Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Gdyby ekspert sie wypowiedział to byłoby fajnie.

 

"Lęk przedchorobowy sprzyja społecznej izolacji, przyjmowaniu postawy biernej i autystycznej.

Lęk dezintegracyjny pojawia się w następstwie kryzysu spowodowanego przeżyciami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Przeżycia te ulegają generalizacji. Efektem tego jest wzrost poziomu lęku. Im wyższa intensywność generalizacji bodźców lękorodnych, tym większe nasilenie lęku. Zarówno poziom generalizowanych bodźców jak i lęku nie jest stały. Wzrost tych parametrów powoduje to, że znacznie wydłuża się czas, potrzebny do wygaszenia lęku do poziomu bezpiecznego dla adolescenta"

 

"Bodziec moze byc niewspółmiernie nikly w stosunku do reakcji. Czyjes spojrzenie, gest, słowo bez znaczenia, drobna niedyspozycja fizyczna itd. mogą wyzwolic silne uczucie lęku."

 

Nie będę szukał dalej. Drugi cytat jest z Kępinskiego. Lęk nie jest przypisany do konkretnego zdażenia i generalnie to wszystko co sie dzieje jest zagrożeniem. Rzeczywistośc jest obca i trudna do zerozumienia. Na tej bazie moga powstawać urojenia. Czy taki lek jest tylko w schizofrenii? Czy takie coś musi sie skonczyć schizofrenią? Bo z tego co pisze, to jest to lęk jakoby przedchorobowy. Jak taki lek sie leczy?

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam!

 

To, czy coś nas zatrważa, czy też nie, nie jest immanentną cechą bodźca. To dopiero nasza interpretacja, ocena poznawcza danej sytuacji określa, czy dane okoliczności mogą być potencjalnie niebezpiecznie (wówczas rodzi się lęk), czy też nie. Warto zatem pamiętać, że o uznaniu danej relacji za lękotwórczą rozstrzyga subiektywna ocena jej znaczenia przez osobę w niej uczestniczącą, a nie właściwości obiektywne sytuacji. Dlatego ta sama sytuacja może jedną osobę przerażać, a na innej osobie wcale nie zrobi żadnego wrażenia.

 

Co do lęku dezintegracyjnego zainteresowanych odsyłam do monografii Antoniego Kępińskiego (Psychopatologia nerwic). Ja na pewno nie oddam tego tak, jak on to opisał w swoich książkach. Zresztą nie czuje się aż tak kompetentna. Lęk dezintegracyjny to pojęcie, które odnosi się do zmian zachodzących w strukturze metabolizmu informacyjnego - termin ukłuty przez Kępińskiego. Lęk dezintegracyjny można rozumieć szeroko, nie tylko ograniczać do pacjentów schizofrenicznych. Lęk dezintegracyjny to typowo ludzki lęk. Po wpływem lęku traci się należytą orientację w świecie otaczającym, system wartości ulega rozchwianiu. Wyznaczanie celów działa natomiast integrująco, choćby na tej zasadzie, że wszystko danemu celowi zostaje podporządkowane. Między lękiem a dezintegracją zachodzi relacja błędnego koła - lęk zwiększa dezintegrację, a dezintegracja zwiększa lęk. Lęk dezintegracyjny nie zawsze skutkuje zaburzeniami schizofrenicznymi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tą książke akurat też mam. Jednak myślałem że lęk dezintegracyjny wygląda inaczej w nerwicy i inaczej w czymś innym. Jednak ja w zasadzie chcę zapytać o zakres w jakim psychiatria jest w stanie określić i ocenić pewne stany. Czy musi byc tak, że te jaskrawo psychopatologiczne stany sa negatywne i już. Ze są tylko one i z nimi trzeba walczyć? Czy może być tak, że one miną i w zasadzie przyslużą się do rozwoju, lub bardziej do zmiany?

Czy człowiek musi być oceniany płasko? Tylko porzez swoją najbardziej powierzchowną cześć. Bo ja mogę mówić o lęku, o urojeniach itd... ale to traktuje jako poziom najwyższy. Tak samo najwyższym poziomem rzeczywistości jest ta twarda nas otaczająca. Jednak jest też potężna rzeczywistość wewnętrzna, czy bardziej metafizyczna.

Czy to, że ja tą powrzechną rzeczywistość uważam za ważną, ale działającą na fundamencie tej mniej widocznej, mniej uchwytnej ale dla mnie wazniejszej. Czy to musi byc jednoznacznie zle?

 

Czy psychika może spontanicznie sie samoregulować w oparciu o symbole? Bo ja na własny użytek ukułem cos takiego jak obrazki emocjonalne. Wyobrażenia książki mity itd... które funkcjonują w naszej wyobrażni czyli cześci intelektualno świadomej. Jednak są zupełnie puste same w sobie i same dla siebie. Można w nich zawierać własną subiektywną nieogarniętą i niepoznawalną intelektualnie rzeczywistośc subiektywno-emocjonalną. Wtedy dochodzi do bardzo silnego rozładowania emocjonalnego, toważyszą temu bardzo silne pozytywne emocje i jakby błoga ulga. Do tego dochodzi pewność, ale taka pewnośc którą sie bardziej czuje. Pewnośc że sie własnie coś doskonale i bezbłędnie zrozumiało, ale poprzez własne wnętrze, intuicje a nie intelektualną wiedze. Chodzi mi tutaj i współprace jakby dwóch systemów. Czyli wyobraznia,którą zaliczam do swiadomego inttelektu, który jednak w procesie poznwczym jest absolutnie bierny. A proces poznawczy to jakby spontaniczne zawarcie w tym wyobrażeniu z zewnątrz, naszej wewnętrznej natury.

 

Czy jeśli powiem, że zdrowie psychiczne pospolicie rozumiane stawiam na drugim miejscu, że jest ono bardzo wązne, ale dopiero jeśli dojdzie do reorganizacji fundamentów. Jesli czuje coś co okresle jako niesmiertelną dusze. Ze ta cześc mnie na pewno po mojej smierci, nie zginiei że jest cześcią kosmosu i całej rzeczywstości poprzez którą mam jakby dziwne poczucie łączności i jedności z tym wszechswuatem. Jesli boga okresle jako zasade bytu, której nie da sie zrozumieć. To musze byc schizofrenikiem? Czy jak powiem że czuje sie jak fala w oceanie, ciągle wystawiony na działanie potęznych sił. To musze miec schizofrenie? Przecież jednoczesnie nie uznaje ksiezy,nie uznaje cudów, nie uznaje świętych. CZyli jestem twardo stąpającym po ziemi kolesiem. Swiatopoglądowo okreslił bym sie jako ateiste, który jest przekonany(bo nie mam wyjscia) że Bóg istnieje. Jakbym chciał Boga wyjaśniac i tłumaczyć, to został bym fizykiem, biologiem itd... Jednak uważam, że poznaniem tego samego jest poznanie intuicyjne i spontaniczne. Bóg jako zasada bytu. Swiat jako nieskonczenie wiele wierzchołków jednej góry lodowej.

 

Tym bardziej, że robiłem dziesiątki testów, bo koleś myslał że mam schizofrenie(tego wszystkiego wyzej nie mowiłem).Wyniki miałem takie

 

tempo równomierne,

0% zahamowanych reakcji,

tempo równomierne

Dobre skupienie uwagi

bdb.koord.wzr/ruchowa i sprawn. orientacyjna

uczenie szybkie

dobra odpornośc na zakłucenia i zmieczenie

Iq ponad przeciętne

bez cech afektywnego, lub organicznego obniżenia sprawności

konstruktywna fiksacja w 84 %

trafnośc intuicyjna przeciętna

 

Czy takie wyniki ma człowiek chory? Czy nie mozna tej mojej dziwnej rzeczywistości zostawić w spokoju, lub jej docenić jako czegoś dla mnie przynajmniej wartościowego? Czy mogę liczyć na pomoc, tylko kogoś kto mnie zestandaryzuje i wyjdzie że takich głupot gadac nie wolno? Czy nie mozna uznać, że mam coś na kształt schizofreni, ale jednak równolegle zachowałem sprawnośc umysłu?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dyskusja nad istnieniem i charakterem schizofrenii dziś nie jest już tak głośna, jak w latach 70., kiedy to antypsychiatrzy kontestowali medyczną koncepcję choroby i wskazywali na społeczne, polityczne i kulturowe uwarunkowania tworzenia i istnienia tej kategorii. Skrajni antypsychiatrzy, uważając, że pojęcie to ma charakter jedynie polityczny i perswazyjny, twierdzili, że nie ma niczego takiego jak schizofrenia. Używanie w medycynie pojęcia schizofrenia służyć miało jedynie, zdaniem antypsychiatrów, legitymizowaniu poczynań lekarzy psychiatrów. Stojąc na straży konformistycznego społeczeństwa, pacyfikowali oni (za pomocą neuroleptyków i relegowania do szpitali psychiatrycznych) jednostki inne, nie poddające się rygorom (obyczajowym, ale też mentalnym) ustanowionym przez rodzinę, kulturę, społeczeństwo. Z upływem lat skrajne tezy antypsychiatryczne zaczęły tracić swych zwolenników. Postępy psychiatrii, zwłaszcza w zakresie obrazowania mózgu i farmakoterapii, wydają się wskazywać na zwycięstwo biologii w sporze o to, czym jest schizofrenia. Niekiedy wręcz można odnieść wrażenie, że schizofrenia stała się fragmentem dyskursu wyłącznie medycznego, z jego językiem i regułami wnioskowania. Opisy choroby wykraczające poza ramy wąsko pojętego przyrodoznawstwa nie tracą jednak na znaczeniu. Bowiem abstrahowanie od społecznego, rodzinnego i psychologicznego kontekstu choroby i leczenia dawałoby obraz uproszczony, a psychiatra sprowadzający leczenie schizofrenii do czysto medycznego postępowania byłby po prostu - przyznają to także zagorzali zwolennicy farmakologii - nieskuteczny. Stąd niezależnie od jednostronnych prób opisu schizofrenii jako fenomenu w swej naturze neurobiologicznego, w praktyce klinicznej dominuje eklektyzm przejawiający się przyjmowaniem wieloczynnikowego modelu genezy schizofrenii i wielopłaszczyznowego modelu postępowania terapeutycznego.

 

Czy lęk dezintegracyjny jest jednoznacznie zły? Czy musi być ujmowany tak płasko? Oczywiście, że nie. Czy określenie Boga jako zasady bytu świadczy o schizofrenii? Oczywiście, że nie. To zbyt proste podejście, banalne, infantylne, zrutynizowane. Gdy, tak jak czynią to różnego rodzaju redukcjonizmy, w chorym człowieku będzie się widzieć jedynie przejawy jego chorej psychiki, gdy traktować się go będzie jako nic więcej, jak tylko sumę wzajemnie ze sobą powiązanych objawów, wówczas nie tylko pozbawi się człowieka nadziei, ale ostatecznie też wiary we własną godność. A schizofrenia niesie czasem ze sobą pozytywne dla człowieka i dla jego rozwoju efekty, np. (1) gruntowna, obserwowana po zachorowaniu, przebudowa całego charakteru i jego reintegracja na wyższym, tj. dojrzalszym niż przed zachorowaniem, poziomie, możliwa dzięki porzuceniu starych form zachowania się, przeżywania, przystosowania i współżycia z innymi, (2) głębsze wejście w życie, zaangażowanie w sprawy wykraczające poza powierzchnie zjawisk i odkrycie nieznanych dotąd obszarów życia, mogących stanowić o jego sensie, (3) poszerzenie samoświadomości, (4) przebudowa i podniesienie na wyższy poziom tzw. moralno-etycznego charakteru, (5) wyzwolenie i pogłębienie sił twórczych. Schizofrenia nie jest tylko jakąś jedną z wielu możliwych chorób organizmu psychofizycznego człowieka, ale jest chorobą szczególną, w której objawia się to, co w człowieku najbardziej ludzkie. Odnotowując stanowisko A. Kępińskiego, schizofrenie nazywa się czasem chorobą królewską. Nie chodzi tu tylko o to, że trafia ona nieraz umysły wybitne i subtelne, lecz też o jej niesłychane bogactwo objawów, pozwalające ujrzeć w katastroficznych rozmiarach wszelkie cechy ludzkiej natury. Jest chorobą, która może być uznana - jeśli spojrzeć na nią z punktu widzenia człowieka nią dotkniętego - za szczególny sposób egzystencji ludzkiej, swoistą formą jej bycia-w-świecie i swoisty sposób transcendowania świata, sposób, w którym za pozornym chaosem, rozbiciem i rozszczepieniem dostrzec można wyraźną strukturę i jej sens.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Czy lęk dezintegracyjny jest jednoznacznie zły? Czy musi być ujmowany tak płasko? Oczywiście, że nie. Czy określenie Boga jako zasady bytu świadczy o schizofrenii? Oczywiście, że nie. To zbyt proste podejście, banalne, infantylne, zrutynizowane. Gdy, tak jak czynią to różnego rodzaju redukcjonizmy, w chorym człowieku będzie się widzieć jedynie przejawy jego chorej psychiki, gdy traktować się go będzie jako nic więcej, jak tylko sumę wzajemnie ze sobą powiązanych objawów, wówczas nie tylko pozbawi się człowieka nadziei, ale ostatecznie też wiary we własną godność. [/i]

 

Dokładnie. Tylko, że chyba jest dokladnie tak. Takie stanowisko jest tak powszechne, że ja jestem zdziwiony że wogóle napisałas w takim tonie w jakim napisałaś. Spodziewałem sie, że wrecz pisanie w taki sposób to jakby psychiatryczna herezja. Są jakieś koncepcje oceniające nie tylko w jednoznacznie zly sposób, ale mam wrażenie że są traktowane raczej jako coś abstrakcyjnego, jak bajki.

 

Ja co prawda schizofreni nie mam. Przynajmniej nie została stwierdzona i nawet został stwierdzony jej brak. Nie mam objawów osiowych,więc to chyba byloby na tyle jesli chodzi o schizofrenie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

zujzuj, człowiek tworzy teorie, ramy, algorytmy, by zbyt skomplikowany świat jawił mu się nico prościej, stąd redukcyjne podejście do świata i człowieka (czy to chorego, czy to zdrowego).

Spodziewałem się, że wręcz pisanie w taki sposób, to jakby psychiatryczna herezja.

Na pewno niewiele osób jest w stanie zrozumieć osoby chore psychicznie, w tym schizofreników. Kiedy miałam praktyki na oddziale psychiatrycznym, jeszcze w czasie studiów psychologicznych, sama bałam się schizofreników. Naprawdę niektórzy byli nieobliczalni, niepojęci dla mnie, nieprzewidywalni w reakcjach, czasami agresywni. Z czasem jednak zmieniłam swój sposób myślenia. Starałam się dostrzegać w nich coś więcej niż tylko chorobę albo jakieś zaburzenia. Nie patrzyłam na nich jako na pacjentów, ale jak na zwyczajnych ludzi. I byłam zaskoczona zmianą podejścia do nich. Sama się na nowo odkryłam :) Mam świadomość, że takie podejście może jest mało popularne wśród psychiatrów, a nawet psychologów. Dać tabletkę, zredukować objawy chorobowe (jakie by one nie były) i sumienie cacy. A pacjent to ktoś więcej niż pacjent. To człowiek taki, jak my. Jakim prawem mamy go dehumanizować? Czy jego choroba daje nam takie prawo?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

w podaj ksiązce prawie nic nie ma o leku dezintegracyjnym. Jest w ksiązce pt "schizofreani", ale w tej podanej nie znalazłem.

Był tu kiedyś na forum ktoś z bardzo podobnymi objawami co ja. Był u psychiatry i on mu powiedział, że ten stan jest bardzo niebezpieczny i może sie zakonczyc nawet schizofrenią. Ja jak byłem u tego psychologa klinicznego, on powiedział że "nie mam schizofrenii", ale tego własnie szukał i sie spodziewał. Pytał tez o męski wzór i powiedział, że powinienem sobie jakis znależć. Jak zapytałem, co jesli nie znajde, to powiedział że bedzie problem. Nie bardzo wiedziałem co to ma do rzeczy. Jednak jak zacząłem troche szperac i czytac pojawiła sie kwestia tego leku dezintegracyjnego. Ze jesli ktoś odrzuca, lub mu brak meskiego wzorca może dojśc do niebezpiecznej sytuacji dezintegracji osobowości. Nie bardzo rozumiem, na czym ma to polegać, bo przecierz wiele osób wychowuje sie bez ojca itd... więc nie wiem czemu własnie to miałoby być powodem tak drastycznych przezyc i stanów. Jednak chce włąsnie o to zapytać. Napotykałem ta kwestie w kilku książkach i były to tylko wzmianki. Czy są jakieś pozycje na ten temat?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Osobiście jestem trochę krytyczna do prostego rozumienia związku na linii brak wzorca do identyfikacji płciowej (męskiego lub żeńskiego) a dezintegracja osobowości. Owszem, wychowywanie się dziecka bez ojca czy matki jest pewną traumą i niesie ryzyko różnych problemów natury psychicznej, jednak są do dość skomplikowane mechanizmy, by upraszczać je do prostej korelacji i twierdzić, że każe osierocone czy na pół osierocone dziecko będzie miało problemy rozszczepienne. Według teorii psychologii rozwojowej, każde dziecko, nawet to, które jest pozbawione ojca, posiada jego psychiczną reprezentację. Wszystkie dzieci tworzą wizerunek ojca, ma on jednak tym mniejszy związek z realnym ojcem, im rzadziej go doświadczały. W przypadku nieobecności ojca już od narodzin dziecka wizerunek ten tworzy się bez udziału jakichkolwiek doświadczeń. Wiele badań wykazuje, że utrata ojca spowodowana jego śmiercią wywiera odmienne skutki niż nieobecność ojca z innych przyczyn. Ze stratą przez śmierć dzieci radzą sobie w dłuższej perspektywie lepiej niż z porzuceniem przez ojca, o które większość obwinia siebie, nawet jeżeli nie miało ono z tym wydarzeniem nic wspólnego.

 

Ankieta Shere Hite pokazała, że niemal żaden z 7239 mężczyzn nie pozostawał w bliskiej relacji z ojcem. Prawie wszyscy przyznali, że ich związek z matką był bardziej satysfakcjonujący lub przynajmniej mniej problematyczny. W zakłóconych relacjach dominują wskazywane przez dzieci upokorzenie, krytyka, szyderstwa lub protekcjonalność ojca. Bardziej niż na przemoc, synowie skarżą się na ojcowską nieobecność, nie zawsze w sensie fizycznym. Wskazują na brak bliskiej więzi z ojcem w sferze intelektualnej: myśli, poglądów i wartości, a także w sferze uczuciowej i towarzyskiej. Odzwierciedleniem tego zjawiska w teorii naukowej jest wprowadzone przez Guya Corneau pojęcie ojca brakującego.

 

Nieobecność ojców, zarówno ta fizyczna, jak i psychiczna, wydaje się zjawiskiem od dawna znanym. Paul Federn już w 1919 roku użył terminu "społeczeństwo bez ojców". Również współcześni znawcy problemu wskazują na zmniejszone zaangażowanie ojców w rodzinie we wszystkich zachodnich społeczeństwach. W badaniach amerykańskich Samuela Oshersona potwierdzony zostaje powszechnie odczuwany "głód ojca". Dla ogromnej liczby mężczyzn życie zawodowe staje się pułapką, coraz częściej stawiają oni znak równości pomiędzy zawodem, a tym, kim są. W pogoni za zapewnieniem rodzinie stabilizacji materialnej i coraz wyższego standardu życia, tracą kontakt z dziećmi. Nie można zapominać o tym, że ojcostwo to nie hobby, to jeden z najważniejszych wyborów w życiu człowieka, tymczasem wyniki badań są przygnębiające.

 

Osobiście, nie znam jakiegoś godnego polecenia artykułu czy publikacji na temat badań nad związkiem między brakiem męskiego wzorca a niebezpieczeństwem dezintegracji ego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No raczej nie chodzi o to, że dezintegracja jest powodowana zlą wiezią z ojcem. Przecież polowa spoleczenstwa miala by z tym problem. Kilka razy sie z takim stwierdzeniem spotkałe, ale juz nie pamietam gdzie. Ta dezintegracja miałaby polegać, na odrzuceniu obrazu meskości który w nas jest. Który funkconuje gdzieś w nieswiadomości.

Jest książka "Młody Luter" Eriksona. On tam analizuje jego osobowość i proces jej tworzenia. Wymienia poszczególne zaburzenia typu borderline i cos tam jeszcze. Ojciec był pastorem i ten Luter w jakis symboliczny sposób mu sie sprzeciwił. Czyli odrzucił jego przekonania i władzę papieską itd... i cos tam. Luter został określony przez Eriksona jako prawdopodobnie najbardziej zły ze wszystkich wybitnych ludzi w historii. Był porównywany do Hitlera. Miał na to wpływ obraz Boga jaki stworzył i jakim straszył i gnębił ludzi(zdaniem Eriksona). Ale ten kryzys i przewartościowanie postało w oparciu o negacje wzorca męskiego który znał. Były opisywane mozliwości, że luter mógł pójść w stronę taką i taką. Ze jakies zaburzenia przechodziły w inne itd... Generalnie chodzi o to, że takie odrzucenie wzorca męskiego tylko może być podstwą do procesu dezintegracji

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×