Skocz do zawartości
Nerwica.com

Wieczne dylematy, przywiązanie i śmierć.


gratka

Rekomendowane odpowiedzi

Coś czuję, że temat w złym dziale, no ale powiedzmy że to będzie o radzeniu sobie w życiu.

Na początek chciałabym wszystkich serdecznie przywitać, cześć!

 

Trafiłam na to forum nie przypadkiem, czytam je dłuższy czas, lecz dopiero teraz zdecydowałam się założyć konto. Mam pewien problem i być może Wy pomożecie mi go rozwiązać.

4 lata temu poznałam pewnego chłopaka, dużo starszego, ale zawrócił mi w głowie już podczas krótkiej rozmowy. Miał on jednak dużo problemów, ja bardzo chciałam mu pomóc. Ja jestem bardzo podatna na wpływy innych osób, on był bardzo wpływowy. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie mu pomóc. Nie zdążyłam go nawet dobrze poznać, ale bardzo przywiazalam się do jego osoby (nie wiem czemu ani jak to możliwe). KOlejne 3 lata po poznaniu na przemian chciałam mu pomóc, a zaraz nie chciałam pamiętać o jego istnieniu. Dzwoniłam za ten czas do niego może ze dwa razy, pytałam czy wszystko w porządku, jeździłam pod jego blok, mając nadzieję, że go spotkam. No to było po prostu chore. W końcu powiedziałam sobie koniec, bo cale swoje najlepsze lata spędziłam myśląc o nim. Po ciężkich walkach z sama sobą udało mi się. Pamiętałam ciągle o nim, ale to było takie po prostu. Przypomniałam sobie, pomyślałam o nim chwile i wracałam do życia. I gdy myślałam, ze wszystko jest ok stało się najgorsze. Tydzień temu dostałam maila ze on nie żyje. Mój świat się zawalił. On był chory, wiedziałam o tym, dlatego chciałam mu pomoc, chociaż wiedziałam, ze nie dam rady. W środę byłam na pogrzebie, widziałam jego rodziców, ale nie miałam odwagi by podejść i powiedzieć jak mi przykro.

Nie potrafię sobie poradzić z tym co mam w głowie, bo myślę, ze go kochałam, a nie można chyba kochać kogoś kogo się nie znało. Myślę teraz ciągle ze mogłam mu pomoc, ze może dałabym radę. On powinien żyć, taki młody chłopak. Nie wiem co zrobić.

Mam numer do jego rodziców, chciałabym zadzwonić, powiedzieć jak mi przykro i zaoferować pomoc, której i tak nie będą chcieli. Nie wiem czy to dobry pomysł i czy w ogóle jest sens dzwonić. Jeśli tego nie zrobię, pewnie będę znowu żałować że nie pomogłam, albo ze nie powiedziałam im jak mi źle (co ich to obchodzi). Jemu tez nigdy tego nie powiedziałam, tego jaki był dla mnie ważny przez te wszystkie lata. Jak zadzwonię do jego rodziców to oni mogą może to źle odebrać (to tez mam już zatarte w głowie, nie wiem co wypada a co nie). A Wy jakbyście postąpili na moim miejscu? Dać już spokój czy spróbować jeszcze coś zdziałać, a może akurat udałoby mi się coś więcej o nim dowiedzieć (po co teraz), co lubił robić, itp. Muszę zrobić cokolwiek, aby samej sobie wybaczyć, że nic nie zrobiłam...

z góry dziękuję za pomoc i pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

marimorena, no właśnie nie umiem teraz 'trzeźwo' ocenić sytuacji i nie wiem czy to ma jakiś sens. Może być tak, że gdy podzielę się wszystkim co myślę z jego matką poczuje się lepiej, a może być też tak, że ona źle zareaguje i ja zaś będę się męczyć. Nie wiem. Poczekam do wtorku, przemyśle to sto razy. Ale to prawda, potrzebuję potwierdzenia tego, co wiem. A że prawda w oczy kole to próbuję coś innego narobić, eh

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiesz co ... chyba to wszystko co chcesz zrobić, polega wyłącznie na tym, żeby SOBIE ulżyć, sobie zmniejszyć poczucie winy (wyimaginowane na marginesie), sobie zmniejszyć smutek ... A NIE tym RODZICOM.

 

Tak nie do końca w sumie to jest jasne, z twojego postu ... ale jeśli znałaś tych rodziców, jeśli wiedzieli o twoim istnieniu to złożenie kondolencji jest ok. A w innym przypadku, nie pchałabym się ...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

essprit, moja mama i jego mama to przyjaciółki z pracy, za czym idzie to, ze się znamy.

Jest w tym trochę prawdy, ze to sobie chcę ulżyć. Zmyć właśnie to wyimaginowane poczucie winy, że skoro jemu nie pomogłam to pomogę rodzinie i nagle będzie super.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

thompson93, ostro ćpał przez długi czas. Gdy się poznaliśmy on już kończył z tym i rzeczywiście mu się to udało. Jednak później męczył się bardzo, jego organizm był całkiem wyniszczony i umierał powoli. Miał tylko rodzinę, żadnych znajomych, na pogrzebie tylko rodzina właśnie i z trzech kolegów. To jest jak najgorszy koszmar dla mnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadzam się z kolegą essprit, chociaż to nie łatwe. Spróbuj odpowiedzieć sama sobie ; jaki masz cel w tym, żeby porozmawiać z jego rodzicami. Co miało by Ci to dać? Jeśli tylko oczyszczenie z tej wyimaginowanej winy... To myślę, że nie warto. Bo nie chciałabyś chyba, żeby zaczęli Cię obwiniać o jego smierć. Bo i tak może być jeśli dowiedzą się, że wiedziałaś o jego złym stanie zdrowia a nie byłaś w stanie w żaden sposób pomóc. ( co było by oczywiście bezpodstawne) ale mimo wszystko to spore ryzyko, które może sie nie opłacić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

barbieturan, dałoby mi to spokój jesli bym zadzwoniła. Będę ich i tak spotykać jeszcze wiele razy w życiu, więc nie wiem jakie rozwiązanie będzie najlepsze. Obwiniać mnie o nic nie będą, sami mu pomagali i chyba nikt, prócz wsparcia psychicznego, nic nie mógł dla niego wiecej zrobić.

dalej próbuję się upierać przy tym, że chcę zrobić dobrze, a w życiu to i tak wyjdzie całkiem inaczej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

barbieturan, spokój wewnętrzny na zasadzie: nie powiedziałam/nie pomogłam mu to pomogę rodzicom. Dla mnie miałoby to ogromne znaczenie, dla nich- nie wiem... bo skoro to jego rodzice to tak jakby trochę on...

powiedziałabym im mniej więcej to co napisałam tu.

(pewnie wychodzę na straszną wariatke)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wtedy uznaliby ją za tchórza. List to do d... wyjście. Generalnie facet sam był sobie winny swojego losu i tego, że ludzie się od niego odwrócili w życiu. Niepojętym jest, jak w ogóle mogłaś związać się z ćpunem, jaki koniec sobie wyobrażałaś wchodząc w taki smród? Na słowo wierzyłaś, wiedziałaś cokolwiek o problemie narkotyków, że uwierzyłaś w szczęśliwy związek? Śmiech na sali. Tylko zabrało ci najlepsze lata. Winny jest sobie sam i nie Twoim powołaniem jest ponosić winę za czyiś życiowy idiotyzm. Że jest ci go szkoda i współczujesz rodzinie to normalna reakcja, ale z jakiej racji o jakiejś winie tu mówimy? Z resztą, czy poprawiło mu się cokolwiek w czasie waszego związku? Jeżeli nie, to gdybyś była z nim do końca, i tak nic byś wielce nie zmieniła. Dobrze zrobiłaś że odpuściłaś, bo tylko byś sobie szkodziła tym chorym związkiem, a i tak byś go nim nie wyleczyła. Poza tym nie jesteś zobowiązana do porzucania własnego życia na ratowanie kogoś, kto sam sobie nawarzył piwa, a na pustyni nie mieszkamy i nie jesteś jedyną osobą zdolną komuś pomóc. Niczemu nie jesteś winna i za dużo "a co gdybujesz".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×