np. refleksje o tym jak działa świat, jak działają ludzie, ich umysły, rozważania na temat sensu istnienia. Nie jakieś "magiczne", jestem bardzo logiczny i mam obsesje na temat prawdy absolutnej, chcę widzieć taki jakim jest.

Mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię. Kiedy czytałem interesującą powieść, to świat zewnętrzny przestawał dla mnie istnieć, a w wyobraźni wyświetlał mi się film, o rzeczywistości przypominałem sobie tylko kiedy musiałem przewrócić stronę. Świat przedstawiony wciągał mnie tak, jakbym był osobiście uczestnikiem zdarzeń. Dlatego mam skłonności, żeby się odrywać pod wpływem stresu od rzeczywistości.

 

Teraz o moim dzieciństwie, bez maski. Byłem dzieckiem nadwrażliwym, bardzo nieśmiałym i lękliwym. Nie powiem, że wszystkiego się bałem, bo zdarzało mi się np. skoczyć dla zabawy z trzymetrowej wieży na plac zabaw, wspinać się na wierzchołki drzew,kąpać w zimnym morzu, czy jeździć z dużą szybkością na sankach. Takie lekko ekstremalne zabawy sprawiały mi dużą radość.

We wczesnym dzieciństwie miewałem stany odrealnienia, takie, że zastanawiałem się, czy coś przeżywam naprawdę, czy to jest sen. Często świat wydawał mi się tajemniczy, dziwny i czasem przerażający. Np. pamiętam gdy spędzałem czas w jakimś dużym ośrodku wakacyjnym. I tam np. bałem się chodzić jakimś pustym, rozległym korytarzem, albo jak mi piłka spadła w dół, gdzie były schody do kotłowni czy pralni to bałem się zejść w półmrok, jakby coś mnie tam miało zjeść, zwłaszcza gdy dochodziło stamtąd głośne buczenie maszyn przemysłowych. Wtedy kombinowałem ,żeby kogoś delikatnie namówić, żeby tą piłkę przyniósł, ale wstydziłem się swojego lęku. Gdy już sam zszedłem, to uciekałem stamtąd jak najszybciej się da :). Pamiętam atmosferę tych miejsc, skrzypiące drzwi, duszny zapach stołówki, charakterystyczną fakturę kafelków, nieświeży zapach kotów i papierosów w pewnym domu. Miałem bardzo wyostrzone zmysły, słyszałem bardzo ciche dźwięki (nadal), a zbyt intensywne zapachy mnie męczyły. Może przez to, że rejestrowałem bardzo dużo szczegółów, te wszystkie bodźce były przytłaczające. W każdym razie bałem się zostawać sam (lub z obcymi dorosłymi) w obcych miejscach (chyba, że we własnym tymczasowym pokoju) i czułem silny lęk przed byciem opuszczonym (nawet miewałem koszmary senne z tym motywem) przez rodziców. Gdzieś pod czaszką permanentnie odczuwałem takie "wirujące" poczucie zagrożenia. I zagubienia. W moim miejscu zamieszkania bałem się wychodzić z bloku na zewnątrz. Kiedy miałem coś kupić, to leciałem biegiem do sklepu i z powrotem, jakbym miał jakąś niebezpieczną misję do spełnienia, a ulica była pełna zagrożeń i chodzących trupów.

Z rówieśnikami niezbyt potrafiłem się bawić, chyba ,że ktoś z dorosłych zaanimował zabawę, albo znałem reguły tej zabawy (np. piłka nożna) to mogłem dołączyć, albo jeśli ktoś z kolegów ustalił co mamy robić. Ale nie przepadałem za takim normalnym rozmawianiem i przebywaniem z rówieśnikami. Nie miałem z nimi wspólnych tematów, poza tym nie czułem się pewnie pośród ich impulsywnych zachowań i głupich pomysłów; ani nie potrafiłem się "wkręcić" w towarzystwo. Wolałem towarzystwo i rozmowy z dorosłymi, bo byli bardziej "poważni" i przewidywalni. Trochę żal tego braku spontaniczności w młodości. Idzie lato, z zazdrością będę oglądał ludzi siedzących na kocykach w parkach i po prostu dobrze się bawiących w towarzystwie swoich znajomych.

 

Już od wczesnego dzieciństwa miałem dziecięce marzenia, że znajdę kiedyś swoją drugą połówkę, z którą będziemy razem odkrywać (tajemniczy) świat, z którą nawiążemy bardzo silną więź intelektualną i będziemy się rozumieć bez słowa. Miałem nawet dziwaczne fantazje o tym, czy można by się z nią nauczyć komunikacji za pomocą telepatii. Nie tak miało wyglądać moje życie.

 

Czasem zastanawiam się, czy istnieją gdzieś ludzie, którzy również czują ,od dziecka, psychicznie absolutną samotność i wyalienowanie od świata, tak jakby byli za szybą, przez którą nie mogą się przebić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Ja już w dziecinstwie "odkryłem" ,że mogę uzyskać akceptację otoczenia jedynie zakładając maskę. To było takie odcięcie się od siebie i granie swojej roli. Dwa tryby myślenia jeden dla świata, drugi wewnętrzny, tylko dla mnie. Próbowałem, badałem, analizowałem różne maski, żeby się dostosować. Aktywność wśród ludzi jak survival. Zaparcie się siebie, zgniecenie bólu, samotności i nastawiasz się psychicznie "do your job".

Ja próbowałam zdobyć akceptację otoczenia nieudolnie tłamsząc swoje emocje.

 

Przez większość dzieciństwa byłem jakrobot - rodzice każą się uczyć, to się uczę. Znaczy, chodzę do szkoły, przesiaduję tam, wracam, zjadam obiad, kompulsywnie włączam komputer, żeby się na chwilę oderwać od rzeczywistości w grach i spuścić stres ( potem też tego nie było robić wolno, bo "uzależnienie", były awantury).

Też to znam. Robić coś innego, byle się nie uczyć, nie odrabiać lekcji, nie myśleć o szkole, która była głównie źródłem stresu, lęku i ciągłego poczucia bycia innym, gorszym, mniej wartym.

 

Pierwsza lekcja wychowawcza w liceum. Przedstaw się i swoje zainteresowania. 'Mówić prawdę, czy wymyślać? Zainteresowania zbyt "dojrzałe" jak na ten wiek: filozofia, psychologia, psychiatria - mogą mnie wziąć za wariata. Wymyśl coś szybko banalnego, nie wyróżniającego się. Zależy na anonimowości, ukryciu się w tłumie.' Nie pamiętam, co powiedziałem. Tyle tylko, że z szybkością karabinu maszynowego wynikającą ze znerwicowania.

O tak. Przedstawianie się to była zawsze tragedia. Co powiedzieć, żeby tylko się ze mnie nikt nie śmiał, żeby już na wstępie mnie nie znienawidzili. Najlepiej było się ukryć, pozostać niewidocznym zanim nie poznało się innych i ogarnęło jak można z daną osobą się komunikować i czy można jej zaufać i się uzewnętrznić.

 

W liceum wytrzymałem półtora roku. Przebywanie wśród ludzi mnie przesilało. Ciągłe planowanie obok kogo usiąść, do kogo zagadać,co powiedzieć, każda czynność wyzwalająca nieproporcjonalnie wysoki poziom stresu. Nawet było kilka miłych osób, ale ja nie potrafiłem zbliżyć do ludzi ani emocjonalnie, ani intelektualnie. A nawet może nie chciałem, jeśli próbowałem się do kogoś zbliżyć nie wynikało to z autentycznego zainteresowania, była to maska, która miała uzyskać znajomość w celu pragmatycznym - przetrwania. Unikałem spotkań towarzyskich, integrowania się z grupą. Czułem, że oni funkcjonują w świecie, który jest dla mnie zupełnie obcy, a ja mogę jedynie symulować w nim swoją obecność, w środku czułem się pusty. A izolacja powoduje, że nie uczysz się zachowań społecznych, koło się nakręca.

Też unikałam ludzi. Jak tylko próbowałam się z kimś zaprzyjaźnić, to po pewnym czasie okazywało się, że mój stopień zaangażowania w tę relację był niewspółmiernie wysoki w stosunku do zaangażowania drugiej osoby. Ludzie chyba czuli, że się narzucam. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie warto szukać bliższej relacji, bo to tylko powoduje cierpienie.

 

Mam dość dużą samoświadomość oraz samokontrolę. (...) Nauczyłem się też jakby "czytać w myślach" - tworzę sobie modele psychiczne ludzi i po zebraniu większej ilości danych jestem w stanie określić przyczynę czyjegoś stanu/zachowania i określić w przybliżeniu jego przyszłe reakcje (a nawet na pewien czas "przyjąć" czyiś sposób myślenia). (...)Natomiast mam dużo empatii i zrozumienia dla osób, które są przez większość nierozumiane.

Ja podobnie, "wyczuwam" jakim ktoś jest człowiekiem, mniej więcej jaki jest jego sposób myślenia, poglądy na świat, co czuje w danym momencie, dlaczego jest jaki jest. Też mam więcej zrozumienia dla osób, których inni nie rozumieją, które jakoś odstają.

 

Nie wiem kim jestem. W środku zawsze czuję się obco między ludźmi,ciągle sam ze sobą prowadzę monolog wewnętrzny. Jestem kimś, kto obserwuje z daleka, a nie uczestnikiem tego świata. I czuję ogromną tęskonotę za jakimś, może nieistniejącym, "kimś" podobnym, kto by mnie zrozumiał i z kim mógłbym wejść w prawdziwą interakcję.

Z tym też się utożsamiam.

 

A myśli "dziwnych" mam wiele, może "dziwnych" dlatego, że są oparte na znane tylko mnie dość abstrakcyjne konstrukty logiczne; np. refleksje o tym jak działa świat, jak działają ludzie, ich umysły, rozważania na temat sensu istnienia. Nie jakieś "magiczne", jestem bardzo logiczny i mam obsesje na temat prawdy absolutnej, chcę widzieć taki jakim jest.

To nie są dziwne myśli ;) Wielu ludzi o tym rozmyśla, niektórzy się tymi przemyśleniami dzielą, inni nie. A niektórzy pewnie się nie dzielą, bo są pewni, że jak rzucą taki temat na forum publicznym to inni się tylko popukają w czoło. Niekoniecznie musi tak być.

 

Mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię. Kiedy czytałem interesującą powieść, to świat zewnętrzny przestawał dla mnie istnieć, a w wyobraźni wyświetlał mi się film, o rzeczywistości przypominałem sobie tylko kiedy musiałem przewrócić stronę. Świat przedstawiony wciągał mnie tak, jakbym był osobiście uczestnikiem zdarzeń. Dlatego mam skłonności, żeby się odrywać pod wpływem stresu od rzeczywistości.

Też mam dużą wyobraźnię. Nie potrafię powiedzieć ile książek napisałam (w głowie) ;) To jest strasznie wciągające. Często uciekałam w marzenia, żeby oderwać się od stresującego życia, ale to nie rozwiązuje problemów, a tylko pogłębia izolację.

 

Teraz o moim dzieciństwie, bez maski. Byłem dzieckiem nadwrażliwym, bardzo nieśmiałym i lękliwym. (...)

We wczesnym dzieciństwie miewałem stany odrealnienia, takie, że zastanawiałem się, czy coś przeżywam naprawdę, czy to jest sen. Często świat wydawał mi się tajemniczy, dziwny i czasem przerażający. Np. pamiętam gdy spędzałem czas w jakimś dużym ośrodku wakacyjnym. I tam np. bałem się chodzić jakimś pustym, rozległym korytarzem, albo jak mi piłka spadła w dół, gdzie były schody do kotłowni czy pralni to bałem się zejść w półmrok, jakby coś mnie tam miało zjeść, zwłaszcza gdy dochodziło stamtąd głośne buczenie maszyn przemysłowych. Wtedy kombinowałem ,żeby kogoś delikatnie namówić, żeby tą piłkę przyniósł, ale wstydziłem się swojego lęku. Gdy już sam zszedłem, to uciekałem stamtąd jak najszybciej się da :). Pamiętam atmosferę tych miejsc, skrzypiące drzwi, duszny zapach stołówki, charakterystyczną fakturę kafelków, nieświeży zapach kotów i papierosów w pewnym domu. Miałem bardzo wyostrzone zmysły, słyszałem bardzo ciche dźwięki (nadal), a zbyt intensywne zapachy mnie męczyły. Może przez to, że rejestrowałem bardzo dużo szczegółów, te wszystkie bodźce były przytłaczające. W każdym razie bałem się zostawać sam (lub z obcymi dorosłymi) w obcych miejscach (chyba, że we własnym tymczasowym pokoju) (...) Gdzieś pod czaszką permanentnie odczuwałem takie "wirujące" poczucie zagrożenia. I zagubienia. W moim miejscu zamieszkania bałem się wychodzić z bloku na zewnątrz. Kiedy miałem coś kupić, to leciałem biegiem do sklepu i z powrotem, jakbym miał jakąś niebezpieczną misję do spełnienia, a ulica była pełna zagrożeń i chodzących trupów.

Tak bardzo ja ;)

 

Z rówieśnikami niezbyt potrafiłem się bawić, chyba ,że ktoś z dorosłych zaanimował zabawę, albo znałem reguły tej zabawy (np. piłka nożna) to mogłem dołączyć, albo jeśli ktoś z kolegów ustalił co mamy robić. Ale nie przepadałem za takim normalnym rozmawianiem i przebywaniem z rówieśnikami. Nie miałem z nimi wspólnych tematów, poza tym nie czułem się pewnie pośród ich impulsywnych zachowań i głupich pomysłów; ani nie potrafiłem się "wkręcić" w towarzystwo. Wolałem towarzystwo i rozmowy z dorosłymi, bo byli bardziej "poważni" i przewidywalni.

Ja lubiłam się bawić z rówieśnikami, ale czułam się zawsze niepewnie. Dorośli byli w tej materii lepsi, nie miałam takich obaw, że mnie ocenią i można było z nimi pogadać na poważniejsze tematy.

 

Już od wczesnego dzieciństwa miałem dziecięce marzenia, że znajdę kiedyś swoją drugą połówkę, z którą będziemy razem odkrywać (tajemniczy) świat, z którą nawiążemy bardzo silną więź intelektualną i będziemy się rozumieć bez słowa.

Ja też.

 

Czasem zastanawiam się, czy istnieją gdzieś ludzie, którzy również czują ,od dziecka, psychicznie absolutną samotność i wyalienowanie od świata, tak jakby byli za szybą, przez którą nie mogą się przebić.

Absolutnego wyalienowania może nie czuję, ale samotność i względną inność owszem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Też unikałam ludzi. Jak tylko próbowałam się z kimś zaprzyjaźnić, to po pewnym czasie okazywało się, że mój stopień zaangażowania w tę relację był niewspółmiernie wysoki w stosunku do zaangażowania drugiej osoby. Ludzie chyba czuli, że się narzucam. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie warto szukać bliższej relacji, bo to tylko powoduje cierpienie.

 

To chyba wątek osobowości zależnej. To straszne, kiedy wypruwasz sobie flaki dla kogoś, a okazuje się, że tego kogoś ranisz, bo za bardzo się narzucasz.

 

Jeśli ktoś chce pogadać, to proszę o kontakt na maila, a jeśli mój mail się nie wyświetla (ja na przykład nie mam opcji skontaktowania się z nikim przez mail, może to kwestia za malej ilości napisanych postów) , to proszę o kontakt na PW, a powiadomienie o PW i tak przyjdzie na mail...Bo muszę opuścić to forum (ze względu na kogoś).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jeszcze 3:

 

 

Ja podobnie, "wyczuwam" jakim ktoś jest człowiekiem, mniej więcej jaki jest jego sposób myślenia, poglądy na świat, co czuje w danym momencie, dlaczego jest jaki jest.

 

O, dokładnie tak. Tylko nie można przesadzić z symulowaniem bycia inną osobą, żeby się za bardzo nie upodobnić (chociaż mam i na to "bezpieczniki"), poza tym sposób myślenia innej osoby jest często nieprawidłowy. I staram się czasem naprowadzić daną osobę, znając błędy w jej ścieżkach myślenia...A do określenia tego, co jest prawidłowe, a co nie, potrzebuję analizy i przywiązania do obiektywnej rzeczywistości. Nic nie czuję "sam z siebie". Chociaż nie da się wszystkiego wiedzieć, więc mam ciągły problem - nie wiem jaki sposób postrzegania świata/zachowania się/ jest prawidłowy, inaczej bym się odpowiednio nastawił i dostosował. Robiłem już wiele, rozkładałem swoją psychikę na czynniki pierwsze, nawet - jak to ktoś kiedyś określił "masochistycznie", zmieniałem swoją percepcję i odbiór rzeczywistości wg. różnych koncepcji i nadal nie wiem nic. Do psychocosiów nie mam zaufania, bo raz: nigdy się "na żywo" przed nikim nie wyzewnętrzniałem z mojego wewnętrzngo życia, dwa: to w końcu obcy czlowiek, któremu niezbyt zależy na moim życiu, trzy: zawsze wszystko robiłem sam, robiłem to najlepiej jak potrafię, a jeśli ktoś coś robił za mnie to zwykle wyniki były marne; więc ciężko mi powierzyć obcej osobie tak dużą odpowiedzialność.

 

Nie wiem też, co jest pierwotne, a co jest wtórne - czy ta umiejętność "wczucia się" w drugą osobę jest wrodzona, czy wykształciła się jako mechanizm kompensacyjny - bo musiałem udawać, stwarzać pozory i lepiej ich zrozumieć, żeby się dostosować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
To chyba wątek osobowości zależnej. To straszne, kiedy wypruwasz sobie flaki dla kogoś, a okazuje się, że tego kogoś ranisz, bo za bardzo się narzucasz.

Nie wiem, chyba nie. Aż tak, żeby kogoś zranić to się nie narzucałam. Może po prostu mnie nie lubili w takim stopniu, w jakim ja ich lubiłam.

 

Robiłem już wiele, rozkładałem swoją psychikę na czynniki pierwsze, nawet - jak to ktoś kiedyś określił "masochistycznie", zmieniałem swoją percepcję i odbiór rzeczywistości wg. różnych koncepcji i nadal nie wiem nic.

Hm... Chyba miałam coś podobnego. Wspominam to bardzo niedobrze. Wtedy czułam się jakbym wariowała.

 

Nie wiem też, co jest pierwotne, a co jest wtórne - czy ta umiejętność "wczucia się" w drugą osobę jest wrodzona, czy wykształciła się jako mechanizm kompensacyjny - bo musiałem udawać, stwarzać pozory i lepiej ich zrozumieć, żeby się dostosować.
'

U mnie jest prawdopodobnie pierwotna, bo jestem INFP, więc umiem się wczuć w innych.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

forget-me-not, piszesz, że nie wiesz kim jesteś, a potem leci długi opis Twojego sposobu myślenia i postępowania. Wynika z niego, że jesteś myślicielem o dużej inteligencji intra i interpersonalnej. Jednocześnie zagubionym bardzo człowiekiem, który od dzieciństwa starał się nikomu nie wadzić, postępować tak, by ludzie go lubili i akceptowali. Za bardzo dałeś innym wejść sobie na głowę. Zachęcam do buntu. Bo chyba Twoi rodzice chcieli wyhodować idealnego syneczka i wytresowali w Tobie niewiarę w siebie, w to, że jesteś ok taki jaki jesteś, nie będąc perfekcyjnym uczniem biorącym udział w olimpiadach.

 

Pierwsza lekcja wychowawcza w liceum. Przedstaw się i swoje zainteresowania. 'Mówić prawdę, czy wymyślać? Zainteresowania zbyt "dojrzałe" jak na ten wiek: filozofia, psychologia, psychiatria - mogą mnie wziąć za wariata.

 

Wstydziłeś się, ze jesteś zbyt dorosły jak na swój wiek i potrzebowałeś dopasować do innych.

 

W liceum wytrzymałem półtora roku. Przebywanie wśród ludzi mnie przesilało. Ciągłe planowanie obok kogo usiąść, do kogo zagadać,co powiedzieć, każda czynność wyzwalająca nieproporcjonalnie wysoki poziom stresu. Nawet było kilka miłych osób, ale ja nie potrafiłem zbliżyć do ludzi ani emocjonalnie, ani intelektualnie.

 

Jak od siebie za dużo wymagałeś, to tak samo od innych.

 

Mam dość dużą samoświadomość oraz samokontrolę. Potrafię "hakować" swój umysł - za pomocą analizy zmieniać swój stan psychiczny. Nauczyłem się też jakby "czytać w myślach" - tworzę sobie modele psychiczne ludzi i po zebraniu większej ilości danych jestem w stanie określić przyczynę czyjegoś stanu/zachowania i określić w przybliżeniu jego przyszłe reakcje (a nawet na pewien czas "przyjąć" czyiś sposób myślenia). Właściwie nie widzę w ludziach ludzi, tylko modele. Nie utożsamiam się z nimi. Ich emocje są mi obce, a nawet, impulsywne, egzaltowane emocje budzą we mnie jakiś wstręt. Natomiast mam dużo empatii i zrozumienia dla osób, które są przez większość nierozumiane.

 

No bo jesteś wrażliwy.

 

Miałem nawet dziwaczne fantazje o tym, czy można by się z nią nauczyć komunikacji za pomocą telepatii.

 

Autyzm 8) zaleciało Sheldonem z The Big Bang Theory

 

Czasem zastanawiam się, czy istnieją gdzieś ludzie, którzy również czują ,od dziecka, psychicznie absolutną samotność i wyalienowanie od świata, tak jakby byli za szybą, przez którą nie mogą się przebić.

 

Na pewno. Myślę, ze jesteś bardzo samotnym człowiekiem, który w dodatku nie lubi siebie. Może jakbyś spróbował z ludźmi w realu się pospotykać, to zszedłbyś bardziej na ziemię. Nie mów, że nie masz tożsamości, bo masz bogate życie wewnętrzne. Wychowano Cię w ten sposób, ze siedzisz i czekasz aż ktoś Ci powie, co czujesz i kim jesteś i co masz robić. Stąd ta dezorientacja. Masz potencjał, myślę że jesteś już dorosły, więc możesz żyć po swojemu i nikt nie ma prawa Cię oceniać. Poszukaj jakiegoś autorytetu, dużo jest ludzi, którzy zmienili swoje życie na lepsze. Dla mnie np. autorytetem jest Beata Pawlikowska.

 

Do psychocosiów nie mam zaufania, bo raz: nigdy się "na żywo" przed nikim nie wyzewnętrzniałem z mojego wewnętrzngo życia, dwa: to w końcu obcy czlowiek, któremu niezbyt zależy na moim życiu, trzy: zawsze wszystko robiłem sam, robiłem to najlepiej jak potrafię, a jeśli ktoś coś robił za mnie to zwykle wyniki były marne; więc ciężko mi powierzyć obcej osobie tak dużą odpowiedzialność.

No i prawidłowo, przynajmniej się nie rozczarujesz. Dostrzeż swoje zalety. Zaakceptuj że jesteś introwertykiem i obserwatorem. Polecam książkę "Sila introwersji".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Za bardzo dałeś innym wejść sobie na głowę. Zachęcam do buntu.

Tak. Dość intensywnie wchodzono mi na głowę.

 

Tu już nie ma przeciw czemu się buntować, za mną jest gruz i pogorzelisko.

 

Bo chyba Twoi rodzice chcieli wyhodować idealnego syneczka i wytresowali w Tobie niewiarę w siebie, w to, że jesteś ok taki jaki jesteś, nie będąc perfekcyjnym uczniem biorącym udział w olimpiadach.

 

Dla matki byłem zabawką. Nie wystarczało jej, że dobrze się uczę, miała do mnie pretensje/awantury, że nie mam przyjaciół oraz że się nie uśmiecham. Kiedyś się poryczała, bo nie chciałem iść na imprezę szkolną, mówiła że nie ma normalnego dziecka.

Jeśli rodzice mnie za coś chwalili, to za rzeczy, które nie były dla mnie ważne (za które nawet nie oczekiwałem pochwały, w pewnym sensie ich pochwały mnie drażniły, w moim odczuciu, subiektywnym były dość protekcjonalne), które były po ich myśli. Nigdy nie pytali o to, co nie interesuje, nigdy nie miałem od nich żadnego wsparcia w kwestiach, które były dla mnie ważne. Zresztą w wieku około 9 lat zupełnie straciłem zaufanie do matki (bo gdy mówiłem jej o moich problemach, to ona później stosowała to do układania pretensji) i przestałem z nią szczerze rozmawiać.

Nie miałem własnego kąta w domu, formalnie miałem własny pokój, ale ponieważ ciągle do niego ktoś wchodził, bo stały tam szafy innych domowników, to należało by go zredukować do kąta z biurkiem. Który też nie był mój, bo matka regularnie wpierdalała się we wszystko np.:

"robiła porządek", gdy miałem 'twórczy nieład' na biurku (wiedząc wszystko co gdzie leży), układała mi zeszyty tak, że przez 20 minut nie mogłem znaleźć właściwego, czy jakiejś notatki, która wcześniej leżała na biurku. Prawie codziennie ten sam problem, a matka zawsze się wypierała, że to ona nie schowała mi zeszyt, czy inną rzecz, którą potrzebowałem. Przyznawała się dopiero po awanturze, że jakiś zeszyt co leżał na biurku wzięła i schowała na półkę, ale to "nie jej wina, bo chciała dobrze".

- przestawiała mi meble w pokoju, czasem kilka razy w miesiącu, zwłaszcza gdy przez jeden lub kilka dni nie było mnie w domu. Przyjeżdżałem, a tu łóżko stoi w innym końcu pokoju, biurko w innym, szlak mnie od tego trafiał, ale moje zdanie się nie liczyło. Miała swój dom dla lalek i nim się bawiła.

 

Gdy się buntowałem przed wpieprzaniem się w moje sprawy zawsze słyszałem "ale my chcemy Ci zawsze dobrze". Jestem jedynakiem, więc często marzyłem o rodzeństwie - tylko dlatego, żeby się ode mnie odpierdolili i zajęli wreszcie kimś innym; ciągle czułem na plecach ich uwagę.

 

W domu cały czas grały dwa telewizory, od których dostawałem kurwicy, za oknem hałas od ruchliwej ulicy, domownicy często kłócili się podniesionym tonem o jakieś pierdoły stosowne do ich poziomu inteligencji ("my się nie kłócimy, tylko rozmawiamy" - tłumaczyli mi rodzice jak do debila). Cisza była tylko w nocy. I to właśnie dlatego bardzo często zarywałem nocki, bo miałem wtedy przestrzeń dla siebie (a nad ranem bywałem nieprzytomny, budziły mnie krzyki i wrzaski, że mam iść do szkoły, ze względu na depresję nie było łatwo wstać z łóżka, więc robiłem wszystko automatycznie, jak zombi; do szkoły szedłem w jakimś odrealnieniu).

 

 

 

Wstydziłeś się, ze jesteś zbyt dorosły jak na swój wiek i potrzebowałeś dopasować do innych.

 

Nie wiem czy zbyt dorosły - zainteresowania w tym okresie miałem rzeczywiście dość dojrzałe, ale moje umiejętności społeczne zbyt dojrzałe nie były.

 

Jak od siebie za dużo wymagałeś, to tak samo od innych.

 

Chyba nigdy nie jest za dużo ;-)

 

Autyzm 8) zaleciało Sheldonem z The Big Bang Theory

 

Sheldon to postać fikcyjna, a postacie fikcyjne nie mają zaburzeń neurorozwojowych (ewentualnie mogą mieć odwzorowane niektóre objawy, ale jakość ich przedstawienia zależy od tego, czy scenarzysta odrobił lekcje), więc generalnie niezbyt nadają się do takich bezpośrednich analogii.

 

Myślę, ze jesteś bardzo samotnym człowiekiem, który w dodatku nie lubi siebie.

 

Zgadza się.

 

Może jakbyś spróbował z ludźmi w realu się pospotykać, to zszedłbyś bardziej na ziemię.

Masz rację, już trochę popróbowałem i działa.

 

Nie mów, że nie masz tożsamości, bo masz bogate życie wewnętrzne.

 

Brak tożsamości nie łączy się z brakiem życia wewnętrznego, to zupełnie inna kwestia.

 

Wychowano Cię w ten sposób, ze siedzisz i czekasz aż ktoś Ci powie, co czujesz i kim jesteś i co masz robić. Stąd ta dezorientacja. Masz potencjał, myślę że jesteś już dorosły, więc możesz żyć po swojemu i nikt nie ma prawa Cię oceniać.

 

W pewnym sensie tak. Ale mimo, że już od dawna nie zwracam uwagi na oceny innych (poprzez liczne konfrontację wyrobiłem sobie odporność), to nadal mam kryzys decyzyjny, kryzys motywacji. Co się kiedyś rozwaliło - się nie zrosło. Tak naprawdę nic mi nie sprawia przyjemności, więc nie mam celów. Czuję się mentalnie chodzącym trupem. Niezdolnym do normalnego życia. Do działania motywuje mnie tylko złość...i desperacja.

Chociaż ostatnio próbuję z tego wyjść, ale normalne funkcjonowanie okazuje się bardzo skomplikowane, jak i relacje z innymi ludźmi...

 

W sumie jedyną osobą, której powinno zależeć na moim życiu jestem JA. A mi niezbyt zależy...

 

Poszukaj jakiegoś autorytetu, dużo jest ludzi, którzy zmienili swoje życie na lepsze.

 

Nie mam autorytetów.

 

 

W sumie to nie wiem po co o tym piszę, i tak zwykle nie zwracam uwagi na niczyje rady, ufam tylko własnym przemyśleniom, no ale może coś wpadnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×