Skocz do zawartości
Nerwica.com

Doktor Indor

Użytkownik
  • Postów

    1 902
  • Dołączył

Treść opublikowana przez Doktor Indor

  1. https://invisioncommunity.com/forums/topic/462553-error-code-200/ Intuicyjne to invision…
  2. Tak też może być. Albo paradoksalnie przez zmniejszoną empatię. Łatwiej jest działać, jak mnie coś rusza mniej, niż przeciętną osobę (bo ruszałoby, jakby to była moja ręka, albo kogoś bliskiego).
  3. Ale niektórych paraliżuje. Mnie nie, a nie jestem przecież inny od nich. Poza tym jak adrenalina schodzi to pojawia się trauma. A u mnie… nie. Albo mnie tak już dzieciństwo zniszczyło, albo chronią mnie leki. Miałem parę sytuacji bliskich śmierci i żadna mnie nie straumatyzowała. Ostatnia była jak potrącił mnie tir. Wlókł mnie przez jakiś czas a ja byłem pewien, że to już koniec. No ale nie umarłem. Wstałem poobijany, z podartymi ciuchami, otrzepałem się i tyle. Powinienem mieć traumę. Nie miałem. Rozmawiałem o tym wtedy z terapeutką i stwierdziła, że to prawdopodobnie działanie leków. A to wszystko ze strony osoby, która ma napady paniki i flashbacki w sytuacjach absolutnie normalnych i niezagrażających. Go figure. U mnie momentalnie zgasło. I pamiętam jak radio powoli umierało. Nie dziwne, skoro zbiornik płynu chłodniczego wbił się w akumulator. Oj, była potem awantura, jak mnie mechanik skasował za nowy akumulator a po prostu skleił tamten. Prawie w zębach pieniądze oddawał, bydlak, złodziej parszywy. Ja się już pod tym względem ogarnąłem. Chyba już się wyszalałem. Może to też kwestia tego, czym teraz jeżdżę. Silnik ma w miarę mocny (2 litry turbo diesel, nie wiem czy to dużo – więcej niż przeciętna osobówka, mniej niż sportowe fury), ale jednak czuć prędkość bardziej niż w osobówce. Kiedyś jazda 200 po mieście była u mnie normą, przez to zresztą straciłem prawko, bo przecież nie przez krzywe parkowanie. Teraz jak przekroczę 80 to jest święto. I ogólnie bardzo spokojnie jeżdżę, niebo a ziemia względem tego co było te 20 lat temu. Wtedy chyba po prostu nie dorosłem do prawka.
  4. Współczuję Ja raz prawie wydzwoniłem w płot, bo jako świeży kierowca chciałem sobie podriftować (choć podobno „piłowanie golfa na ręcznym to nie jest drift”, no ale to nie był golf) i akurat jak wchodziłem w zakręt i zaciągnąłem ręczny, to go urwałem. I tak się zastanawiam czy jakbym jednak wydzwonił to byłaby to wtedy moja wina, czy wina samochodu. Chyba jednak samochodu. Ja miałem sporo kolizji (nagrane mam chyba 4, jak ja sobie spokojnie stoję a ktoś we mnie wjeżdża), świadkiem też byłem kilku, ale żadna nie skończyła się tragicznie (choć nie wiem jak z tą kobietą, o której pisałem wyżej, bo już pogotowie ją przejęło dalej). Raz mi ktoś na rękach umarł (obca osoba, robiłem RKO ale się nie udało), ale to nie było w sytuacji drogowej – i zastanowiło mnie wtedy, dlaczego ludzie dookoła panikowali zamiast po prostu działać. Mówię – „idź na drogę, poprowadzisz karetkę żeby tu trafiła”, a tu opór materii, zamrożenie. Potem stwierdziłem że możliwe, że też bym panikował jakbym nie był na lekach, i to było takie moje pierwsze uświadomienie sobie, jak bardzo leki zmieniają moją percepcję rzeczywistości i odpowiedzi emocjonalne. Potem zrobiłem sobie kurs nazwijmy to ratownika drogowego (jakaś organizacja organizowała taki, generalnie ratownictwo skupione na sytuacjach drogowych) i jak na złość nie miałem od tamtej pory możliwości sprawdzenia umiejętności (no tylko raz, ale tam oprócz połamanych rąk nic się nie stało, w sensie nie było zagrożenia życia, więc nie było dla mnie na gorąco za wiele do roboty, pogotowie przyjechało i przejęło pana), a z kursu w sumie i tak już niewiele pamiętam. Chciałem jeszcze zrobić KPP ale z jakiegoś powodu nie zrobiłem, nie pamiętam już dlaczego. W temacie emocji przypomniało mi się, jak kiedyś ratowałem ówczesną partnerkę po próbie samobójczej. Też w sumie nie czułem nic, po prostu działałem, a potem sobie z panem z pogotowia normalnie na luzie rozmawiałem o samochodach (drugi ją ogarniał) i nie wiem, czy to obrona mojej psychiki, wyparcie, czy to, że miałem tę laskę i ten związek totalnie w dupie (bo miałem). Ale wydaje mi się, że jednak taka reakcja nie jest normalna. W sumie ciekawe podejście. Jakbym ja miał wybierać, czy ja mam umrzeć czy ktoś obcy, to wybrałbym kogoś obcego. Oczywiście minus konsekwencje dla mnie, jeśli to ja byłbym sprawcą, ale staram się jeździć tak, żeby tym sprawcą nigdy nie być (te drifty i inne dziwne sytuacje to było 20 lat temu, człowiek miał jeszcze gówno w głowie i poczucie nieśmiertelności). Dla ciebie inni są ważniejsi od ciebie? Powiem szczerze – kolega zabił kobietę, która przechodziła w niedozwolonym miejscu. Uniewinnili go, bo jechał przepisowo i nie mógł w tej sytuacji nic zrobić, ale złamało go to psychicznie. Oczywiście nie wiem, co ja bym czuł w takiej sytuacji, ale tak racjonalnie to nie rozumiem tego. To nie była jego wina, zrobił wszystko co mógł, żeby temu zapobiec. Ja się nie obwiniam o śmierć tej osoby, której nie udało mi się uratować bo wiem, że zrobiłem wszystko najlepiej jak mogłem. Jakbym mógł i umiał wtedy zrobić lepiej, to bym zrobił. Podobnie maszynista, jak potrąci samobójcę – zrobił co mógł, hamował, i tyle. Reszta to nie jego wina. No ale mam wrażenie, że takie racjonalne rozkminy jednak zawodzą, gdy faktycznie dochodzi do takiej sytuacji.
  5. Przypomniał mi się pewien filmik, który mógłby być nawet satysfakcjonujący, ale na forum chyba jednak nie wypada…
  6. Miałem przyjemność ratować kogoś, kto siupnął sobie parę metrów w górę po tym, jak chyba chciał zdeptać samochód na pasach (samochód jednak wygrał), a mówię o przyjemności, bo ta sytuacja spowodowała moją wizytę w pobliskim sklepie spożywczym z tekstem „ma pani coś do zmycia krwi z rąk? … eee… spokojnie, to nie moja… um… halo niech pani wraca, wypadek był no, proszę pani!”, co w efekcie spowodowało zawarcie bliższej znajomości z panią ekspedientką, a to z kolei w konsekwencji wywołało ciąg innych miłych i przyjemnych zdarzeń (i chyba nie powinienem używać w tym kontekście słowa „ciąg”).
  7. Ze wszystkich kolizji, jakie miałem, tylko jedna była z mojej winy (dwa dni po zdaniu prawka skasowałem samochód i wysłałem babę do szpitala), no i jedna tak pół na pół (facet we mnie wjechał, więc jego wina, ale ja nie miałem prawka, bo mi wcześniej zabrali, dlatego pół na pół), więc chyba nie jest tak źle. A teraz to grzeczny, bardzo spokojny kierowca. Tylko na tablica-rejestracyjna.pl piszą jakieś bardzo szkaradne szkaradzieństwa.
  8. Bo pieniążki to nie wszystko. Ja bym dał radę zapewnić dziecku to, czego potrzebowałoby materialnie, ale byłbym ojcem, który zafundowałby potężną traumę warunkowej „miłości”, chłodu i odtrącenia. A wiemy, co się dzieje, gdy dziecko musi odrzucić część swego „ja”, żeby przetrwać (bo bycie akceptowanym przez rodzica to dla niego kwestia przetrwania). Dziecko nie przestaje kochać rodzica. Dziecko przestaje kochać siebie. Jak w tym memie (ból dolnej części pleców za 3… 2… 1…)
  9. Ja sporo. Zacząłem się edukować na własną rękę. Z drugiej strony akurat zaburzenia dysocjacyjne mnie ciekawią, bo to jest ogólnie ciekawy temat, więc czytam nawet o rzeczach, które mnie nie dotyczą (np. o terapii ofiar prania mózgu w sektach). Byłaś tylko w CBT i psychodynamicznej czy też w innych nurtach? Terapia schematów? Ja tak ogólnie napisałem Też nie mam takiego kolegi. Tzn. niby mam, ale ostatnio z nim rozmawiałem ze 3 miesiące temu, wiecznie nie ma czasu (ja też). Ale też rolę takiej powierniczki od dawna pełni moja dziewczyna, w zasadzie pełniła już wiele lat zanim byliśmy razem. No i na koniec słyszysz, z sesji na sesję, „won”… można zwątpić w ludzi? Ja zwątpiłem, tamta terapeutka była moją ostatnią. Nie zdecydowałem się już zaczynać od początku z kimś nowym. Tylko że jak ja tak sobie spojrzę, to ja nie mam problemów z teraźniejszością, z którymi nie radziłbym sobie sam. W sensie np. trudnych decyzji do podjęcia, w których potrzebowałbym „coachingu”, bo sam nie umiałbym ich podjąć (bo moim zdaniem wtedy to nie jest już terapia, a coaching życiowy). To wszystko, o czym mówiłem na terapii a co dotyczyło „tu i teraz”, to były tak naprawdę tematy zastępcze, sztuczka mojej psychiki, żeby nie mierzyć się z rzeczami realnie bolesnymi i trudnymi. Ja już sam nie wiem kogo wolę. Chyba nikogo nie wolę. Miałem bardzo duży problem, żeby zaufać temu facetowi. Jego teoria była taka, że to przez to, że zostawił mnie ojciec, więc faceci krzywdzą. Może tak, może nie. Nie wiem, teoria jakich wiele. Nie żebym miał mniejszy problem z zaufaniem kobiecie. To musi być odpowiednia kobieta. Przede wszystkim musi być bardziej inteligentna ode mnie, żebym nie mógł jej od razu przejrzeć. Tamta wydawała się być odpowiednia…
  10. Ale przyznaj że obrazy malował piękne. Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz piszesz z brzydkim facetem o brzydko brzmiącym głosie, nie? Ja też nie lubię. Toleruję i nie mam z tym bardzo wielkiego problemu, ale jakby ten zwyczaj zniknął to nie miałbym nic przeciwko (i za covidu miałem wygodną wymówkę, żeby nie podawać ręki). Tym bardziej, że być może w tej dłoni był dziś penis. Z drugiej strony w większości dłoni, które dotykamy, był kiedyś penis. To kwestia bardzo indywidualna, ale ciekawe, z czego się wzięła aż taka awersja. Nie chcę żebyś pomyślał, że unieważniam to, co czujesz, bo to twoje doświadczenie, ale wydaje mi się, że większość facetów jednak nie ma aż tak. Ja nie mam. W sensie, nie przytuliłbym się z kolegą, bo czułbym się bardzo mocno nieswojo (z koleżanką nie), ale samo podanie ręki, poklepanie po ramieniu, to jeszcze nie przekracza dla mnie tej granicy. Ogólnie nie mam problemu z niechcianym dotykiem ze strony mężczyzn (nawet jeśli jest trochę niekomfortowy), ale mam potężny problem z niechcianym dotykiem ze strony kobiet. Tylko że jest niestety prawdopodobnie powód, o którym nie chcę pisać na forum, bo otwieranie się tutaj byłoby emocjonalnym samobójstwem. To ci powiem, że gdy jesteś w związku, ale takim trwałym związku, tak na sto procent, to nie ma czegoś takiego jak „alternatywa”. To prawda. Z drugiej strony wtedy ja (osoba, która brzydzi się papierosami, a alkoholu nie pije w zasadzie w ogóle) bym się nie urodził. Akurat jeśli o to chodzi, to się zgadzam. Osoby, które nie są w stanie wychować potomstwa nie fundując mu traum, nie powinny tego potomstwa mieć. Inna sprawa, że taki pogląd wywołuje często potężny ból dupy – ale jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie u osób, które tych dzieci mieć nie powinny. Bo nikt normalny i zdrowy psychicznie nie będzie pchał się szamba zwanego polityką.
  11. Z kobietami widzisz, nawet jeśli nie ma szansy na związek ani na relację intymną. Z mężczyznami nie widzisz. Dlaczego? Jaka to różnica, jeśli i tak nie ma szansy na nic więcej niż koleżeństwo? No ale są ludzie, którzy mogą. I takie osoby czasem są… hmm, nie powiem, że ofiarami, bo ofiarami stają się, gdy nie przechytrzą takiej baby. Ale jeśli ktoś taki się zaangażuje, to może się później bardzo mocno rozczarować. I ot tak zamieniłbyś sobie ją wtedy na inną? „Ćpuny do wora, wór do jeziora” Ja uważam nałogi za objaw, a nie za pierwotną przyczynę. Coś sprawiło, że ci ludzie stali się nałogowcami. Adresując ten problem zmniejszy się liczbę nałogowców.
  12. Kiedyś, w czasach szkoły, kolega raz wspominał, że eksplorował możliwość przeżywania uniesień seksualnych za pomocą odkurzacza. Następnego dnia po lekcjach po coś do mnie przyszedł. Akurat coś mi się wysypało, odkurzałem i nie odłożyłem odkurzacza na miejsce, więc stał tak u mnie na środku pokoju. Są rzeczy, których się nie wytłumaczy, więc nawet nie próbowałem.
  13. Ile problemów się rozwiązuje jak się po prostu nie odkurza i nie sprząta…
  14. No bo to jest spalinowy, odpala się go jak kosiarkę. Serio. Tylko dziadek od razu trzymał łapę na przycisku gaszenia, to i odpalić nie mógł…
  15. Z perspektywy – tak, był. Powinienem ustalić z nią konkretny plan terapii i mierzalne kamienie milowe. I nawet próbowałem. Wtedy już byłem po lekturze „The Haunted Self” i ustaliliśmy, że będziemy próbowali trójfazowego podejścia, opisanego w tej książce na przemian z EMDR. Tylko potem jakoś się to rozmyło, rozwodniło. Ale nadal chodziłem, bo miałem nadzieję. Ta umiera ostatnia… Pieniążki w ząbkach przynosiłem, zawsze na czas były, to i po co się pozbywać… Ja do dziś nie wiem, dlaczego ona zakończyła terapię, co jej supervisor miał do tego, jakie były powody. Mam różne teorie, każda tak samo nieprawdopodobna jak inne. I w sumie przez długi czas do tego się ta „terapia” sprowadzała – i za każdym razem czułem, że marnuję czas, bo zamiast mówić o rzeczach naprawdę ważnych z punktu widzenia terapii mówię o rzeczach ważnych, ale „tu i teraz”. Z perspektywy wiem, że to była obrona mojej psychiki, i tylko jeden terapeuta potrafił to zauważyć i przekierowywać mnie na te właściwe tory (tylko że nie było właściwych torów, bo była tylko pustka). Otworzyć to ja się przed kolegą mogę, taniej będzie, a od terapeuty oczekuję jednak pracy terapeutycznej. Inna sprawa, że ja tej ostatniej dziewczynie (mówię „dziewczynie”, bo była młodsza ode mnie) o wielu rzeczach na początku nie mówiłem, bo nie chciałem jej przestraszyć. Taka bardzo ciepła, empatyczna, wrażliwa się wydawała, zbyt wrażliwa żeby mierzyć się z tym gnijącym gównem, które kipi u mnie w psychice. Dużo czasu mi zajęło, zanim naprawdę się otworzyłem, a maska może nie spadła całkowicie, ale bardzo się zsunęła. Choć psychika broniła się do końca, tym razem potężną sennością i dysocjacją (pustka w głowie, całkowity brak myśli, nieumiejętność zbudowania zdania) – też dopiero z perspektywy czasu wiem, że to nie była moja niechęć do pracy, czy niewyspanie, a po prostu jedna z obron mojej psychiki. Jak to pani kiedyś powiedziała, w mojej głowie jest coś strasznego, ale jest też ktoś, kto zasłania to coś i mówi „tu nic nie ma, tu rośnie rzeżucha”. Do tego, czym jest to coś strasznego, niestety nie udało nam się dojść, choć ja mam swoje teorie (ale też wiem, że nie poradziłbym sobie, gdybym się dowiedział – ale od tego jest terapeuta, żeby bezpiecznie przeprowadzić przez ten proces).
  16. Ja mówię o dysocjacji, a pan o dysocjacji nie miał pojęcia, więc skojarzyło mu się z BPD, bo o zaburzeniach osobowości pojęcie miał. O DID, dysocjacji strukturalnej, różnych jej poziomach, ANP, EP, pan specjalista pojęcia nie miał.
  17. Ale dlaczego ty się w ogóle przejmujesz tym, co ona sobie myśli? Chce tak interpretować, to niech sobie interpretuje. Niech sobie myśli co chce. To nie twój problem.
  18. 18 lat spędziłem w terapii (w sumie 5 terapii), zawsze tylko prywatnie. Nie dało mi to absolutnie, zupełnie, kompletnie nic. Dało jedynie psychoedukację, która bez zmian w sferze emocji jest bezwartościowa – umiem pewne rzeczy nazwać i to tyle. Jakbym sobie mądre książki poczytał to też bym umiał nazwać, a książki są jednak tańsze. Poszedłem z bardzo konkretnym problemem i każdy terapeuta po paru latach się poddawał. „Nie potrafię panu pomóc. Sam pan widzi, że nic nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”. A ostatnia panienka wręcz wprost, z sesji na sesję, stwierdziła, że „rozmawiałam z moim supervisorem i nie mogę kontynuować z panem terapii. Niestety nie mogę podać panu powodu”. I ch…, i się domyślaj. Takie miłe podsumowanie 8 lat terapii z nią. Kończąc terapię w wieku 36 lat byłem, jeśli chodzi o ten konkretny problem, flashbacki, traumę, PTSD, dokładnie w tym samym miejscu, w którym byłem, gdy zaczynałem ją jako zagubiony osiemnastolatek. Ceny były różne (zaczynałem od 70 zł na sesję, kończyłem na 150 zł na sesję, to liczmy 110 zł na sesję), spotkania raz w tygodniu czyli przez 18 lat wyrzuciłem w błoto ok. sto tysięcy, bez żadnego efektu. Teraz to pewnie kosztuje więcej. Mówię facetowi, że czasem czuję, że mam w sobie dwie emocjonalne tożsamości. Nie umiem tego jeszcze nazwać słowami. A ten sympatyczny pan, supervisor, wysoko ceniony specjalista, mówi mi: „tak się dzieje w BPD, a pan nie ma BPD”. Dopiero parę lat, po lekturze książek na temat dysocjacji, dotarło do mnie, że pan supervisor nie miał absolutnie zielonego pojęcia ani na temat dysocjacji, ani nawet na temat podstawowej stosowanej w tych przypadkach terminologii. Ale pieniążki zawsze chętnie brał. Czy było warto? Z mojej perspektywy: nie, absolutnie nie było warto. Co nie znaczy, że nie warto w twoim przypadku. Może warto. Może ty będziesz łatwiejszym klientem niż ja, albo twój problem będzie łatwiejszy do zaadresowania przez tych patała… przepraszam, chciałem powiedzieć: naszych wysokiej klasy specjalistów.
  19. A mężczyzna nie? A widzisz – a ja się z tym spotkałem i to nie raz a kilka. Ludzie miewają różne ukryte motywy w tym, co robią. Czasem właśnie na tym polega ta gra. Mało jest ludzi, którzy są w stanie dać szczerość, a dzięki temu sami zasługują na szczerość. Dlatego ja już jestem ostrożny, jeśli chodzi o zaufanie. Zbyt wiele razy się zawiodłem. Inna sprawa, że akurat ja niewiele mogę dać (lub nic), jeśli chodzi o moje wpływy gdziekolwiek – i całe szczęście, bo przynajmniej wiem, że jeśli ktoś mnie polubi to za to, jaki jestem a nie za to, co mogę dać. Ja już to gdzieś słyszałem. Dawna znajoma (TERF) chciałaby tak wytłuc facetów, zostawić tylko 10% najbardziej wartościowych genetycznie, żeby ich doić z nasienia. Nie muszę chyba dodawać, dlaczego stała się dawną znajomą.
  20. Jak ona umyła podłogę a ty uwaliłeś ją brudnymi butami to powinieneś posprzątać. Jak to ona uwaliła podłogę to niech się goni na drzewo.
  21. Nie. Ja z tą osobą nie chcę mieć nic do czynienia. Nigdzie o tobie nie pisałem ani cię nie zaczepiałem. Daj mi wreszcie święty spokój.
  22. Ja nie mówię o privie z tobą i naprawdę, nie chcę już ciągnąć tego offtopu (ani tutaj, ani nigdzie indziej). Co miałem w tym temacie do powiedzenia (nie tobie), to już powiedziałem.
×