-
Postów
1 902 -
Dołączył
Treść opublikowana przez Doktor Indor
-
Uzależnienie od masturbacji i pornografii
Doktor Indor odpowiedział(a) na Retr0Style temat w Uzależnienia
To niech jej nie oglądają. -
Napięcie mięśni w nerwicy, macie jakieś sposoby?
Doktor Indor odpowiedział(a) na isavxs temat w Nerwica lękowa
Body scan. -
Kilkuletnie dręczenie przez dorosłą siostrę
Doktor Indor odpowiedział(a) na take temat w Problemy w związkach i w rodzinie
A gdybyś założył, że się nie da? Że albo ona, albo ty? To co byś wybrał? Inteligencja nie ma nic do tego. Jak jesteś zdrowa psychicznie to i do najpodlejszej roboty fizycznej pójdziesz, jak masz braki w intelekcie. A jak jesteś inteligentna, ale z emocjami jest syf, to nie da rady. Nie podoba mi się żartowanie z tego (bardzo poważnego i smutnego tak naprawdę) zaburzenia.- 98 odpowiedzi
-
- rodzeństwo
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Ja nawet moim kotom nie ufam w 100%, bo zawsze może coś odbić, coś zaboleć, coś się zadziać, i zaatakuje. Tylko że kot nie zrobi krzywdy, o ile nie dopuści się go w okolice oczu.
-
Brr. Koty super, ale psów nie lubię i się ich boję.
-
To prawda. Byle ostrożnie i powoli bo nigdy nie wiesz, co komu odbije. Stary jestem, a i tak uczę się tego każdego dnia. Powtórzę jeszcze to, co kiedyś pisałem, nie w kontekście tego forum tylko ogólnie – nigdy nie spotkałem w internecie bardziej okrutnych ludzi, niż ci zaburzeni. Choć to akurat pisałem w kontekście trochę poważniejszych zaburzeń niż nerwicowe (czyli psychozy, schizofrenia, nawet leczona i w remisji). Nie wiem od czego to zależy (może to ze mną jest coś nie tak – i jest na pewno, inaczej by mnie tu nie było), ale sprawdzało mi się wielokrotnie. Co oczywiście nie stanowi reguły. Po prostu trzeba uważać z zaufaniem. A już zupełnie inna sprawa to to, że jeśli ktoś traktuje swoją chorobę jak coś przejściowego, coś, z czego chce wyjść a nie coś, co jest częścią jego / jej tożsamości, to wydaje mi się, że tym bardziej powinien szukać znajomych wśród zdrowych ludzi. A przynajmniej tej zdrowszej części tego forum
-
Moim zdaniem forum pełne osób w różnym stopniu zaburzonych to nie jest, w ogólności, najlepsze miejsce do szukania znajomych – choć oczywiście różne są zaburzenia i kogoś kompatybilnego też można znaleźć.
-
Za co jesteś dzisiaj wdzięczny/wdzięczna?
Doktor Indor odpowiedział(a) na Lord Cappuccino temat w Kroki do wolności
Ta, miałem tak parę dni temu. Paczka wydana do doręczenia, nagle mail: doręczono. A paczki nie ma, pod drzwiami też nie ma. Dzwonię do skurwiera – nie odbiera, bo po co. Dobijam się, w końcu odebrał. „No przecież doręczyłem”. Gdzie pan doręczył. „No tu i tu”. Dobra, wchodzi pan na piętro, po której stronie są drzwi? „No po tej”. No to pan do sąsiada doręczył a nie do mnie. Akurat tam zawsze jakieś patusiarskie złodziejskie zwierzęta mieszkały, ale dobra, idę, w międzyczasie zobaczyłem karteczkę na drzwiach, że moja paczka jest u nich. Okazało się że patusy już nie mieszkają, melina wyremontowana na normalne mieszkanie, otworzyła normalna, młoda, sympatyczna laska (musiała się niedawno wprowadzić bo jej nigdy nie widziałem) – pewnie odebrała bo myślała że któryś z domowników zamówił. Odebrałem, podziękowałem, przeprosiłem za kłopot. Tylko co by było jakby dalej mieszkali tam podludzie i byłoby powiedziane w wulgarnych słowach, że „nie mamy pańskiej paczki i bardzo proszę się oddalić”? Znów miałbym się boksować z koniem o coś, co w ogóle nie powinno być moim problemem? Pan kurier, którego przerasta przeczytanie adresu, miałby z własnej kasy oddawać? Nie wiem w sumie co się robi w takich przypadkach. -
Kilkuletnie dręczenie przez dorosłą siostrę
Doktor Indor odpowiedział(a) na take temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Ustalmy jedno – ty chcesz pomóc siostrze (kosztem siebie), czy sobie (i wtedy nie powinieneś przejmować się siostrą – to nie jest twój problem, ona ma rodziców)?- 98 odpowiedzi
-
- rodzeństwo
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kiedyś myślałem, że nie da się mnie lubić, gdy czegoś komuś nie daję, więc poświęcałem się dla ludzi, żeby mnie lubili. Bo chciałem mieć znajomych a nie wierzyłem, że można mnie lubić ot tak po prostu za to, jaki jestem. Więc zawsze starałem się komuś coś dać. Prowadziło to też do zadawania się z osobami, które były dla mnie toksyczne i z którymi nie powinienem był się w ogóle zadawać. Najdłuższa taka znajomość trwała ok. 20 lat – tyle potrzebowałem, żeby zorientować się, że kolega, z którym trzymałem się odkąd miałem 16 lat, jest tak naprawdę narcystyczną kupą gówna. Chyba po prostu nikt wcześniej nie nauczył mnie, że można traktować ludzi inaczej. Ogólnie to przeszło raczej samo. Teraz nie mam potrzeby być lubianym przez wszystkich za wszelką cenę, ani posiadać znajomych na siłę. Stawiam granice toksycznym zachowaniom, brakowi szacunku i odcinam się od takich osób, a przede wszystkim jestem sobą niezależnie od tego, czy się to komuś będzie podobało i czy mnie polubi. Czy można nazwać to kompleksem – raczej tak, choć nie dotyczy wyglądu, a charakteru – poczucia bycia nie dość dobrym, poczucia, że „gdyby tylko znali prawdziwego mnie, nigdy by mnie nie zaakceptowali”. Inna sprawa, że nadal uważam, że gdyby ludzie znali prawdziwego mnie, to spora część z nich by mnie nie zaakceptowała. Tylko że teraz mi na tym nie zależy – ich strata i bardziej zastanawiam się nad tym, kogo ja zaakceptuję a nie nad tym, kto zaakceptuje mnie. A co do wyglądu, to zawsze był to miśkowaty wygląd, trochę za dużo kg, ale przekonałem się, że tak jak faceci lubią bardzo różny typ kobiet, tak są kobiety, które lubią chudzielców i takie, które lubią, jak faceta jest więcej – może czują się wtedy bezpieczniej, nie wiem. Ale już nie mam na tym punkcie kompleksu, choć dbam o siebie dla zdrowia – mogę być miśkiem, ale nie chcę być ulaną świnią, choć przy tym, w jaki sposób odkłada mi się tkanka tłuszczowa, musiałbym się naprawdę zapuścić, żeby być ulańcem.
-
Wiesz co, moim zdaniem jeśli dorosły człowiek chce sobie coś uzmysłowić, to sobie to uzmysłowi. Do zastanowienia się nad sobą powinno wystarczyć, że żona mówi, że źle się z tym czuje. Więc wątpię, żeby to była tylko kwestia otoczenia. To siedzi przede wszystkim w nim – jest mu dobrze tak, jak jest, a nie przyzna się do uzależnienia, bo tak jest mu łatwiej samemu przed sobą. Ja miałem ojca alkoholika, moja dziewczyna ma rodzinę właśnie taką jak opisujesz – ludzie w porządku, ojca ma moim zdaniem super (przynajmniej ja mam z nim super kontakt, pewnie z powodu podobnych zainteresowań), ale alkohol jest na spotkaniach rodzinnych zawsze, taka tradycja i tak po prostu jest. Ale jakoś oboje potrafimy mieć do alkoholu zdrowe podejście, a na spotkaniach po prostu nie pijemy, bo nie chcemy. Więc to nie jest tylko kwestia rodziny. Odejść jest oczywiście najłatwiej, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Tylko pytanie, jak ty to dalej widzisz. Idealnie byłoby, gdyby się zmienił, przestał pić, zrozumiał, co robi. Ale co jeśli nie zrozumie? Jak to widzisz np. za 5 lat? Dalej widzisz siebie w tym związku – nieszczęśliwą, sfrustrowaną, już zupełnie bez bliskości z nim? Nawet optymistycznie zakładając, że choroba (bo tak należy to nazwać) nie będzie postępowała i dalej będzie pił tak, jak pije teraz, i nie zacznie się staczać.
-
Kilkuletnie dręczenie przez dorosłą siostrę
Doktor Indor odpowiedział(a) na take temat w Problemy w związkach i w rodzinie
@take, nie czytałem całości, ale z własnego doświadczenia bardzo mocno sugeruję odciąć się od osób, które są dla ciebie toksyczne i nie widzą w sobie problemu (więc nie chcą nad sobą pracować), nawet jeśli jest to rodzina. Stosuję takie podejście nie tylko wobec toksycznych osób z kręgu moich znajomych (bo to jest akurat oczywiste), ale też m.in. wobec siostry mojej matki, której peron odjechał, i choć podjęcie takiej decyzji nie było łatwe (bo to jednak rodzina), to finalnie żyje mi się lepiej. Mam oczywiście wyrzuty sumienia, bo tak zostałem zaprogramowany przez matkę, ale ignoruję je bo wiem, że muszę zadbać przede wszystkim o siebie. Choć, znając siebie, gdybym nie mógł się wyprowadzić i był zmuszony do obcowania z osobą, która stosuje wobec mnie przemoc, to zrobiłbym jej takie piekło, że sama by w psychiatryku wylądowała. Ale nie polecam takiego podejścia, bo oboje na tym tracicie. Jeśli tylko jest możliwość odcięcia się, całkowitego, to polecam – a jeśli nie ma takiej możliwości to należy ją stworzyć.- 98 odpowiedzi
-
- rodzeństwo
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Miałem takiego nauczyciela. Jak się śmiał to ten bęben skakał w górę i w dół. W sumie znalazłem podobne zdjęcie. Tylko on się chyba nie odchudzał, chyba że był na diecie cud (jem ile chcę i czekam na cud).
-
Powiedz mu to może przed kolejnym spotkaniem – że masz dosyć jego ciągłego picia i tym razem nie prowadzisz. Choć prawdę mówiąc ja bym na twoim miejscu w ogóle przestał chodzić na takie spotkania. To oczywiście nie spaja związku ale to, co on robi, też nie, a tak to przynajmniej zadbasz o siebie, jeśli on o ciebie nie potrafi zadbać. No tyle dobrze, a nie „oj nie wypiłem dużo, dam radę” (narazić siebie i swoich najbliższych). A ma do tego motywację? Rozumiem Ale nie daj sobie wmówić, że to jest normalne. Nie jest. To jest dla mnie taka abstrakcja, że nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakim tokiem myślowym trzeba iść, żeby dojść do takiego wniosku.
-
Wiesz, prawda jest taka, że tak naprawdę nie musisz się na nic godzić. Tylko ma to swoje koszty, w tym przypadku w postaci rozpadu związku. Pytanie, czy jesteś gotowa odejść od faceta, jeśli okaże się, że alkohol jest dla niego ważniejszy niż związek, i czy ogólnie wyjdzie to tobie i dzieciom na dobre. Ale to nie są łatwe decyzje. Problem polega na tym, że nie wykonasz za kogoś jego pracy. Możesz wykonać tylko swoją część. Ja bym się chyba pod ziemię zapadł ze wstydu. A jego to bawi? Jak on na to reaguje? Alkoholizm to jest choroba zaprzeczeń. Gdy alkoholik wychodzi z nałogu, to musi odkłamać całe swoje życie. Nie jest to łatwe, ale wielu się udało. Tylko trzeba widzieć problem i chcieć uzdrowić swoje życie, a on nawet problemu nie widzi, więc co dopiero mówić o jakichś zmianach. Może nie zobaczy problemu, dopóki ty będziesz prowadziła po spotkaniach – tak jest mu wygodniej, bo nie odczuwa żadnych konsekwencji picia oprócz tego, że się oddalacie (ale nie wydaje mu się to na tyle przeszkadzać, albo po prostu nie wierzy, że jesteś w stanie odejść). Tzn. to też jest kwestia uzgodnień – jeśli tak byście ustalili, ty byś się na to zgodziła, no to OK, nie ma w tym nic złego. Ale to brzmi tak, jakbyś była stawiana przed faktem dokonanym. A co gdybyś ty też się napiła? Albo po prostu czułabyś się źle i nie mogłabyś prowadzić? Powrót taksówką albo autobusami, a następnego dnia taksówką albo autobusem po samochód?
-
Nie cały czas, tylko znowu. Tym razem nie tobą.
-
Zawiedziony i rozczarowany, ale jednocześnie cieszę się, że mam wokół siebie osoby, które są w porządku i na które mogę liczyć.
-
No właśnie w tym problem, że nie wszyscy. Jedynie wszyscy w jego otoczeniu. I on tego nie widzi albo nie chce zobaczyć. Z moich znajomych mało kto pije, są ludzie którzy nie piją w ogóle (bo nie lubią, albo np. są trzeźwymi alkoholikami) i nikt nie ma z tym problemu. A on prowadzi? Czy jedziecie autobusem albo to ty prowadzisz? Urodziny dzieci to już wg mnie zdecydowanie przekroczenie tej granicy. W ogóle picie, jak dziecko widzi rodzica pijącego lub pijanego (lub nawet lekko nietrzeźwego). Tzn. też zależy od wieku tego dziecka, co innego jak to jest 20-latek a co innego jak 10-latek, zakładam ten drugi scenariusz czyli dziecko małe, zależne od rodzica. Najważniejsze jest tutaj to, że tobie to przeszkadza, a on ma to gdzieś – nawet się nie zastanowi nad tym, co mówisz, tylko ucina temat, odbija piłeczkę i dla niego temat jest załatwiony. Czyli alkohol jest ważniejszy od relacji z własną żoną. I to jest wg mnie już duży problem. Ze mną jest tak samo – nie mam dzieci, ale miałem epizod alkoholowy na studiach. Piłem w sumie codziennie, a raz w tygodniu do odciny. Chyba po prostu młodość ma swoje prawa Pozmieniało się, dorosłem, w pracy też już nie wypada brać „kacowego” tak jak to było te 20 lat temu, to i alkohol poszedł gdzieś w tło, zrobiłem prawko, zacząłem jeździć na imprezy samochodem, więc nie piłem w ogóle, a odkąd jestem na diecie nie piję już w ogóle nawet w domu, bo piwa nie mogę, a mocniejszych alkoholi nie lubię. I dlatego myślę, że choć kiedyś dużo piłem, to nigdy nie miałem tak naprawdę problemu z alkoholem (zwyczajnie student spuszczony z łańcucha musiał się wyszaleć, wyszalał się, i mu przeszło). A są ludzie, którzy piją mało, ale ten problem mają. Trzymam kciuki.
-
No znam kogoś, kto ma gorzej – jak ja mam podparcie to lęk znika. Mogę stąć na balkonie bardzo wysoko, mogę podejść do okna w wieżowcu, na dach też wejdę i będę po nim chodził bez problemu, jeśli są schody (a nie drabinka) i barierki. Do krawędzi dachu podejdę dopóki jest barierka, nawet jeśli sięga mi poniżej kolan. Jak nie ma (i dach się po prostu kończy na płasko) to na dwa metry nie podejdę. A znam ludzi, którzy nie są w stanie wejść na ruchome schody w Złotych Tarasach (takie długie, wysokie chyba na dwa piętra), albo jechać tam windą (przeszkloną)… albo ta winda to w innym centrum handlowym, nie pamiętam. Więc ja się jako takiej wysokości nie boję, boję się braku podparcia. W życiu bym nie skoczył. Raz że by mnie sparaliżowało, dwa że bym się bał tak logicznie, że zrobię sobie krzywdę. Ale ja nawet na wesołym miasteczku na te młyny wszystkie i inne dziwactwa nie wejdę, chociaż to bardziej z powodu braku poczucia kontroli i poczucia uwięzienia.
-
No to prawda, zupełnie nie. Ale np. ciemność. Jako dziecko bardzo bałem się ciemności (choć zaczęło się to nagle, w wieku ok. 9 lat, jak wiele innych problemów – wcześniej się nie bałem). Nie wiem co dokładnie było powodem, ale przeszło z wiekiem. U mnie to raczej nie ten problem. Wzrok mi się pogorszył od komputera i na starość, ale kiedyś miałem bardzo dobry wzrok, a lęk wysokości mam odkąd pamiętam. I tak jest teraz lepiej, bo po drabinie wejdę (niepewnie ale jednak), a kiedyś nie było opcji, paraliżowało mnie. Byłem kiedyś z ekipą na ściance wspinaczkowej. Zaczynaliśmy wszyscy bardzo niepewnie. Po dwóch godzinach oni już skakali jak młode kozy po skałach a ja dalej wchodziłem na wysokość metra i ni uja wyżej, nie da rady. A miałem uprząż i sobie z niej skakałem żeby sprawdzić, czy działa – i działała.
-
Ja też nie wiem czemu go mam, bo jest zupełnie nieracjonalny – taka sama sytuacja na ziemi i na wysokości, wymagająca dokładnie takich samych ruchów, na ziemi nie powoduje żadnego problemu, a na wysokości mnie paraliżuje.
-
To na pewno. Choć chyba każdy, kto ma jakieś fobie czy lęki, nawet takie uznawane za normalne (pająki, wysokość), powinien zrozumieć, że rozum swoje, a emocje swoje, i jest to rozdzielone. No bo np. po krawężniku sobie spokojnie przejdę, po chodniku szerokości pół metra też, i nie stracę stabilności, nie spadnę z chodnika. A weź mi daj taki sam chodnik, ale 2-3 metry nad ziemią i bez barierek, to mnie sparaliżuje. No ale to nie ma związku z moją normalną paniką (choć raz dostałem ataku na dachu, bo bałem się że nie zejdę i już tak zostanę, więc pojawiło się poczucie uwięzienia, ale to było wtórne do lęku wysokości).
-
Miewałem kiedyś mroczki przed oczami jak za szybko wstawałem z gorącej wanny. Nie było to omdlenie, ale chyba ciśnienie za bardzo spadało. Nieprzyjemne uczucie. To chyba jedyne takie, jakie znam. Ale nie czułem wtedy nierealności świata, po prostu miałem mroczki przed oczami, nieprzyjemne uczucie w głowie i chyba robiło mi się trochę słabo na sekundę albo dwie.
-
2 cm więcej i byłbym królem. 2 cm mniej i królową.
-
Ja sobie chyba nie potrafię wyobrazić tego stanu. Ciekawe, że u mnie wygląda to zupełnie inaczej.