Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Gość Expresia

"Profesor" - [Opowiadanie]

Rekomendowane odpowiedzi

Gość

Trochę pisałam przez ostatnie trzy wieczory, by nie myśleć za dużo i powstał taki oto twór. Mam tylko nadzieję na pozostanie anonimową, nie chciałabym by moje fantazje wyszły na światło dzienne, a jeśli już ktoś mnie rozpozna... niech udaje, że nigdy w życiu nic takiego nie czytał ;) Zastanawiam się, jak wstawić tutaj dokument lub plik w formacie pdf? 8 stron A4 wygląda to o wiele przejrzyściej niż samo wklejenie tekstu tutaj.

 

-- 26 paź 2016, 05:57 --

 

Profesor

 

Najpierw były dłonie. Duże, ciepłe, żylaste dłonie. Jego, na moim ciele. W mojej wyobraźni.

Część 1.

 

Od zawsze przypominał mi ojca. Ma coś z despoty, co jest pociągające. Niski, chropowaty głos, często z chrypką. Zawadiackie spojrzenie, iskierki rozbawienia w dziko-zielonych oczach. Ubiera się z klasą. Najbardziej lubię go w szlachetnym odcieniu niebieskiego. Niczym polityk. Biorąc pod uwagę fakt, że wykłada stosunki międzynarodowe, wpasowuje się to w jego rolę. Siwieje na skroniach. Różnica wieku pomiędzy nami to „jedynie” trzydzieści parę lat. Od zawsze był taki, a mówiąc to mam na myśli typ Alvaro – często rzucający aluzje, flirtujący z uczennicami, spoglądający bez skrępowania w dekolty ich bluzek (które zakładały w celu uzyskania lepszego stopnia – działało). Wiecie, że z początku niezwykle mnie to bawiło? Wtedy wydawało mi się akurat, że jedynie właściwie i słuszne podejście to dystans do świata i nic więcej. Powiedz, kochanie, gdzie podziała się twoja chłodna obojętność? A może udawałaś przez cały ten czas? Ukrywałaś się tak dobrze, nawet przed samą sobą? Nie mogę zaprzeczyć, na chwilę obecną, widząc tego typu zachowania profesora zgrzytami zębami z zazdrości. Mam o to do siebie wielki żal i czuję na samą myśl o tym palący wstyd. Przyznam jednak szczerze, że zdarza się to o wiele rzadziej. Czyżby profesor się starzał? Na samym dnie umysłu kryję się mimo wszystko myśl, że robi to ze względu na mnie…

 

Pewnego jesiennego popołudnia postanowiłam wybrać się do miejskiej biblioteki z zamiarem wypożyczenia szkolnej lektury. Dzień był ciepły, słoneczny. Lekkie powiewy wiatru sprawiały, że wokół mnie wirowały żółte liście klonu, w powietrzu unosił się zapach dymu z palonych ognisk. Jak zawsze myślałam za dużo i czułam zbyt mocno. Na miejscu postanowiłam poczytać chwilę na zewnątrz, w pobliskim parku. Otuliłam się szczelniej płaszczem i otworzyłam książkę „Paragraf 22”, Hellera. W tej chwili zawisł nade mną cień. Nie szukałam towarzystwa, dlatego też z niechęcią oderwałam oczy od lektury i spojrzałam w górę. Okazało się, że osobą, która postanowiła zakłócić mój spokój, był profesor. Całe moje ciało napięło się. W głowie myśli typu: „Będę musiała z nim rozmawiać”, „Ale o czym niby?”, „Boże, co za krępująca sytuacja”. Wtem usłyszałam jego charakterystyczny niski baryton:

 

- Widzę, że dziecko przyszło sobie poczytać na świeżym powietrzu, ładnie, bardzo ładnie.

 

- Zdrowie najważniejsze, profesorze. – Odpowiedziałam z półuśmiechem. Przez chwilę stał nade mną w milczeniu, cisza przeciągała się w nieskończoność. W końcu postanowił usiąść po drugiej stronie starej, drewnianej ławki. Czułam na sobie jego przeszywające spojrzenie. Nie wiedziałam, czego oczekuje. Nie mam przecież obowiązku zabawiać go rozmową, widać chyba, że jestem zajęta? W końcu odwrócił głowę. Spojrzałam na niego kątem oka. Spoglądał zamyślony przed siebie, patrząc w martwy punkt. Powolnym ruchem zamknęłam książkę i czekałam.

 

- Powiedz mi jedno, słońce. Co trzyma Ciebie tutaj? – zapytał nagle.

 

- Znaczy się, w tym kraju?

 

- Nie, tutaj to znaczy przy życiu, na Ziemi. – doprecyzował.

 

- Nadzieja. – Często odpowiadałam mu półsłówkami. Chciałam by pytał, drążył. Skinął głową potakująco.

 

- Rzeczywiście, rzeczywiście. Nadzieja. Ale na co? – zapytał ponownie.

 

- Na miłość. Na przeżywanie chwil szczęścia i radości.

 

Popatrzył na mnie jakby wyczekująco. Powiedziałam już wszystko, dlatego milczałam. Spojrzałam w bok, odwracając od niego głowę. Chciałam trochę pograć, podrażnić się, zignorować. Po kilku sekundach, a może minutach, poczułam na swojej dłoni drugą, ciepłą, dużą. Wiedziałam, do kogo należy. Nie patrzyłam na profesora, chciałam, by chwila trwała.

 

- Mówisz, dziecko, o miłości, jakbyś dobrze wiedziała, czym jest. Opowiadasz o życiu, jakbyś już przeżyła je całe. Na każde pytanie masz przygotowaną niezwykle dojrzałą odpowiedź. Patrzysz w dal, jakbyś widziała już wystarczająco dużo, by zamknąć oczy. I ja to widzę. Widzę to i nie mogę tego zrozumieć. Kim jesteś…? – ostatnie zdanie prawie wyszeptał. Przez cały ten czas delikatnie gładził wierzch mojej zmarzniętej dłoni. Jego dotyk był magnetyzujący, przeszywał całe moje ciało. Nie potrafiłam skupić się na odpowiedzi. W mojej głowie powstał chaos. Wiedziałam jedynie, że „tego” jeszcze dostrzec nie zdążył. Bo wtedy mogłoby okazać się, że każde jego słowo zawiera w sobie sprzeczność.

 

Straciłam zupełnie rachubę czasu. Nie wiem kiedy, ani jak doszłam do domu. Snułam się po nim jak duch. Powoli docierał do mnie sens słów profesora. Ich znaczenie. Miał do mnie wyrzuty i żal, że jestem właśnie taka. Jednocześnie nie wiedział nic o moim życiu, nie mógł mnie ocenić, co frustrowało go podwójnie. Jednakże, skoro kumulował w sobie negatywne emocje, dlaczego…? Jego słowa i czyny nie miały sensu, nie pokrywały się ze sobą. Czego ode mnie chciał? Czy powinien zachowywać się w ten sposób? Czy to właściwe dla żonatego profesora? I najważniejsze – co czułam w tamtym momencie? Dlaczego nie odsunęłam dłoni?

 

 

Część 2.

 

Od pamiętnego zdarzenia minęło kilka tygodni. Emocjonalnie to była równia pochyła w dół. Z każdym dniem gasłam w oczach bliskich. Kolejny nawrót depresji. Za każdym razem mam nadzieję, że to już ostatni. Jeszcze nie teraz. Dnie spędzałam w łóżku, ewentualnie w pozycji półleżącej na fotelu, bezmyślnie patrząc w okno. Nadszedł listopad – szary i deszczowy. Dostałam nauczanie indywidualne. Ustalając plan zajęć z dziekanem nie przewidziałam, że moje pierwsze zajęcia to będzie półtora godziny stosunków międzynarodowych. Nie chciałam pokazywać się profesorowi w takim stanie. Nie miałam siły ubierać się, starać. Włożyłam najmilszą, szarą bluzę z kapturem i jeansy. Nic nie czułam, nic mnie nie obchodziło, nic nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. Byłam wypranym z emocji robotem. Automatem.

 

 

Na uczelnię weszłam spóźniona, byle nie natknąć się na nikogo znajomego. Miałam to w dupie. Po co w ogóle tu przyszłam? To nie ma żadnego sensu. Usiadłam i czekałam. Po chwili wyszedł profesor. Popatrzył na mnie swoim czujnym wzrokiem. Czułam się nic nie warta, nieatrakcyjna, zwyczajnie głupia i godna politowania. Powolnym krokiem ruszyłam za nim do sali numer 9. Profesor, jak zawsze szarmancki, przepuścił mnie w drzwiach i powolnym ruchem zamknął drzwi. Do tej pory nie odezwał się do mnie ani słowem. Z wzajemnością. Usiadłam na twardym, zimnym krześle w pierwszej ławce. Wyciągnęłam podręcznik i wpatrywałam się tępo w tablicę. Profesor położył obok swoją skórzaną torbę i przysunął krzesło. Zbyt blisko.

 

- Kochanie. – przemówił. To było stwierdzenie. Nie potrafiłam na niego spojrzeć. Było mi wstyd. Boleśnie odczuwałam własną małość. – Kochanie, popatrz na mnie. – powtórzył znowu. Za każdym razem, gdy wymawiał to w ten specyficzny, miękki sposób, przechodził mnie dreszcz. Nie mogłam zmusić się do podniesienia wzroku. W tym momencie poczułam, jak jego dłonie łapią mnie za brodę i unoszą ją w górę. Chcąc, nie chcąc, skierowałam głowę w jego stronę, uciekając wzrokiem w bok. Byłam niczym marionetka. Żałosna lalka, którą bawi się los.

 

- Co się z Tobą dzieję? – zapytał szczerze. Długo ociągałam się z odpowiedzią. Po co mówić, kiedy można milczeć? Czy ciszą można się udusić?

 

- Nie czuję. Nic nie czuję. – mój lekko zachrypnięty, dawno nieużywany głos, wydawał się dobiegać z oddali. Profesor bez zastanowienia przybliżył swoją twarz do mojej. Dzieliły je milimetry. Czułam na sobie jego oddech. Ja swój straciłam. Moje serce wpadło w szaleńczy rytm. W mojej głowie był tak wielki mętlik, że bałam się, że tracę zmysły. Co się dzieje?!

 

- Więc mówisz, że NIC nie czujesz…? – zapytał cicho profesor, mrużąc z rozbawieniem oczy. Zacisnęłam dłonie w pięści. Skąd mógł wiedzieć? Dlaczego bawił się mną w tak okrutny sposób? Czy robił sobie ze mnie żarty? Jak bardzo żałośnie musiałam wyglądać? Opanowała mnie wściekłość. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Pragnęłam pokazać mu, co znaczy igrać z moimi uczuciami. To był impuls. Zbliżyłam wargi do jego ucha, muskając go ledwie wyczuwalnie, równocześnie kładąc rękę w okolicach jego krocza, pomiędzy udami.

 

- Zupełnie nic, profesorze… - wyszeptałam. Natychmiast poderwał się do tyłu, strzepując z siebie moją dłoń. W jego oczach widziałam gniew. Wcześniej jednak poczułam, jak jego spodnie napinają się w okolicach krocza, dlatego też uśmiechnęłam się niewinnie, z satysfakcją. Nie wiedziałam, dlaczego zrobiłam coś takiego. Zachowałam się jak mała dziwka, ale w końcu czułam. Ta ekscytacja była jak narkotyk. Nie podejrzewałam siebie o taką lekkomyślność. Profesor mógł wyciągnąć z tego incydentu poważne konsekwencje. A jednak… Postanowił udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Dlaczego?

 

 

 

 

 

Część 3.

 

Pierwszy tydzień na uczelni wlókł się niemiłosiernie. Zajęcia dłużyły się, każda minuta była niczym godzina. Wychodziłam z nich wyczerpana, zupełnie bez energii. W domu kładłam się do łóżka i spałam. Budziłam się, by zjeść cokolwiek i zażyć leki, a następnie znów zapadałam w sen. Rzeczywistość wydawała się być bezbarwna. Potrzebowałam nowych bodźców, czegoś, co sprawiłoby, że ponownie poczułabym to kołatanie serca, dreszcz emocji. Czegoś, co rozszerzyłoby moje źrenice, przyśpieszyło tętno i oddech. Co mogłam zrobić? Nie chciałam siebie już nigdy krzywdzić w taki sposób, jak wcześniej, to jest – samookaleczając się. Była to samonakręcająca się spirala poczucia winy, gniewu i rozpaczy. Błędne koło. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej i zamierzałam dotrzymać postanowienia. Udawanie, że nie zależy mi na niczym, też się nie sprawdziło, pozostał więc tylko jeden jedyny sposób, który poznałam stosunkowo niedawno. Właściwie nie sposób, lecz drugi człowiek. Profesor.

 

Zastanawiam się teraz, czy miałam jakiś plan, coś, co mną kierowało w tamtym okresie? Ale nie. Wszystko robiłam impulsywnie, na tzw. „wyczucie”. Nie czerpałam inspiracji z powieści ani z sieci. Nikt nie mówił mi, co powinnam, a czego nie. Nie było również i wciąż nie ma niczego, co mogłoby mnie wytłumaczyć. Jestem winna. I nie żałuję ani chwili.

 

Tego dnia słońce świeciło wyjątkowo jasno jak na jesienne popołudnie. Profesor już czekał na mnie w sali. Oczywiście spóźniłam się. Czułam na sobie jego wzrok, gdy wchodziłam. Otaksował spojrzeniem czarne, zamszowe botki na obcasie, granatową, nieco przykrótką plisowaną spódniczkę i satynową koszulę z dekoltem, który odsłaniał akurat tyle, ile trzeba. Nie za dużo, gdyż trzeba było pozostawić trochę miejsca dla wyobraźni… Usiadłam na tyle blisko, by poczuł subtelną woń perfum. Zajęcia rozpoczęły się. Profesor prowadził jak zwykle swój monolog odnośnie postępującego procesu globalizacji, gdy „niechcący” postanowiłam przesunąć stopą po jego nodze. Nie zareagował, co dodało mi odwagi. Chciałam pokazać mu, na ile mnie stać. Jaka naprawdę potrafię być.

 

- Profesorze, nie za bardzo rozumiem pewną kwestię, dokładnie chodzi mi to ten tutaj fragment… - powiedziałam, pokazując tekst, równocześnie lekko pochylając się nad podręcznikiem. Profesor delikatnie ujął moje palce, ściskając je odrobinę za mocno, jakby ostrzegawczo i odsunął je od książki. Omówił ponownie dane zagadnienie i przeszedł do kolejnego punktu lekcji. Byłam już nieco poirytowana jego biernością. Postanowiłam pójść o krok dalej, gdy nagle poczułam na swoim kolanie jego dużą, ciepłą dłoń. Zaniemówiłam. Zupełnie nie potrafiłam zinterpretować jego gestów i zachowań. Miejsce, w którym spoczywała jego dłoń, wydawało mi się promieniować gorącem.

 

- Wszystko w porządku, drogie dziecko? – zapytał, mrucząc wręcz swoim niskim, chrapowatym głosem. W odpowiedzi ujęłam jego dłoń, przesuwając ją o kilka centymetrów wyżej. Spojrzał na mnie z mieszaniną zaskoczenia i satysfakcji zarazem. Okrężnymi ruchami zaczął masować moją mogę, niebezpiecznie zbliżając się ku górze, ku wewnętrznej stronie uda. Przestałam myśleć, był tylko on i jego dotyk. Mój oddech stał się ciężki, a głos zniżył się:

 

- Wyżej profesorze… - poprosiłam. Gdy spełnił moją prośbę, jęknęłam cicho. Było mi tak przyjemnie, jak jeszcze nigdy w życiu, kręciło mi się w głowie a usta tak mi spierzchły, że musiałam je oblizać. Do tej pory profesor cały czas kontynuował swój wykład, jednak spostrzegając, do jakiego stanu mnie doprowadził, westchnął, pochylając się nade mną i powiedział:

 

- Boże, skarbie, co ja mam z Tobą zrobić… - Jedną ręką złapał mnie w talii, a drugą włożył pod moją bluzkę. Muskał moje ciało jakby z czcią. Nikt nigdy nie dotykał mnie w ten sposób. Czułam się tak komfortowo i naturalnie. Od zawsze bałam się mężczyzn. Teraz to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Profesor sprawiał, że czułam się wyjątkowa. Potrzebowałam bliskości, poczucia bezpieczeństwa. Wtuliłam się w niego najmocniej jak umiałam. Nie mam pojęcia kiedy z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Skapywały na jego koszulę, brudząc jej kołnierzyk czarnym tuszem. Profesor natychmiast powstrzymał się od dalszych działań i zapytał mnie, czy coś nie tak. Zaśmiałam się gorzko. Wszystko, dosłownie wszystko było nie tak. Prawda docierała do mnie powoli, zakopana w najgłębszych zakamarkach pamięci. Nie chciałam, jeszcze nie. Opadły ze mnie wszystkie siły. Profesor podświadomie wyczuł, czego najbardziej potrzebuję na chwilę obecną. Przygarnął mnie ramieniem i zaczął głaskać po całym ciele. Był przy tym niezwykle łagodny i szeptał mi do ucha czule, bym dała sobie czas, a wszystko się ułoży. Jemu jedynemu wierzyłam.

 

 

 

Część 4.

 

- Profesorze, mógłby profesor…?

 

- Zaraz będę. – odpadł i natychmiast się rozłączył. Taka była nasza umowa. W razie potrzeby dzwonię i spotykamy się na wyznaczonym miejscu. Przyjechał po kilku minutach. Już przy wejściu chciał wziąć mnie w ramiona, ale nie pozwoliłam mu na to. Nie, dopóki nie wyjaśni mi, dlaczego. Miałam być sama w domu przez cały weekend, rodzice wyjechali do znajomych. Usiedliśmy wygodnie na sofie. Tak bardzo pragnęłam być bliżej. Przysunęłam się do profesora, nie mogąc się powstrzymać. Wtuliłam się w niego. Zawsze ładnie pachniał, niezwykle męsko. Uspokajało mnie to. Bawiąc się kosmykami moich włosów, zapytał:

 

- Co się stało, kochanie?

 

- Profesorze, dlaczego? – zapytałam cicho. Nie sądziłam, że będzie to takie trudne. Nie samo pytanie, lecz strach, jaką mogę usłyszeć odpowiedź. Jeśli jestem dla niego tylko zabawką? Nie musiałam nawet doprecyzowywać, profesor zrozumiał od razu.

 

- Wbrew pozorom, nie znam odpowiedzi na każde Twoje pytanie. To nie jest prosta kwestia – człowiek i jego uczucia. Mam w sobie potrzebę chronienia Ciebie. Wspierania w trudnych momentach. Wiem, że brzmi to niczym hipokryzja, kiedy równocześnie dotykam Twojego cudownego ciała w taki, a nie inny sposób, ale spróbuj mnie zrozumieć. Jestem mężczyzną, a Ty jesteś młoda, atrakcyjna i bardzo zagubiona, nieprawdaż? Możesz uważać, że jestem tylko graczem, że wykorzystuje sytuację i zachowuje się podle w stosunku do mojej żony. Masz do tego pełne prawo. Jednak wierzę w coś takiego jak przeznaczenie. Odpowiednia osoba, w odpowiednim momencie naszego życia może całkowicie je zmienić, w tym przypadku uratować. I nie mówię tutaj tylko o Twoim. Uczę się od Ciebie, tak jak i Ty ode mnie. Rozumiesz? – wolno skinęłam głową.

 

- Boję się, że to mnie pochłonie, profesorze. Że stanie się moim tlenem. Aż pewnego dnia ktoś wyssie powietrze. I nie zostanie już nic, dla czego warto byłoby istnieć.

 

- A gdybyś przestała gdybać? Skup się na tu i teraz. Rób tak, by być szczęśliwą w danej chwili. Ufam, że los będzie na tyle wyrozumiały, by to, co zrodziło się między nami, było procesem. Gdy będziemy pełni, wygaśnie. – odpowiedział profesor. Chciałam mu podziękować, za to, że dzieli się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem. Wspięłam się do jego warg i delikatnie musnęłam je swoimi. Oddał pocałunek z większą namiętnością. Poczułam w ustach jego ciepły język, którym powoli przesuwał po moim podniebieniu. Było mi niesamowicie dobrze. Zapragnęłam więcej. Profesor był doskonale świadom, jak na niego reaguję, dlatego na przekór oddalił się ode mnie, odpychając mnie lekko, acz stanowczo. Zachowując resztki dumy, wstałam, by zaparzyć kawę. Złapał mnie za rękę i pociągnął z powrotem na sofę. Ewidentnie bawienie się moimi uczuciami sprawiało mu ogromną przyjemność. Podniosłam się wściekła, wyrywając mu się. Postanowiłam jednak nalać sobie czegoś mocniejszego. Wyciągnęłam z barku whisky i poszłam do kuchni po szklankę. Czułam na sobie przeszywające spojrzenie profesora, kiedy przy ladzie dolewałam colę do drinka. Po chwili poczułam jak obejmuje mnie od tyłu w talii, mrucząc do ucha:

 

- A mi to już nie nalejesz?

 

- Nie. – odparłam sucho. Tym razem to ja miałam wygrać tę potyczkę.

 

- Niegrzeczna dziewczynka, starszych trzeba traktować z należytym szacunkiem. Według mnie należy Ci się kara… - mówiąc to, odwrócił mnie do siebie gwałtownie - tak, że upuściłam szklankę. Szkło rozprysnęło się pod naszymi nogami na miliony drobnych, ostrych kawałków. Profesor zaśmiał się gardłowo. Ujął oba moje nadgarstki, krzyżując je nad moją głową i przytrzymując jedną ręką. Mocno przycisnął mnie do ściany. Spojrzał mi w oczy. Dyszałam ciężko. W jego oczach dostrzegłam pożądanie. Całował brutalnie, w międzyczasie drugą rękę wplótł w moje długie włosy. Kiedy włożył dłoń pod moją bluzkę, rozpinając biustonosz, wbiłam się paznokciami w jego plecy, próbując go powstrzymać. Nie czułam się gotowa. W głosie profesora czuć było podniecenie, gdy powiedział:

 

- Cholera, przy Tobie nie potrafię nad sobą zapanować. – Mimo tego, puścił moje nadgarstki. Przygryzłam ze skruchą dolną wargę, spuszczając oczy.

 

- Przepraszam, profesorze. – w odpowiedzi pogłaskał mnie tylko po głowie.

 

 

 

Część 5.

 

Jesień zawsze była dla mnie czasem refleksji. Wzdychający wrzesień. Przygnębiający październik i w końcu lękowy listopad. Schemat co roku był ten sam. Chwilami czułam jakby „to coś” łapało w swoje szpony moje serce i szeptało mu mroczne kołysanki. „On Cię zrani,” „Jest perfidnym, wyrachowanym, manipulującym emocjami graczem,” „Uciekaj czym prędzej.” Z każdym dniem napięcie narastało. Nie wpływało to zbyt dobrze na stan mojej psychiki. Najgorsze były noce pełne wątpliwości. Wciąż śniłam jeden i ten sam sen. Byłam w nim maleńką baletnicą, a profesor ogromnym i poważanym dyrektorem teatru, w którym to występowałam. Pracowałam bez ustanku nad choreografiami, które dla mnie przygotowywał. Potem przychodził na spektakl, na scenie byłam tylko ja, a na widowni jedynie on. Z tego snu najbardziej wrył mi się w pamięć jego wzrok. Patrzył na mnie jak na dzikie zwierzę, które trzeba okiełznać. Jak na ofiarę, którą on upolował. Jak na swoją własną zdobycz. Budziłam się zawsze zlana potem, nigdy nie pamiętałam, jak mój sen kończył się i czy w ogóle posiadał zakończenie. Często wmawiałam sobie, że to przez moją nieufność wobec płci przeciwnej, że to tylko złudzenia, kłamstwa mojego chorego umysłu. Nie mogłam mu ufać. W tamtym momencie profesor był bogiem mojego świata. Opierałam na nim całe moje jestestwo, jego sens i istotę. Życie nauczyło mnie, że punktem odniesienia jest otoczenie i bliscy, w największym stopniu. Własna intuicja również jest ważna. Nie można oddawać całej siebie drugiemu człowiekowi.

 

Wszystko działo się późno, a może już wcześnie…? Wracałam z klubu koło godziny czwartej nad ranem. Byłam wyczerpana, dudniło mi w uszach, świat wydawał się być rozmazany. Nie piłam, po prostu czułam się słabo. Moje dłonie były zimne, patrzyłam tępo w ekran telefonu. Chciałam zadzwonić po profesora, poczuć ciepło jego ciała, ale równocześnie wiedziałam, że to niewłaściwa pora. Nagle komórka zaczęła wibrować mi w ręce. Serce wręcz podeszło mi do gardła. Na szczęście to był profesor. Odebrałam z ulgą. Jednak w słuchawce, zamiast jego głosu, usłyszałam jakby zduszony szloch. Dostałam gęsiej skórki. Ktoś po drugiej stronie odchrząknął i zaczął mówić:

 

- Dlaczego? Powiedz, dlaczego nam to zrobiłaś? Byliśmy szczęśliwi. Sprowokowałaś go, uwiodłaś, jesteś tylko małą, nic nie wartą kurwą, która nie potrafi samodzielnie myśleć. Chciałam Ci tylko oznajmić, że zniszczyłaś to wszystko. Mam nadzieję, że nie będziesz mogła z tym żyć. Poza tym wiedz, że nie byłaś jedyna. Było was co najmniej kilkoro. Naraz. Nic dla niego nie znaczyłaś. Zupełnie nic. Więc dlaczego…? – kobiecy głos po drugiej stronie ponownie załamał się. Słychać było jedynie spazmatyczny szloch. Wiedziałam. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Ja po prostu to czułam, od samego początku. Żyłam w kłamstwie, bo tak było bardziej komfortowo. Czułam się obco we własnym ciele. Odpowiedziałam sucho:

 

- Przepraszam, mimo iż to nic nie znaczy. Pani wie, że on nigdy nie wiedział jak. Wiem, że też to czułaś. Potrafił posiadać wiele kobiet, nie potrafił pokochać ani jednej. Był niezdolny do miłości, to on został najbardziej pokrzywdzony przez los. Zrób to, co podpowiada Ci serce. Postąpisz właściwie, jestem tego pewna. – odpowiedziała mi głucha cisza. Sygnał przerwał się. Szłam powoli, patrząc prosto przed siebie. Kierowała mną pustka, chłodna obojętność. Zaprowadziła mnie tam, gdzie jeden krok w przód oznaczał śmierć, a w tył - życie. Obserwowałam księżyc. Duży, jasny, okrągły. Piękna tej nocy nie dało się wyrazić słowami. To właśnie był świat. Kiedy w Tobie wszystko umierało, natura wciąż była - majestatyczna, nienaruszalna i niepokonana. Cykl życia. Wszystko odradzało się wciąż na nowo. Byłam rozdarta. Między byciem, a niebyciem. Mogłam zadzwonić. Wbrew pozorom, profesor chciał mnie uratować – oboje czerpaliśmy korzyści z pomocy, choć w odmiennej formie. Nic nie było czarno-białe. On nie był zły. Ja nie byłam zła. Każdy był pokrzywdzony, na swój sposób. Byliśmy tylko ludźmi. Istotami wyjątkowymi dzięki swym niedoskonałościom.

 

To ja miałam moc sprawczą, by uzdrowić własne życie. To ja byłam dla siebie końcem i początkiem. To tylko ja i aż ja. Podniosłam w górę jedną dłoń, zaciskając palce na jednej z miliona gwiazd. Pomyślałam życzenie. Spadła. Ja zostałam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Jeśli ktoś ma ochotę napisać, to czemu by nie? ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja mam ochotę, a poza tym się nudzę ;) Recenzja to nie będzie, a raczej garść luźnych uwag rzuconych przez randomowego czytelnika, który też jakieś tam swoje upodobania ma, co pewnie będzie rzutować na opinię całości.

Na początek małe rzeczy.

 

Nie mogę zaprzeczyć, na chwilę obecną, widząc tego typu zachowania profesora(...)

Tego typu zwrot to jest tzw., kancelaryzm, to znaczy jest on szeroko używany w języku urzędowym. Użycie go w opowiadaniu trochę razi, tym bardziej, że ten zwrot budzi wątpliwości gramatyczne. Lepiej (i bezpieczniej) użyć innego, np. „w tej chwili”. Tym bardziej, że używasz tego zwrotu dwa razy (w części pierwszej i czwartej).

 

Ustalając plan zajęć z dziekanem nie przewidziałam, że moje pierwsze zajęcia to będzie półtora godziny stosunków międzynarodowych.

Mówi się „półtorej godziny” ;)

 

- Zaraz będę. – odpadł i natychmiast się rozłączył.

Chyba miało być „odparł”.

 

Teraz rzeczy poważniejsze.

Próbowałaś kiedyś budować dłuższe zdania? Zasadniczo, obecność w tekście zdań dwu-, a nawet jednowyrazowych sprawia, że tekst wydaje się rwany i niezbyt dobrze się to czyta, jakby autor próbował jak najmniejszym kosztem przeskoczyć po temacie. Ja mam wrażenie, że ty za mało korzystasz z możliwości, jakie daje język. To jest literatura piękna, a nie raport na temat miesięcznego zużycia stabilizatora smaku w fabryce zupek chińskich. Za mało tutaj zabawy językiem i wysiłku włożonego w konstruowanie zdań. Nie mówię, żeby od razu tworzyć Kantowskie zdania na pół strony, ale często w tekście miałem wrażenie, że to, co można ująć jednym zdaniem, ty rozbijasz na dwa, a nawet trzy. Żeby nie być gołosłownym, przykłady.

 

Powoli docierał do mnie sens słów profesora. Ich znaczenie.
(cz. 1).
Z każdym dniem gasłam w oczach bliskich. Kolejny nawrót depresji.
(cz. 2).
Miałam to w dupie. Po co w ogóle tu przyszłam? To nie ma żadnego sensu. Usiadłam i czekałam.
(cz. 2).
Było mi niesamowicie dobrze. Zapragnęłam więcej.
(cz 4.).

 

Następna sprawa, to nagromadzenie w tekście pytań retorycznych. To jest akurat moje subiektywne odczucie, ale ja nie lubię czegoś takiego. Mnie się po prostu wydaje, że jeżeli autor próbuje zwrócić uwagę czytelnika na jakieś zagadnienie, albo dać do zrozumienia, że narrator czegoś nie rozumie, to użycie pytania retorycznego (do tego jednowyrazowego, co ci się zdarza) jest najtańszym i najmniej wyszukanym sposobem. Wrażenie potęguje fakt, że dwie pierwsze części kończą się takim pytaniem. No, ale jak wspomniałem, to tylko moja opinia i może niepotrzebne czepialstwo.

 

Kolejna rzecz, najważniejsza. Nie wnikam, czy opowiadanie inspirowane jest twoimi przeżyciami lub fantazjami, czy też nie ;) Rzecz w tym, że to, co jest interesujące lub emocjonujące dla ciebie, niekoniecznie musi być takie dla czytelnika. Temat romansu profesora ze studentką ma to do siebie, że niezwykle łatwo można wpaść w banał. Ty (tak ja to widzę) balansujesz niebezpiecznie na krawędzi, miejscami ocierając się o ów banał. Najbardziej piję teraz do otwierającego dialogu z części pierwszej.

 

- Widzę, że dziecko przyszło sobie poczytać na świeżym powietrzu, ładnie, bardzo ładnie.

I dalej. Nie wiemy praktycznie nic o stosunkach pomiędzy narratorką a profesorem, a tu od razu z grubej rury egzystencjalna rozmowa o miłości. Jak na mój gust, zbyt dosłownie, za mało subtelnie. Tak w ogóle, to słowo na m przypomina trochę wulgaryzmy – powinno być stosowane w tekście tylko w ostateczności i gdy zachodzi uzasadniona potrzeba. Nadużywanie tego słowa, podobnie jak nadużywanie wulgaryzmów, prowadzi do trywializacji tekstu.

Kontynuując rozpoczęty temat. Brakuje mi w tym opowiadaniu, tak zwanego „haczyka”, czegoś, co sprawiałoby, że zapadałoby ono w pamięć, zmuszało do zastanowienia, albo sprawiało, że czytając w tramwaju, przegapia się swój przystanek. Jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu, odkrycia czegoś ukrytego, itp. Tutaj właściwie po przeczytaniu pierwszej części można domyślić się zakończenia i nie, nie jest to w moich oczach zaleta. Niebezpiecznie zbliżasz się do opowiadania, które, jak mówił Gombrowicz, można przeczytać pomiędzy kotletem a telefonem, a pół godziny później już o nim nie pamiętać. To jest właściwie najważniejszy zarzut.

 

Żeby nie było, że tylko się czepiam, teraz będzie o tym, co mi się podobało. Podobał mi się początek. Sposób, w jaki wprowadzasz postać profesora, niespiesznie dodając kolejne szczegóły z błyskiem humoru, sprawia, że postać ta dosłownie staje przed oczami. Tak w moim odczuciu powinno być. Nie boisz się poświęcić całego akapitu na opisanie czegoś, co jest istotne dla opowiadania. Z tego, moim zdaniem, powinnaś korzystać częściej.

Druga rzecz, to twoje plastyczne opisy scen erotycznych. Działają na wyobraźnię, przynajmniej u mnie. Jak się jeszcze wprawisz, to strach pomyśleć, co to będzie :mrgreen:

Tyle wystarczy, bo nie chcę, żebyś spoczęła na laurach.

 

Jeszcze słowo na koniec. Nie chcę cię broń Boże zniechęcić do pisania. Moje sugestie, które zmieściłem powyżej możesz wziąć pod uwagę lub nie. Nie roszczę sobie bynajmniej pretensji do bycia specjalistą od literatury pięknej. Ze swojej strony mam nadzieję, że moje uwagi były choć trochę konstruktywne. Sam fakt, że potrafisz rozpocząć i dokończyć opowiadanie, które da się przeczytać bez bólu zębów, jest w moich oczach wielką zaletą. Jesteś, jak myślę, raczej młoda, a rozwijanie talentu to jest proces, który wymaga dużo pracy, a mówiąc dużo, mam na myśli kure@#*o dużo. Tak czy inaczej, mam szczerą nadzieję, że będziesz kontynuować wysiłki, bo chciałbym jeszcze przeczytać coś twojego. Tak więc, czekam na następne.

Miałem napisać kilka zdań, a wyszedł elaborat :mrgreen:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Rafs, dziękuję Ci za tak obszerną recenzję, samą chęć jej napisania. Cieszę się, że komuś chciało się przeczytać te opowiadanie i jeszcze poprawić błędy :) Poza tym to konstruktywna krytyka, która zmotywowała mnie do doskonalenia warsztatu, a nie zaprzestania pisania :)

 

Jeśli chodzi o te moje "rwane" zdania, to na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że wykształcił mi się taki styl podczas prowadzenia dziennika/pamiętnika. To trochę jak technika strumienia świadomości, taki mój wewnętrzny monolog. Poza tym wyrażam w ten sposób siebie - a dokładnie ten stan emocjonalny, kiedy człowiek jest jak robot.

 

A z tym banałem trochę utarłeś mi nosa, zakończenie wydawało mi się niezwykle podniosłe, głębokie, z przesłaniem :105: W każdym bądź razie, będę pracować dalej i dziękuję raz jeszcze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Jeśli chodzi o te moje "rwane" zdania, to na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że wykształcił mi się taki styl podczas prowadzenia dziennika/pamiętnika. To trochę jak technika strumienia świadomości, taki mój wewnętrzny monolog. Poza tym wyrażam w ten sposób siebie - a dokładnie ten stan emocjonalny, kiedy człowiek jest jak robot.

Ty mi się nie tłumacz, bo nie masz z czego ;) Nie zapominaj, że to tylko opinia amatora, a jako amator nie jestem w stanie odróżnić swoich opinii od obowiązujących kanonów, jeśli mogę się tak wyrazić. Z ciekawości poszukałem, co na ten temat mają do powiedzenia profesjonalni pisarze i znalazłem taki oto fragment autorstwa Rafała A. Ziemkiewicza (czyli, jak by nie było, pisarza, w odróżnieniu ode mnie). Może cię zaciekawi:

 

Żadna głębsza treść ani żadna najmisterniej zaplątana fabuła nie zajmie uwagi czytelnika, jeśli poda mu się ją stylem jąkały, w zdaniach trzeszczących między zębami i nierównych, jak oddech zdychającego na zaolejonej plaży walenia.
... rytm zdania jest najprostszym i najoczywistszym sposobem regulowania tempa akcji. Długie, wielokrotnie złożone zdania sprzyjają rozproszeniu uwagi, są na miejscu, gdy chcesz przyhamować, zwolnić. Jeżeli chcesz przy tym stworzyć nastrój sceny, bardzo skuteczne jest połączenie dłuższych zdań z rytmicznie powtarzającą się frazą, powtarzającą co jakiś czas niczym refren. Oczywiście, aby zrobić nastrój musisz też uważać, by nie wetknąć gdzieś słowa do tego nastroju nie pasującego. Wracając do rytmu: dla odmiany zdania krótkie, pojedyncze, wymarzone są do opisu scen szybkich, o dużym napięciu. W momentach szczytowych dobrze jest nawet zastąpić je na chwilę samymi równoważnikami zdań. To oczywiście przybliżenie. W praktyce nie ma nic nudniejszego niż jednostajność. Natłok krótkich, szybkich zdań nuży tak samo, jak kwiecisty, młodopolski słowotok, w którym na każde zdanie przypadały trzy orzeczenia i sześć okoliczników. Dwa zdania długie, jedno krótkie, jedno długie, dwa krótkie - taki jest mniej więcej optymalny rytm narracji, kiedy nie dzieje się nic szczególnego.

Znalezione tutaj:

http://www.literatura.gildia.pl/warsztaty_literackie/elementarz-pisarza/rozdzial-8

 

Można więc powiedzieć, że nie miałem do końca racji (przynajmniej według wyżej wymienionego), a moje własne gusta jakoś tam wpływają na odbiór tego, co czytam.

 

A z tym banałem trochę utarłeś mi nosa, zakończenie wydawało mi się niezwykle podniosłe, głębokie, z przesłaniem

O zakończeniu akurat nic nie pisałem :mrgreen: Myślę, że zakończenie jest w porządku, ale też bez fajerwerków. Chodziło mi o to, że zakończenie wynika logicznie z całości (pomijam szczegóły zakończenia, bo one są tu nieistotne). Ale właśnie. To nie jest rozprawa naukowa, tu nie musi wszystko z siebie wynikać. Właśnie tutaj brakuje mi jakiejś iskry, czegoś, co zostawiałoby czytelnika w szoku. Czegoś bardziej zaskakującego, a nie będącego naturalną konsekwencją akcji.

Z drugiej strony, podkreślam raz jeszcze, że to jest tylko opinia amatora, który przeczytał kilka książek i uważa, że to, co mu się podoba powinno być stosowane przez wszystkich prozaików :mrgreen: Nie chodziło mi o powiedzenie ci, jak masz pisać, ale raczej o uświadomienie ci pewnych możliwości.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie super! Super, super, super! Pisz więcej, będę czytać. (zaczytałam się i prawie rozgotowałam ryż :D ) :105:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Rozgotowany ryż nie jest taki znowu zły, New-Tenuis :yeah: I dziękuję, cieszę się, że się spodobało :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×