Związek z synem schizofrenika

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

Związek z synem schizofrenika

przez babka_lancetowata 28 gru 2015, 22:25
Witajcie, zarejestrowałam się na forum ponieważ dręczą mnie różnego rodzaju rozterki pojawiające się w moim związku z synem schizofrenika. Może ktoś z was miał podobną sytuację?

Od jakiegoś czasu rozważam udział w terapii i nawet podjęłam już działania w tej sprawie - przeszukuję bazy kontaktów i staram się znaleźć jakąś bezpłatną grupę/terapię behawioralną. Zastanawiam się czy mi albo nam by ona nie pomogła. Mi odreagowywać różne emocje, a partnerowi dodałaby poczucia pewności w tym co robi i co ew. trzeba robić w związku z chorobą ojca.

Problem jest wielopłaszczyznowy i wydaje mi się, że niestety nie ma jednej prostej rady, aby mu zaradzić. A bierze się z choroby ojca mojego partnera z jednej strony i z bezradności (często wyuczonej bezradności) jego najbliższej rodziny. Rodziny, która choruje razem z ojcem, która od wielu już lat (ponad 20) jest bezradna wobec choroby ojca: brak stałej pracy, zajmowanie się ojcem, brak stabilności emocjonalnej dzieci, potem znów brak pracy wywołany m.in. epizodem chorobowym ojca.

W naszym związku objawia się to tym, że ja czuję się niestabilnie (choć muszę tu podkreślić, że jesteśmy parą już 1,5 roku i przez ten czas widzę ogromne postępy), co wynika z kolei z jego poczucia niestabilności: odpowiedzialności za rodzinę z jednej strony i lojalności wobec mnie z drugiej. Niestabilności wywołanej poczuciem ogromnej odpowiedzialności za rodzinę. Do tego stopnia, że on już tam od dłuższego czasu już nie mieszka (mieszkamy razem), nie bierze udziału w podejmowaniu decyzji, w tym decyzji finansowych, ale ponosi konsekwencje różnych niepowodzeń: dokłada się do rachunków, do których nie dokłada się jego pracujące, a mieszkające tam rodzeństwo. Ogólnie mam wrażenie graniczące z pewnością, że ich trudna sytuacja materialna nie wynika z wyczerpania różnych możliwości poradzenia sobie z nią, a po prostu z zaniechania, z takiego "nie bo nie".

Sytuacja jest dla mnie trudna, bo powoduje, że zaczynam w myślach złorzeczyć jego rodzinie - trudno jest mi wykrzesać z siebie empatię jak widzę jak bierna jest jego matka opiekująca się ojcem. Jak bardzo przyzwyczaiła się do takiego życia, do którego przyzwyczaja też swoje dzieci. Nie mam zupełnie wyobrażenia o tym, co mogłoby i powinno się zadziać, aby jakiś schemat został przełamany. Tzn. w myślach umiem odpowiedzieć na to pytanie: dorosłe już dzieci (najmłodszy syn kończy za kilka dni 18 lat) powinny się usamodzielnić, ale nie zrobią tego z różnych powodów, głównie problemów poznawczo-emocjonalnych. Większość z nich cierpi na depresję i ma problemy emocjonalne.

Ja mimo tego, że widzę naprawdę duże zmiany w naszym związku, obawiam się o naszą przyszłość. Partner przez ponad rok chodził na terapię, która bardzo mu pomogła. Ale mimo tego, czasem czuję się zmęczona tym, co jeszcze 1,5 roku temu było dla mnie łatwe, jak chociażby mówienie wprost o swoich uczuciach, nie stosowanie szantazu emocjonalnego ale rozładowywanie i wyjaśnianie niedomówień. Teraz zdarza się, że czasem czuję się już mocno zniecierpliwiona, zirytowana i czuję się tak, jakby zacieśniała się wokół mnie pętla, która utrudnia mi to co kiedyś było proste.

Z partnerem dużo rozmawiamy o różnych naszych trudnościach, na szczęście nie jest to problem. Problemem jest czasem jego nieadekwatna reakcja - wyraz zniecierpliwienia, może też jego własnych oczekiwań w stosunku do trudności jakie ma z przełamywaniem się z mówieniem wprost. Na początku mój partner nie umiał wyrażać złości inaczej niż przez tupanie nogą i odchodzenie - dosłownie. Teraz zdarza mu się mnie urazić jakimś pretensjonalnym tonem z rodzaju - co ja ci znowu zrobiłem? Potem prawie zawsze udaje się nam te sytuację wyjaśnić, ale pozostaje we mnie uczucie pewnego wypalania się wraz z każdą taką sytuacją.

Wiem, że jemu jest trudno funkcjonować według zupełnie różnych zasad ze mną i z rodziną, z którą mieszka jego ojciec. To tak jak granie w tę samą grę jednocześnie stosując różne zasady gry. Domyślam się, że to utrudnia szybsze zmiany.

Ale przeraża mnie poczucie niemocy wynikające z tego, że my sami generujemy mniej trudnych sytuacji niż dostarcza ich rodzina partnera i że jest to coś, na co absolutnie nie mam wpływu. Że istnieje jakaś przyczyna, która jest poza nami, bo dla rodziny partnera ta sytuacja z chorym ojcem jest już mocno zrutynizowana i chociaż straszna to dobrze oswojona. A ja nie chcę jej oswajać w takim kształcie i formie.

Macie doświadczenia związku z osobą z rodziny schizofrenika? Jak pomagać komuś, aby nie dawać mu możliwości rezygnowania z odpowiedzialności za swoje życie i nie wchodzenia na głowę dzieciom, którym i tak nie jest łatwo w dorosłym życiu?
Posty
2
Dołączył(a)
28 gru 2015, 21:10

Związek z synem schizofrenika

Avatar użytkownika
przez Eragon 29 gru 2015, 10:18
Bardzo ładnie piszesz. Rzadko ktoś na tym forum tak przejrzyście potrafi opisać swój problem oraz targające nim uczucia. Możesz podać przykład jakiś konkretnych zachowań rodziny Twojego partnera, które wpływają bezpośrednio na wasz związek?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
80
Dołączył(a)
12 cze 2015, 10:50

Związek z synem schizofrenika

przez babka_lancetowata 29 gru 2015, 11:13
Dziękuję za miłe słowa. A spraw tego rodzaju, które mam na myśl jest sporo. By użyć najbardziej oczywistego przykładu, to dotyczy to choroby ojca. Kiedy np. przestaje chcieć się leczyć i sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Partner nie jest jego prawnym opiekunem, matka zwleka z podejmowaniem jakichkolwiek decyzji (ojciec nie jest i na 99 proc. nie będzie ubezwłasnowolniony), a jeśli sytuacja eskaluje do granic możliwości, to wtedy jest proszony o pomoc, najczęściej w jakimś dość skrajnym przypadku, jak np. zaginięcie lub potencjalne zaginięcie ojca.

Mniej oczywiste a równie ważne kwestie to okropna bieda, w której żyje ta rodzina, która jak pisałam wcześniej, jest konsekwencją wieloletnich zaniedbań i zaniechań ze strony m.in. matki partnera i żony chorego męża. Ale dotyczy to też pewnej zdrowej części rodziny, która po prostu ma taki styl (nie)radzenia sobie z przeciwnościami. Bieda to efekt braku stabilnej sytuacji z chorobą ojca, który nie jest ubezwłasnowolniony, przez co wysłanie go na leczenie nie jest tak proste.

A ponieważ ojciec co jakiś czas daje rodzinie się we znaki, to trudno jest skutecznie pomóc części cierpiącego na depresję rodzeństwu. To jest dla mnie coś w rodzaju przechowanego problemu, bo rodzina koncentruje się tylko na tym co jest tu i teraz, nie wybiegając myślą w przód, przez co brak rozwiązań i brak myślenia perspektywicznego powoduje permanentne trwanie w tej sytuacji.

My sami z partnerem przez dłuższy czas zmagaliśmy się z tym, aby zacząć myśleć perspektywicznie, bo dla niego to też nie było oczywiste. Teraz się to zmieniło i przeniosło na inny poziom. Tzn. my wypracowaliśmy jakieś narzędzia dojścia do porozumienia w dotyczących nas sprawach i myślenia w trochę dłuższej niż jutro perspektywie. Ale problem pozostał w odniesieniu do rodziny. I tu już przekłada się to na nieumiejętność radzenia sobie, a to z wysokimi rachunkami za ogrzewanie starego domu, a to z zajmowaniem się ojcem, a to z próbą pomocy rodzeństwu.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby nie pomagać najbliższej rodzinie, która jest w trudnej sytuacji życiowej. Ale mam przeczucie, że tu nie tyle o pomoc chodzi co po prostu o wzięcie na siebie odpowiedzialności za całość. Wcześniej taki model był już w tej rodzinie praktykowany i dotyczył dziadka - ojca matki i teścia chorego ojca. Dziadek utrzymywał znaczną część rodziny i w pewnym sensie też krępował wprowadzanie jakichkolwiek zmian.

Na logikę rzecz biorąc, to jest tak, że jak dorosła osoba czegoś nie robi (np. nie ubezwłasnowolni ojca, nie wyczerpie wszystkich możliwości poradzenia sobie z trudną sytuacją z powodu strachu, trudności emocjonalnych) to mimo tego ponosi konsekwencje. Co innego gdyby taka potrzeba była wyartykułowana: mam taki i taki problem, ale chciałabym lub chciałbym zrobić to i to. Tu tak nie jest, konsekwencje tego co robią i czego nie robią członkowie rodziny ponosi mój partner, który w największym stopniu przejmuje się sytuacją. Im jest trudno, ale jak już pisałam, jest trudno ale jest znajomo, codzienność jest zrutynizowana nawet jeśli nie jest lekko.
Posty
2
Dołączył(a)
28 gru 2015, 21:10

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do