Skocz do zawartości
Nerwica.com

Ciąża i nasilenie objawów nerwicy lękowej z natręctwami


znerwicowana_mama

Rekomendowane odpowiedzi

Drodzy Forumowicze... pewnie nie jestem pierwszą i ostatnią osobą, która dostrzega w Was swoją ostatnią nadzieję. Z nerwicą lękową i nerwicą natręctw borykam się od dzieciństwa, leczę ją dopiero od 6 lat. To był już schyłek mojej wytrzymałości i może dzięki temu w końcu trafiłam do gabinetu specjalisty. Nie było dla mnie specjalnym odkryciem, kiedy wspólnie ustaliliśmy, że za moją nerwicę oprócz własnych predyspozycji odpowiedzialny jest mój dom rodzinny. Nieustanne wymogi bycia idealnym, czarnowidztwo co do przyszłości, ciągle dowodzenie swojej przydatności w domu, tego że po prostu zasłużyłam na chleb. I znoszenie nieustannego niezadowolenia rodziców, wymóg uczestnictwa w każdej rywalizacji a'la wyścig szczurów plus wpojone mi wartości że wszystko do cna uczciwie i właściwie mogę dać po sobie deptać.

Moje dotychczasowe natręctwa polegały na, jak to gdzieś przeczytałam na tym forum, negowaniu przeszłości. Wymyślaniu historii do rzeczywistych zdarzeń. Dla przykładu przedstawianie referatu na studiach - przyszło mi do głowy, by zacząć przeklinać. Ok, głupia myśl. A co jeśli to zrobiłam? Potem były już mniej błahe rzeczy, wymyślanie tego, że popełniłam czyn przestępczy, okradłam, pobiłam. Wymyślanie rozmaitych sytuacji, w których świadomie i z rozmysłem się skompromitowałam, np. rozebrałam na ulicy. Do tego doszły liczne natręctwa, by poprzez np. zapewnienia innych osób uspokoić na chwilę swoją głowę. Co śmieszne, te osoby nie musiały być świadome mojej nerwicy, po prostu obserwowałam ich stosunek do mojej osoby, to jak się wobec mnie zachowują, ton głosu. Zadawałam z pozoru neutralne pytania, które miały utwierdzić mnie w tym, że nic nieodpowiedniego nie zrobiłam. Wystraczyło że ktoś miał gorszy dzień i nie był rozmowny i uśmiechnięty jak zwykle - tu już miałam pewność że kompromitująca sytuacja miała miejsce naprawdę.

Nerwica stopniowo zmieniała swój charakter i natężenie. Obserwowałam taką zależność - im jestem bardziej zajęta w ciągu dnia, im więcej mam prawdziwych i realnych zmartwień, tym rzadziej lęk miał sposobność mnie ogarnąć. Najwspanialszym co mnie spotkało była stresująca praca. Tam też zdarzało mi się wymyślać historie, ale w przeważającej części dnia nie było na to czasu. Przez znaczną odległość pracy od miejsca zamieszkania byłam zmuszona do dość czasochłonnych dojazdów. Do domu wracałam padnięta. Nie było czasu na nic innego poza stresowaniem się sytuacją w pracy. W rzadkich wolnych chwilach wymyślałam w głowie historie, że w trakcie prowadzenia samochodu kogoś potrąciłam, w pracy wzięłam łapówkę. Rzadsze ataki wymysłów wyobraźni, ale jednak miały miejsce.

Dodam że w tym czasie brałam lek o nazwie Escitil.

Teraz jestem na wydawałoby się bardzo wyjątkowym etapie mojego życia. Za chwilę urodzę córkę, spełniło się moje i męża przeogromne marzenie. Leczenie farmakologiczne nerwicy poszło w odstawkę. Było dobrze przez około 4-5 miesięcy ciąży. Pojawiły się komplikacje. W porównaniu z tym, co przeżywają niektóre kobiety w ciąży, w zasadzie nie było dużego powodu do zmartwień. Lekarz prowadząca nieco na wyrost uznała ciąże za zagrożoną i po hospitalizacji wysłała na przymusowe zwolnienie. Od tej pory byłam dość często przez nią utwierdzana, że tak naprawdę powinnam zamknąć się w domu i leżeć patrząc w sufit, bo inaczej stracę dziecko. Później wysłała mnie do szpitala kolejny i kolejny raz. W szpitalu nie wiedzieli jak się odnieść do jej kolejnej diagnozy na temat mojej zagrożonej ciąży. Wprost powiedzieli mi, że zatrzymają mnie na obserwacji, jednak ciąża jest fizjologiczna i rozwija się prawidłowo. Pomyliła się w pomiarach, panikowała, odsyłała do szpitala wojewódzkiego. W końcu przyszłam po rozum do głowy i zmieniłam lekarza. Nie faszeruje mnie on lekami na podtrzymanie ciąży, uspokaja i pod absolutnie wszystkim się podpisuje na opisach badań z kolejnych wizyt. Tamta pani doktor nigdy tego nie robiła, nawet nie miałam odpowiednio prowadzonej historii choroby i karty ciąży. Wydaje się, że wreszcie sytuacja przybrała właściwy obrót. Niestety tak nie jest.

Takiej nerwicy lękowej jak teraz, nie miałam nigdy w życiu. Może we wczesnej młodości, kiedy zostałam pozostawiona całkowicie bez wsparcia kogokolwiek. Teraz moja nerwica kompletnie nie dotyczy mnie, tego jak postrzegają mnie ludzie, mojego samopoczucia. Teraz rządzi mną nieustanny strach o dziecko, o to że mu zaszkodzę. Przykłady: spacer, powrót z zakupów - na pewno dotknęłam pod blokiem palcem z zadartą skórką kocich odchodów - mam toksoplazmozę, moje dziecko urodzi się chore; zjadłam posiłek na mieście - może sałata była nieumyta - to zagrożenie listeriozy; samotne przedpołudnie w domu - na pewno napiłam się dużej ilości alkoholu, moje dziecko jest pijane, zrobiłam to specjalnie bo tak naprawdę go nie chce; inny przykład - na pewno wzięłam garść leków z apteczki, stracę dziecko. Czytam książkę o tematyce lekkiej łatwej i przyjemnej - niestety muszę biec do toalety, uroki ciąży. Na toalecie zakłucie w żołądku, później w podbrzuszu - czy przypadkiem na ubikacji nie odeszły mi wody płodowe? Moje dziecko już pewnie z tego powodu jest zakażone jakąś bakterią. Ostrzejszy kopniak od mojego Maluszka - pewnie rzuca się w brzuchu, bo owinął się pępowiną. Już pewnie jest niedotleniony. Popołudniowa drzemka - spałam bardzo długo i mocno, a może odkręciłam gaz i podtrułam siebie i dziecko? Może jestem niedotleniona, przez co dziecko urodzi się chore? Ilość badań USG, które wykonałam mojemu dziecku poprzez częste pojawianie się na izbie przyjęć z różnymi "dolegliwościami" jest wprost zatrważająca.

Prześladuje mnie moja przeszłość, ciągle analizuje moją historię chorób wszelakich i ewentualnych objawów bądź ich braku. Przecież istnieją choroby bezobjawowe przez wiele lat wywołane nabyciem jakiejś bakterii - np. choroby weneryczne. Przed mężem spotykałam się z chłopakiem, co do którego wierności mogę mieć dziś spore wątpliwości, co zresztą było powdem naszego rozstania. Uprawialiśmy niezabezpieczony seks oralny. X lat temu jako naprawdę młoda dziewczyna wchodząca w dorosłość, pragnąca być kochana, zrobiłam coś czego się wstydzę, dzięki czemu myśl o chorobie którą mógł mi przekazać podczas takiego niezabezpieczonego kontaktu powraca. Teraz obecność ewentualnej choroby szkodzi dziecku, mogę ją przenieść karmiąc później piersią. Przez moją głupotę. Przez to że zachowałam się kiedyś skrajnie głupio. To jedna z częściej powracających myśli. Teraz boję się nawet kontaktu z obcymi osobami - przychodzi listonosz - wymyślam że uprawiałam z nim seks i teraz już na pewno będę chora, a przez to moje dziecko.

Najbardziej żenujące są jednak natręctwa, którym wciąż ulegam. Od naprawdę lekkich gatunkowo jak nieustanne mycie rąk, wyparzanie naczyń i innych przedmiotów i dezynfekcje, poprzez robienie zdjęć i nagrywanie filmików telefonem, mających być dla mnie samej dowodem że np. nie jestem niedotleniona albo że jestem w domu i nigdzie nie wychodzę (gdzie mogłabym nabyć jakąś bakterię), po obarczanie mojego męża sprawdzaniem czy wydzielina na wkładce jest odpowiednia (czy nie są to krew albo wody płodowe) i mówienie mu o wszystkich najgłupszych rzeczach jakie mi przyjdą do głowy po to tylko, żeby mnie na chwilę uspokoił.

Próbowałam wszystkiego. Ośmieszania tych myśli, szukania zajęć w domu, czytania lekkich książek, które nie podsuną dodatkowych pomysłów na stany lękowe. Cały czas jednak wydaje mi się, że faktycznie coś mogło się wydarzyć. Że stawka teraz jest zbyt wysoka - chodzi o Maleństwo. Dodatkowo jeszcze ta świadomość, że skoro teraz lęki są tak nasilone, to co będzie dalej... Co będzie, kiedy mój Skarb przyjdzie na świat? Czym będę się wtedy martwić? Jakie sytuacje wymyślać? Ja nawet teraz już wiem.... choroby, podanie leków, uszkodzenie główki.

Czasem myślę, że sama robię wszystko po to, by nigdy nie zaznać szczęścia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się czymś dłużej cieszyłam. Świętami, dobrymi wiadomościami. Ta nerwica i ja, która jej na to przyzwalam wszystko niszczymy. Nie może być dobrze, nie ma prawa, bo ja muszę się martwić.

 

Czuję się jak w klatce. Proszę, dajcie mi jakąś podpowiedź, nadzieję. Cokolwiek, dzięki czemu uwierzę, że mogę żyć inaczej...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

znerwicowana_mama, masz ponizej cały watek dla kobiet w ciazy i planujacych ciaze. Ja tez urodzilam niedawno dziecko a na nerwice lecze sie od 97 roku. Brałam antydepresanty w trakcie ciazy odstawilam, jednak sa mamy tutaj ktore brały leki cała ciaze i jest ok z dzieckiem. Lepiej brac leki niz sie meczyc siebie i dziecko. Nie wiem w jakim Ty jestes stanie,to wie a przynajmniej wiedziec Twoj lekarz, jezeli masz zaawansowana nerwice/depresje w ciazy to powinno sie brac leki. Ciagle nerwy i zastanawianie sie nie wpływaja dobrze na Ciebie, a dziecko, jak sie płod bedzie rozwijał tez bedzie odczuwał w pewnym stopniu. Mozesz jezeli nie chcesz brac leków sprobowac wizyt u psychologa czyli psychoterapii, przynajmniej na czas ciazy. Owszem po ciazy nie jest łatwo, wrecz moze byc gorzej bo niestety jak sie zle czujesz to musisz sie zajac dzieckiem ale bedac pod opieka lekarza, psychologa mozna funkcjonowac calkiem niezle :) Takze badz dobrej mysli, dasz rade na pewno, tylko trzeba wyciszyc te objawy. Pisz tu czy w tamtym watku, wspieramy sie nawzajem :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

agusiaww, byłam wczoraj u mojej pani doktor i chyba to tak naprawdę mnie dobiło. Ona jest za tym żebym przeczekała ten okres, twierdzi że żadnych leków nie powinnam brać. Mało tego, zachęca by także wytrzymać 3-4 miesiące karmienia piersią i potem w miarę potrzeby zgłosić się po leki. To o tyle dziwne, że każdy lekarz zazwyczaj dba o "swoją działkę", zaskoczyło mnie że psychiatra ma takie podejście.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

znerwicowana_mama, zawsze mozesz isc do innego jezeli czujesz ze potrzebujesz.Ja sama dobrze funkocjonowałam bez leków w ciazy chociaz pod koniec było juz nieciekawie, nawet zalowałam ze nie brałam bo czułam sie koszmarnie. Niemniej zaraz po porodzie wrocilam do leków bo wrocila mi depresja z nerwica. Teraz juz ok bo leki działaja. Kazdy musi sam podjac decyzje, ja uwazam ze jak czlowiek sie zle czuje to trzeba brac leki nawet w ciazy sa w miare bezpieczne antydepresanty, nie ma co sie katowac. Natomiast jak pisalam moze sprobuj wizyt u psychologa i dasz rade bez leków.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×