Skocz do zawartości
Nerwica.com

Doktor Indor

Użytkownik
  • Postów

    1 103
  • Dołączył

Treść opublikowana przez Doktor Indor

  1. Ach, dziękuję A mi nic nie sprawiło dziś radości. Dzień jak co dzień, bez specjalnych emocji. Spać nie mogłem (choć trochę na własne życzenie, bo wykładu słuchałem), obudziłem się w południe. Trochę obrzucania mnie fekaliami z rana (na szczęście jedynie wirtualnie), trochę pracy, potem na działkę koty karmić bo jest momentami prawie -10°C. Wróciłem, zjadłem, idę nakarmić kota (swojego), myć się i spać. Może sobie kolejny wykład włączę. I kolejny dzień minął.
  2. Doktor Indor

    Jakie leki na DID?

    Czytałem kiedyś o farmakoterapii przy DID. Nie polecę ci konkretnych leków, bo to nieodpowiedzialne. Z doświadczenia z osobą, która ma DID, wiem, że wszystkie, których próbowała, jedynie zaostrzały objawy. Ale popytaj na zagranicznych grupach i forach, są ludzie, którzy coś doradzą. W Polsce to zaburzenie nadal jest mało znane (i często długo pozostaje niezdiagnozowane). Generalnie nie ma „leku na DID”. To nie jest „choroba”, którą można „wyleczyć” lekami. Może być lek na konkretne objawy, ale akurat w przypadku DID mam wrażenie, że to zawsze jest coś za coś. Możesz próbować uciszyć niektóre swoje części ale sprawisz w ten sposób tylko, że zaczną krzyczeć głośniej. Co nie znaczy, że nie ma skutecznych podejść terapeutycznych. No ale nie o to pytasz. Masz diagnozę DID lub poważne powody, żeby podejrzewać u siebie DID?
  3. Zostawmy już temat tego człowieka.
  4. Dalilko moja najdroższa. Dwa tematy – nie piszę o nikim, ale mimo wszystko przenoszę do indycznika. Jak administracja uzna, żeby wywalić, to niech wywali. Na pierwszego posta („po co piszesz że spamuje”) mogę odpowiedzieć ci na priv, jeśli sobie życzysz, bo widzisz jakie reakcje pewne słowa (a teraz też i osoby, konkretnie m.in. moja skromna indycza) wywołują. Jeśli nie życzysz to też napisz, to nie będę strzępił klawiaturki Co do „wy”, mam ogromną prośbę (do ciebie, ale też potencjalnie do wszystkich innych, i myślę że wobec wszystkich innych) – jeśli piszesz do mnie, to pisz do mnie, a nie do „nas”, bo wtedy nie wiem, czy dana uwaga odnosi się do mnie, czy do kogoś innego, czy do mnie i do kogoś innego. Tu jest to jasne, bo ja o lustrach nic nie pisałem, więc pozwolę sobie oszczędzić ścianę przed zabrudzeniem zawartością indyczej czaszki, ale to taka ogólna prośba na przyszłość, bo już drugi raz dziś się z tym spotkałem (pierwszy raz na discordzie, że niby dzisiaj też coś komuś „robili”, gdzie ja dzisiaj spałem, gdy coś było „robione”). A ogólnie, żebym miał 25 lat mniej, i żebym nie lubił adminów, to bym dla zasady zgłaszał każdego posta, gdzie jestem obrażany, nazywany dnem intelektualnym, czy tam mentalnym, ale uważam, że jestem już za stary na takie przepychanki z jakimiś randomami i mogę lepiej spożytkować swój czas (a admini swój – zamiast z konieczności bawić się w przedszkolankę, bo ktoś do nich przybiega naskarżyć, bo mu łopatkę w piaskownicy zabrano). Ogromna prośba, żeby nie oznaczać mnie już w tamtym temacie, jeśli nie będzie to dotyczyło LGBT.
  5. Odpowiedziałem w indyczniku.
  6. „Reality is a powerful solvent for ideology” – z artykułu: https://x.com/IterIntellectus/status/2012220254504530043
  7. Girlfriend experience. Ale czemu od razu fabetą…
  8. Uczysz? To chyba dosyć wymagające przy chorobie O.o
  9. Dlatego ja używam określeń pokrewnych. Analfabeta, który jakimś cudem opanował matematykę, ale nie potrafi się wypowiedzieć w ojczystym języku, to dla mnie umysł nie ścisły, a ściśnięty. Pomijając przypadki, gdy mózg to uniemożliwia (dysleksja, błędnie nazywana dyslekcją). Ktoś, kto zna się na literaturze, ale przerasta go policzenie „2 + 2 × 2”, to dla mnie nie humanista, a tumanista. Pomijając przypadki, gdy mózg to uniemożliwia (dyskalkulia). Człowiek inteligentny ma różne zainteresowania, ale każdą dziedzinę opanuje w jakimś, choćby podstawowym, zakresie. Ja zdecydowanie nie jestem humanistą ale dbam o język, bo to moja wizytówka. Ale czy jest powodem do wstydu? Dla mnie powodem do wstydu jest krzywdzenie kogoś. Jak ktoś się uczciwie k*rwi, to niech się k*rwi. Jego sprawa, i jego potencjalnych (i przyszłych) partnerów. Miałem dwie takie koleżanki (jedna striptizerka, jedna prostytutka) i były to po prostu normalne, sympatyczne, uczciwe (i wbrew pozorom inteligentne) osoby (choć obie zaburzone, ale chyba trzeba być zaburzonym, żeby wybrać taki zawód nie będąc np. finansowo przypartym do muru).
  10. Tak. Przy czym trzeba zaznaczyć – są sytuacje, gdy brak rodzica jest lepszy od sytuacji, gdy ten rodzic jest (np. gdy pije i bije). Są sytuacje, gdy odejście od męża i wychowywanie dziecka samemu (bo jednak zwykle dziecko zostaje przy matce, choć to samo można powiedzieć w tych nielicznych przypadkach, gdy to ojciec zabiera dzieci od patusiary a sfeminizowane, antymęskie sądy jakimś cudem to przyklepują), jest mniejszym złem (ale nadal złem). Ale ogólnie, będąc dorosłym, widzę, jak prawdziwe to jest. Dzieci są skrzywdzone na całe życie, wyrastają z nich skrzywdzeni dorośli. Czasem mogą być po prostu skrzywdzone mniej niż by były, gdyby np. matka nie odeszła od przemocowca. Ale skrzywdzone będą zawsze. Dlatego „samotna matka z wyboru” to dla mnie patologia. Takie kobiety powinny być wręcz sterylizowane zanim zrobią swojemu dziecku krzywdę (a przynajmniej jakieś zapłodnienie się przez dawcę nasienia, gdy jest się samotną matką, czyli celowe doprowadzenie do tego, żeby dziecko wychowywało się bez jednego rodzica, powinno być surowo karane). Zaryzykowałbym stwierdzenie, że gdybym wychowywał się w pełnej rodzinie, a nie w takiej, w jakiej się wychowywałem (z ojcem alkoholikiem i przemocowcem, a potem nieobecnym), to nie miałbym 90% problemów z psychiką, które mam teraz (lub nawet więcej). Jakieś pewnie by były, bo jakieś ma każdy, ale są ludzie, którzy są po prostu zdrowi i radzą sobie z problemami w zdrowy, dorosły sposób. Patrząc na ich domy rodzinne, to są najczęściej normalne, ciepłe, stabilne domy z rodzicami, którzy się kochają i spełniają swoje role. Widziałeś ją, bo ciągle spamuje swoimi zdjęciami, to opinię możesz wyrobić sobie sam Mi jest się ciężko wypowiedzieć, bo mam inny typ kobiet i z wyglądu, i z charakteru (ubieram to w takie słowa, żeby nie było niemiło, choć i tak tego nie przeczyta – obojętne). I zanim ktoś powie „ty się sam pokaż albo popatrz na siebie jaki ty piękny jesteś” – ja nie muszę, bo to nie ja piszę, jaki to piękny nie jestem i jak to nie mógłbym mieć każdej. Bo nie mógłbym. I uważam że nie ma osoby, która mogłaby mieć każdego / każdą chociażby z tego powodu, że jeden lubi szczupłe, drobne dziewczyny, a inny ulane kluseczki. Nie da się być w typie każdego. Natomiast urojenia na swój temat można oczywiście mieć, jeśli na tym ma się opierać czyjaś samoocena, nikt tego nie zabroni.
  11. Oto niepopularna opinia: Dziecko potrzebuje i ojca, i matki. Dwie matki nie zastąpią ojca, dwóch ojców nie zastąpi matki. Samotna matka nie zastąpi ojca, samotny ojciec nie zastąpi matki. Dziecko wychowywane przez pary jednopłciowe zawsze będzie miało jakieś deficyty, tak samo jak dziecko wychowywane przez samotnego rodzica. I oczywiście pewnie lepiej wychowywać się w takiej rodzinie niż zdychać w domu dziecka, więc adopcja adopcją, ale żeby sprowadzać na ten świat dziecko wiedząc, że już na starcie będzie miało trudniej? Słabe. No i „one zachciały mieć dziecko”, to też, o ile biologia się nie zmieniła od kiedy miałem ją w podstawówce (może się zmieniła, może da się jakoś wymieszać geny dwóch jajeczek), nie da się mieć dziecka w dwie osoby jednopłciowe. Dziecko będzie jednej z nich, druga będzie adopcyjna, a prawdziwy rodzic będzie kimś obcym (jakiś dawca albo inna surogatka surykatka).
  12. Ja mam wrażenie, że to jest czasem kwestia ojca. Dziewczyna ma ojca, który mechanicznie wszystko zrobi, ale np. jeśli chodzi o jedzenie to może sobie wodę na herbatę zagotuje i kuchni nie spali. I ja jestem taki sam. Dwie lewe ręce do gotowania (tylko że mi się raz udało spalić kuchnię), dwie prawe ręce do różnych technicznych rzeczy. I możliwe, że to m.in. dlatego właśnie we mnie zobaczyła faceta, z którym chce być. Autentyczny dialog, przechodzi matka z dzieckiem. – Mamo, a co ten pan robi? – Naprawia samochód? – A dlaczego nasz tatuś nie naprawia? – Nasz tatuś jest humanistą Ja robię sam bo nikomu nie ufam. Dwa ostatnie razy, gdy postanowiłem zapłacić fachowcowi, bo nie chciałem się dotykać, skończyły się tak, że i tak musiałem poprawiać (a jedna z tych rzeczy – wygięty drążek kierowniczy przez parcha, który miał wymienić końcówkę – realnie mogła mnie zabić). Żeby jeszcze się przyznał, powiedział – no wygięło nam się, nie chcieliśmy ale tak wyszło, no to spoko – zamawiacie nowy, zakładacie, i nie ma problemu. A nie wypuścić klienta z pogiętym drążkiem. I jakbym nie zajrzał to bym nie zauważył i jeździłbym tak… do czasu. I może przesadzam, ale uważam, że jeśli projektant obliczył wytrzymałość tego drążka na ściskanie i rozciąganie, to znaczy, że ma być ściskany i rozciągany, a nie zginany. A jak jest wygięty, to już będzie pracował na zginanie, a nie na ściskanie. Z lag to się fajnie strzela wysprzęglikami Z kumplem tak kiedyś robiliśmy, trochę benzyny, jakiś mały ładunek (ja używałem elektrospłonek), wysprzęglik w lagę… wiesz jak wysoko latały?
  13. Doktor Indor

    Co teraz robisz?

    Pewnie na indorze, i złapać go za indyczą szyję, o tak wg ilustracji…
  14. Tak zupełnie szczerze, to tak bywało Ale nie w tym związku. Za dużo emocjonalnie w niego zainwestowałem. No ale to są nasze koty To mi powie „to sam się nimi zajmuj” i będzie miała rację. Generalnie gdy jestem zraniony, to nie ranię w odpowiedzi jeszcze bardziej. Tzn. robiłem tak, kiedyś, w innych związkach, i w ten sposób związek zmienia się w pole bitwy i walkę, którą przegra ta strona, która bardziej się zaangażowała (lub która nie jest na lekach – ja zwykle byłem). Tu wiem, że mam przestrzeń na to, żeby powiedzieć, co czuję, i nie zostanie to odrzucone (i to działa w obie strony). Nie żeby było idealnie, bo nie jest, oboje często zachowujemy się nie tak jak powinniśmy przez nasze toksyczne wzorce (przy czym ja, mam wrażenie, sto razy częściej – to ja tu jestem tą popieprzoną emocjonalnie stroną). Ale zawsze potem umiemy przeprosić. Bo wiemy, że nie zostanie to potem wykorzystane przeciwko nam. Mogę śmiało powiedzieć, że tak. Koty są ważne, a jeden wręcz najważniejszy, ale ona jest jeszcze ważniejsza.
  15. W sumie to nie wiem jak bym miał, bo nie byłem w takiej sytuacji, a ze wspomnianym femboyem moje wątpliwości zostały rozwiane po krótkim dialogu: – Co taka śliczna dziewczyna robi w takim miejscu jak to? – Mam na imię (tu pada męskie imię). – A… no… tak, miło mi poznać… Możliwe że przy mojej samoakceptacji uznałbym to za ciekawe, nowe doświadczenie, i zacząłbym się zastanawiać nad swoją orientacją. A w sumie też możliwe że czułbym się oszukany i dosłownie zgwałcony. I generalnie samo poczucie bycia wykorzystanym, wystawionym na pośmiewisko, rozumiem, bo dokładnie to się stało. Nie poszli tam za darmo, ale godzili się na coś innego, a nie na bycie zrobionymi dosłownie w jajo (czy też dwa) przy aplauzie wszystkich sąsiadów i znajomych. Powiedziałbym, że ch… wie, ale pytałem właśnie i powiedział, że on też nie wie, ale żebym zapytał później, bo spróbuje się dowiedzieć.
  16. A zwierzęta? Czasem czuję takie ukłucie, że ja jestem dla dziewczyny za kotami… Ale wiem że to jakaś moja dziecięca potrzeba, a nie dorosła. Koty się sobą nie zajmą, ja tak. Więc nic nie mówię. Chyba słabo byłoby pokazać że jest się zazdrosnym o kota Może być sytuacja, że ktoś akceptuje, ale sam nie ma takiej potrzeby
  17. Ja tak samo. Byłem kiedyś z bardzo inteligentną dziewczyną. Umysł typowo ścisły, studiowała jednocześnie dwa trudne kierunki (informatykę i matematykę). Emocjonalnie szambo (czyli do siebie pasowaliśmy), ale bardzo mocno nadrabiała intelektem. Bardzo ciekawie nam się rozmawiało, tematy się nie kończyły a zainteresowania bardzo się uzupełniały, ale cała chemia między nami była zbudowana na tym emocjonalnym szambie, a nie na jej wiedzy i intelekcie. Ta piekielnie inteligentna osoba, będąc typową bordereczką, tłukła mnie bez opamiętania, gdy emocje ją przerastały, ale pozwalałem jej na to – wiesz jak ja wyglądam, wyobraź sobie dziewczynę postury jeszcze drobniejszej niż moja obecna, która mnie bije. Ręce ją rozbolały, zmęczyła się, wyżyła, a mi to krzywdy nie robiło. Moja obecna dziewczyna też jest wg mnie bardzo inteligentna, ale w zupełnie innych obszarach. W tych, w których ja jestem dobry, ona wymięka, i na odwrót. Choć też ma umysł ścisły, ale jednak w trochę inną stronę. Więc się uzupełniamy. Poza tym dopiero przy niej widzę, jakie mam problemy z analizatorem wzrokowym. Patrzę i nie widzę, choć mam coś przed nosem. A ona widzi od razu. Z kolei ja widzę liczbę i często od razu widzę jej jakieś znaczenie, a ona nie. Ale związek też nie opiera się na tej płaszczyźnie intelektualnej. Nie mógłbym być z tępakiem, bo oprócz seksu nie mielibyśmy nic innego wspólnego ze sobą (spotykałem się kiedyś z taką, mówiłem na nią „mój pokémon”), ale sam intelekt nie wystarczy do związku. Tak, wtedy sekta pokazała swoje prawdziwe oblicze. Jest dokładnie jak mówisz. To prawda. Choć ja, mówiąc szczerze, raczej nie miałbym z tym problemu. Całowało się fajnie? Całowało. Okazało się, że ma penisa? No to mówi mi coś więcej o mnie, niż o niej – kolejny krok do samopoznania. Mi się nie podoba, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że się komuś hetero podoba – jako kobieta. Ma męskie rysy, ale są przecież kobiety, które mają bardziej męskie rysy, może trochę więcej testosteronu niż przeciętna, a nadal są biologicznymi kobietami.
  18. Gorzej że chyba się rozczarujesz, bo nie mam za wiele do napisania w tym temacie
  19. No powiedz, bo chore zęby to chory organizm, to przecież promieniuje. Poza tym ile można chodzić z bólem. A im szybciej się wyleczy tym lepiej. Jak szybko złapiesz to plomba i po temacie, jak później to kanałowe, ząb jest już martwy, słabszy. A jak potrwa jeszcze trochę to sru, wyrwanie, i chodzisz bez zęba albo zakładasz implant. Ja implantu nie zakładałem (choć powinienem, siódemki). Założyłbym ale po pierwsze one są tylko na 10 lat chyba, czy 15, i potem trzeba wymienić, po drugie nie wiem czy da się to zrobić w sedacji podtlenkiem, czy może już w narkozie, a narkozy się boję (może bezpodstawnie, ale za dużo się dziwnych historii naczytałem, a to ktoś był świadomy ale sparaliżowany, a to ktoś został po narkozie warzywem bo coś poszło nie tak). Są oczywiście ryzyka związane z używaniem podtlenku ale to tylko jak sama go sobie kupisz i podajesz jako narkotyk metodami chałupniczymi (np. rozprężasz sobie do worka „whippety”). Możesz sobie zamrozić struny głosowe, możesz się udusić, no i ćpanie go np. codziennie wypłukuje cośtam z organizmu (chyba witaminę K i wapń, ale nie jestem pewien). U dentysty żadnego z tych ryzyk nie ma, gaz jest w normalnej temperaturze (rozpręża się powoli do takiego jakby balonika, gumowego worka, a aparat nie pozwoli podać mniej niż 30% tlenu nawet jakby ktoś chciał). No i masz jedynie maseczkę na nosie, więc jak poczujesz że coś jest nie tak to zaczynasz oddychać ustami i tyle (ale u mnie tak było tylko raz na początku, bo nie wiedziałem czego się spodziewać i się przestraszyłem). No i jeszcze warto dodać ważną rzecz – dentyści, którzy mają takie aparaty, dobrze wiedzą, że przychodzą do nich pacjenci z lękiem, i mają odpowiednie podejście. A no i zapomniałem dodać, najlepiej nic nie jeść parę godzin przed zabiegiem, bo można zwymiotować (ja nigdy nie miałem odruchu wymiotnego ale podobno się to zdarza, nie wiem na ile często – może nie). I się wysikać przed bo nie czujesz ciała w trakcie zabiegu i jak już będzie się bardzo chciało sikać to się trochę wybudzisz z gazu (miałem tak, musiałem przerwać i iść skołowany do kibla). Lepiej tak niż się obsikać Nie wiem czy to się może zdarzyć, mi się nie zdarzyło.
  20. Tu coś jest: https://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/rozwoj-osobisty/drag-queen-kim-jest-i-na-czym-polegaja-jej-wystepy-aa-cgpd-YUJR-xdbf.html W skrócie, facet przebrany za kobietę, w sposób (wg mnie) przerysowany i karykaturalny, który robi jakiś pokaz na scenie (ale nie striptizu – tańczy, śpiewa, itd.). Przy czym nie są to transseksualiści (tzn. może niektórzy są, ale ogólnie przyjmuje się, że to są „cis” faceci – „cis” w odróżnieniu od „trans”, ty np. jesteś w tej nomenklaturze cispłciową kobietą). To chyba nie ma jednego znaczenia. Ogólnie ktoś, kto nie mieści się w uznanych normach jeśli chodzi o płciowość i orientację. Czy geje są queer? Wydaje mi się (tak to czuję), że prędzej powiesz queer o geju, który nie jest męski, niż o męskim. Kiedyś spytałem tego wspomnianego kolegę o te określenia i odpowiedział, cytuję: „Geje się kochają, pedały się pierdolą, cioty się przeginają”. I queer to jest chyba właśnie określenie „cioty” (choć w jego ustach nie było użyte pejoratywnie, a po prostu jako określenie grupy mężczyzn, którzy zachowują się niemęsko, są „przegięci”). Tylko to były inne czasy, te określenia chyba nie były tak pejoratywne jak są teraz, poza tym wg mnie w ustach geja to brzmi inaczej niż w ustach hetero. Jemu wolno kogoś nazwać „pedałem” albo „ciotą” i nie będzie to pejoratywne (zresztą sam mówi że „idzie się pedalić” do jakiejś sauny dla gejów), jakbym ja tak powiedział to by było.
  21. Ma doświadczenia wręcz cudowne, ale nie z narkozą, a z sedacją podtlenkiem azotu. To nie to samo – sedacja jest bezpieczna i działa krócej (wchodzi się i schodzi z niej w ciągu minut). Zawsze bałem się dentysty, szczególnie po doświadczeniach (bardzo miły i sympatyczny pan dentysta, któremu nie udało się zatruć mi jednego nerwu i zrobił mi zastrzyk prosto w nerw, myślałem że go wtedy zamorduję). Wszedłem sobie na https://www.sedacja.pl/ (polecam, jest tam lista gabinetów), poczytałem o co chodzi, stwierdziłem – spróbuję. Znalazłem gabinet, umówiłem się, poszedłem. Powiedziałem pani dentystce, jak wygląda sytuacja – chcę mieć kontrolę, spróbujmy najpierw podtlenek i ja jej dam znać, czy może już zacząć te swoje magiczne zabiegi nad zębami. Żeby nic nie robiła bez mojej zgody. Jak nadal będzie lęk to najwyżej podziękuję, zapłacę za sam gaz, i się pożegnamy. Powiedziała że OK. Dostałem maseczkę na nos, zacząłem oddychać. Najpierw oddycha się tlenem, potem stopniowo dodają podtlenku, maksymalna dawka to 70% podtlenku (i 30% tlenu) i mi taka jest potrzebna (przy dawce 50/50 się wybudzam). Na początku trochę spanikowałem jak przestałem czuć ciało i „wyszedłem z gazu” (zacząłem oddychać ustami), ale to chwilowe, i zdarzyło się tylko za pierwszym razem. Normalnie wygląda to tak, że oddycham, czuję takie mega przyjemne odprężenie w ciele, mam halucynacje słuchowe (zawsze ten sam motyw, ta sama sekwencja dźwięków, to jest w ogóle ciekawe), czuję jak drętwieje mi ciało, ale to jest takie przyjemne, mega uczucie. Strach znika. Po prostu jest mi tak dobrze, że już nie czuję lęku. I wtedy to już sobie róbcie z zębami co chcecie, byle by ten gaz był. A potem wchodzę w taki dziwny stan, nie jest to sen, ale takie… hmm, chyba „trip” to jest dobre określenie. Nie ma mnie w gabinecie, jestem gdzieś w swojej głowie. I wtedy już zaczynają robić te swoje zabiegi. Ja nie czuję nic. Nie ma mnie, to nie moje ciało. Tak to odbieram. Same „tripy” są bardzo przyjemne, raz tylko na tyle wizyt miałem nieprzyjemny (coś mi się w głowie uroiło, czułem że spadam w nieskończoność, były cztery symbole, jeden dążył do zera, drugi do nieskończoności, a dwa były pomiędzy – nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu taki narkotyczny trip). Jak jest już po wszystkim i dostaję tlen to zawsze jestem wkurwiony, że to już koniec, bo ja chcę jeszcze… Jestem chwilę skołowany, ale to trwa parę minut. Akurat żeby zapłacić, dojść do samochodu, odpalić, chwilę jeszcze posiedzieć (nie ruszam zanim nie minie zupełnie). Sam podtlenek też ma działanie znieczulające. Pamiętam jak miałem zapalenie okostnej, ból taki że miałem ochotę chodzić po ścianach, w życiu mnie tak w pysku nie bolało. Poszedłem, podtlenek, zrobili co trzeba. Pytam potem: czy jak znieczulenie przestanie działać to będzie bolało? Ale panie Indyczku kochany, ja panu nie dałam znieczulenia. Podtlenek wystarczył. To że nawet nie wiedziałem, czy dostałem zastrzyk znieczulający, chyba odpowiada na pytanie, czy czuć zastrzyk A tego też się zawsze bałem i to mnie zawsze strasznie bolało. Inna sprawa, że ten gabinet, do którego chodzę, ma jakiś elektroniczny aparat do podawania znieczulenia (nie jest to taka zwykła, chamska strzykawka). Trochę trudniej jest z wyrywaniem zębów, bo to jest jednak inwazyjny, mechaniczny zabieg, ale jak oddycham gazem to jest do wytrzymania. To nie boli, jest po prostu mimo gazu trochę nieprzyjemne. Boli oczywiście z godzinę po wyrwaniu, jak znieczulenie schodzi, ale to już inna sprawa. Ogólnie dzięki podtlenkowi mam teraz wyleczone wszystkie zęby, a były w kiepskim stanie przez picie coli z cukrem przez lata i jednak strach przed dentystą. Chodzę na kontrolę regularnie, kontrola też na podtlenku – taka moja „guilty pleasure”. Co do kosztu, krótki zabieg tam, gdzie ja chodzę, to +50 zł, dłuższy to +100 zł. Ale to też kwestia indywidualna, pani mi powiedziała że jestem duży, mam duże płuca, zawsze jestem na 70%, to i tego gazu schodzi więcej, dlatego tak mnie liczy. Dziecko albo drobna dziewczyna pewnie zapłaciliby mniej. Nie powiem żeby podtlenek wyleczył mi lęk przed dentystą bo bez podtlenku nadal nie dałbym się dotknąć. Ale podtlenek wyleczył mi lęk przed dentystą na podtlenku. Ciężko to opisać, trzeba to po prostu przeżyć. Natomiast jako ktoś, kto panicznie bał się dentysty i dwa razy zszedł z fotela przed zabiegiem, polecam w 100%. Dzięki temu mam w końcu zdrowe zęby i nie wstydzę się uśmiechać.
  22. Rozpisaliście się, nie dam rady się teraz do wszystkiego odnieść, więc odniosę się tylko do tego. TERF – Trans Exclusionary Radical Feminist. To radykalne feministki, które jednocześnie wykluczają osoby trans (np. odrzucają twierdzenia, że trans kobieta to jest kobieta). MTF – Male to Female. Osoba urodzona jako chłopiec / mężczyzna, która na jakimś etapie stwierdza, że czuje się kobietą i chce być uznawany/a za kobietę. Tak samo w drugą stronę FTM. Jest jeszcze np. MTFTM (i FTMTF), czyli osoby po detranzycji. Zmienił płeć, okazało się że nie rozwiązało mu to problemów, więc zmienił w drugą stronę. Oj, środowisko takich nienawidzi. Mówiąc „trans” cały czas mam na myśli transseksualistów. Nie miałem za dużo kontaktu z transwestytami (w zasadzie nie miałem w ogóle), nie znam tego środowiska, ale też nie mam nic przeciwko – jak facet chce chodzić w spódniczce to niech sobie chodzi. Nie musi mi się podobać (tak jak wiele innych rzeczy na świecie mi się estetycznie nie podoba), ale nie ujmuje mi to nic jako mężczyźnie. A jeśli chodzi o to, co kogo podnieca np. w sypialni, to już zupełnie nie moja sprawa, ale jakbym się o tym dowiedział (że np. mój kumpel przebiera się w damskie ciuszki w łóżku) to nic by to nie zmieniło w moim podejściu do niego – jego fetysz, jego sprawa. Co do drag queen (gdzieś się to przewinęło), to jest to po prostu jakaś forma sztuki. I jak to ze sztuką, nie każdy musi ją rozumieć (ja np. nie rozumiem, ale może nie jestem docelowym odbiorcą). Kiedyś na pierwszą randkę zabrałem dziewczynę do klubu dla gejów na pokaz drag queen, bo była ciekawa, jak to wygląda, a ja też chciałem coś innego niż klasyczne kino / piwo. Podobało jej się. I nawet piórko z pióropuszu sobie na pamiątkę zostawiła, bo spadło. Po detranzycji chciałem napisać, ale nie mogę już edytować komentarza. https://www.totylkoteoria.pl/tranzycja-detranzycja-zmiana-plci/
  23. O jak fajnie, w końcu temat, w którym możemy się wszyscy pokłócić i zablokować w piździec :3 Oto co uważam. Przy czym to jest tylko moja opinia, bazująca na moich własnych obserwacjach i doświadczeniu. Nie zapraszam do dyskusji (zmiany mojego zdania), choć oczywiście każdy może napisać, że się z tym nie zgadza i że jestem dzbanem. Doprecyzujcie tylko proszę, czy zbitym, czy nie. 1. Geje. Wisi mi to i powiewa, z kim ktoś sypia, o ile mi tego nie narzuca. Przez narzucanie mam na myśli np. profilowe, które mój znajomy ustawił sobie na walentynki, a na którym to liże stopy swojego faceta. Było to zwyczajnie niesmaczne. Jakby się całowali, to nie byłoby niesmaczne (nie mam problemu z widokiem dwóch całujących się facetów), ale kurwa lizanie stóp? Inna sprawa, że gdyby to był hetero, zareagowałbym tak samo. Może to po prostu wynika z tego, że nie mam (i nie rozumiem) fetyszu stóp. Bycie gejem ma swoje zalety. Jak ostatnio szukałem kierowcy dla dziewczyny, bo mi się już nie chce jej wozić, to wybór padł właśnie na niego. Dorobi sobie chłopak, a ja mam pewność, że nie będzie tam żadnego romansu w tle, bo on ma na laski wywalone tak bardzo jak ja mam wywalone na jego faceta. W zasadzie nawet bardziej, bo jest autystyczny i jak się gdzieś spotykaliśmy w większym gronie, to kobiety po prostu ignorował. 2. Środowisko gejów. Znów, z mojej obserwacji – wyjątkowo skurwiałe środowisko, w którym liczy się przygodny seks i w sumie niewiele więcej. Zdradzić swojego chłopaka? A co za problem, to tylko seks. Jeśli ktoś jest stary i jest gejem, to ma przesrane. Jeśli ktoś jest gejem i chce się zakochać, to ma przesrane. Dlatego wielu gejów jawnie twierdzi, że jest „spoza środowiska” – to po prostu faceci, którzy (tak jak każdy inny) chcą kochać, być kochanymi, stworzyć stały związek. Jeśli chodzi o związki partnerskie, czy małżeństwa homoseksualne – popieram. Mi to nic nie ujmuje, a im realnie może pomóc, i widzę w czym, bo nie mam ślubu z moją dziewczyną i wiem, że o ile mogę ją notarialnie upoważnić do wszystkich informacji medycznych, itd. to jak ja zejdę z tego świata, a ona wszystko odziedziczy, to będzie musiała zapłacić potężny podatek. Tyko że my możemy wziąć ślub. A geje co mają zrobić? Umowę dożywocia zrobić? To powinno być unormowane. Z drugiej strony nie śledzę tematu, może związki partnerskie już istnieją. Nie wiem. Jeśli nie istnieją, to niech zaistnieją. 3. Lesbijki. Nie znam za dużo lesbijek, choć był okres, gdy trochę się obracałem wśród lesbijek (koleżanka bi miała koleżanki, i się bujaliśmy razem po mieście). Ciężko mi coś więcej powiedzieć. Dziewczyny były w porządku. 4. Środowisko lesbijek. Tu też mi się ciężko wypowiedzieć, bo nie poznałem go na tyle. Słyszałem opinie, że to jest skurwiałe środowisko, ale czy to jest prawda? Nie wiem. 5. Transy FTM. No i tu przestnaie być miło. W większości (!) są to autystyczne, zaburzone dziewczyny, które środowisko transów (punkt ósmy) mami akceptacją, a które zamiast tranzycji powinny dostać realną psychologiczną pomoc, bez afirmacji. Są to dziewczyny, które ku akceptacji progresywnych lekarzy, obawiających się zniszczenia kariery przez środowisko transów, robią sobie realnie krzywdę. Natomiast dopóki sobie, a nie innym, i dopóki nie są to bliskie mi osoby, to też mam to gdzieś, nie obchodzi mnie to. Chcą to niech sobie robią co chcą. Choć ja mam duży problem ze zwracaniem się do kobiety męskimi zaimkami. Czuję po prostu wewnętrzny dyskomfort, niezgodę. Może to jest problem ze mną, ale tak jest. Jeśli ktoś ma np. córkę, która nagle chce, żeby zwracać się do niej męskim imieniem, to przed podjęciem jakichkolwiek decyzji polecam książkę Abigail Shier „Irreversible damage: The Transgender Craze Seducing Our Daughters”. Miałem okazję przeczytać (tak jak bardzo wiele innych materiałów), gdy moja wieloletnia relacja nagle stwierdziła, że ona to w sumie jest on, zaczęła brać testosteron i umówiła się na podwójną mastektomię, ku aprobacie lekarzy. Na szczęście zmieniła zdanie zanim zrobiła sobie realną krzywdę, ale relacji nie udało się już uratować, bo ja absolutnie nie akceptowałem jej nowej tożsamości, uważałem ją jedynie za objaw głębszych problemów (i po latach przyznała mi rację – zrobiłaby sobie wtedy krzywdę). Natomiast prawda jest taka, że i tak źle i tak niedobrze, i moim zdaniem pierwsza w kolejności powinna być akceptacja. Uważasz, że jesteś chłopakiem? Ok, będę cię w tym wspierał. Ja tak nie potrafiłem (próbowałem przez rok), ale jeśli ktoś potrafi, to utrzyma relację z kimś, kogo kocha, czego mu życzę. Jeśli okaże się, że ta osoba faktycznie jest trans, to OK. Jeśli okaże sie, że to był tylko etap zagubienia, to też OK. Byle nie podejmować radykalnych decyzji zbyt wcześnie. Na lekarzy bym tu nie liczył. Miałem przyjaciółkę, która też miała taki okres. Nieleczona trauma z powodu wykorzystania seksualnego. Miała już zielone światło od wszystkich lekarzy, była przed tranzycją, ale ogarnęła się w porę, teraz poszła w drugą stronę, jest TERF-em i ogólnie absolutnie obrzydliwą, nienawistną osobą (nawet jak na moje standardy, a w moim przypadku poprzeczka jest bardzo wysoko), więc nie jestem już w stanie utrzymywać z nią kontaktu. Żeby oddać sprawiedliwości, znam też przypadek po tranzycji, który jest szczęśliwy, odnajduje się w swojej nowej roli. Nie znamy się blisko (nawet jako laski jej nie lubiłem, po prostu była wyjątkowo toksyczną przyjaciółką mojej obecnej dziewczyny), ale jeśli jest szczęśliwa, szczęśliwy… no to tym lepiej, niech będzie. Życzę mu (!) jak najlepiej. 6. Transy MTF. Również są to zaburzeni mężczyźni. Z racji hobby, które przyciąga różne dziwne osoby, poznałem bardzo wielu transów MTF i powiem jedno – 100% z nich jest autystycznych, 100% jest absolutnie przewrażliwionych na punkcie swojej transseksualności. Nie poznałem żadnego transa MTF, który nie miałby cech autystycznych. Żadnego, ani jednego. Są to bardzo głęboko nieszczęśliwi mężczyźni. Do tego mam wrażenie, że część z nich jest uzależniona od seksu i traktuje swój transseksualizm jak kostium porno (tak to określiła ta moja ex-przyjaciółka) – ale to tylko moje wrażenie, może być mylne. Inna sprawa, że są wśród nich również chłopcy, którzy przeżywają kryzys własnej tożsamości, a środowisko (punkt ósmy) ich przygarnia, bombarduje miłością i nakłania do tranzycji. Polecam wyszukiwać sobie w Internecie na przykład takie nazwisko: Łukasz Sakowski. Choć poznałem tego człowieka i osobiście go nie lubię, to uważam, że został dramatycznie skrzywdzony przez to środowisko. Jest oczywiście przez środowisko znienawidzony, bo wyłamuje się ze schematu. I tu, choć go nie lubię, ma moje 100% poparcie. 7. Femboye. Osoby, które odrzucają swoją męska rolę płciową. Nie rozumiem zjawiska i nie znam takich osób (znałem tylko jedną, kiedyś, ale kontakt się urwał, chłopak się we mnie zresztą zakochał), ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Są to są, nikogo nie krzywdzą, życzę im jak najlepiej. Ogólnie budzą moją sympatię. 8. Środowisko transów. Oj, tu się mogę rozpisać. Wyjątkowo nienawistna, wręcz faszystowska sekta, która żeruje na osobach w kryzysie tożsamości, mamiąc je akceptacją, a części z nich robiąc realną krzywde. W tym okresie, o którym wspominałem w punkcie 5, poznałem i środowisko transów, i środowisko TERFów, bo naprawdę chciałem zrozumieć, z czym mam do czynienia, z czym się mierzę i co będzie dla tamtej osoby najlepsze. To sa absolutnie straszne osoby, niszczące każdego, kto się z nimi nie zgadza. Osoby, z którymi nie chcę mieć nic do czynienia. 9. „Osoby LGBT” i środowisko LGBT. Tu mamy dwie możliwości. Albo ktoś jest zbyt tępy, żeby odróżnić swoją szeroko rozumianą nieheteronormatywność od, jak to pan były prezydent trafnie określił (a wiele osób chyba specjalnie przekręciło to, co miał na myśli), „ideologii LGBT”, albo doskonale wie, co mówi i co robi. Nie uważam, żeby „osoby LGBT” i „środowisko LGBT” miały coś wspólnego z orientacją seksualną. To jest propagandowa zagrywka, mająca na celu przywłaszczenie sobie osób nieheteronormatywnych przez grupę wywodzącą się ze skrajnie lewicowych środowisk politycznych. Co głupsi przyjmują tę propagandę, zrównując swoją orientację z poglądami politycznymi, co mądrzejsi widzą rozróżnienie i albo świadomie decydują się na przynależność do środowiska (bo poglądy im odpowiadają), albo drastycznie się od środowiska odcinają (i wtedy dopiero im biada; polecam wyszukać „Gej przeciwko światu”). Środowisko LGBT, znów po moich doświadczeniach z nim, uważam za sektę, która bezlitośnie niszczy wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z jej poglądami. Zazębia się to ze środowiskiem transów, choć środowisko jest podzielone i jest coś takiego jak „LGB Alliance”, które odrzuca środowiska transowe. Natomiast nienawiść, ostracyzm i cancelowanie dotyka również terapeutów, którzy zamiast afirmować zaburzenia swoich pacjentów chcą im realnie pomóc (a są kraje i stany, w których jest to wręcz zakazane). Czyli, reasumując, temat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, i nie można go spłycić do „lubię gejów” (i wtedy dostaję akceptację) lub „nie lubię gejów” (i wtedy jestem uważany za bigotę i złola).
  24. I u mnie mniej więcej taka właśnie przemiana nastąpiła dzięki wenli (i dostosowaniu sobie życia pod tak naprawdę niepełnosprawność, jaką jest zniszczona psychika). Dzięki. Ja śmiało mogę powiedzieć, że ten lek uratował mi życie.
  25. Nie, nie widzę, bo wiem jak było bez, i wiem jak było na innych lekach, w tym na przeklętej paroksetynie. Nie ma magicznej pigułki. Wenla ze wszystkich niemagicznych pigułek działa w moim przypadku możliwie najlepiej i ma najmniej efektów ubocznych. Są rzeczy, które działają lepiej. Xanax wzięty poprzedniego dnia daje mi rano taki łagodny, odcięty nastrój, co pomaga. Porządne napierdolenie się wódką też w pewnym momencie sprawia, że panika ustępuje, tak jakby ta lękowa część poszła spać. Żadna z tych rzeczy nie jest tą, którą chciałbym na dłuższą metę stosować. Ty widzisz panikę, bo przyjdzie gość z przeglądem. Ja widzę sukces, bo paniki nie ma w milionach innych przypadków, w których kiedyś by była. Ja widzę sukces, bo mimo tej paniki jestem mimo wszystko w stanie na tego gościa zaczekać. To, co ty i inni widzicie we mnie, to jest wierzchołek góry lodowej. To, co prezentuję światu i samemu sobie, to jest wierzchołek góry lodowej. Tam pod spodem jest taki skurwysyński syf, do którego nawet ja nie mam dostępu, ale wiem, że tam jest i wpływa na mnie. Wiem i czuję, że nie mogę mieć do niego dostępu, bo bym go nie udźwignął. Może „jeszcze” nie mogę, może nie będę mógł nigdy. Nie wiem, co dokładnie działo się w moim dzieciństwie, bo mam jedną wielką białą plamę, gdy próbuję sobie cokolwiek przypomnieć (pamiętam tylko fragmenty), a nikt mi nic nie powie, ale wiem, że było koszmarem. Awantury, przemoc, bicie w zasadzie od urodzenia, włączając w to ciskanie mną o ścianę przez kochanego tatusia, gdy byłem noworodkiem i nie chciałem przestać płakać (to wiem od matki), albo (to wiem od siostry matki) celowe zadawanie bólu przez matkę, żeby wymusić na mnie konkretne zachowania przeciwko ojcu. Nie wiem czy jeszcze seksualnie czegoś nie było, bo choć nic takiego nie pamiętam, to w zasadzie jak sobie przypomnę siebie z wieku 8-9 lat to wszystkie objawy pasują do molestowanego dziecka. To, że ja tak dobrze funkcjonuję POMIMO tego, że panikuję TYLKO w tych konkretnych przypadkach, że jestem w stanie pracować, utrzymać siebie i rodzinę (bez małżeństwa i dzieci to też jest rodzina), to że psychika mi się jeszcze nie rozsypała na amen, to jest tak naprawdę ogromny pozytywny skutek wenli i moich mechanizmów wypierania, które ta wenla wspiera. To dlatego jestem zwykle odcięty od emocji i bezuczuciowy. Gdybym pozwolił sobie na odczuwanie, mógłbym stracić kontrolę. Panika jest niestety ceną, jaką za to płacę. Ceną akceptowalną, biorąc pod uwagę alternatywę. Ludzie z takimi przejściami jak ja w dorosłości popadają w alkoholizm, narkotyki, lądują na ulicy albo gorzej, Tomek. Ty chcesz, żebym ja eksperymentował. Wydaje ci się, że wiesz lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre, a – przepraszam, że to powiem – no cóż… nie wiesz. Możesz mieć jedynie odniesienie do siebie i swoich doświadczeń. Całe życie ktoś twierdzi, że wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Że moja percepcja mojej własnej rzeczywistości jest błędna. A prawda jest taka, że kiedy mówię, że nie mam przestrzeni na eksperymenty, to znaczy, że jej nie mam. To nie jest zaproszenie do dyskusji, do podważania mojej oceny swojego stanu psychicznego. To jest stwierdzenie faktu. Dlatego przepraszam, że to powiem, bo wiem, że to wynika z dobrego serca i szczerych intencji, ale bardzo cię proszę, żebyś skończył już temat mojej farmakoterapii, nawet w żartach, OK?
×