Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
niejestdobrze

Witam

Rekomendowane odpowiedzi

Witam. Założyłam konto na tym forum, ponieważ pomyślałam, że może znajdę jakieś wskazówki, które pomogą mi polepszyć swój stan. Oczywiście mam również zamiar starać się jak najlepiej doradzić Wam.

Nie mam zdiagnozowanej żadnej choroby, można jedynie przypuszczać.

W ogromnym skrócie o mnie: Bezsens życia mnie przytłacza. Nie mogę się cieszyć, wszystko wokół udowadnia mi, że życie jest okropne. Mam dosyć, nie potrafię prawidłowo funkcjonować. Kiedy powinnam udowadniać ludziom, że jestem silna i dam radę, ja się poddaję, pokazuję im, że mają rację. Wszystko zaczyna być mi obojętne, wpadam w dół, z którego nie mogę się wydostać.

Mam nadzieję, że uda Nam się jakoś wzajemnie pomóc, i że przyjmiecie mnie do swojego grona.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

życie jest okropne bo nikt sie nie pchał na świat a życie to tylko walka o jakośc życia.każdy żyje tylko poto żeby walczyć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Oczywiście, że się nie pchałam, jeśli miałabym wybór to zrezygnowałabym z życia. Odechciało mi się walczyć, nie mam siły. Pomimo moich starań, jakość życia pozostaje ta sama, jestem coraz bliżej zrezygnowania.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

piszesz że nie jesteś chora a jakośc pozostaje ta sama-samotnośc tylko u osób niepełnosprawnych i upośledzonych-czy chcą czy nie chcą czy się poddają czy się buntują.jak coś ci się stanie na deser dostajesz samotność na zawsze automatycznie.wez to pod uwagę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wszyscy chorzy psychicznie i upośledzeni muszą żyć samotnie. Tak samo nie tylko oni, przecież na przykład ludzie 'zdrowi' też mogą być samotni. Nie ma na to reguły. Zależy co miałoby mi się stać. Jeżeli miałabym zachorować to mam nadzieję, że znalazłby się ktoś, dzięki komu nie czułabym się samotnie. Dlaczego uważasz, że czekałaby mnie samotność? Dlaczego na zawsze?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

zdrowi ludzie tylko chcą być samotni i są samotni z wyboru nie z wyroku.jeśli chodzi o choroby nikt nikogo nie olewa z powodu dziur w zębach,kataru czy pryszczy na plecach.mam na myśli nowotwory,niedotlenienie mózgu,przerwanie rdzenia kręgowego czy schizofrenie,zespół downa,niedorozwój umysłowy.jak ci się zrobi dziura w zębie nikt nie pomyśli o tobie uciążliwa i nie będzie cie dziobać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nikt nie chce być samotny. To, że ktoś jest zdrowy i samotny niekoniecznie oznacza, że jest z własnej woli. Nie traktuj wszystkich ogólnikowo, bo żeby ocenić czy ktoś samotny jest z własnej woli, czy też nie należy poznać daną osobę trochę bardziej. Nie da się stwierdzić niczego na podstawie schematów. Nie można powiedzieć, że tacy i tacy ludzie są samotni z własnej winy, a tacy i tacy z winy innych. To, że ktoś jest chory nie oznacza, że musi zostać sam. Znam wiele przypadków i Ty pewnie też, w których osoby chore nie zostały same, mają kogoś, kto je wspiera, kto pomaga im walczyć. Jeżeli są nieuleczalnie chore to zawsze mają u swego boku osobę, która będzie z nimi do ostatnich chwil. Nie można stwierdzić, że ludzie zdrowi olewają ludzi chorych, bo będzie to błędne stwierdzenie. Jest wiele osób chętnych do pomocy, więc jeszcze raz powtórzę, nie można powiedzieć tego ogólnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

niejestdobrze-

przeczytalam kiedys,że to co wzmaga nasze przypadlosci jest to ze probujemy caly czas byc pod kontrola, pilnowac sie zeby sie nie dac skrzywdzic, osmieszyc itp. i tak naprawda to nakrecanie sie ten strach przed lękiem jest sila potengujaca stres i objawy. zaczynamy winic siebie za to co sie z nami dzieje i spada nasze poczucie wartosci. i tak zaczyna sie bledne kolo

piszesz ze powinnas udowadniac ludzia ze jestes silna- nie musisz, tak naprawde nie Twoja wina ze czujesz sie tak jak czujesz, a wierz mi im bardziej sie bedziesz starac zeby odzyskac kontrole tym bardziej sie zatniesz ( bylam tam milliony razy..). tylko pamietaj ze swiat wyglada lepiej w rzeczywistosci niz w naszych glowach i ze nic ci nie grozi, a najprawdopodobniej wszystko sie ulozy :).

nie wiem na jakim etapie jestes, wiem ze 2- 3 miesiace temu palilam co noc w oknie i zastanawialam sie czy nie wyskoczyc, a taka sciema jaka napisalam by mnie tylko zdenerwowala ;). bardzo pracuje nad ta akceptacja, ale to nie jest latwe zwlaszcza jak po 3-4 dobrych dniach budze sie i nie mam sily wstac z lozka. niestety tego typu problemy nie przechodza z dnia na dzien, trzeba najpierw nauczyc sie z nimi zyc i powoli siegac do zrodla

poszukaj terapeuty nie siluj sie sama- nic nie pomaga bardziej niz obiektywna rzyczliwa perspektywa

rzycze powodzenia :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Każde przypadłości są inne, nie można powiedzieć, że wszystkie są przez nadmierną kontrolę. Jendakże jest to czynnik, który sprawia, że dochodzimy do takiego stanu. Faktycznie ten strach, stres są jednymi z przyczyn błędnego koła.

Niestety nie zgodzę się z tym, że nie powinnam. Otóż wszyscy mają mnie za leniwą, albo uważają, że taki mam charakter, a tak nie jest. Ja naprawdę nie potrafię się cieszyć, żyć pełnią życia. I to nie wynika z tego, że taka już jestem. Nie wiem dlaczego tak mam, ale wiem, że powinnam pokazać ludziom, że wcale taka nie jestem. Ale ja zamiast im udowodnić, pokazuję, że mają rację, czuję ogromną bezsilność, bo naprawdę nie jestem w stanie im tego pokazać. Ja przestaję się starać, być może już się zacięłam. Jeśli czegoś nie zrobię to na pewno coś mi grozi, chociażby pogorszenie stanu. Wątpię żeby wszystko się ułożyło, tymbardziej że wcale się nie zapowiada.

Na etapie myśli samobójczych jestem już dawno. Do czynów raczej narazie nie dojdzie, aczkolwiek bym chciała. Też chciałam wyskoczyć, ale jakoś się powstrzymuję. Bardzo często chciałabym rzucić się pod jakiś samochód, czy pociąg, ale to tylko myśli. Myśli, które narazie mam nadzieję NARAZIE nie przerodzą się w czyny.

Ja gdybym miała możliwość leżałabym zapewne dniami, ale nie mogę pokazać po sobie, że coś mi jest. Wiele rzeczy robię z przymusu, bo na to nie mam wpływu. Ja nie mogę podzielić dni na złe i dobre. Dla mnie wszystkie są złe.

Niestety nie mam zbytnio możliwości skorzystania z pomocy terapeuty, poza tym ja nie chcę. Chciałam poradzić sobie z tym wszystkim sama, ciągle jednak przekonuję się, że sobie nie dam rady...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Otóż wszyscy mają mnie za leniwą, albo uważają, że taki mam charakter, a tak nie jest. Ja naprawdę nie potrafię się cieszyć, żyć pełnią życia. I to nie wynika z tego, że taka już jestem. Nie wiem dlaczego tak mam, ale wiem, że powinnam pokazać ludziom, że wcale taka nie jestem. Ale ja zamiast im udowodnić, pokazuję, że mają rację, czuję ogromną bezsilność, bo naprawdę nie jestem w stanie im tego pokazać. Ja przestaję się starać, być może już się zacięłam. Jeśli czegoś nie zrobię to na pewno coś mi grozi, chociażby pogorszenie stanu. Wątpię żeby wszystko się ułożyło, tymbardziej że wcale się nie .

 

Też mam coś podobnego, świadomość potrzeby zmian i niemożliwość ich wprowadzenia. To co u innych występuje normalnie, niezauważenie. Po prostu coś zawiodło i niema się tego drygu, człowiek zdaje sobie z tego sprawę i to jest niemiłe. Jakby człowiek był troglodyta, to w ogóle by się tym nie przejmował, ale ze bozia obdarzyła jakimś tam rozumem i ponad przeciętna wrażliwością, rozpływa się nad każdą swoja porażką. Dlatego widzi ich się tak wiele.

 

Witam:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Widzisz sesto, chociaż mnie rozumiesz. Zawiodłam się wiele razy, ale najgorsze jest to, że najwięcej na sobie. Niestety wrażliwość nie jest moją mocną stroną a porażki nie idą w zapomniane.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

niejestdobrze, Rozumiem, rozumiem:) niestety naszym najgorszym wrogiem jesteśmy my sami (ale tez przyjacielem) Trudno się zmienia otoczenie, a co dopiero siebie i swoje dziwy narastające przez lata i wywodzące sie na braku należytych podstaw. Potrzeba do tego czasu. Wiadomo, ze nic jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki nie zniknę i niema na to też żadnej czarodziejskiej tabletki, trzeba sobie to rozbić na drobne kroki i sukcesywnie dążyć. Łatwo tak się pisze- sukcesywnie, dobre nastawienie, nie przejmować się... jak życie nam ucieka i niema się ochoty wstać łóżka - ja o tym wiem, ale te banały i jakiś tam plan, naprawdę dają efekt. Poza tym, należy pamiętać, ze na początku będzie zawsze najgorzej, potem będzie się to zmieniać, może nas to w jakiś sposób uszlachetnić, ale też zostawić wewnętrzne bariery. Wiec praca nad sobą to jedno, a opinia eksperta to drugie, bo to jednak trochę głupie samemu sobie stawiać diagnozy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja absolutnie nie stawiam sobie żadnej diagnozy.

Wiem, trzeba nad sobą pracować, ale mi się całkiem odechciało. Nie mam siły, nie mogę zacząć czegoś ze sobą robić. Wiem, że nikt inny za mnie tego nie zrobi, ale ja chyba też nie. Zawsze będzie najgorzej na początku, ale ja za szybko się poddaję, nie potrafię przeczekać nawet tego początku. Nie dam rady znowu zacząć czegoś ze sobą robić. Nie wiem jak z tego wyjdę, ale jest jeszcze szansa, że jakimś cudem mi się polepszy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

niejestdobrze,

Wiem, nie biłem do ciebie, tak napisałem. Stwierdzenie,,co jemu jest'' jest czasami trudne dla osób które zajmują się tym profesjonalnie.

Trzeba się chyba zmusić. Jest jakaś osoba co mogła bycie wspierać? Napisanie o tym - to jeden krok, powiedzenie tego komuś - to zapewne następny, porada specjalisty - tez. To są małe kroki, ale za tym musi coś iść. Wszyscy sobie zdajemy z tego sprawę, umiemy to opisać, dostrzegamy, że coś jest nie tak - to też sukces, ale opisywanie i wywalanie z siebie to nie wszystko. Trzeba się zmobilizować i ruszyć wielopłaszczyznowo, powoli. Dlatego warto żeby ktoś o tym wiedział, wspierał nas i w ogóle.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie mam takiej osoby, której mogłabym powiedzieć wszystko, co do słowa. Nie ufam nikomu na tyle, żeby o tym mówić. Niestety drugi i trzeci krok odpada. Nie chcę z nikim o tym rozmawiać, bo nawet nie ma z kim, a do specjalisty się nie wybiorę.

Jest osoba, która próbowała mnie wesprzeć, ale to też mnie nie zmobilizowało. Nie potrafię się zmusić. To wszystko stało mi się tak obojętne, że nic mnie nie rusza.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Może poza swoimi schorzeniami masz po prostu wyższy próg szczęścia niż inni ludzie. Ja dużo analizowałem swoje życie ostatnimi czasy i doszedłem do takiego właśnie wniosku. Np wiem ,że nie założe rodziny dopóki nie zaczne aktywnie rozwijać swoich zainteresowań, nie zaczne ich rozwijać dopóki nie zgromadze odpowiedniego kapitału itp, bo gdybym to zrobił to przenosiłbym swój ''dobry nastrój" na nich, co wiadomo jakby się skończyło. Dlatego olej rady dobrych wujków którzy ''tam'' byli gdzie się teraz znajdujesz, bo nikt nie zna Ciebie lepiej niż ty sama, a każdy kto tak twierdzi jest zwykłym burakiem. Pomyśl co byś chciała w życiu robić i rozpisz sobie plan działania. Ja tak zrobiłem. W moim przypadku to co uważam że mnie będzie cieszyło to po prostu to co wywołuje we mnie dobre emocje. Nie rób niczego dla kogoś. Przez lata chciałem zmienić swoje życie, żeby inni widzieli jak mi jest dobrze, żeby nie martwić rodziny itp. Stwarzało to pętle depresyjną, ciągłe myśli, że kogoś zawodzę, że świat idzie do przodu. Dzisiaj mam to w dupie. Zaczynam działać tylko po to aby siebie zadowolić, gdy to się stanie może zacznę zadowalać kogoś innego. A jeśli się nie uda mimo szacowalnych upadków i podniesień to skok z mostu bez żadnych skrupułów. Opiszę w jakimś nowym temacie jak ogólnie wygląda mój plan, może ktoś się dołączy, jako że na pewnym etapie system wymaga '' resocjalizacjii " i zwalczania różnych zaburzeń w grupie. Tutaj tylko pierwszy etap :

 

Pokonanie niechęci do działania:

Normalnie nie mam chęci do wstawania,do czegokolwiek. Dlatego załapałem się na start do jednej z gorszych robót fizycznych jakie może wykonywać człowiek z moimi zaburzeniami:

pył, smród, zmęczenie,upał, monotonia; ogólnie nie ma minuty abym nie chciał zwymiotować. Do tego prawie sami bezzębni ludzi, którzy mimo że całkiem w porządku, to ni chuja nie da się zrozumieć o czym dyskutują (może tylko ja nie rozumiem). Postanowiłem więc, że przepracuje tam dwa i pół miesiąca. Oto co zyskuję:

-Wyrabiam sobie nawyk ''robienia'' czegokolwiek

-Spłacam cholerne chwilówki które nie myśląc zaciągnąłem

-Po okresie ''mało komfortowej'' pracy znajdę inną, która w porównaniu z tą pierwszą będzie przyjemnością, a nawet jeśli nie to przynajmniej będzie akceptowalna co automatycznie powoduje wzrost zadowolenia.

-Po wymuszonych konaktach z ludźmi z pracy, zaczynanie kontaktów z ''normalnymi''(wiem brzmi to strasznie) ludźmi nie będzie stwarzał już takich problemów; dokładnie jak w przypadku pracy.

-W międzyczasie sobie biegam więc kondycja sie poprawia i od przyszłego tygodnia zwiedzam sobie miasto którego wogóle nie znam, mimo że w nim mieszkam ponad 20 lat.

 

Zrób sobie taką samoanalize i rozpisz plan. Może kiedyś się wymienimy doświadczeniami.

 

-- 16 cze 2014, 22:49 --

 

Może poza swoimi schorzeniami masz po prostu wyższy próg szczęścia niż inni ludzie. Ja dużo analizowałem swoje życie ostatnimi czasy i doszedłem do takiego właśnie wniosku. Np wiem ,że nie założe rodziny dopóki nie zaczne aktywnie rozwijać swoich zainteresowań, nie zaczne ich rozwijać dopóki nie zgromadze odpowiedniego kapitału itp, bo gdybym to zrobił to przenosiłbym swój ''dobry nastrój" na nich, co wiadomo jakby się skończyło. Dlatego olej rady dobrych wujków którzy ''tam'' byli gdzie się teraz znajdujesz, bo nikt nie zna Ciebie lepiej niż ty sama, a każdy kto tak twierdzi jest zwykłym burakiem. Pomyśl co byś chciała w życiu robić i rozpisz sobie plan działania. Ja tak zrobiłem. W moim przypadku to co uważam że mnie będzie cieszyło to po prostu to co wywołuje we mnie dobre emocje. Nie rób niczego dla kogoś. Przez lata chciałem zmienić swoje życie, żeby inni widzieli jak mi jest dobrze, żeby nie martwić rodziny itp. Stwarzało to pętle depresyjną, ciągłe myśli, że kogoś zawodzę, że świat idzie do przodu. Dzisiaj mam to w dupie. Zaczynam działać tylko po to aby siebie zadowolić, gdy to się stanie może zacznę zadowalać kogoś innego. A jeśli się nie uda mimo szacowalnych upadków i podniesień to skok z mostu bez żadnych skrupułów. Opiszę w jakimś nowym temacie jak ogólnie wygląda mój plan, może ktoś się dołączy, jako że na pewnym etapie system wymaga '' resocjalizacjii " i zwalczania różnych zaburzeń w grupie. Tutaj tylko pierwszy etap :

 

Pokonanie niechęci do działania:

Normalnie nie mam chęci do wstawania,do czegokolwiek. Dlatego załapałem się na start do jednej z gorszych robót fizycznych jakie może wykonywać człowiek z moimi zaburzeniami:

pył, smród, zmęczenie,upał, monotonia; ogólnie nie ma minuty abym nie chciał zwymiotować. Do tego prawie sami bezzębni ludzi, którzy mimo że całkiem w porządku, to ni chuja nie da się zrozumieć o czym dyskutują (może tylko ja nie rozumiem). Postanowiłem więc, że przepracuje tam dwa i pół miesiąca. Oto co zyskuję:

-Wyrabiam sobie nawyk ''robienia'' czegokolwiek

-Spłacam cholerne chwilówki które nie myśląc zaciągnąłem

-Po okresie ''mało komfortowej'' pracy znajdę inną, która w porównaniu z tą pierwszą będzie przyjemnością, a nawet jeśli nie to przynajmniej będzie akceptowalna co automatycznie powoduje wzrost zadowolenia.

-Po wymuszonych konaktach z ludźmi z pracy, zaczynanie kontaktów z ''normalnymi''(wiem brzmi to strasznie) ludźmi nie będzie stwarzał już takich problemów; dokładnie jak w przypadku pracy.

-W międzyczasie sobie biegam więc kondycja sie poprawia i od przyszłego tygodnia zwiedzam sobie miasto którego wogóle nie znam, mimo że w nim mieszkam ponad 20 lat.

 

Zrób sobie taką samoanalize i rozpisz plan. Może kiedyś się wymienimy doświadczeniami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

nie ma prostych recept, nie ma jednej metody. to nie grypa. tak jak kazdy czlowiek jest inny tak tez inaczej to przechodzi i innych metod potrzebuje.

ale izolowanie sie to nie jest najlepsze wyjscie. umysl cialo i emocje sa polaczone, jak sie czujesz zle to i nic dobrego sobie nie powiesz. ja tez kazalam sobie byc silna, mowilam ze sobie sama poradze itp itp. a prawda taka ze dosrywalam sobie na kazdym kroku bo nie bylam taka jak "powinnam" bo sie nie zmienailam. i w ten sposob pograzalam sie jeszcze bardziej.

najsilniejsza rzecza jaka zrobilam bylo przyznanie sie ze nie jestem silna, i ze nie musze byc

szukanie pomocy nie jest slaboscia, nie ma nic zlego w terapii, nikt tam nie bedzie cie ocenial ani mowil ci jak masz zyc. dobry terapeuta pomoze ci poznac siebie i spojrzec na siebie życzliwszym okiem. dopiero z tego miejsca mozna sie naprawde zmieniac

to forum jest fajne, pomaga

ale nie zastapii leczenia/ terapii

pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mentalvaccine, nie chcę planować, bo wiem, że tych planów nie zrealizuję. Poza tym naprawdę mi się odechciało coś zmieniać. Twoje metody pewnie są dobre, ważne, że Tobie się udało.

 

Linkaaa, wiem, że nie ma jednej metody, niestety muszę znaleźć jakąś dla siebie i szukam między innymi tu. Ja już przyznałam się, że nie jestem silna, jestem tego świadoma. Nie uważam, że szukanie pomocy jest słabością, po prostu nie uważam, że potrzebuję profesjonalnej pomocy. Nie chcę chodzić na żadne terapie, wątpię żeby były mi potrzebne. Chciałam jakoś sama sobie dać radę, a czy mi się uda to się okaże. Tak, czy inaczej, nigdzie się nie wybieram na chwilę obecną.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
To, że ktoś jest chory nie oznacza, że musi zostać sam. Znam wiele przypadków i Ty pewnie też, w których osoby chore nie zostały same, mają kogoś, kto je wspiera, kto pomaga im walczyć. Jeżeli są nieuleczalnie chore to zawsze mają u swego boku osobę, która będzie z nimi do ostatnich chwil. Nie można stwierdzić, że ludzie zdrowi olewają ludzi chorych, bo będzie to błędne stwierdzenie. Jest wiele osób chętnych do pomocy, więc jeszcze raz powtórzę, nie można powiedzieć tego ogólnie.

bzdura.każdy chory przeszkadza światu i zdrowym,rodzinie,każdy chory denerwuje.ileż to matek mówi z rozbrajającą szczerością że gdyby było zdrowe to bym zabrała do domu i kochała nie mówiąc o społeczeństwu.jak myślisz skąd wzieło się motto "chcesz żyć?pracuj!nie masz czym?zdychaj! i problem uroczyście rozwiązany.z ogólnym dobrem dla wszystkich"więc nie pleć bzdur że kalecy mają kogoś u boku który do końca życia będzie spod nich gówna wybierał i pomagał walczyć.kto zdrowy dał by sobie zmarnować życie z kaleką czy terminalnie chorym?tu właśnie jest automatycznie samotnośc na deser jak grom z jasnego nieba.a zdrowy jak niechce towarzystwa i być popularny to wystarczy że powie "spadaj"to zawsze działa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie, nie każdy chory przeszkadza światu. Jeśli ktoś jest chory to niekoniecznie musi oznaczać, że jest niekochany, czy nielubiany. Przecież takich ludzi też da się pokochać. Albo ludzie, którzy kiedyś byli zdrowi, przecież Ci, którzy są im wierni kiedyś ich znali, prawda? Wiedzieli jacy byli kiedyś i to, że ktoś nagle zachorował nie znaczy, że stał się głupi, czy niewarty kochania. Wiadomo, ludzie inaczej obchodzą się z takimi osobami, wykazują niezrozumienie w ich kierunku, ale są jeszcze tacy, którzy do tej grupy nienależą.

Niestety, ale zaprzeczę Twoje stwierdzenie o tym, że nikt nie chciałby marnować sobie życia z kaleką. Taka osoba też zasługuje na miłość i niewątpliwie ją otrzymuje od kogoś bliskiego. Myślisz, że jeżeli ktoś jest choy to nie ma uczuć, czy nie można go lubić? Jesteś w błędzie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

owszem nie każdy stał się głupi kiedy nagle zachorował.każdy stał się uciążliwy i przeszkadza kiedy nagle zachorował.nie można pokochac czy polubić uciążliwego kaleki bo za co?za to że istnieje i jest mu zle?osobnik taki tylko wymaga opieki i zajmuje łóżko,zatruwa powietrze oddychając patrząc na to okiem społeczeństwa.owszem znajdą się ludzie którzy zechcą być z kaleką dopóki doputy będzie on słono płacił ża towarzystwo,za wynoszenie śmieci,za mycie,za przewijanie a jak więcej dopłaci to może doczeka się odwiedzin i paczuszek w szpitalu.ale wszystko do czasu.kiedy ta osoba znajdzie lepiej płatną pracę to qńc i love you i koniec sentymentów,koniec złudzeń.owszem każdy kaleka,chory umierający ma uczucia ale co to społeczeństwo obchodzi?tak jak co obchodzi prawo że schizofrenik w świetle prawa niepoczytalny czasami bywa poczytalny?co to obchodzi kata że skazany na śmierć przez zastrzyki z tiopentalu,pankuronium i chlorku potasu że tiopental szybko przestał działać,pacjent wygląda jak martwy ale jest żywy i przytomny ale sparaliżowany nie może się poruszyć,cierpi niewyobrażalny palący ból i się dusi zanim zacznie działać chlorek potasu zatrzymujący serce?co SSmanów obchodziło że niektórzy żydki przyżyli gaz i spłoneli żywcem w krematorium?bo przecież to szarady i liczy się "pierwsze wrażenie"jeśli twierdzisz że każdy kaleka,rakowiec,chory psychicznie zasługuje na miłośc i przyjazń to niech państwo przydzieli z urzędu panienkę do szpitala psychiatrycznego,hospicjum,DPS,ZOL żeby umiliła wegetację chorym psychicznie rozpaczliwie samotnym lub umieranie w hospicjach rakowcom.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chyba dla każdego, kto był przyzwyczajony do "normalnego" życia nagła choroba jest uciążliwa, nieprawdaż? Ale z czasem człowiek się przyzwyczaja i do życia w sposób obecny. Czy uważasz, że ludzi kocha czy lubi się tylko za sprawność fizyczną? Co z tego, że ktoś jest kaleką, skoro ktoś go kochał wcześniej, albo poznał tą osobę, kiedy zachorowała i okazało się, że jest kimś wspaniałym. Kalectwo nie jest podstawą do dyskwalifikacji z relacji społecznych. Nie wszyscy myślą tak, jak ty, że np. "skoro jest kaleką to nie będę się z nim zadawać, bo to za dużo roboty". Nie wszyscy ludzie pomagają osobom chorym za pieniądze, dla osób, które robią to od serca pieniądze nie grają roli. Spójrz na przykład na wolontariuszy, myślisz, że im przeszkadza stan takich osób? Skoro przychodzą komuś pomóc to chyba jednak nie. Nie przeszkadza im to, że ktoś nie może wstać z łóżka, że potrzebuje pomocy itd, a kontakt potrafią złapać. To nie są ludzie, którzy robią wszystko na siłę, tak jak opisałeś w swojej wypowiedzi. Oni chcą pomóc i tu masz przykład na to, że te chore osoby nie zostały same.

Na miłość, przyjaźń zasługuje każdy, ale weź pod uwagę to, że nie powiedziałam, że każdy je otrzymuje. Takiej propozycji do mnie raczej kierować nie powinieneś, to nie do moich zadań należy. Jednakże znając nasz kraj Twoja prośba raczej by się nie spełniła, nie można oczekiwać cudów. Nie mówię, że w niczym nie masz racji, ale swój subiektywizm mógłbyś czasem przepleść nutą obiektywnych spojrzeń.

Nie wiem dlaczego zaczęliśmy rozwijać ten temat, bo to był wątek o powitaniu, a nie o skazanych na samotność. Myślę, że nie ma co kuć tej dygresji dalej, bo każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie i nikt nie powiedział, że musi być ono zgodne ze zdaniem oponenta.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×