Skocz do zawartości
Nerwica.com

Nieśmiałosc + depresja + nerwica = niefajnie... :(


Zviezda

Rekomendowane odpowiedzi

Witam wszystkich. Na wstępie przedstawię się - na imię mam Mateusz. A o to moja historia: Od dziecka byłem chorobliwie nieśmiały, zapewne przez moje kompleksy...(otyłość) W wieku tak od 6,7 do 13 lat(w wieku 13 lat schudłem, ale pozostały inne kompleksy) wszelkie wystąpienia publiczne, odpowiedzi przy tablicy, kontakty z płcią przeciwną kończyły się tzw. paleniem cegły oraz niesamowicie wielkim stresem, który mnie paraliżował(bywały oczywiście wyjątki). Ogromnie obawiałem się tego jak mnie inni oceniają i po prostu bałem się obcych mi ludzi... Nie potrafiłem rozmawiając i patrzyć im w oczy. Latka leciał i bardzo, ale to bardzo powoli moja nieśmiałość malała. Już potrafiłem patrzyć ludziom w oczy(progres : D), ale niestety stresu i palenia cegły nie pozbyłem się... Jak kogoś dobrze poznałem to nie miałem co się wstydzić, ale w kontaktach z obcymi stres zawsze mnie zjadał.... Kontynuując skończyłem gimnazjum no i wybrałem się do nowej szkoły - LO. Ehhh i tu najgorszę... Szkoła ta była niesamowitym bastionem stresu - nienawidziłem tam chodzić, sama myśl o tym, że muszę pójść do szkoły powodowały odruchy wymiotne... wynikało to zapewne z faktu, że nauczyciele wywyższali się ponad uczniów, byli panami życia i śmierci(oni decydowali o tym, czy zdasz...), traktowali uczniów jak śmieci... zaj*** nas pracami domowymi, kartkówkami, klasówkami. Nauczyciele byli po prostu stronniczy i jeżeli zalazłeś mu za skórę to był gotów złamać szkolne przepisy(WSO -wewnątrz szkolny system oceniania) żeby Cię załatwić. Nigdy nie byłem prymusem... ale uczyłem się na tyle ile byłem wstanie. Na szczęście jakoś udawało mi się z tej klasy do klasy przeskakiwać na 2... Dodać do tego można jeszcze fakt, że trafiłem do "najgorszej" klasy w opinii nauczycieli - również też tak sądziłem i sądzę. Chodziłem do klasy z dwulicowymi, zakłamanymi ludźmi... oni wiedzieli, że każdy mój pobyt w tej szkole związany jest z ogromnym stresem i wykorzystywali to - docinki, obgadywanie oraz próbowali mnie nabierać, że dziś jest jakaś klasówka/odpytywanie i mieli znakomity ubaw z tego, że się stresuję. Próbowałem się z nimi jakoś zintegrować, ale nie bardzo to wychodziło(z wyjątkami, 2-3 osoby mi podchodziły z tej klasy:P)... nie chcieli mnie do swojego grona pomimo, że się b. starałem. Gdy trzeba było mieć jakąś odrobiona prace domowa to zawszę znajdowali się jacyś amatorzy na moją pracę, ale gdy ja chciałem od nich coś to była olewka...

Każdy wolny dzień od tej szkoły, tej klasy był niesamowitą ulgą... Dalej - to było w 2 klasie na 2 semestrze, gdzieś tak w styczniu.

Byłem tak wyczerpany tą nauką, chodzeniem do szkoły, zestresowany. Doszedłem do wniosku, że popełniłem życiowy błąd wybierając tą szkołę i nie nadaję się... zacząłem się zrywać, aż któregoś dnia stwierdziłem, że mam gdzieś tą szkołę i w konsekwencji rzuciłem ją... I od tamtego momentu wszystko się delikatnie mówiąc popsuło... - przestałem w ogóle odczuwać szczęście, nic mnie nie cieszyło. Żadne materialne przedmioty nie mogły sprawić mi radości. Kiedyś to nawet takie nie wielkie rzeczy np. oo dostałem od kogoś batona i jestem happy : D sprawiały wiele radości, a dziś... Zaczęły się problem ze snem(zasypiam dopiero koło godziny 1,2 w nocy i budzę się tejże nocy z 100 razy). Następnego dnia jestem niewyspany i mam migrenę. Ciężko jest mi się skoncentrować, skupić na czymś. Straciłem jakiekolwiek ambicję, mam gdzieś naukę(po co mi ona? Nawet jakbym miał doktorat z nie wiadomo czego to i tak nie sprawi to, że będę szczęśliwy). Nie chce mi się nic... chociaż ostatnio sporo jeżdżę na rowerze - tak, wiem że pogoda nie jest najlepsza, ale uwielbiam takie skrajne warunki. Jak wracam z jazdy rowerem taki zmęczony to czuję pewną satysfakcję i zadowolenie(podobne uczucie do szczęścia, ale to jeszcze, jeszcze nie to). No i tak już kombinuję 2 lata jakby tu być szczęśliwym, a tu lipa... Palenie cegły, silny stres nie zniknął, ale z kontaktami międzyludzkimi jest coraz lepiej tzn. jak pracowałem w poprzednim roku i w wakacje to widziałem znaczący progres! Burak na twarzy pojawiał się coraz rzadziej, stres również, nawiązałem sporo nowych znajomości. Niestety jak rzuciłem pracę i siedziałem tak dłuższy czas w domu to mam wrażenie, że te wszystkie moje małe sukcesy utraciłem(tak jakbym się cofał w tej kwestii).

No i na koniec mam już dosyć takiego życia, bo jest strasznie ***** i tęsknię do tego co było jeszcze przed LO. Co powinienem zrobić? Psychiatra? Z góry dziękuje za pomoc :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Odrzucenie a w konsekwencji wycofanie. Rozumiem to. Ale właściwie po co nam ta akceptacja innych? Zcieramy się o nią jak lwy, krzywdząc wyłącznie siebie, bo przecież oni przez sekundę nie pomyślą że nas coś boli - pieprzone polskie lodowate społeczeństwo, pustka we łbie i nic poza tym. Banały. Zależy. Mnie pomogły. Grunt że akceptujesz choć w jakiejś części siebie. Szanuję ludzi, którzy jeżdżą na rowerze. Sama to robię. Pamiętaj szczęście możesz dać sobie sam. A i tak będziesz spotykał ludzi godnych - TYM RAZEM, TWOJEJ UWAGI. :great:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×