Skocz do zawartości
Nerwica.com

Ślady


StaticLine

Rekomendowane odpowiedzi

Długo zastanawiałam się jak opisać to co sie zadziało w moim życiu. W sumie pomysl spisania tego podsunela mi T. Nie chciałam robić z tego pamiętnika, ani opisywać sucho zdarzeń. Dlatego wymyśliłam sobie ten sposób. Bardziej dla siebie, ale moze ktoś zrozumie mechanizm tego z czym zmagają sie osoby z ptsd, zwłaszcza gdy nie sa świadome. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rozdział I

 

Poniedziałek

 

Budzik zadzwonił o 6:17. Sylwia otworzyła oczy, ale przez kilka sekund nie zrobiła nic. Leżała nieruchomo, patrząc w jasną plamę światła na suficie. Zasłony nie były całkiem zasunięte i przez niewielką szczelinę między nimi wpadał poranny blask. Jeszcze nie mocny, tylko taki, który bardziej przypomina obietnicę dnia niż prawdziwy dzień.

Budzik przestał dzwonić. Cisza. Sylwia wyciągnęła rękę spod kołdry i po omacku znalazła telefon.

6:18.

Nie zaspała. Po prostu nie miała ochoty wstawać.

Przesunęła palcem po ekranie. Kilka powiadomień. Jedna wiadomość. Dwie reklamy. Przypomnienie o rachunku, którego zdecydowanie nie chciała oglądać o szóstej rano.

Zatrzymała się na wiadomości.

Karolina: Żyjesz? 😂

Sylwia uśmiechnęła się pod nosem.

Sylwia: Niestety.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

Karolina: To dobrze. Kawa?

Sylwia: Oczywiście.

Karolina: 8:10, czekam w biurze.

Sylwia odłożyła telefon.

-Despotka- mruknęła.

Tym razem wstała.

Podłoga była zimna.

-Cholera.

Wciągnęła chapcie na stopy i przez chwilę stała na środku sypialni, próbując przypomnieć sobie, co właściwie miała dzisiaj zrobić.

Praca.

Zakupy.

Telefon do mamy.

I coś jeszcze.

Coś ważnego.

Zmarszczyła brwi.

Nic.

-Przypomni mi się- powiedziała sama do siebie.

Zawsze sobie to mówiła i najczęściej miała rację.

W łazience zapaliła światło i od razu tego pożałowała.

Lustro było bezlitosne o tej porze.

Włosy sterczały jej na wszystkie strony, pod oczami miała delikatne cienie, a policzek był odgnieciony od poduszki.

Przyjrzała się sobie.

-Wyglądasz cudownie- powiedziała z przekąsem w głosie. 

Lustro nie odpowiedziało. Odkręciła wodę.

O 6:43 w kuchni pachniało kawą.

Sylwia stała przy blacie w jednej ręce trzymając kubek, a drugą przewijając wiadomości. Karolina zdążyła wysłać jeszcze jedną.

Karolina: I uprzedzam, że jak przyjdziesz po ósmej, to kawa będzie moja.

Sylwia: Szantaż.

Karolina: Motywacja.

Telefon zawibrował ponownie.

Karolina: Poza tym Justyna już jest.

Sylwia zerknęła na zegarek.

6:44.

-Jak ona może już być? -mruknęła.

Nie była. Sylwia doskonale wiedziała, że Karolina właśnie ją podpuszcza. To akurat było dla niej typowe.

Schowała telefon do kieszeni. W mieszkaniu było cicho.

Przez uchylone okno dochodził szum samochodów. Ktoś na klatce schodowej zatrzasnął drzwi. Później rozległy się szybkie kroki, które po chwili ucichły.

Sylwia upiła łyk kawy. Za gorąca. Skrzywiła się i odstawiła kubek.

Na lodówce wisiała kartka.

KUPIĆ:

- mleko

- chleb

- kawa

- proszek do prania

- coś na obiad

Pod spodem, mniejszym pismem:

Nie zapomnij.

Sylwia przez chwilę patrzyła na ostatnie dwa słowa. Nie pamiętała, kiedy je napisała. Oderwała kartkę, zmięła ją i wyrzuciła. Potem wzięła nową.

Napisała:

KUPIĆ:

- mleko

- chleb

- kawa

Zastanowiła się.

Dopisała:

- coś dobrego

Tym razem przykleiła kartkę magnesem w kształcie kota. Kot patrzył na nią głupkowato jednym okiem.

-Ty przynajmniej pamiętasz.

Wzięła kubek i ruszyła do sypialni.

O 7:31 zamknęła drzwi mieszkania.

Zbiegła po schodach dwa piętra, zanim przypomniała sobie, że zostawiła telefon.

- Cholera - syknęła sama do siebie i wróciła na górę.

Telefon leżał na szafce w przedpokoju.

Kiedy go podniosła, ekran rozświetlił się od kolejnej wiadomości.

Karolina: Nie mów, że znowu czegoś zapomniałaś.

Sylwia spojrzała na telefon z niedowierzaniem.

Sylwia: Skąd ty wiesz?

Karolina: Bo cię znam.

Sylwia pokręciła głową.

Sylwia: Psychopatka.

Karolina: Do zobaczenia.

Schowała telefon do kieszeni i tym razem naprawdę wyszła. Na zewnątrz było chłodno. Jeszcze nie zimno, ale zdecydowanie nie było to już lato. Sylwia zapięła kurtkę pod szyję i ruszyła w stronę przystanku. Po drodze minęła piekarnię. Zatrzymała się. Przez szybę zobaczyła półki pełne świeżego pieczywa. Spojrzała na telefon.

7:39.

Miała jeszcze czas. Weszła do środka.

-Dzień dobry- powiedziała sprzedawczyni.

-Dzień dobry. Poproszę dwa croissanty.

Kobieta zapakowała je do papierowej torebki. Sylwia zapłaciła i już miała wyjść, kiedy zatrzymała się.

- I jeszcze...

Spojrzała na gablotę.

-Jedno takie z serem.

Sprzedawczyni podała jej bułkę. Sylwia wzięła ją do ręki.

-To dla mnie- wyjaśniła, jakby conajmniej ktoś pytał.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się.

-Oczywiście.

Sylwia zapłaciła i wyszła.

Dopiero na chodniku zorientowała się, że powiedziała to na głos. Parsknęła śmiechem. I przez chwilę, idąc w stronę przystanku z papierową torebką w dłoni, naprawdę nie myślała o niczym.

Ani o pracy. Ani o rachunku. Ani o tym, co miała jeszcze zrobić. Po prostu szła.

Poniedziałek dopiero się zaczynał.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Kiedy Sylwia weszła do gabinetu, Karolina siedziała już przy swoim biurku.

Na blacie stał kubek kawy, komputer był włączony, a Karolina przeglądała coś na ekranie z miną osoby, która właśnie znalazła bardzo ważny dowód na potwierdzenie własnych podejrzeń.

Podniosła wzrok.

- Spóźniłaś się.

Sylwia spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami.

- Jest ósma sześć.

- Właśnie.

- Pracę zaczynamy o ósmej.

- Wiem. - Sylwia odwiesiła kurtkę.- Czyli jestem?

- Sześć minuty spóźniona.

- Karolina, jest sześć po.

- A o ósmej powinnaś być gotowa do pracy.

Sylwia pokręciła głową.

- Dzień dobry również tobie.

-Dzień dobry. Kawa? - Karolina uśmiechnęła się szeroko.

Na biurku obok jej własnego kubka stał drugi.

Sylwia podeszła i wzięła go do ręki.

- Przekupujesz mnie?

- Nie. Inwestuję w twoją produktywność.

- A jak wypiję i nadal będę nieproduktywna?

- Wtedy będę miała dowód, że problem leży głębiej.

Sylwia parsknęła śmiechem.

- Dziękuję.- Upiła łyk. - Dobra.

- Co?- Karolina uniosła brew.

- Nic. Po prostu dobra.

- Wiem.
- Jesteś dzisiaj wyjątkowo skromna.

- To poniedziałek. W poniedziałki nie mam siły być skromna.

Drzwi otworzyły się chwilę później i do środka weszła Justyna.

- Dzień dobry.

Karolina spojrzała na zegarek.

- Osiemnaście po.

- I?- Justyna zatrzymała się w połowie zdejmowania kurtki.

- Nic.
- To czemu patrzysz na zegar?

- Lubię zegary.

- Ty lubisz się czepiać.

- Też.

Sylwia siedziała już przy swoim komputerze. Justyna usiadła przy swoim biurku.

- Co wy w ogóle takie zadowolone?

- Nic - odpowiedziała Sylwia.

- Kłamie - dorzuciła Karolina.

Sylwia spojrzała na nią. - Nie kłamię.

- Masz ten uśmiech.

- Jaki?

- Taki.- Karolina wskazała na jej twarz i zrobiła głupią minę. 

Sylwia próbowała zrobić poważną minę.

- Faktycznie.- Justyna przyjrzała jej się uważnie.

- O Boże - westchnęła Sylwia. - Dwie przeciwko jednej.

- Zawsze - powiedziała Karolina.

Przez następne kilkanaście minut zajęły się pracą. Gabinet powoli wypełniał się zwykłymi dźwiękami poniedziałkowego poranka: stukaniem klawiatur, przesuwaniem krzeseł, otwieraniem szuflad i krótkimi rozmowami prowadzonymi między jednym obowiązkiem a drugim.

Sylwia lubiła te pierwsze godziny. Nie działo się jeszcze zbyt wiele. Telefon nie dzwonił bez przerwy. Nikt nie był zmęczony. Nikt nie miał jeszcze dość dnia.

O dziewiątej Justyna zaczęła opowiadać o sytuacji z piątku.

- Mówię wam, naprawdę myślałam, że się przesłyszałam - powiedziała, odkładając długopis. - Dzwoni do mnie facet i pyta, czy może przełożyć wizytę na dzisiaj.

Karolina spojrzała na nią znad monitora.

- I co w tym dziwnego?

- To, że jego wizyta była właśnie dzisiaj.

Sylwia roześmiała się.

- Czyli chciał ją przełożyć na ten sam dzień?

- Tak.

- Geniusz.

- Poczekaj. Najlepsze dopiero było później. Pytam go, na którą godzinę chciałby ją przełożyć, a on mówi: „No na tę, którą mam”.

Karolina odłożyła długopis.

- Czyli człowiek miał plan.

- Bardzo konkretny.

Sylwia zaczęła się śmiać.

- I co zrobiłaś?

- Powiedziałam mu, że może zostać przy tej godzinie, skoro tak dobrze mu pasuje.

Karolina pokiwała głową.

- Dyplomacja.

- Dziękuję.

Przez chwilę wszystkie trzy śmiały się z sytuacji, która w gruncie rzeczy nie była szczególnie zabawna. Po prostu był poniedziałek. I właśnie dlatego śmieszyło je prawie wszystko.

 

Przed południem ruch trochę się uspokoił.

Sylwia wstała od biurka i poszła zrobić sobie herbatę. Kiedy wróciła, telefon leżący obok klawiatury zawibrował. Spojrzała na ekran.

Przypomnienie: wtorek, 17:30.

Zmarszczyła brwi. Przez chwilę patrzyła na powiadomienie.

Nie wiedziała, co to jest. Odblokowała telefon i otworzyła kalendarz.

Wtorek.

17:30.

Żadnego opisu. Tylko godzina. Sylwia próbowała sobie przypomnieć, kiedy to wpisała. Nic.

- Coś się stało? - zapytała Karolina.

- Nie. - Sylwia podniosła głowę.

- To czemu tak patrzysz na telefon?

- Mam jakieś przypomnienie i nie wiem, czego dotyczy.

- Jakie?- Karolina odsunęła się od biurka.

Sylwia pokazała jej ekran. Karolina spojrzała.

- „Wtorek, siedemnasta trzydzieści”.

- Mhm.

- I nie wiesz, co to?

- Nie.

- Może coś odwołałaś?

- Może.

Karolina przez chwilę patrzyła na ekran.

- Sprawdź wiadomości.

Sylwia przewinęła kilka rozmów. Nic.

- Pewnie sama to wpisałam - powiedziała.

Karolina wzruszyła ramionami.

- Pewnie.

Sylwia wyłączyła ekran.

- Wyrzucę.

- Co?

- Przypomnienie.

- A jak było ważne?

Sylwia spojrzała na nią.

- Wtedy telefon przypomni mi drugi raz.

- Logiczne.- Karolina uśmiechnęła się.

Sylwia odłożyła telefon. Nie myślała już o tym. Przynajmniej przez kilka następnych godzin.
 

Po pracy zatrzymała się jeszcze w sklepie. Wzięła mleko, chleb, kawę i proszek do prania.

Przy półce ze słodyczami przypomniała sobie ostatnią pozycję z listy.

Coś dobrego.

Przez chwilę zastanawiała się, co właściwie ma ochotę zjeść. W końcu wrzuciła do koszyka paczkę ciastek.

Przy kasie, kiedy wyciągała telefon, zobaczyła kolejne powiadomienie. Nie z kalendarza. Wiadomość od mamy.

Mama: Będziesz w tym tygodniu w domu? Chciałam ci dać ten słoik, co mówiłam.

Sylwia uśmiechnęła się.

Sylwia: Mogę w środę po pracy.

Mama: Dobrze. To zrobię ci też obiad.

Sylwia przez chwilę patrzyła na ekran.

Sylwia: Nie musisz.

Po chwili pojawiły się trzy kropki.

Mama: Wiem.

Sylwia uśmiechnęła się pod nosem.

Mama: To zrobię.
Schowała telefon.

Za nią ktoś westchnął ostentacyjnie, dając jej do zrozumienia, że kolejka posuwa się do przodu.

- Już, już - mruknęła.

Wyszła ze sklepu z siatką w jednej ręce i telefonem w drugiej. Było już ciemniej. Jesień przyszła niepostrzeżenie. Sylwia spojrzała na niebo. Jutro był wtorek. Przez ułamek sekundy przypomniała sobie kartkę z lodówki.

Wtorek.

Zatrzymała się.

Potem pokręciła głową.

- Przypadek.- Ruszyła dalej.

Poniedziałek, wieczór

Kiedy Sylwia wróciła do mieszkania, było już po siedemnastej.

Postawiła zakupy na kuchennym blacie i przez chwilę stała bez ruchu, patrząc na siatki.
- Dobra.

Nie wiedziała, co dokładnie oznaczało to „dobra”. Może po prostu chciała sobie powiedzieć, że jest w domu. Zdjęła kurtkę, odwiesiła ją na krzesło i zaczęła rozpakowywać zakupy. Mleko do lodówki. Chleb do szafki. Kawa obok ekspresu. Proszek do prania do łazienki. Ciastka zostały na blacie. Otworzyła paczkę. Zjadła jedno. Potem drugie.

Przy trzecim uznała, że właściwie nie ma sensu udawać, że będzie jadła je oszczędnie. Usiadła przy stole z kubkiem herbaty.

Telefon leżał obok. Ekran rozświetlił się.

Karolina: Żyjesz?

Sylwia: Fizycznie.

Karolina: Czyli poniedziałek udany.

Sylwia: Bardzo. Kupiłam nawet proszek do prania.

Karolina: Szaleństwo.

Sylwia: Wiem.

Karolina: A jutro?

Sylwia spojrzała na wiadomość. Przez moment nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Sylwia: Co jutro?

Karolina odpisała dopiero po chwili.

Karolina: Nic. Po prostu pytam.

Sylwia zmarszczyła brwi.

Sylwia: Dziwna jesteś.

Karolina: To już ustaliłyśmy rano.

Sylwia uśmiechnęła się i odłożyła telefon. Nie zastanawiała się nad tym dłużej. Włączyła telewizor. Po kilku minutach leciał jakiś program, którego zupełnie nie oglądała. Jej myśli odpłynęły gdzieś indziej.

Przypomniała sobie wiadomość od mamy. Środa. Obiad. Słoik. Uśmiechnęła się. Mama zawsze dawała jej coś do jedzenia. Nawet jeśli Sylwia mówiła, że nie potrzebuje. Nawet jeśli zarzekała się, że ma pełną lodówkę. W końcu zawsze wychodziła od niej z jakąś reklamówką. Telefon znów zawibrował.

Mama: Pamiętaj o środzie. I nie przyjeżdżaj później niż 19, bo potem już będę zmęczona.

Sylwia: Będę.

Po chwili dopisała: Kocham Cię.

Trzy kropki pojawiły się niemal od razu.

Mama: Ja Ciebie też.
Sylwia odłożyła telefon. Nie była typem osoby, która często mówiła mamie, że ją kocha. Dlatego po wysłaniu wiadomości poczuła lekkie zakłopotanie. Nie wiedziała dlaczego. Przecież to nic takiego.

Około dwudziestej pierwszej wstała z kanapy. Telewizor nadal grał.

Zgasiła światło w salonie i poszła do kuchni.Kiedy przechodziła obok lodówki, zatrzymała się.Nowa lista zakupów wisiała dokładnie tam, gdzie ją przykleiła rano.

KUPIĆ:

  • mleko

  • chleb

  • kawa

  • coś dobrego

Sylwia spojrzała na nią przez chwilę. Wszystko kupione. Uśmiechnęła się.

- Jestem jednak ogarnięta.

Odwróciła się. Zrobiła dwa kroki. I wtedy coś ją tknęło. Wróciła do lodówki. Popatrzyła na kartkę jeszcze raz. Nie wiedziała dlaczego. Po prostu miała wrażenie, że czegoś na niej brakuje. Przesunęła palcem po papierze. Nic. Wszystko było w porządku. Zdjęła kartkę. Przeczytała ją jeszcze raz.

Mleko.

Chleb.

Kawa.

Coś dobrego.

Przez chwilę stała tak z kartką w ręce. Potem wzruszyła ramionami i wyrzuciła ją do kosza. W sypialni przebrała się w piżamę. Telefon podłączyła do ładowarki. Zgasiła światło. Kiedy już leżała w łóżku, przypomniała sobie o jutrzejszym przypomnieniu.

17:30.

Nie wiedziała, czego dotyczyło. Przez chwilę chciała wstać i sprawdzić kalendarz. Nie zrobiła tego.

- Jutro - powiedziała cicho.

Zamknęła oczy. Kilka minut później spała.

Wtorek zaczął się od deszczu.  Nie ulewy. Zwykłego, jesiennego deszczu, który padał tak spokojnie, jakby miał zamiar robić to przez cały dzień. Sylwia stała przy oknie z kubkiem kawy i patrzyła na mokrą ulicę.

- Idealnie - powiedziała do siebie.

Nie lubiła deszczu. Nie dlatego, że przeszkadzał jej sam deszcz. Bardziej dlatego, że wszystko przez niego robiło się trudniejsze. Ludzie poruszali się wolniej, samochody chlapały na chodniki, włosy przestawały współpracować, a rano zawsze okazywało się, że parasol znajduje się dokładnie tam, gdzie człowiek nie ma czasu go szukać.

Odwróciła się od okna. Telefon leżał na stole. Przez chwilę patrzyła na niego.

Wtorek.

17:30.

Przypomnienie nadal było w kalendarzu. Sylwia podeszła do telefonu i otworzyła wydarzenie. Puste. Żadnego tytułu. Żadnej lokalizacji. Żadnej informacji, kto je utworzył. Tylko godzina. 17:30.

- No dobra - mruknęła.

Usunęła przypomnienie. Tym razem zrobiła to świadomie. Telefon zapytał: „Czy na pewno chcesz usunąć to wydarzenie?”. Kliknęła „tak”. Gotowe. Odłożyła telefon. I natychmiast poczuła ulgę. Głupią, zupełnie nieproporcjonalną ulgę. Jakby właśnie zamknęła jakąś drobną sprawę, która od wczoraj siedziała jej z tyłu głowy. Nie zastanawiała się nad tym dłużej.
 

W pracy Karolina już była. Tym razem Sylwia pojawiła się o 7:58.

Karolina spojrzała na zegar, a potem na nią.

- O.

- Co?

- Punktualna.

- Możesz przestać?

- Mogę.- Karolina zrobiła krótką pauzę.- Ale nie chcę.

Sylwia odwiesiła kurtkę.

- Wiedziałam.

Justyna siedziała przy komputerze i jadła coś zawiniętego w papier.

- Nie pytajcie - powiedziała, zanim którakolwiek z nich zdążyła się odezwać. 

Karolina spojrzała na kanapkę.

- Nie pytam.

- Właśnie pytasz wzrokiem.

- Mam bardzo pytający wzrok.

Sylwia usiadła przy swoim biurku.

- Co jesz?

- Bułkę.

- Z czym?

- Z jedzeniem.- Justyna spojrzała na nią z pełną powagą.

Sylwia parsknęła śmiechem.

- Dobrze.

- Dziękuję.

Karolina pokręciła głową.
-Wy obie potrzebujecie pomocy.

- Ty też-  odpowiedziała Justyna.

- Ja już jestem po terapii.

- I nawet to cię nie uratowało.

Karolina spojrzała na nią przez sekundę. Sylwia roześmiała się.

Karolina również. I temat zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Przed południem deszcz przestał padać. Słońce nie wyszło, ale przynajmniej przestało być szaro. Praca szła zwyczajnym rytmem.

Justyna dwa razy zgubiła długopis. Karolina znalazła go za każdym razem. Za trzecim razem Justyna oskarżyła ją o kradzież.

Karolina przyznała się bez wahania.

-Mam całą kolekcję.

- Oddaj mój.

- Nie.

- Karolina.

- Justyna.

- To mój ulubiony.

- Tym bardziej.

Sylwia obserwowała je przez chwilę.

- Wy naprawdę jesteście jak dzieci.

- Mówi ta, która wczoraj kupiła ciastka „na coś dobrego” i zjadła trzy przed wyjściem ze sklepu - powiedziała Karolina.

Sylwia spojrzała na nią.

- Skąd ty to wiesz?

- Nie wiem.

- To skąd?

- Widziałam.

- Gdzie?

- W swojej wyobraźni.- Karolina wzruszyła ramionami.

Justyna roześmiała się tak głośno, że Sylwia musiała się do niej przyłączyć. To był jeden z tych poranków, kiedy wszystko wydawało się proste. Około czternastej Sylwia przypomniała sobie o mamie. Wyjęła telefon.

Sylwia: Przyjadę jutro po pracy. O której dokładnie?

Mama: 18. I nic nie kupuj.

Sylwia uśmiechnęła się.

Sylwia: Nie miałam zamiaru.

Mama: Wiem.

Sylwia: To po co piszesz?

Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast.

Mama: Żebyś wiedziała, że wiem.

Sylwia pokręciła głową. Odłożyła telefon. Karolina spojrzała na nią znad monitora.

- Mama?

- Mhm.

- Co chce?

- Żebym jutro przyjechała.

- Czyli da ci jedzenie.

- Oczywiście.

- I pewnie jeszcze coś do jedzenia na drogę.

- Na pewno.

- Matki są przewidywalne.

Sylwia uśmiechnęła się.

- Twoja też?

- Moja już nie ma możliwości mnie dokarmiać.

Sylwia spojrzała na nią. Karolina przez chwilę nic nie mówiła. Potem wzruszyła ramionami.
- Umarła kilka lat temu.

Powiedziała to spokojnie. Bez dramatyzmu. Sylwia poczuła, że powinna coś powiedzieć.

- Przepraszam.

Karolina spojrzała na nią i uśmiechnęła się lekko.

- Nie przepraszaj. Nie ty ją zabiłaś. Z tego co mi wiadomo...

Sylwia roześmiała się cicho.

- Jesteś niemożliwa.

- Wiem.- Karolina wróciła do komputera. Po chwili dodała:- Ale była świetna w robieniu pierogów.

- To najważniejsze.

I znów wróciły do pracy.

O 16:45 Sylwia wyszła z gabinetu. Nie spieszyła się. Zatrzymała się po drodze w małej kawiarni, którą czasami odwiedzała. Zamówiła cappuccino i usiadła przy oknie. Telefon położyła ekranem do dołu. Przez chwilę patrzyła na ludzi za szybą. Samochody. Parasole. Kobietę prowadzącą dziecko za rękę. Starszego mężczyznę z psem. Kogoś biegnącego na autobus. Zwyczajne życie. Upiła łyk kawy. 
O 17:12 spojrzała na telefon.

Nic.

17:18.

Nic.

17:24.

Nic.

17:28.

Sylwia zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie patrzy na zegarek.

17:29.
17:30. Telefon zawibrował na stoliku. Sylwia spojrzała na ekran. Numer nieznany. Przez chwilę tylko patrzyła. Mogła nie odbierać. Właściwie nie miała żadnego powodu, żeby odbierać. Telefon zawibrował ponownie.

- Halo?

Przez pierwszą sekundę nic się nie wydarzyło. Potem usłyszała:

- Cześć, Sylwia.

Znieruchomiała. Nie dlatego, że rozpoznała głos. Właśnie dlatego, że go nie rozpoznała. A jednak coś w niej zareagowało natychmiast.  Napięły jej się ramiona. Palce zacisnęły się na telefonie. Serce uderzyło mocniej, zupełnie nieproporcjonalnie do zwykłego telefonu od nieznajomego numeru.

- Kto mówi?

Mężczyzna milczał przez chwilę.

- Naprawdę mnie nie poznajesz?

Sylwia zmarszczyła brwi. Głos był spokojny. Niski. Nie wyróżniał się niczym szczególnym.  A jednak... Coś. Jakieś dziwne poczucie znajomości. Nie twarz. Nie imię. Nie konkretne wspomnienie. Tylko wrażenie, że ten głos już kiedyś znalazł się bardzo blisko niej.

- Nie- odpowiedziała. Tym razem ciszej.

- Szkoda.

Sylwia przełknęła ślinę.

- Skąd masz mój numer?

- To nie jest ważne.

- Dla mnie jest.

- Nadal zadajesz dużo pytań.

To zdanie sprawiło, że przeszedł ją zimny dreszcz.  Nie wiedziała dlaczego.
- Znamy się? 

Mężczyzna zaśmiał się krótko.

- Można tak powiedzieć.

Sylwia odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran. Numer nadal był nieznany. Nie miała pojęcia, kim był. A jednak jej ciało zachowywało się tak, jakby odpowiedź znało.

- Jeśli mnie znasz, przedstaw się.

Cisza.

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo wtedy od razu byś wiedziała.

- Co?

- Kim jestem.

Sylwia poczuła, jak ściska ją w żołądku.

- O co ci chodzi?

- Chciałem tylko usłyszeć twój głos.

- Po co?

- Z ciekawości.

- To już usłyszałeś.

- Tak.

- Więc się rozłącz.

Znowu cisza. Tym razem dłuższa.

- Jutro jedziesz do mamy?

Sylwia zamarła.  Wokół niej nadal toczyło się zwyczajne życie kawiarni. Ktoś śmiał się przy stoliku pod oknem. Ekspres syknął. Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka chłodne powietrze. A ona nagle nie słyszała już niczego poza jego głosem.

- Skąd to wiesz?

- Pytałem.

- Kogo?

- To nieważne.

- Skąd masz takie informacje?

-Sylwia...

Wypowiedział jej imię zupełnie spokojnie. I wtedy stało się coś dziwnego. Przez ułamek sekundy zobaczyła coś, czego właściwie nie można było nazwać wspomnieniem. Ciemny korytarz. Czyjąś dłoń. Drzwi. Obraz zniknął, zanim zdążyła go uchwycić.

Sylwia gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Wszystko dobrze?

Pytanie mężczyzny wyrwało ją z tego krótkiego zamroczenia.

- Tak.

Automatycznie.  Zawsze tak odpowiadała.

- Na pewno?

Sylwia zamknęła oczy.

- Nie dzwoń więcej.

- Dobrze.

To „dobrze” zabrzmiało zaskakująco łagodnie.

- Naprawdę?

- Jeśli tego chcesz.

Sylwia nie odpowiedziała.

- Ale jeszcze sobie przypomnisz - powiedział.

Serce zabiło jej mocniej. 

- Co?

Połączenie zostało przerwane. Sylwia przez kilka sekund nadal trzymała telefon przy uchu. Potem powoli go odsunęła. Na ekranie widniało: 17:32 - połączenie zakończone.

Patrzyła na numer. Nie znała go. A jednak ręce zaczęły jej drżeć.
Karolina odebrała po drugim sygnale.

- No hej.

Sylwia milczała.

- Sylwia?

- Jestem.

Karolina od razu zmieniła ton.

- Co się stało?

- Dzwonił do mnie jakiś facet.

- Kto?

- Nie wiem.

- Znasz go?

Sylwia zawahała się.

- Nie wiem.

Karolina milczała.

- Nie znam go. Chyba.

- „Chyba” jest tutaj dość niepokojące.

- Nie podał imienia.

- Skąd miał twój numer?

- Nie wiem.

- Czego chciał?

Sylwia spojrzała na swoje dłonie. Nadal lekko drżały.
- Powiedział, że chciał usłyszeć mój głos.

Karolina przez chwilę nic nie mówiła.

- Okej. To jest dziwne.

- Mhm.

- Powiedział coś jeszcze?

Sylwia zacisnęła usta.

- Wiedział, że jutro jadę do mamy.

Karolina zamilkła. 

- Gdzie jesteś? - zapytała.

- W kawiarni. Jeszcze. Tej koło pracy.

- Zostań tam.

Sylwia spojrzała przez szybę na mokrą ulicę.

- Karolina...

- Przyjadę.

- Nie musisz.

- Wiem.

Sylwia westchnęła.

- Naprawdę nie chcę robić z tego wielkiej sprawy.

- To dobrze. Ja też nie.- Karolina zawahała się.- Ale chcę z tobą chwilę pobyć.

Sylwia nic nie odpowiedziała.

- Dobra?

- Dobra.

Karolina pojawiła się kilkanaście minut później. Kiedy weszła do kawiarni, od razu zauważyła Sylwię siedzącą przy oknie. Podeszła do stolika i zdjęła płaszcz.

- Cześć.

- Cześć.

Karolina usiadła naprzeciwko. Przez chwilę przyglądała się Sylwii.

- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

- Dzięki.

- Wiesz, że nie o to mi chodzi.

- Wiem.

Karolina oparła dłonie na stole. - Opowiesz?

Sylwia skinęła głową.

- Zadzwonił nieznany numer.

- Odebrałaś?

- Tak.

- I?

- Powiedział „cześć, Sylwia”.

Karolina zmarszczyła brwi.- Przedstawił się?

- Nie.

- Ty zapytałaś, kto mówi?
- Tak.

- I?

- Zapytał, czy naprawdę go nie poznaję.

Karolina przez chwilę nic nie mówiła.
- Poznałaś?

Sylwia spojrzała na filiżankę.
- Nie.- Po chwili dodała: - Chyba.

- Jak to „chyba”?

- Nie wiem, Karolina. -Jej głos lekko się załamał. - Nie znam jego głosu. A jednocześnie...

Urwała.

- Jednocześnie co?

Sylwia próbowała znaleźć właściwe słowa.

- Jak go usłyszałam, zrobiło mi się zimno.

Karolina nie komentowała.

- Nie rozumiem tego. Przecież to był zwykły głos. Męski. Spokojny. Nic szczególnego.

- Ale...

- Moje ciało zareagowało, zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć.

Karolina pokiwała głową.

- Co jeszcze powiedział?

Sylwia opowiedziała jej całą rozmowę. O tym, że wiedział o środzie.

O tym, że nie chciał powiedzieć, skąd. O tym, że powiedział jej, że sobie przypomni. Karolina słuchała w milczeniu.

- I naprawdę nie masz pojęcia, kto to był?

- Nie.

- Żadnego nazwiska? Niczego?

- Nic.

Karolina przez chwilę patrzyła na nią. - Dobrze.

Sylwia podniosła wzrok.

- „Dobrze”?

- Nie wiem, co innego mam powiedzieć.

- Myślałam, że powiesz, że przesadzam.

- Nie przesadzasz.

Sylwia spuściła wzrok.

- Skąd możesz wiedzieć?

- Nie mogę. - Karolina mówiła spokojnie. - Ale nie muszę wiedzieć, kim był ten facet, żeby uwierzyć, że przestraszyłaś się jego telefonu.

Sylwia milczała. Karolina wyciągnęła rękę przez stół. Nie dotknęła jej.

Położyła tylko dłoń blisko jej dłoni.

- I nie musisz sobie teraz przypominać, kim on jest.

Sylwia spojrzała na nią.

- A jeśli powinnam?

- Nie.

- Skąd wiesz?

Karolina uśmiechnęła się lekko.

- Bo gdyby twoja głowa chciała ci to teraz powiedzieć, pewnie już by powiedziała.

Sylwia parsknęła cicho.

- Ty zawsze masz jakieś mądre teksty?

- Nie. Czasami mówię też głupie.

- Na przykład?

- Wczoraj powiedziałam Justynie, że jej kanapka wygląda jak eksperyment biologiczny.

- To akurat było trafne.

Karolina roześmiała się.  Sylwia również. Śmiech trwał tylko chwilę, ale wystarczył, żeby napięcie trochę puściło.

Później wyszły razem z kawiarni. Na zewnątrz było zimniej niż wcześniej. 

- Jedziesz do domu? - zapytała Karolina.

- Tak.

- Mogę jechać za tobą.

- Nie jestem dzieckiem.

- Wiem.

- Ani nie jestem w bezpośrednim zagrożeniu.

- Tego nie wiemy.

Sylwia spojrzała na nią. Karolina wzruszyła ramionami.

- Nie panikuję. Po prostu wolę być ostrożna.

Sylwia pokiwała głową.

- Dobrze.

- I zachowaj ten numer.

- Zachowam.

- Jak zadzwoni ponownie, nie kasuj niczego.

- Dobrze.

- A jeśli będziesz chciała z nim rozmawiać...

- Nie będę.

Karolina spojrzała na nią.

- Dobrze.

Przez chwilę stały w ciszy.

- Dzięki - powiedziała Sylwia.

- Za co?

- Że przyjechałaś.

- Przecież mówiłam, że przyjadę.

- Wiem.

Karolina objęła ją krótko. Sylwia przez moment zesztywniała. Potem odwzajemniła uścisk.

- Jedźmy już - powiedziała Karolina. — Bo zaraz zacznę się wzruszać.

- Tego bym nie przeżyła.

- No właśnie.

Karolina wyciągnęła kluczyki z kieszeni.

- Dobra. Jedziemy.

Sylwia spojrzała na nią.

- Naprawdę nie musisz mnie odprowadzać.

- Wiem.

- Mam samochód.

- Wiem.

- To bez sensu, żebyśmy jechały dwoma samochodami.

Karolina uśmiechnęła się.

- W takim razie zostawisz swój tutaj. Jutro po pracy po niego wrócimy.

- A jeśli będę chciała jechać jutro gdzieś indziej?

- To wymyślimy coś jutro.

Sylwia przez chwilę patrzyła na nią.

- Jesteś uparta.

- Wiem.

- Bardzo.

- Też wiem.

Sylwia westchnęła.

- Dobra.

W samochodzie przez pierwsze kilka minut żadna z nich się nie odzywała. Radio grało cicho. Za szybą przesuwały się mokre ulice. Sylwia patrzyła na światła samochodów odbijające się na asfalcie.

- Mogę cię o coś zapytać? - odezwała się Karolina.

- Mhm.

- Kiedy powiedział, że „sobie przypomnisz”...

- Tak?- Sylwia poczuła napięcie w karku.

- Miałaś wtedy jakieś konkretne skojarzenie?

- Nie.

Chwila ciszy.

- To znaczy...

- Co?- Karolina zerknęła na nią.

- Coś zobaczyłam.

- Co?

- Nie wiem. -Sylwia zmarszczyła brwi.

- To znaczy?

- To było jak... sekunda. Może mniej.

- Obraz?

- Chyba.

- Czego?

Sylwia przez chwilę próbowała sobie przypomnieć.
- Drzwi.

Karolina nic nie powiedziała.

- I chyba czyjaś ręka.

- Czyja?

- Nie wiem.

- Kojarzysz miejsce?

- Nie.- Sylwia pokręciła głową.

Karolina wróciła wzrokiem na drogę.

Po chwili Karolina zmieniła temat.  Zaczęła opowiadać o Mariuszu i kocie, który od rana próbował otworzyć szafkę w kuchni. Sylwia śmiała się z historii. Rozmawiały o zupełnie zwyczajnych rzeczach. O pracy. O Justynie. O tym, że w piątek trzeba będzie coś zrobić z grafikiem.

O filmie, który Karolina chciała obejrzeć. Przez kilkanaście minut Sylwia prawie zapomniała o telefonie. Prawie.

Kiedy zatrzymały się pod blokiem Sylwii, Karolina wyłączyła silnik.

- Idziesz prosto spać?

- Chyba tak.

- Zadzwoń, jak wejdziesz.

Sylwia spojrzała na nią.

- Przecież jesteśmy pod blokiem.

- Wiem.

- Jesteś już ze mną.

- Wiem.

- To po co mam dzwonić?

- Żeby móc powiedzieć, że wykonałaś polecenie. -Karolina wzruszyła ramionami.

- Wariatka. -Sylwia pokręciła głową.

Wysiadły z samochodu.

Karolina odprowadziła ją pod drzwi.

- Na pewno wszystko okej?

Sylwia zawahała się. - Tak.

Karolina przyjrzała jej się uważnie. - Dobra.

Sylwia otworzyła drzwi.

- Dobranoc.

- Dobranoc.

Karolina odczekała, aż Sylwia wejdzie do środka. Dopiero wtedy odwróciła się i zeszła po schodach.

W mieszkaniu było cicho. Sylwia zdjęła kurtkę i odwiesiła ją na haczyk.

Telefon położyła na komodzie. Poszła do kuchni. Zrobiła herbatę. Potem wzięła szybki prysznic. Przez chwilę stała przed lustrem, wycierając włosy ręcznikiem. Wyglądała zwyczajnie. Zmęczona. Trochę blada. Nic więcej. Około dwudziestej pierwszej położyła się na kanapie. Włączyła telewizor. Nie pamiętała później, co oglądała.

O 22:47 telefon zawibrował. Sylwia otworzyła oczy. Spojrzała na ekran.

Żadnego połączenia. Tylko powiadomienie. Przypomnienie: jutro, 18:00. Zmarszczyła brwi. Otworzyła kalendarz. Środa - 18:00.

Nie było tytułu. Nie było lokalizacji. Tylko godzina. Sylwia patrzyła na ekran. 
- Przecież...

Nie dokończyła. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy to wpisała.

Nic. Usunęła wydarzenie. Odłożyła telefon. Przez chwilę siedziała bez ruchu.  Potem poszła do kuchni po wodę. Kiedy wróciła, coś przyciągnęło jej wzrok. Kartka. Leżała na stole. Biała. Mała. Sylwia zatrzymała się. Nie pamiętała, żeby ją tam zostawiła. Podeszła bliżej.

Na kartce widniały dwa słowa. Napisane odręcznie. NIE IDŹ.

Sylwia patrzyła na nie przez dłuższą chwilę. Pismo znała.  Ale nie pamiętała, żeby to napisała. Podniosła kartkę. Odwróciła ją. Pusta. Spojrzała na stół. Na długopis leżący obok. Potem znowu na kartkę. Poczuła znajome napięcie w brzuchu. Nie wiedziała, co bardziej ją przeraża. To, że ktoś mógł zostawić jej te słowa. Czy to, że mogła zostawić je sama i tego nie pamięta. Odłożyła kartkę. Nie wyrzuciła jej. Położyła ją obok telefonu. I długo po tym nie mogła zasnąć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Sylwia obudziła się kilka minut przed budzikiem.  Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit.  Nie pamiętała snu, który wyrwał ją ze snu, ale ciało nadal było napięte. Serce biło trochę szybciej niż zwykle.

Sięgnęła po telefon.

6:42.

Budzik miał zadzwonić o 6:45. Wyłączyła go, zanim zdążył się odezwać. Potem spojrzała na stolik. Kartka nadal tam była. NIE IDŹ.

Przez chwilę miała ochotę ją wyrzucić.  Zamiast tego wsunęła ją do szuflady. Zamknęła ją.

- Koniec - powiedziała cicho.

Nie wiedziała, do czego właściwie mówi.
 

W pracy Karolina od razu zauważyła, że coś jest nie tak.

- Spałaś?

- Trochę.

- To nie jest odpowiedź.

- Czyli nie.

Karolina postawiła kubek z kawą na biurku. Sylwia opowiedziała o białej kartce, o napisie i niepokoju, który poczuła. 

Sylwia przez chwilę patrzyła na monitor.

- Karolina?

- Mhm?

- Myślisz, że ktoś mógł ją napisać?

Karolina odwróciła się w jej stronę.

- Nie wiem.

- Ja też nie.

- A myślisz, że ty ją napisałaś?

Sylwia milczała.

- Nie wiem.

Karolina nie naciskała.

- Możemy później pomyśleć, co z tym zrobić.

- Mhm.

- Na razie pracujemy.

Sylwia uśmiechnęła się blado.

Poranek minął spokojnie. Aż za spokojnie. Sylwia kilka razy zerkała na telefon. Nic. Żadnych połączeń. Żadnych wiadomości. O jedenastej przyszła wiadomość od mamy.

Mama: Będziesz dzisiaj około 18?

Sylwia patrzyła na ekran. Przypomniała sobie kartkę. NIE IDŹ. Przez chwilę nie odpisywała. Potem odpisała.

Sylwia: Tak.

Trzy kropki pojawiły się na ekranie.

Mama: To dobrze. Zrobię ci obiad.

Sylwia uśmiechnęła się.

Sylwia: Okej ❤️

Schowała telefon. Karolina spojrzała na nią.

- Jedziesz?

- Tak.

- Sama?

Sylwia zawahała się.

- Chyba tak.

- Mogę pojechać z tobą.

- Nie musisz.

- Wiem.

Sylwia spojrzała na nią.

- Mariusz nie będzie zły?

- Mariusz przeżyje. Poza tym napiszę mu, że wrócę później.

-Nie chcę ci robić problemu.

Karolina westchnęła.

- Sylwia, to nie jest problem.

Sylwia skinęła głową.

O 16:30 skończyły pracę. Justyna zarzuciła kurtkę na ramiona.

- To co, do jutra?

- Do jutra - odpowiedziała Karolina.

Justyna pomachała im na pożegnanie i wyszła.

Karolina sięgnęła po swoją torebkę.

- To co, gotowa?

Sylwia spojrzała na zegarek. 16:37.

- Tak.

Wstała i wzięła swoją torebkę. I wtedy telefon zawibrował. Nieznany numer. Sylwia zamarła. Karolina spojrzała na ekran.

- To on?

- Nie wiem.

Telefon zawibrował ponownie. Tym razem przyszła wiadomość.

Sylwia otworzyła ją. Jedno zdanie. „Do zobaczenia”

Karolina przeczytała je razem z nią. Przez chwilę żadna się nie odezwała.

- No dobra - powiedziała w końcu Karolina.

- Co?

- Teraz już na pewno jedziemy razem.

Sylwia spojrzała na nią.

- Ale ja...

- Nie będę cię przekonywać, żebyś została w domu. Chcesz jechać, pojedziemy. Tylko nie pojedziesz sama.

Sylwia przez chwilę patrzyła na wiadomość.  Potem zablokowała telefon. Nie wiedziała jeszcze, czego bardziej się bała. Tego, że ktoś wiedział o nie tak dużo. Czy tego, że jakaś część niej wiedziała kto to.

Karolina otworzyła drzwi.

- Chodź.

Sylwia ruszyła za nią. Przez chwilę żadna z nich się nie odzywała.  Karolina uruchomiła silnik
- Pokaż jeszcze raz.

- Co?

- Wiadomość.

Podała jej telefon. Karolina przeczytała ją jeszcze raz.

- Numer nieznany.

- Tak.

- I żadnego podpisu.

Karolina oddała jej telefon.

- Zrobiłaś zdjęcie kartki?

- Tak.

- Masz?

Sylwia otworzyła galerię. Na ekranie pojawiło się zdjęcie.  Biała kartka. Dwa słowa. NIE IDŹ. Karolina spojrzała na fotografię.

- Nadal nie pamiętasz, kiedy ją napisałaś?

- Nie.

- Ani gdzie?

- Nie.

- Wczoraj mówiłaś, że znalazłaś ją na stole.

- Tak.

- I nie pamiętasz, żebyś ją tam położyła.

- Nie.

- A dzisiejsza wiadomość przyszła z tego samego numeru?

Sylwia sprawdziła.

- Tak.

Karolina przez chwilę patrzyła przed siebie.

- Czyli ktoś wie, że jedziesz do mamy.

- Tak.

- I ktoś wie, że próbujesz to zrobić.

Sylwia odwróciła głowę w jej stronę.

- Co masz na myśli?

- Nic.

Karolina spojrzała na nią.

- Po prostu... zastanawiam się, czy te dwie rzeczy są ze sobą związane.

Sylwia milczała.

- Kartka i wiadomość.

- Myślisz, że ktoś wszedł do mojego mieszkania?

- Nie wiem.

- Bo jeśli tak...

- Nie mówię, że tak.

Karolina położyła dłoń na kierownicy.

- Na razie wiemy tylko tyle, że ktoś zna twoje plany.

Sylwia spojrzała przez szybę.

- Mama wie.

 -Kto jeszcze?

- Ty.

- Justyna?

- Nie.

- Ktoś z pracy?

- Nie.

Karolina ruszyła. Przez kilka minut jechały w ciszy. Sylwia zerknęła na zegarek. 17:04.

- Zdążymy?

- Bez problemu.

- Mama będzie czekać.

- To dobrze.

Sylwia przygryzła wargę.

- Karolina?

- Mhm?

- A jeśli nie powinnam tam jechać?

Karolina spojrzała na nią kątem oka.

- A jeśli coś się wydarzy?

- Wtedy będziemy razem. Damy radę.

Sylwia skinęła głową. Chciała w to uwierzyć.
 

O 17:41 zatrzymały się pod domem mamy Sylwii.

- Jesteśmy - powiedziała Karolina.

Sylwia nie wysiadła. Patrzyła na budynek. Znała go. Była tutaj setki razy. A jednak nagle poczuła dziwny ucisk w żołądku.

- Coś nie tak? - zapytała Karolina.

- Nie wiem.

- Możemy poczekać.

Sylwia pokręciła głową.

- Nie.

Sięgnęła za klamkę. I wtedy coś zobaczyła. Nie na zewnątrz. Nie w domu. Tylko we własnej głowie. Ciemne schody. Żółte światło. Czyjeś kroki za plecami. I głos. Męski. Cichy. „Nie oglądaj się.” Sylwia gwałtownie zamknęła oczy. Obraz zniknął.

- Sylwia?

Otworzyła oczy. Karolina patrzyła na nią.

- Wszystko dobrze?

Sylwia oddychała szybko.

- Tak.

- Co się stało?

- Nic.

- Sylwia.

- Naprawdę.

Karolina nie uwierzyła, ale nie naciskała. Sylwia wysiadła z samochodu. Stanęła przed furtką. Przez chwilę patrzyła na drzwi domu. Potem zadzwoniła. Po kilku sekundach usłyszała kroki. Zamek szczęknął.

Drzwi się otworzyły.
- Jesteś.

Mama uśmiechnęła się do niej.

- Myślałam, że będziesz trochę później. 

Sylwia odwzajemniła uśmiech.

- Nie było korków.

Mama spojrzała ponad jej ramieniem.

- O, przyjechałaś z koleżanką.

Karolina pomachała.

- Dobry wieczór.

- Dzień dobry, wejdźcie. Obiad już prawie gotowy.

Sylwia zrobiła krok do środka. I wtedy poczuła zapach. Nie potrafiła powiedzieć czego. Coś znajomego. Coś, czego nie umiała nazwać. Jej ciało zareagowało pierwsze. Zatrzymała się. Mama spojrzała na nią.

- Sylwia?

- Już.

Weszła do środka. Za jej plecami Karolina zamknęła drzwi.  A gdzieś głęboko w pamięci Sylwii coś, co przez lata pozostawało nieruchome, właśnie się obudziło. 
Mama Sylwii poprowadziła je do salonu.

- Usiądźcie. Zaraz nakładam.

- Nie trzeba było robić nic specjalnego - powiedziała Sylwia.

- Dla ciebie zawsze trzeba.

Karolina uśmiechnęła się pod nosem.

- Mówiłam jej, że tak będzie.

Mama spojrzała na nią z rozbawieniem.

- A ty jesteś Karolina?

- Tak.

- Sylwia dużo o tobie mówi.

Sylwia spojrzała na mamę.

- Naprawdę?

- Oczywiście.

Karolina usiadła przy stole.

- Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

- Różne.

- Mamo.

- No co? Nie powiedziałam, że złe.

Karolina zaśmiała się.  Sylwia również. Przez chwilę wszystko było zwyczajne. Tak zwyczajne, że zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście przesadzała. Może wiadomość była tylko głupim żartem. Może ktoś pomylił numer. Może kartka... Spojrzała na Karolinę.

Karolina właśnie rozmawiała z jej mamą o pracy. Sylwia odwróciła wzrok. Nie. Kartka nadal nie miała wyjaśnienia.

Obiad minął spokojnie. Mama opowiadała o sąsiadce, która po raz kolejny pokłóciła się z administracją. Karolina słuchała z zainteresowaniem, choć najwyraźniej nie znała połowy osób, o których mowa. Sylwia śmiała się. Naprawdę. Przez prawie godzinę nie pomyślała ani razu o nieznanym numerze. Dopiero kiedy mama wstała od stołu, żeby przynieść ciasto, coś się zmieniło.

- Sylwia, możesz mi pomóc?

- Jasne.

Poszła za nią do kuchni. Karolina została przy stole. Mama otworzyła jedną z szafek.

- Wyjmij talerzyki.

Sylwia sięgnęła do środka. I wtedy zobaczyła coś, czego nie powinna była rozpoznać. Na górnej półce stało małe, drewniane pudełko. Stare. Ciemne. Z niewielkim pęknięciem na wieczku. Sylwia wyciągnęła rękę. Zatrzymała ją kilka centymetrów nad pudełkiem. Serce zaczęło bić szybciej.

- Sylwia?

Drgnęła.

- Tak?

- Talerzyki są na dole.

- Wiem.

Cofnęła rękę. Przez chwilę patrzyła na pudełko.

- Co to jest? - Zapytał

Mama spojrzała na półkę.

- To? A, stare rzeczy.

- Czyje?

- Twoje chyba. - Mama wzruszyła ramionami.

- Moje?- Sylwia spojrzała na nią.

- Chyba.

- Nie pamiętam.

Mama uśmiechnęła się lekko.

- Miałaś kiedyś zwyczaj chowania wszystkiego do pudełek.

Sylwia poczuła chłód na karku.

- Co w nim jest?

Mama przez chwilę patrzyła na pudełko.

- Nie wiem. Dawno tam nie zaglądałam.

- Mogę zobaczyć?

- Jeśli chcesz.

Sylwia wyciągnęła rękę. Dotknęła wieczka. I wtedy poczuła coś dziwnego. Nie strach. Nie dokładnie.

Raczej gwałtowne przekonanie, że nie powinna tego otwierać. Nie teraz. Cofnęła dłoń. Mama spojrzała na nią zaskoczona. Sylwia wzięła talerzyki. Kiedy wracała do stołu, Karolina spojrzała na nią.

- Wszystko okej?

Sylwia postawiła talerzyki.

- Tak.
- Na pewno?

- Tak.

Karolina nie odpowiedziała. Tylko przez chwilę patrzyła na Sylwię.

Około dziewiętnastej Karolina wstała od stołu.

- Będziemy się zbierać.

- Już? — zapytała mama Sylwii.

- Niestety. Jutro rano znowu do pracy.

- To dziękuję, że przyjechałyście.

- To ja dziękuję za taki pyszny obiad- uśmiechnęła się Karolina.

- Wpadaj częściej. Nie tylko jako kierowca Sylwii.

- Postaram się. - Karolina roześmiała się.

Sylwia wstała. Mama zaczęła zbierać talerze.

- Poczekajcie chwilę. Spakuję ci trochę ciasta.

- Mamo, naprawdę nie trzeba.

- Wiem. Dlatego właśnie trzeba.

Karolina spojrzała na Sylwię.

- Z nią nie wygrasz.

- Wiem.

Mama zniknęła w kuchni. Sylwia została na chwilę sama z Karoliną w przedpokoju. Przez chwilę się zastanawiała, a potem wróciła do kuchni.

- Mamo?

- Tak?

- Mogę zabrać to pudełko?

Mama odwróciła się.

- To stare?

- Tak.

- Jasne. Jeśli chcesz.

Sylwia sięgnęła na półkę. Pudełko było cięższe, niż się spodziewała.

Wzięła je ostrożnie. Nie otworzyła. Nie potrząsnęła nim. Po prostu wsunęła do swojej torby. Mama nawet na nie nie spojrzała.


Kilka minut później siedziały już w samochodzie Karoliny. Sylwia trzymała torbę na kolanach. Pudełko znajdowało się w środku. Przez chwilę czuła jego ciężar przy każdym ruchu samochodu.

- Myślisz, że dobrze zrobiłam? - zapytała.

- Z czym? - Karolina spojrzała na nią.

- Z zabraniem tego.

- Nie wiem.

- Nie powinnam go otwierać.

- Nie musisz.

- Wiem. - Sylwia skinęła głową.

Karolina spojrzała przed siebie.

- Możesz je zostawić zamknięte tak długo, jak chcesz.

- Właśnie tego chcę. - Sylwia oparła głowę o szybę.

Samochód ruszył.

Pod kawiarnię dotarły kilka minut po dwudziestej. Samochód Sylwii stał dokładnie tam, gdzie zostawiła go poprzedniego dnia. Karolina zatrzymała się obok.

- Twój wierzchowiec czeka.

Sylwia uśmiechnęła się.

- Dzięki za transport.

- Do usług.

Wysiadły. Sylwia podeszła do swojego samochodu.

Nacisnęła przycisk na kluczyku. Klik. Zrobiła krok w stronę drzwi i wtedy zobaczyła coś za wycieraczką przedniej szyby. Mała, biała koperta. Zatrzymała się. Podeszła bliżej i przez kilka sekund patrzyła na nią bez ruchu.

- Co? - zapytała Karolina.

Sylwia wskazała na przednią szybę. Na kopercie było napisane jedno słowo. SYLWIA Żadnego nazwiska. Żadnego adresu. Tylko jej imię.  Karolina spojrzała na Sylwię.

- To było tam wczoraj?

- Nie.

- Jesteś pewna?

- Tak.

Sylwia poczuła, jak zaciska jej się żołądek.

- Otworzysz?

- Nie tutaj. - Sylwia pokręciła głową.

- Dobrze.

- Chcę jechać do domu.

Karolina skinęła głową. Sylwia wzięła kopertę do ręki. Była lekka. Prawie pusta. A jednak kiedy zobaczyła swoje imię, poczuła coś dziwnie znajomego. Nie wiedziała, skąd. Nie wiedziała dlaczego. Tylko przez krótką chwilę miała wrażenie, że już kiedyś widziała ten charakter pisma. Schowała kopertę do torebki. Zamknęła samochód. I ruszyły w stronę domu. Tym razem Sylwia nie powiedziała Karolinie ani słowa. W torbie miała stare pudełko, którego nie pamiętała. W kieszeni telefonu wiadomość od nieznajomego. A teraz jeszcze ta koperta. Wsiadła do samochodu. Położyła torebkę na siedzeniu pasażera. Przez chwilę siedziała bez ruchu.  Sylwia spojrzała jeszcze raz na kopertę. Leżała na desce rozdzielczej. Biała. Zwyczajna. Jej imię napisane czarnym długopisem. SYLWIA. Nic więcej. Wzięła ją do ręki. Była zamknięta.

- Jedziesz? - Karolina zapukała lekko w szybę.

Sylwia drgnęła.

- Tak.

Schowała kopertę do torebki. Uruchomiła silnik.

Do mieszkania wróciły kilka minut po dwudziestej pierwszej. Karolina zatrzymała się przed klatką. 

- Chcesz, żebym weszła?

Sylwia spojrzała na nią.

- Nie.

- Na pewno?

- Tak.

Karolina pokiwała głową.

- To jutro rano kawa?

- Jasne.

- I żadnych samotnych wypraw w nieznane.

- Obiecuję.

- I nie otwierasz tajemniczych pudełek o drugiej w nocy.

Sylwia uśmiechnęła się.
- Dobranoc.

- Dobranoc.

Karolina poczekała, aż Sylwia wejdzie do klatki. Dopiero wtedy odjechała.

W mieszkaniu Sylwia zapaliła światło. Zdjęła kurtkę. Torebkę postawiła na stole. Przez chwilę stała nad nią. W środku znajdowało się stare pudełko. I koperta. Dwa przedmioty, które jeszcze rano nie istniały w jej codziennym świecie. A teraz były tutaj. Otworzyła torebkę. Wyjęła pudełko. Postawiła je na stole. Przez moment przesunęła palcem po pęknięciu na wieczku. Nic. Żadnego wspomnienia. Żadnego obrazu. Tylko niejasne napięcie w żołądku. Odwróciła się. Podeszła do lodówki. Otworzyła ją. Stała tak przez kilka sekund, nie wiedząc właściwie po co. Na półce leżał jogurt, masło, kilka warzyw. Zamknęła drzwi. I wtedy zauważyła coś na podłodze. Mały skrawek papieru. Pochyliła się. Podniosła go. Był pusty. Przez chwilę patrzyła na niego zdezorientowana. Potem przypomniała sobie kartkę z wczoraj. NIE IDŹ. Skrawek papieru powoli zmięła w dłoni. Wyrzuciła go.

Dochodziła dwudziesta druga. Sylwia zrobiła herbatę. Usiadła przy stole. Pudełko stało naprzeciwko niej. Koperta leżała obok. Przez kilka minut próbowała skupić się na czymkolwiek innym. Bezskutecznie. W końcu sięgnęła po kopertę. Obróciła ją w palcach. Nie było na niej żadnych śladów. Żadnego adresu. Żadnej pieczęci. Nic. Tylko jej imię. Wyjęła telefon. Zrobiła zdjęcie. Wysłała je Karolinie. Po chwili pojawiły się trzy kropki.

Karolina: Otwierasz?

Sylwia spojrzała na kopertę.

Sylwia: Nie wiem.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

Karolina: Nie musisz dzisiaj.

Sylwia uśmiechnęła się lekko.

Sylwia: Wiem.

Odłożyła telefon. Kopertę wsunęła do szuflady. Pudełko zostawiła na stole. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że było ciężkie. Może dlatego, że nie chciała mieć go w sypialni. A może dlatego, że jakaś część niej samej chciała je mieć na widoku.

O 23:18 telefon zawibrował. Sylwia sięgnęła po niego. Tym razem nie był to nieznany numer. Karolina.

- Halo?

- Śpisz?

- Jeszcze nie.

- Dobrze.

- Dlaczego?

Karolina milczała przez chwilę.

- Bo coś mi przyszło do głowy.

Sylwia usiadła.

- Co?

- Ta kartka.

- „Nie idź”?

- Tak.

Sylwia spojrzała na pudełko.

- No?

- A jeśli ktoś ją napisał?

- Myślisz, że to ten sam ktoś?

- Nie wiem.

- Karolina...

- Właśnie. Nie wiem.

Przez chwilę obie milczały.

- Ale jest jeszcze coś - powiedziała Karolina.

- Co?

- Ta kartka mówiła „nie idź”.

Sylwia poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.

- No.

- A ty pojechałaś.

- Tak.

- I co się stało?

Sylwia spojrzała na pudełko.

- Nic.

- Właśnie.

Sylwia zmarszczyła brwi.

- Czyli?

- Może źle rozumiemy tę kartkę.

Sylwia przez chwilę nic nie mówiła.

- Może.

- Dobranoc, Sylwia.

- Dobranoc.

Połączenie się zakończyło. Sylwia odłożyła telefon. Przez chwilę siedziała nieruchomo. Potem spojrzała na pudełko. I pierwszy raz od chwili, kiedy zabrała je od mamy, pomyślała: A jeśli „nie idź” wcale nie dotyczyło mamy?  W mieszkaniu było zupełnie cicho. A jednak przez sekundę Sylwia miała wrażenie, że gdzieś bardzo daleko słyszy kroki.

Jeden.

Drugi.

Trzeci.

Zamarła. Nasłuchiwała. Nic. Tylko lodówka. Zegar. Samochód przejeżdżający ulicą. Sylwia odetchnęła.

- Jestem zmęczona - powiedziała sama do siebie.

Wstała. Zabrała pudełko ze stołu. Postawiła je na komodzie w przedpokoju. Nie otworzyła. Nie tej nocy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W piątek Sylwia obudziła się o 6:51. Budzik dzwonił od sześciu minut. Przez chwilę nie wiedziała, dlaczego leży z telefonem w dłoni. Ekran był wygaszony. Odblokowała go. Na ekranie widniała otwarta aplikacja z notatkami. Ostatnia notatka została zmieniona o 3:24. Sylwia zmarszczyła brwi. Nie pamiętała, żeby w nocy cokolwiek pisała. Otworzyła notatkę. Była pusta. Tylko kursor migał na początku pierwszej linijki. Dziwne. Zamknęła aplikację. Nie zastanawiała się nad tym dłużej. Przynajmniej przez kilka minut.
 

W łazience odkręciła wodę. Patrzyła na swoje odbicie. Przez chwilę miała wrażenie, że wygląda inaczej. Nie potrafiła powiedzieć jak. Jakby twarz była jej, ale jednocześnie trochę obca. Mrugnęła. Wrażenie zniknęło. Sięgnęła po szczoteczkę. Po chwili zorientowała się, że stoi już w kuchni. W dłoni trzymała kubek. Nie pamiętała, kiedy zrobiła herbatę. Spojrzała na zegarek. 7:19.

- No pięknie. - szepnęła i wzięła łyk.

Herbata była już letnia.
 

W pracy wszystko wróciło do normy. Justyna opowiadała jakąś historię. Karolina przeglądała dokumenty. Sylwia siedziała przy komputerze. 

- ...więc powiedziałam mu, że jeśli jeszcze raz wyśle mi ten sam plik, to osobiście wydrukuję go i przykleję mu do czoła.

Sylwia się roześmiała.

- Czekaj. - Spojrzała na Justynę. - Co powiedział?

- Przecież przed chwilą ci mówiłam. - Justyna zmarszczyła brwi.

Sylwia poczuła lekkie zakłopotanie.

- Wiem.

- Nie, nie wiesz. - Karolina spojrzała znad monitora. - Zawiesiłaś się?

- Chyba.

- Nieważne. Powiem ci jeszcze raz. - Justyna machnęła ręką.

Sylwia uśmiechnęła się. Nie powiedziała im, że przez kilka sekund nie słyszała ich głosów. Patrzyła wtedy na odbijające się w szybie światło. I miała dziwne wrażenie, że siedzi bardzo daleko od własnego ciała.

Około trzynastej wyszła po kawę. Miała wrócić po kilku minutach. Kiedy podniosła wzrok znad telefonu, stała już przed piekarnią dwie ulice dalej. Zatrzymała się. Spojrzała na budynek. Nie pamiętała, kiedy wyszła z pracy. Przez moment poczuła panikę. Potem zerknęła na zegarek. Minęło dziewięć minut. Tylko dziewięć. Prawdopodobnie po prostu zamyśliła się po drodze. Tak sobie powiedziała. Kupiła kawę. Wróciła do biura. Nikt nawet nie zauważył jej nieobecności. 

Po południu Karolina zapytała:

- Masz plany na wieczór?

-Nie.

- To dobrze.

- Dlaczego?

- Bo chcę cię porwać na godzinę.

- Dokąd? - Sylwia spojrzała na nią podejrzliwie.

- Po prostu chodź.

- To brzmi podejrzanie.

- Tym bardziej chodź. Na kawę, albo coś zjeść. Nieważne, po prostu nie chcę od razu wracać do domu. 

- Dobra. -Sylwia uśmiechnęła się.

Na razie był to po prostu piątek. Zwyczajny. Trochę męczący. I coraz trudniejszy do zapamiętania w całości.
Po pracy Karolina czekała na Sylwię przed budynkiem.

- Gotowa?

- Na co dokładnie?

- Nie wiem. Na życie.

- To chyba nie. - Sylwia parsknęła śmiechem.

- To na kawę.

- To już prędzej.

Pojechały kilka ulic dalej. Wybrały małą kawiarnię, w której było niewiele osób. Usiadły przy oknie. Przez pierwsze pół godziny rozmawiały o wszystkim i o niczym. O pracy. O Justynie. O sobotnim grillu. O Mariuszu, który podobno od rana planował rozpalić grilla, mimo że spotkanie miało zacząć się dopiero wieczorem.

- On naprawdę potrafi zrobić z kiełbasy projekt logistyczny - powiedziała Karolina.

Sylwia się roześmiała.

- To chyba jego talent.

- Jego największy.

- A ty jak się czujesz? - Karolina upiła łyk kawy.

Sylwia spojrzała na nią.

- Dobrze.

Karolina uniosła brew.

- Prawdziwe „dobrze”?

Sylwia przez chwilę się zastanawiała.

- Chyba tak.

- To dobrze.

I nie dopytywała. Sylwia była jej za to wdzięczna. Po jakimś czasie Karolina zaczęła opowiadać o swojej terapii. Nie dlatego, że chciała prowadzić poważną rozmowę. Po prostu zeszło na temat terapeuty, do którego kiedyś chodziła.

- Najgorsze było to, że przez długi czas uważałam, że wszystko sobie wymyślam - powiedziała.

- A nie wymyślałaś? - Sylwia spojrzała na nią uważniej.

- Nie. - Karolina uśmiechnęła się krzywo. - Ale długo potrzebowałam, żeby to zrozumieć.

Sylwia nic nie powiedziała. Przez chwilę przesuwała palcem po brzegu filiżanki.

- Czasami człowiek sam siebie nie zna - powiedziała cicho. 
Karolina spojrzała na nią.

- To prawda.

Nie ciągnęła tematu.

Kiedy wychodziły z kawiarni, zrobiło się już ciemno. Karolina zatrzymała się przy samochodzie.

- Jutro około siedemnastej?

- Tak.

- Nie przychodź wcześniej.

-Dlaczego?

- Bo Mariusz będzie jeszcze udawał, że wszystko kontroluje.

- A nie kontroluje?

- Absolutnie nie.

Sylwia uśmiechnęła się.

- Dobra. Siedemnasta.


W domu było cicho. Sylwia zdjęła buty i odwiesiła kurtkę. Torebkę rzuciła na krzesło. Pudełko nadal stało na komodzie. Przeszła obok niego. Zatrzymała się. Dotknęła, ale zaraz potem poszła dalej. Wzięła prysznic. Zrobiła sobie herbatę. Usiadła na kanapie. Włączyła serial. Po kilku minutach zorientowała się, że nie wie, co właśnie wydarzyło się w poprzedniej scenie. Przewinęła. Obejrzała jeszcze raz. Tym razem zrozumiała. Telefon leżał obok niej. Ekran rozświetlił się. Żadnej wiadomości. Sylwia odetchnęła. Nie wiedziała, dlaczego właściwie poczuła ulgę.

Około północy poszła do kuchni po wodę. Wracając, zatrzymała się przy komodzie. Pudełko. Tym razem nie dotknęła go. Po prostu patrzyła. Nagle poczuła zapach. Słaby. Ledwie wyczuwalny. Przez sekundę była znowu w kuchni swojej mamy. Żółte światło. Drewniana szafka. Czyjaś dłoń. I drzwi. Mrugnęła. Obraz zniknął. 
Sylwia nadal stała przy komodzie. Przez kilka sekund nie była pewna, czy naprawdę przestała go widzieć. Serce waliło jej tak mocno, że słyszała własny puls w uszach. Odsunęła się od komody. Jeden krok.

Drugi. Potknęła się o własną stopę i złapała za ścianę.

- Cholera...

Głos zabrzmiał obco. Oddychała płytko. Spojrzała w stronę kuchni. Była pusta. Zwyczajna. Ta sama, w której przed chwilą zrobiła herbatę. Przetarła dłonią twarz.

- Spokojnie.

Powiedziała to głośniej. Jakby ktoś jeszcze był w mieszkaniu. Podeszła do kuchni. Zapaliła światło. Spojrzała na szafki. Jedna po drugiej. Nic. Otworzyła tę najbliżej siebie. Talerze. Szklanki. Miska. Zamknęła. Otworzyła następną. Nic. Dopiero wtedy zauważyła, że dłonie jej drżą. Oparła się o blat. Zamknęła oczy. Próbowała przywołać obraz. Drewno. Żółte światło. Ręka. Drzwi. I coś jeszcze. Coś, czego nie zdążyła zobaczyć. Im bardziej próbowała, tym szybciej obraz rozpadał się w głowie.

- Nie.

Otworzyła oczy. Nie chciała tego teraz. Nie chciała pamiętać. A jednocześnie jakaś część niej desperacko próbowała sobie przypomnieć. Wzięła szklankę. Nalała wody. Wypiła kilka łyków. Dopiero wtedy zauważyła, że stoi boso na zimnej podłodze.

Spojrzała na zegarek. 00:17. Przez moment nie rozumiała, dlaczego tak długo stoi w kuchni. Przecież przed chwilą chciała tylko napić się wody. Odłożyła szklankę. Wróciła do sypialni. Przechodząc obok komody, nawet na nią nie spojrzała. Nie zauważyła, że zatrzymała się przy niej na sekundę dłużej, niż powinna. I nie zauważyła również, że zanim położyła się do łóżka, przez chwilę stała w ciemności z ręką wyciągniętą w stronę pustego miejsca na komodzie. Jakby czegoś szukała. Czegoś, czego nie potrafiła nazwać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

W sobotę Sylwia obudziła się po 8. Przez chwilę patrzyła w sufit. Miała dziwne wrażenie, że śniła o czymś ważnym. Nie pamiętała o czym. Sięgnęła po telefon. Żadnych wiadomości. Tylko przypomnienie: 17:00 - Karolina impreza. Przetarła oczy.

- Sobota - powiedziała cicho.

Wstała. W przedpokoju zatrzymała się przy komodzie. Pudełko. Spojrzała na nie. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, dlaczego poprzedniego wieczoru stała tutaj tak długo. Nic. Wzięła je do ręki. Przez sekundę poczuła niepokój. Odłożyła. 

- Później. - mruknęła sama do siebie...

Przed południem zadzwoniła mama.

- Jak się czujesz?

- Dobrze.

- Na pewno?

Sylwia uśmiechnęła się.

- Czemu wszyscy ostatnio pytają mnie, czy na pewno?

- Bo brzmisz na zmęczoną.

- Jestem zmęczona.

- To odpocznij.

- Właśnie zamierzam.

Porozmawiały jeszcze chwilę. O obiedzie. O pogodzie. O tym, że w przyszłym tygodniu mama chce pojechać na zakupy. Zwyczajna rozmowa. Kiedy się rozłączyły, Sylwia przez moment patrzyła na telefon. Nie wiedziała, dlaczego nagle zrobiło jej się smutno.

Nie wydarzyło się nic złego. A jednak łzy napłynęły jej do oczu. Otarła je szybko. 
- Bez przesady. - zezłościła się sama na siebie. Na głupie łzy, które nie powinny były się pojawić.

Poszła zrobić kawę. 

O 16:38 stała już przed lustrem. Nie wiedziała, co założyć. W końcu wybrała jeansy i prosty, jasny sweter. Wzięła torebkę. Przechodząc obok komody, spojrzała na pudełko. Tym razem coś ją tknęło. Otworzyła szufladę. Wyjęła kopertę. Przez chwilę trzymała oba przedmioty w dłoniach. Pudełko. Koperta. Dwa zupełnie różne ciężary. Kopertę schowała z powrotem. Pudełko zostawiła na wierzchu. Nie wiedziała dlaczego.

O 16:58 zaparkowała przed domem Karoliny. Już z daleka widziała światło w oknach. Z ogrodu dochodziły głosy. Muzyka grała cicho. Sylwia wysiadła z samochodu. Zanim zamknęła drzwi, przez moment stała nieruchomo. Miała dziwne wrażenie, że powinna zawrócić. Nie wiedziała dlaczego. Potrząsnęła głową.

- Przecież idę do Karoliny.

Ruszyła w stronę furtki. Drzwi otworzyły się, zanim zdążyła zapukać.

- Jesteś! - Karolina uśmiechnęła się szeroko.

- Jestem.

- Wchodź.

Sylwia przekroczyła próg. W środku było ciepło, głośno i zupełnie normalnie. Mariusz krzątał się przy stole. Ktoś śmiał się w salonie. Z kuchni pachniało jedzeniem. Karolina zdjęła jej kurtkę.

- Poznajcie się.

Sylwia odwróciła głowę. Przy drzwiach do salonu stał mężczyzna, którego wcześniej nie widziała. Karolina wskazała na niego.

- To Łukasz.

- Cześć. - Łukasz wyciągnął rękę.

Sylwia uścisnęła ją.

- Sylwia.

- Karolina zdążyła już o tobie opowiedzieć. - Uśmiechnął się.

Sylwia spojrzała na Karolinę.

- Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

- Prawie same — odpowiedziała Karolina.

- Ej!

Wszyscy się roześmiali. Sylwia również. I pierwszy raz od kilku dni poczuła, że napięcie w jej ciele naprawdę odpuszcza. Nie wiedziała jeszcze, że ten wieczór zapamięta na długo. Nie przez pudełko.

Nie przez kopertę. Nie przez nieznany numer. Tylko przez człowieka, który właśnie podał jej rękę i zupełnie zwyczajnie powiedział: Miło cię poznać.
- Zostaw kurtkę tutaj. Mariusz zaraz zacznie wszystkim tłumaczyć, że jego grill ma określone zasady.

- Ma zasady?

- Oczywiście.

- Jakie?

- Nie pytaj. Jeszcze nie skończył ich wymyślać.

Sylwia roześmiała się. Mariusz odwrócił się od grilla.

- Słyszałem.

- I bardzo dobrze - odpowiedziała Karolina.

- Sylwia, powiedz jej coś.

- Nie znam sytuacji wystarczająco dobrze.

- Rozsądna kobieta - stwierdził Mariusz.

- Widzisz? Już się dogadaliście. - Karolina pokręciła głową.

Na początku Sylwia rozmawiała głównie z Karoliną. Znała ją najlepiej. Wiedziała, kiedy żartuje, kiedy coś ją naprawdę bawi, a kiedy udaje obojętność. Reszta była dla niej jeszcze trochę obca. Było kilka osób, których nie znała. Znajomy Mariusza z pracy. Koleżanka Karoliny. Para mieszkająca kilka domów dalej. I Łukasz. Siedział przy końcu stołu. Nie próbował zwracać na siebie uwagi. Kiedy ktoś coś mówił, słuchał. Czasem się odzywał. Czasem tylko się uśmiechał. Sylwia zauważyła to dopiero po jakimś czasie.

- Ty jesteś zawsze taki cichy? - zapytała, kiedy przypadkiem zostali obok siebie przy stole.

Łukasz spojrzał na nią.

- Nie.

- Czyli tylko dzisiaj? 

- To zależy od ludzi.

Sylwia uniosła brwi.

Uśmiechnął się.

- A ty?

- Ja jestem bardzo rozmowna.

Łukasz spojrzał na nią przez chwilę.

- Tego jeszcze nie wiem.

Sylwia roześmiała się. Później wszyscy przenieśli się do ogrodu.

Wieczór był ciepły. Karolina przyniosła kolejne talerze. Mariusz po raz trzeci sprawdzał grill.

- Mówiłam ci, że możesz usiąść - powiedziała Karolina.

- Wszystko mam pod kontrolą.

- Właśnie tego się boję.

Sylwia siedziała z kubkiem w dłoni. Obok niej usiadł Łukasz.

- Mariusz zawsze taki jest?

- Nie wiem.

- Karolina mówiła, że tak.

- To pewnie tak.

Przez chwilę obserwowali go w milczeniu. 
- On naprawdę traktuje kiełbasę jak projekt życia - powiedziała Sylwia.

Łukasz parsknął śmiechem.

- Też to zauważyłem.

Rozmowa zaczęła się zupełnie zwyczajnie. O pracy. O mieście. O tym, gdzie dobrze zjeść. Łukasz opowiedział jej o małej restauracji, do której chodził od kilku lat. Sylwia powiedziała, że nigdy o niej nie słyszała.

- To może dobrze - odpowiedział.

- Dlaczego?

- Będę miał czym cię zaskoczyć.

Sylwia spojrzała na niego. Uśmiechnęła się. Później ktoś włączył muzykę. Karolina zaczęła tańczyć z Mariuszem. Justyna, która również przyszła, próbowała ich naśladować i po minucie prawie wpadli na krzesło. Wszyscy wybuchli śmiechem. Sylwia śmiała się razem z nimi. Tak mocno, że bolał ją brzuch. I właśnie wtedy poczuła coś dziwnego. 
Przez sekundę wszystko ucichło. Nie naprawdę. Po prostu jakby dźwięki odsunęły się gdzieś dalej. Widziała ludzi. Poruszali ustami. Śmiali się. Ale ich głosy brzmiały odlegle. Sylwia zamrugała. Łukasz coś do niej powiedział. Nie usłyszała.

- Co?

- Pytałem, czy chcesz jeszcze coś do picia.

- A. - Uśmiechnęła się. - Tak. Poproszę.

- Wszystko dobrze?

- Tak.

Łukasz wstał.

- To zaraz wracam.

Sylwia patrzyła za nim. Dźwięki wróciły. Normalnie. Jakby ktoś przekręcił pokrętło. Spojrzała na Karolinę. Ta właśnie coś mówiła do Justyny. Nikt niczego nie zauważył. Sylwia odetchnęła. Kiedy Łukasz wrócił, podał jej kubek.

- Proszę.

- Dzięki.

- Nie ma za co.
Usiadł. Przez chwilę oboje milczeli.

- Ładny wieczór - powiedziała Sylwia.

- Owszem.

- Dawno nie byłam na czymś takim.

- Na grillu?

- Na czymś, gdzie ludzie po prostu siedzą i niczego nie muszą.

Łukasz spojrzał na nią.

- To dobrze trafiłaś.

- Chyba tak. - Sylwia uśmiechnęła się.

Około dwudziestej drugiej część osób zaczęła się zbierać. Ktoś pożegnał się z Karoliną. Ktoś obiecał, że następnym razem przyniesie ciasto. Mariusz sprzątał stół. Sylwia pomogła Karolinie zebrać kubki.

- Podobało ci się? - zapytała Karolina.

- Bardzo.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- To dobrze. - powiedziała Karolina z uśmiechem.

- Co?

- Nic.

- Znam cię. - Sylwia zmrużyła oczy.

- Wiem.

- Co kombinujesz?

- Nic.

- Karolina.

- Nic!

Obie się roześmiały.  
Kiedy Sylwia wychodziła, Łukasz stał przy samochodzie. 

- Jedziesz już?
- Tak.

- Szkoda.

Sylwia spojrzała na niego.

- Dlaczego?

- Dobrze się rozmawiało. - Wzruszył ramionami.

Sylwia poczuła ciepło na policzkach.

- Mi też.

Łukasz wyciągnął telefon.

- To może... - Zawahał się. - Masz ochotę kiedyś powtórzyć tę rozmowę? Bez trzydziestu osób dookoła?

- Może. - Sylwia uśmiechnęła się.

- To chyba nie jest „nie”.

- Nie jest.

Wymienili się numerami. Bez wielkich słów. Bez obietnic. Po prostu. Kiedy Sylwia wsiadła do samochodu, jeszcze raz spojrzała w jego stronę. Pomachał jej. Odpowiedziała tym samym. Potem odpaliła silnik. I pierwszy raz od kilku dni wracała do domu z myślą, która nie dotyczyła nieznanego numeru, kartki ani pudełka. Myślała o tym, że ktoś jej się spodobał. I ta myśl była zaskakująco przyjemna.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Sylwia obudziła się później niż zwykle. Telefon leżał na podłodze obok łóżka. Sięgnęła po niego. Kilka powiadomień. Żadne ważne. Przewinęła ekran. I wtedy zobaczyła wiadomość od nieznanego jeszcze numeru.

Łukasz: Przeżyłaś wczorajszy wieczór?

Uśmiechnęła się. Przez chwilę patrzyła na ekran, zastanawiając się, co odpisać. W końcu odpisała.

Sylwia: Jeszcze tak.

Odpowiedź przyszła szybko.

Łukasz: To dobrze. Już się bałem, że Mariusz zabił cię swoją kiełbasą.

Sylwia roześmiała się sama do siebie.

Sylwia: Była blisko.

Po chwili telefon znów zawibrował.

Łukasz: To może kiedyś uratuję cię przed kolejnym grillem.

Sylwia przeczytała wiadomość dwa razy. Nie dlatego, że była szczególnie wyjątkowa. Po prostu miło było ją dostać.

Pisali przez większą część dnia. Nie bez przerwy. Czasem mijała godzina, zanim któreś odpisało. Rozmawiali o filmach. O muzyce. O tym, że Łukasz nie potrafi gotować, a Sylwia twierdziła, że to „poważna wada charakteru”.

-Potrafię zrobić jajecznicę.

-To nie jest gotowanie.

-Jest.

-Nie.

-Kiedyś ci udowodnię.

Sylwia uśmiechnęła się do telefonu. Nie zauważyła nawet, kiedy minęło południe i wieczór. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rozdział II

 

Drugi tydzień zaczął się zwyczajnie. W poniedziałek Sylwia spóźniła się do pracy siedem minut. Karolina spojrzała na zegarek, kiedy Sylwia weszła do pokoju.

- Siedem minut.

- Wiem.

- Zaczyna się.

- Co?
- Upadek cywilizacji. Najpierw siedem minut. Potem osiem. Za miesiąc przyjdziesz w południe.

Justyna, która właśnie otwierała jogurt, pokiwała głową.

- Potwierdzam. Tak to się zaczyna.

Sylwia zdjęła płaszcz.

- Dobrze wiedzieć, że mogę liczyć na wasze wsparcie.

- Zawsze - powiedziała Karolina. - Szczególnie kiedy można się z kogoś pośmiać.

Poranek minął szybko. Telefony, dokumenty, kawa wypita trochę za szybko. W połowie dnia Sylwia zorientowała się, że od kilku minut czyta tę samą wiadomość na ekranie. Nie pamiętała, kiedy zaczęła ją czytać. Odłożyła telefon.

- Wszystko dobrze? - zapytała Justyna.

- Tak.

- Zawiesiłaś się.

Sylwia uśmiechnęła się.

- Myślami byłam gdzie indziej.

Nie dodała, że przez krótką chwilę nie wiedziała nawet, gdzie dokładnie była. 

Wieczorem Karolina zadzwoniła. Rozmawiały o pracy, zakupach i o tym, że Mariusz po raz kolejny zostawił kubek przy komputerze.

- On uważa, że kubki same wracają do kuchni - powiedziała Karolina.

- Może kiedyś wrócą.

- Nie. Mamy kota. Kot go nauczył, że wszystko można przewrócić, ale niczego nie trzeba sprzątać.

Sylwia roześmiała się. Lubiła te rozmowy. Zwyczajne. Bez pytań, na które nie znała odpowiedzi. Bez konieczności tłumaczenia, dlaczego czasami nagle milknie. Kiedy się rozłączyła, zobaczyła na telefonie wiadomość od Łukasza.

Łukasz: Miłego wieczoru 🙂

Odpisała. Nie spotkali się tego dnia. I dobrze jej z tym było. 

W nocy obudziła się przed trzecią. Nie wiedziała dlaczego. Przez chwilę leżała nieruchomo. Potem poczuła zapach. Mokre drewno. Tak przynajmniej jej się wydawało. Usiadła. Zapach zniknął. Spojrzała na  zegarek. 2:47. Przez kilka minut próbowała zasnąć. Bezskutecznie. Nie pamiętała żadnego snu. Tylko schody. I żółte światło. 
 

We wtorek w pracy Sylwia była zmęczona. Karolina zauważyła to od razu.

- Mało spałaś?

- Trochę.

- „Trochę” to ile?

- Nie wiem.

- To bardzo konkretna jednostka czasu.

Sylwia uśmiechnęła się. 

- Obudziłam się w nocy.

- Koszmar?

- Chyba. - Sylwia wzruszyła ramionami.

Karolina przez chwilę nic nie mówiła. Nie dopytywała. Sylwia była jej za to wdzięczna. 
Po południu poszła po zakupy. Stała przy półce z pieczywem, kiedy nagle poczuła zapach, który przypomniał jej noc. Odwróciła głowę. Nic. Tylko mężczyzna przechodzący obok z drewnianą skrzynką. Sylwia przez moment stała bez ruchu. Potem ruszyła dalej. Przy kasie zorientowała się, że zapomniała kupić połowy rzeczy, po które przyszła. 

Tego wieczoru wyjęła kopertę. Leżała w szufladzie od kilku dni. Biała. Z jej imieniem. 
SYLWIA.

Przypomniała sobie wiadomość. Jeszcze nie otwieraj. Wtedy myślała, że chodzi o pudełko. Teraz już nie była pewna. Usiadła przy stole. Przez chwilę obracała kopertę w palcach. W końcu ją otworzyła.

W środku była karta. Z jednym zdaniem. " Pamiętam twój zapach. Pamiętam dotyk skóry." Najpierw nic. Potem poczuła zimno. Nie wiedziała od kogo była wiadomość. A jednak jej żołądek ścisnął się tak mocno, że musiała oprzeć łokcie o stół. Sylwia przymknęła oczy.

Przez sekundę zobaczyła siebie stojącą na schodach. Nie jako dorosłą kobietę. Niższą. Mniejszą. Nie zobaczyła twarzy. Obraz zniknął. 
 

W środę rano zrobiła kawę i zostawiła ją na blacie. Potem poszła się ubrać. Kiedy wróciła, nie pamiętała, czy już piła. Wzięła kubek do ręki. Kawa była zimna. 
- Świetnie - mruknęła.

W pracy kilka razy łapała się na tym, że odpływa. Nie na długo. Sekundy. Może kilkanaście. Raz Justyna opowiadała jej historię o sąsiadce, a Sylwia nagle zorientowała się, że słyszy dopiero ostatnie zdanie.

- ...więc powiedziałam jej, że jak jeszcze raz zadzwoni do mnie o szóstej rano, to sama przyjdę jej ten budzik wyłączyć.

Sylwia zamrugała.

- Co?

Justyna spojrzała na nią.

- Nic. Opowiem ci jeszcze raz.

- Nie, pamiętam.

Nie pamiętała. Ale nie chciała o tym mówić.
Po pracy Łukasz zaproponował spacer. Zgodziła się. Nie dlatego, że miała ochotę na ludzi. Właśnie dlatego, że przy nim przez ostatnie dni łatwiej było jej nie myśleć. Szli powoli. Rozmawiali o filmach i pracy. W pewnym momencie Sylwia potknęła się o nierówną płytę chodnika. Łukasz złapał ją za przedramię. Sylwia wyrwała rękę. Natychmiast. Oboje zamilkli.

- Przepraszam - powiedział.

- Nie.

- Myślałem, że upadniesz.

- Wiem.

Spojrzała na swoje ramię. Serce zaczęło bić jej szybciej. Nie dlatego, że Łukasz ją przestraszył. Właśnie to było najgorsze. On niczego nie zrobił. A jej ciało zareagowało, zanim zdążyła pomyśleć.

- Wszystko okej? - zapytał.

- Tak.

- Na pewno?

- Tak. - Nie przekonała nawet siebie. 

Tej nocy sen był wyraźniejszy. Korytarz. Żółte światło. Drzwi. Czyjaś dłoń. Sylwia stała nieruchomo. Ktoś był za nią. Czuła jego oddech na szyi. Nie widziała twarzy. Usłyszała tylko:

- Cicho...

Obudziła się gwałtownie. Usiadła na łóżku. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Potem spojrzała na swoje ramię. Miejsce, którego dotknął wcześniej Łukasz, pulsowało dziwnym, tępym bólem. Dotknęła go. Nic. Skóra była normalna. Ale przez kilka minut nie mogła się pozbyć wrażenia, że czyjaś dłoń nadal tam spoczywa. 

 

W czwartek rano napisała do matki.

Sylwia: Będziesz dzisiaj w domu?

Odpowiedź przyszła po kilku minutach.

Mama: Tak. Przyjedziesz?

Sylwia zawahała się.

Sylwia: Może po pracy.

Nie napisała dlaczego. Nie napisała o kopercie. Nie wspomniała o snach. 
Kiedy po południu pojawiła się u matki, wszystko wyglądało tak jak zawsze. Ten sam przedpokój.  Te same meble. Ten sam zapach domu.

- Zjesz coś? - zapytała mama.

- Nie, dzięki. Jadłam

- Na pewno?

- Tak.

Rozmawiały o zwyczajnych rzeczach. O zakupach. O pracy. O pogodzie. Sylwia próbowała słuchać. Aż przeszła przez korytarz. I nagle się zatrzymała. Zapach. Ten sam. Mokre drewno. Serce przyspieszyło. Spojrzała w stronę schodów. Przez krótką chwilę zobaczyła żółte światło. Mrugnęła. Zwykła lampka. Nic więcej.

- Sylwia?

- Tak? -Odwróciła się.

- Pytałam, czy chcesz herbatę.

- Tak. Poproszę.

Matka przyjrzała jej się przez moment.

- Dobrze się czujesz?

- Jestem zmęczona.

To samo zdanie. Coraz częściej używane. 
 

W piątek rano Karolina postawiła przed nią na biurku kawę.

- Nie pytam, czy spałaś.

Sylwia spojrzała na nią.

- Dlaczego?

- Bo widzę.

Sylwia uśmiechnęła się słabo.

- Śniło mi się coś.

- Co?

- Nie wiem.

Po chwili dodała:

- Chyba ktoś tam był.

- Chcesz o tym mówić? - spytała Karolina ciszej.

- Nie.

- Okej.

I znowu nie naciskała. Przez resztę dnia pracowały jak zwykle. Justyna narzekała na klienta. Karolina opowiadała o kocie. Sylwia śmiała się z nimi. A potem, około południa, znalazła w swojej torbie długopis. Czarny. Nie należał do niej. Patrzyła na niego przez chwilę. Nie wiedziała, skąd się tam wziął.

Wieczorem spotkała się z Łukaszem. Tym razem siedzieli w samochodzie. Rozmawiali długo. Sylwia czuła się dobrze. Naprawdę dobrze. W pewnym momencie spojrzała na niego i sama pochyliła się, żeby go pocałować. Łukasz odpowiedział. Kiedy po chwili położył dłoń na jej policzku, jej ciało zareagowało natychmiast. Odsunęła się. Za szybko. 

Uderzyła plecami o drzwi. Łukasz cofnął rękę. 
- Sylwia?

Oddychała płytko.

- Nie chodzi o ciebie.

- Wiem.

- Naprawdę.

- Wiem.

Patrzył na nią spokojnie. Nie próbował jej dotknąć. Nie pytał. Po chwili powiedział tylko:

- Możemy siedzieć.

Sylwia skinęła głową. I właśnie wtedy poczuła łzy pod powiekami. Nie dlatego, że była przy nim źle. Właśnie dlatego, że chciała być przy nim dobrze. Nie rozumiała, dlaczego bliskość, której pragnęła, potrafiła w jednej sekundzie zamienić się w coś, przed czym całe jej ciało chciało uciec.

W nocy znowu śniła. Tym razem zobaczyła więcej. Schody. Korytarz. Drzwi. Czyjąś dłoń na jej ramieniu. I siebie. Małą. Stojącą nieruchomo. Nie wiedziała, ile miała lat. Nie wiedziała, kto stał za nią. Ale tym razem usłyszała własny głos.

- Nie, proszę...
Obudziła się. Była 4:13. Usiadła i spojrzała na drzwi sypialni. Przez chwilę miała irracjonalne wrażenie, że ktoś stoi po drugiej stronie. Nie ruszyła się. Minęła minuta. Druga. W końcu wstała i sprawdziła. Nikogo nie było. Zamknęła drzwi na klucz. Dopiero potem pomyślała, że wcześniej nigdy tego nie robiła. 
 

W sobotę nie wychodziła z domu. Posprzątała kuchnię. Wstawiła pranie. Umyła łazienkę. Zrobiła zakupy przez internet. Przez kilka godzin była zajęta zwyczajnymi rzeczami. I właśnie ta zwyczajność zaczynała jej pomagać. Dopóki nie otworzyła szuflady. Koperta nadal tam była. Kartka również. Wyjęła ją. Sylwia poczuła zimno. Nie rozumiała czemu wywołuje ona tyle emocji. Dopiero niedługo miała zacząć to odkrywać.
 

W niedzielę rano Łukasz napisał:

Łukasz: Jak się czujesz?

Sylwia długo nie odpowiadała. W końcu odpisała:

Sylwia: Nie wiem.

Odpowiedź przyszła szybko.

Łukasz: To też jest odpowiedź.

Uśmiechnęła się. Nie spotkali się. I tym razem Sylwia sama tego chciała. Nie dlatego, że nie chciała Łukasza. Właśnie dlatego, że zaczynała rozumieć, że potrzebuje trochę przestrzeni. Usiadła przy stole. Obok leżała fotografia. Na komodzie stało drewniane pudełko. Telefon zawibrował. Nowa wiadomość. Sylwia spojrzała na ekran. Nie od Łukasza. Nie od Karoliny. Nie od mamy. Numer był nieznany. Wiadomość miała tylko dwa słowa.

Nieznany numer: Pamiętasz zapach?

Sylwia przestała oddychać. Przeczytała ją drugi raz. Potem trzeci. Przez chwilę siedziała nieruchomo. W kuchni było cicho. I wtedy coś w niej drgnęło. Nie obraz. Nie scena. Zapach. Najpierw wilgoć. Ciężka, zimna. Potem błoto. Mokre buty. Ziemia. I papierosy. Sylwia zamknęła oczy. Oddychała powoli. I wtedy pojawił się jeszcze jeden zapach. Czyjś. Męski. Nie potrafiła go nazwać. Nie był mocny. Był blisko. Tak blisko, jakby ktoś stał tuż za nią. Nagle zobaczyła fragment. Otworzyła oczy. Telefon wypadł jej z dłoni. Przez chwilę siedziała bez ruchu. Nie wiedziała, co właśnie sobie przypomniała.

Nie wiedziała nawet, czy to było wspomnienie. Ale tym razem była pewna jednego. Ten zapach znała. I nie należał do Łukasza. 

Po raz pierwszy poczuła, że ktoś z zewnątrz próbuje dotknąć czegoś, co do tej pory należało wyłącznie do niej. I właśnie to przestraszyło ją najbardziej.

Edytowane przez StaticLine

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rozdział III

 

Poniedziałek zaczął się od tego, że Sylwia nie usłyszała budzika. Nie dlatego, że spała głęboko. Przeciwnie. Budziła się kilka razy w nocy. Raz po koszmarze, którego rano nie potrafiła sobie przypomnieć. Drugi raz, kiedy wydawało jej się, że ktoś chodzi po mieszkaniu. Za trzecim razem siedziała już na łóżku i patrzyła w ciemność, nie wiedząc, dlaczego właściwie się obudziła. Kiedy w końcu zasnęła, budzik zadzwonił po kilkunastu minutach. Nie wyłączyła go. Telefon ucichł dopiero wtedy, kiedy rozładowała się bateria.

Do pracy dotarła spóźniona.

- Wszystko okej? - zapytała Justyna.

- Tak. Po prostu zaspałam.

Nie chciała tłumaczyć niczego więcej. W pracy łatwiej było jej udawać, że wszystko jest normalne. Miała zadania, telefony, dokumenty. Rzeczy, które należało zrobić niezależnie od tego, ile spała i co śniło jej się poprzedniej nocy. Przez kilka godzin rzeczywiście funkcjonowała jak dawniej. Dopiero około południa Karolina zauważyła, że Sylwia od kilkunastu minut patrzy na ten sam dokument.

- Sylwia?

Nie odpowiedziała.
- Sylwia.

Drgnęła i podniosła wzrok.

- Co?

- Skończyłaś?

Sylwia spojrzała na ekran.

- Tak.

Karolina zerknęła na monitor.

- To jest pusty dokument.

Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu. Sylwia parsknęła cicho, ale nie było jej do śmiechu.

- To chyba jednak nie skończyłam.
Karolina nic nie powiedziała.

Wieczorem Łukasz napisał.

Łukasz: Spotkamy się jutro?

Sylwia długo patrzyła na wiadomość. Chciała się zgodzić. Naprawdę chciała. Myśl o nim była jedną z niewielu rzeczy, które jeszcze potrafiły wywołać w niej coś przypominającego ciepło. Ale zaraz potem pojawiło się napięcie. Wyobraziła sobie jego dłoń, dotyk, bliskość. I nagle wszystko w niej się spięło.

Sylwia: Nie dam rady. Jestem zmęczona.

Odpowiedź przyszła po kilku minutach.

Łukasz: Jasne. Odpocznij.

Odłożyła telefon. Najpierw poczuła ulgę. Chwilę później żal. Nie rozumiała siebie.
 

We wtorek obudziła się przed piątą. Tym razem pamiętała sen. Stała na schodach. Na dole ktoś był. Nie widziała twarzy, tylko ciemną sylwetkę. Słyszała oddech. Potem poczuła dłoń na karku. Obudziła się z krzykiem. Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest. Serce waliło jej w piersi, oddech rwał się, a całe ciało było napięte jak po ucieczce. Zapaliła światło. Pokój był pusty. Została w nim aż do rana.
W pracy była rozdrażniona. Justyna dwa razy zadała jej to samo pytanie. Za drugim razem Sylwia odpowiedziała ostrzej, niż zamierzała.

- Przecież już ci mówiłam.

Justyna zamilkła. Sylwia natychmiast poczuła wyrzuty sumienia.

- Przepraszam.

- Spokojnie.

- Naprawdę przepraszam.

- Nic się nie stało.

Ale Sylwia przez resztę dnia czuła napięcie w klatce piersiowej. Jakby coś w niej nie chciało się uspokoić. 
Koło Karolina postawiła przed nią kubek kawy.

- Od dwóch dni pytam cię, czy wszystko okej.

Sylwia podniosła wzrok.

- I od dwóch dni odpowiadam, że tak.

- Wiem.

- To po co pytasz?

Karolina westchnęła.

- Bo widzę, że nie jest.

- Jestem niewyspana. - Sylwia odwróciła wzrok.

- To śpij.

- Genialne. - Sylwia zaśmiała się krótko.

- Wiem. Mam jeszcze kilka takich porad.

Przez chwilę obie się uśmiechały, ale zaraz potem Karolina spoważniała.

- Może powinnaś z kimś porozmawiać.

- Z kim?

- Z terapeutą.

- Nie. - Sylwia natychmiast pokręciła głową.

- Nawet nie wiesz, co chciałam powiedzieć.

- Wiem.
- Sylwia...

- Nie potrzebuję terapii.

Karolina przez chwilę patrzyła na nią uważnie.

- Dobrze.

Nie naciskała. Sylwia wiedziała jednak, że temat nie zniknął.

Tego samego wieczoru położyła się na kanapie. Nie zapaliła światła. Nie włączyła telewizora. Przez chwilę próbowała czytać, ale po kilku stronach zorientowała się, że nie pamięta ani jednego zdania. Odłożyła książkę. Telefon leżał obok. Zawibrował.

Nieznany numer: Pamiętasz, jak się bałaś?

Sylwia przeczytała wiadomość kilka razy. Tym razem nie poczuła paniki. Pojawiło się coś innego. Ogromne zmęczenie. Odłożyła telefon i położyła się na kanapie. Przez kilka minut patrzyła w sufit. Nie płakała. Nie była nawet szczególnie przestraszona. Czuła tylko pustkę. Jakby ktoś wyjął ze środka wszystko, co mogłoby zareagować.
 

W środę w pracy pomyliła dwa nazwiska podczas rozmowy z klientem. Potem jeszcze raz. Kiedy się poprawiła, mężczyzna zażartował:

- Chyba ciężki dzień.

Sylwia spojrzała na niego. Przez sekundę nie rozumiała, co powiedział.

- Przepraszam.

Dopiero później zauważyła, że od kilku minut ściska długopis tak mocno, że pobielały jej palce. Puściła go. W południe Karolina zapytała, czy zje z nimi lunch.

- Nie jestem głodna.

- Zjadłaś coś rano?

- Kawę.

- To nie jest jedzenie.
- Wystarcza mi

- Sylwia...

- Naprawdę nie jestem głodna.

Karolina spojrzała na nią, ale tym razem również odpuściła. Po pracy Łukasz zaproponował kawę. Sylwia się zgodziła. Siedzieli w małej kawiarni niedaleko jej domu. Łukasz opowiadał o pracy, a ona słuchała.  Była przy nim spokojniejsza niż sama ze sobą. W pewnym momencie powiedział:

- Jesteś bardzo zmęczona.

- Trochę.

- Chcesz pogadać?

- Nie.

Nie powiedziała tego ostro. Jej głos był po prostu pusty. Łukasz skinął głową.

- Dobrze.

Nie próbował jej przekonywać. Po prostu został. Sylwia spojrzała na niego i przez moment poczuła wdzięczność. Potem jednak znowu pojawiła się pustka. Jakby wiedziała, że powinna czuć więcej.

W nocy śniły jej się schody. Tym razem była na górze. Na dole stała mała dziewczynka. Nie widziała jej twarzy, ale wiedziała, że to ona. Chciała zejść. Nie mogła. Ktoś trzymał ją za nadgarstek. Obudziła się z bólem ręki. Usiadła i spojrzała na skórę. Nie było żadnego śladu.

A jednak przez dłuższą chwilę miała wrażenie, że czyjaś dłoń nadal zaciska się na jej nadgarstku. Do rana już nie zasnęła.

 

W czwartek rano spojrzała w lustro i przez moment nie rozpoznała własnego odbicia. Trwało to może sekundę. Potem wszystko wróciło. Lęk pojawił się i nie znikał. Nie wiedziała, że to dopiero początek.

W pracy Justyna przypadkiem strąciła stos dokumentów. Papier rozsypał się po podłodze.

- Cholera, przepraszam.

Sylwia odwróciła się gwałtownie.

- Możesz uważać?!

Zapadła cisza. Justyna spojrzała na nią zaskoczona.

- Okej.

Sylwia natychmiast poczuła wstyd.

- Przepraszam. Naprawdę.

Justyna pokiwała głową.

- Dobra.

Karolina nic nie powiedziała. Dopiero po chwili położyła rękę na biurku Sylwii, ale nie dotknęła jej.

- Chodź ze do łazienki.

Sylwia skinęła głową. W łazience zamknęła się na kilka minut.

Oparła dłonie o umywalkę. Nie rozumiała, dlaczego zwykły dźwięk spadających papierów wywołał w niej taką reakcję. Nie rozumiała też, dlaczego od kilku dni wszystko wydawało się zbyt głośne. Drzwi. Telefon. Kroki na korytarzu. Nagle odwracała głowę, jakby ktoś ją wołał.

Po południu dostała kolejną wiadomość.

Nieznany numer: Bardzo dobrze pachniałaś wtedy.

Telefon wypadł jej z ręki. Tym razem poczuła strach. Prawdziwy i gwałtowny. Rozejrzała się po pokoju. Justyna siedziała przy swoim biurku. Karolina rozmawiała przez telefon. Nikt na nią nie patrzył.

A mimo to Sylwia przez chwilę miała wrażenie, że ktoś stoi tuż za jej plecami. Odwróciła się. Nikogo.

 

W piątek nie poszła na lunch z Justyną. Nie miała siły. Po pracy wróciła prosto do domu. Zdjęła płaszcz i rzuciła go na krzesło. Potem położyła się na kanapie. Nie zapaliła światła. W mieszkaniu zaczynał panować nieporządek. Na stole stały kubki. W zlewie piętrzyły się naczynia. Ubrania leżały na podłodze w sypialni. W łazience od kilku dni wisiał ten sam ręcznik. Sylwia to widziała. Nie miała jednak siły nic z tym zrobić. Wcześniej bałagan ją denerwował. Teraz był po prostu częścią mieszkania. Wieczorem zadzwonił Łukasz. Nie odebrała.

Po kilku minutach napisał:

Łukasz: Martwię się.

Patrzyła na ekran. 
Sylwia: Niepotrzebnie. Mam gorszy czas.

Po chwili przyszła odpowiedź.

Łukasz: Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, jestem.

Przycisnęła telefon do klatki piersiowej. Chciała poczuć coś więcej. Tęsknotę. Ciepło. Bezpieczeństwo. Cokolwiek. Znowu była tylko pustka. 
 

W sobotę o dziesiątej rano ktoś zapukał do drzwi. Sylwia nie ruszyła się z kanapy. Pukanie powtórzyło się.

- Sylwia?

Karolina. Sylwia zamknęła oczy.

- Otworzysz mi?

Nie odpowiedziała.

- Mam klucze.

Po chwili zamek przekręcił się. Karolina weszła do środka i zatrzymała się w przedpokoju. Przez kilka sekund nic nie mówiła. Spojrzała na kuchnię. Na naczynia. Na niepozbierane ubrania. Na zasłonięte okna. Potem na Sylwię. Leżała na kanapie w tych samych spodniach, w których wróciła poprzedniego dnia. Włosy miała związane niedbale, twarz bladą, pod oczami ciemne cienie. Karolina zamknęła drzwi.

- Od kiedy tak wyglądasz?

Sylwia wzruszyła ramionami.

- Nie wiem.

Karolina usiadła obok.

- Jadłaś?

- Chyba.

- Co?

Sylwia milczała. Karolina spojrzała na stół.

- Dobra.

Nie pytała więcej. Otworzyła okno.

- Co robisz?

- Wietrzę.

- Zimno.

- Wiem.

Przez kilka minut sprzątała tylko najgorszy bałagan. Wyrzuciła śmieci, zebrała naczynia, otworzyła kolejne okno. Nie komentowała. Kiedy wróciła do pokoju, Sylwia nadal leżała na kanapie.

- Pokażesz mi telefon?

Sylwia spojrzała na nią.

- Po co?

- Chcę zobaczyć wiadomości.

- Karolina...

- Nie będę niczego usuwać. Chcę tylko wiedzieć, z czym masz do czynienia.

Sylwia długo milczała. W końcu podała jej telefon. Karolina czytała wiadomości po kolei. Jej twarz stopniowo się zmieniała.

- Jak długo to trwa?

- Nie wiem.

- Sylwia.

- Kilka dni.

Karolina przewinęła ekran.

- Z różnych numerów?

Sylwia skinęła głową.

- I nie wiesz, kto to jest?

- Nie.

Karolina odłożyła telefon.

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

- Nie chciałam, żebyś się martwiła. - Sylwia wzruszyła ramionami.

Karolina spojrzała na nią.

- To się nie udało.

Sylwia spuściła wzrok.

- Wiem.

Przez chwilę siedziały w ciszy. Potem Karolina powiedziała:

- Pamiętasz, co mówiłam o terapii?

Sylwia od razu pokręciła głową.

- Posłuchaj mnie.

Sylwia milczała.

- Nie mówię, że jesteś chora. Nie mówię, że ktoś ma cię naprawić. Ale nie śpisz, prawie nie jesz, przestajesz wychodzić z domu, reagujesz na zwykłe rzeczy jak na zagrożenie. I ktoś wysyła ci wiadomości, których nie powinnaś dostawać.

Sylwia zamknęła oczy.

- Nie chcę terapii.
- Wiem.

- Naprawdę nie chcę.

- Rozumiem. - Karolina mówiła spokojnie. - Ale może nie musisz jej chcieć. Może wystarczy, że spróbujesz.

Sylwia długo milczała.

- A jeśli nie pomoże?

- Wtedy będziemy szukać dalej.

- A jeśli powiem terapeucie, że nie wiem, co się ze mną dzieje?

- To mu powiesz.

Sylwia spojrzała na nią.

- Nie chcę opowiadać o dzieciństwie.

- Nie musisz pierwszego dnia.

To zdanie zostało z Sylwią na dłużej. Nie musisz. Nie musisz wiedzieć. Nie musisz pamiętać. Nie musisz wszystkiego powiedzieć. W końcu skinęła głową.

- Możesz znaleźć kogoś?

Karolina odpowiedziała dopiero po chwili.

- Mogę.

Karolina została jeszcze kilka godzin. Zrobiła Sylwii coś do jedzenia, choć ta zjadła tylko kilka kęsów. Wstawiła pranie i pozbierała rzeczy z podłogi. Nie próbowała jej pocieszać ani mówić, że wszystko będzie dobrze. Po prostu była. Kiedy wychodziła, zatrzymała się przy drzwiach. 
- Jutro do ciebie zadzwonię.

- Dobrze. - Sylwia skinęła głową.

- I umówię cię.

- Dobrze. - Tym razem Sylwia nie zaprotestowała.

Drzwi zamknęły się. Sylwia została sama. Stała przez chwilę w przedpokoju i słuchała ciszy. Potem spojrzała na telefon. Nie było nowych wiadomości. Po raz pierwszy od kilku dni. Usiadła na kanapie.

Nie poczuła ulgi. Nie poczuła też strachu. Tylko pustkę. Ale gdzieś pod nią pojawiło się coś jeszcze. Ciche, ledwie wyczuwalne napięcie. Bo po raz pierwszy od dawna zgodziła się, żeby ktoś spróbował jej pomóc. A to oznaczało, że będzie musiała zacząć mówić.Nawet o rzeczach, których nie pamiętała.
 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×