Skocz do zawartości
Nerwica.com

nieprzenikniona

Użytkownik
  • Postów

    1 215
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez nieprzenikniona

  1. Wiem jak to jest bo przy seronilu tak miałam plus pobudki w nocy etc. Na wenli śpię wyjątkowo dobrze ale tak jak pisałam na mnie działa dość muląco
  2. Spróbować nie zaszkodzi, zawsze możesz wrócić na 75 ja w ogóle nie odczułam przejścia z 75 na 112,5 a jak już miałam wejść na 150 to okazało się, że muszę zacząć brać inny lek (potencjalnie mogący wchodzić w interakcje) i przez 2 miesiące byłam na tej dawce (mnie osobiście muliła). Teraz weszłam na 150 i chyba odczuwam minimalne pobudzenie, chociaż o 21 i tak zaliczam zgon
  3. ja mam normalnie fazę REM
  4. Można jeszcze pośrednio 112,5 czyli 75 i 37,5 ja na takiej dawce byłam 2 miesiące bo musiałam sprawdzić czy nie wejdzie w interakcje z innym lekiem
  5. Ja nie mam stanów lękowych ale dość długo czekałam na działanie wenli, a brałam ją po duloksetynie zaraz…zresztą nadal nie wiem czy działa jak trzeba (biorę jakoś od października, obecnie 150)
  6. Też czytałam, że w niskich dawkach z ssri/snri dobrze działa na depresję lekooporną. Zresztą niskie dawki neuroleptyków często dodaje się do ssri/ snri zwłaszcza jak sam podstawowy lek nie daje rady.
  7. Myślę, że przy każdym leku trzeba sobie dać min 2 tygodnie na „przeżycie” skutków ubocznych oczywiście o ile nie są to skutki, które temu życiu mogą zagrozić ja osobiście uboków tak się nawet nie boję jak tego, że to połączenie g…o pomoże i znowu trzeba będzie szukać kolejnych rozwiązań a minus taki, że nie mogę brać żadnego leku zwiększającego poziom prolaktyny (ze względu na chorobę autoimmunologiczną) oraz działających sedatywnie
  8. Powinno wystarczyć, szkoda że nie dała Ci tego na papierze. Mi ostatnio prywatna reumatolog podpisała taką kartkę dla internisty, żeby dał mi skierowanie na cito do poradni reumatologicznej i jak do niego poszłam to wystawił bez problemu.
  9. No domyślam się, że początek może nie być zbyt ciekawy dlatego póki co ze startem czekam do weekendu. Mam nadzieję, że będzie to skuteczne połączenie bo z neuroleptyków mam dość niewielki wybór tych, które mogę przyjmować.
  10. No może bo na Duloksetynie było jeszcze gorzej, ale póki co lekarka nie chce w tej kwestii nic zmieniać. Zasugerowała tylko, żeby ewentualnie zmienić porę brania (teraz biorę rano po śniadaniu). Zobaczę najpierw jak będzie z dołączeniem Abilifi jak przez tydzień nadal będę zombiakiem to może faktycznie przełożę wenlę na wieczór.
  11. Może w tym temacie szybciej niż o wenli: Łączył ktoś z Was wenlę z aripiprazolem (Abilifi) w małych dawkach (tzn. Wenla 150, Abilifi 5). Jeśli tak to jakie efekty i skutki uboczne? Neuroleptyk przepisany na cptsd i objawy wytwórcze (głosy w głowie), wenla na stabilizację emocji i stany depresyjne. Połączenie ma podobno dobrze zaktywizować (w to jeszcze wierzę) i wyciszyć głos, który ostatnio coraz częściej mówi mi, że im szybciej z sobą skończę tym lepiej (wątpię, że na to zadziała)
  12. Chyba jeszcze nigdy nie stresowałam się tak przed wizytą u psychiatry jak teraz (idę w poniedziałek). Muszę powiedzieć o pewnej rzeczy, która ostatnio stała się zbyt natarczywa i zbyt zagrażająca życiu, której dłużej nie mogę lekceważyć jeśli chcę przeżyć. Z tym, że bez kontekstu skąd się wzięła nie ma to zbytnio sensu, a o przyczynach nie jestem w stanie sama powiedzieć, już kilka razy chciałam ale nie przejdzie mi to przez gardło. Problem zna tylko moja terapeutka (zresztą jej też nie potrafiłam tego powiedzieć i finalnie napisałam jej to w mailu po 1,5 roku terapii) i dzisiaj na sesji zaproponowała, że przedstawi sytuację lekarce (ta sama przychodnia). Cieszę się, że nie będę musiała tego robić sama bo nie dałabym rady, ale cholernie boję się tego co będzie po tym, reakcji, pytań i poczucia winy, że nie powiedziałam o tym wcześniej (pomijam już, że pewnie dojdą moje własne wyrzuty, że nie potrafiłam sama tego powiedzieć)… ale chyba na prawdę nie mam już wyjścia, bo wiem, że jeśli sytuacja się powtórzy to mogę nie wyjść z niej żywa.
  13. Pod wieloma względami ufam mojej psychiatrze (nawet jak chodziłam do niej na NFZ to tak było) ale nie na tyle aby powiedzieć jej o wszystkim (to bardziej ze strachu, że wpakuje mnie do szpitala, zwłaszcza że od dłuższego czasu chce mnie na każdej wizycie wysłać na L4)
  14. Po niespełna 3 latach terapii w nurcie niby psychoanalitycznym wydaje mi się, że to nawet nie tyle sam nurt ma znaczenie jak wrażliwość terapeuty na pacjenta i jego możliwość dopasowywania się do jego potrzeb. Bez tego żadna terapia nie ma szans na powodzenie, a wiadomo, że nie można tego sprawdzić inaczej niż przez branie w niej udziału. Obecnie wydaje mi się, że nie mam klasycznych zaburzeń osobowości bpd, raczej nigdy nie miałam, to bardziej przypomina DID na skutek cPTSD, chociaż nie w klasycznym „filmowym” wydaniu, tzn że wstaję rano i jestem zupełnie innym człowiekiem U mnie wygląda to tak, że mam w pełni zachowaną percepcję co do intelektualnie nabytych umiejętności, np. Idąc do pracy zawsze jestem w stanie wypełnić swoje obowiązki, nie zapominam tego czego raz się nauczyłam, pod względem intelektualnym zachowuję pełną ciągłość. Natomiast jeśli chodzi o osobowość emocjonalną to tutaj następuje kompletna fragmentacja, raz moje potrzeby emocjonalne są takie a raz inne i nie wynika to z próby zakrywania ich z powodu lęku, ja dosłownie np. Raz potrzebuję bliskości danej osoby i wydaje mi się, że bez niej nie przeżyję a kilka dni później jest mi zupełnie obojętne czy ta osoba istnieje w moim życiu czy nie (to tylko przykład relacyjny ale dotyczy praktycznie każdej sfery, w której odzywa się moja emocjonalna część). Do tego od zawsze w mojej głowie mam „głosy”, skrajnie różne, często niezgadzające się ze sobą, prowadzące spory, jeden z tych głosów każe mi się niszczyć, to głos oprawcy, który czerpie chorą satysfakcję z maltretowania mnie, który potrafi mnie zastraszyć i który nie pozwala aby go ujawniać, to on ma na mnie największy wpływ i jeśli zaczynam wierzyć w to co mi mówi to jestem już jednym krokiem nad brzegiem grobu… Większość problemów podczas terapii wynikała bezpośrednio z tego, że nie potrafiłam opisać tych stanów, przez co ciężko było dopasować odpowiednią pomoc. Odkąd mi się to udaje, jest pod tym względem nieco łatwiej chociaż kryzysy nadal występują (głównie zależy to od tego, czy mój „oprawca” przejmie ster), ale moja terapeutka wie już jak to działa, że czasem wszystkiego jest za dużo, że muszę się odcinać zupełnie żeby przeżyć i że nawet nie mogę odbierać od niej dobrych rzeczy żeby moja „ciemna strona mocy” nie użyła ich przeciwko mnie. W tej chwili faktycznie przydałyby się bardziej behawioralne metody aby coś realnie z tymi stanami robić, ale na dłuższą metę wiem, że byłoby to tylko działanie ad hoc a nie coś co pomogłoby mi na stałe. Generalnie chyba nie ma metody, która byłaby w tym wypadku w 100% skuteczna, to raczej ciągła praca, ciągłe poszukiwania i często zderzanie się z bezsilnością i brakiem rozwiązań. Doceniam jednak to jak bardzo sposób prowadzenia mojej terapii uległ zmianie, czasami korzystamy z odwoływania się do podświadomości i interpretowania tego co w niej, ale często w ogóle tego nie robimy, mówimy o tym co konkretnie się dzieje, wiążemy z rzeczywistością, z realnymi możliwościami bez zabawy w przeniesienia…wszystko zależy od tego czego w danym momencie potrzebuję i oczywiście od tego czy uda mi się to zakomunikować (bo wiadomo, że nikt nie umie czytać w myślach, nawet terapeuci ) Także o ile pewnie w niektórych rodzajach zaburzeń / schematach myślowych niektóre nurty mogą być bardziej lub mniej pomocne od innych o tyle w złożonych problemach potrzebne jest raczej złożone podejście i gotowość na ciągłą jego modyfikację
  15. Ja tego ryzyka nie brałam pod uwagę, 15 lat temu wyszłam ze szpitala z diagnozą bpd ale przez ostatnie 12 miałam względny spokój, chociaż okresowo musiałam wrócić do leków, niespełna 3 lata temu zaczęło robić się coraz gorzej, ale bardziej w kwestii wahań nastroju i dziwnych objawów somatycznych. Wróciłam do mojej poprzedniej terapeutki z czasów tamtej hospitalizacji (byłam u niej wtedy w terapii przez 2 lata, przerwałam ją z dnia na dzień ze względu na zmianę pracy i brak ówcześnie możliwości dopasowania godzin). Z tym, że wtedy na terapii zupełnie pominęłam główne przyczyny powstania moich zaburzeń (traumy z dzieciństwa). Teraz postanowiłam się z tym wreszcie zmierzyć bo przez te 10 lat bez terapii wcale nie odpuszczały…no i od tego momentu zaczął się ten cały cyrk z moją psychiką, im głębiej wchodziłam w terapię tym większy syf w głowie. Moja terapeutka porównuje nasze sesje do chodzenia po polu minowym, nigdy nie wiadomo co i kiedy wyleci w powietrze Obecnie nie jestem do końca pewna czy ona była przygotowana na to co się tam dzieje i czy faktycznie wie jak mi pomóc czy raczej robi to bardziej po omacku. W sumie chyba najważniejsze dla mnie jest to, że nadal widzę po niej, że się stara. @Betixa moja terapeutka jest psychoanalitykiem, ale moja terapia wygląda bardzo różnie, raczej jest dopasowana do moich odmiennych stanów i nie polega na ciągłej analizie ani nie jest tak, że tylko ja praktycznie mówię. Czasami moja terapeutka na sesji mówi więcej niż ja
  16. Ubrania…a później często ich nawet nie noszę
  17. Tego też nie wiem, czasem tak o tym myślę (tzn że nurt nie dla mnie (psychoanalityczny chociaż bardziej psychodynamiczny), ewentualnie, że moja terapeutka wykazuje się zbyt małą empatią jak na moje potrzeby i stany), ale z drugiej strony i doświadczenia wiem też, że to jednak moje zaburzenia generują taki odbiór rzeczywistości i prawdopodobnie nie ma na tym świecie ani nurtu ani terapeuty, który spełniłby moje oczekiwania. Terapia to bardzo trudny proces a im bardziej jesteśmy zniszczeni przez przeszłość tym gorzej będziemy ją znosić. Czasem po prostu myślę, że mimo wszystko bazowanie na swoich schematach (bądź co bądź błędnych) było łatwiejsze do zniesienia niż odkrycie skąd się wzięły i w jaki sposób determinują moje życie. Zastanawiam się też czy terapia (a raczej to co w tym czasie przeżyłam) nie przyczyniła się pośrednio do uaktywnienia się mojej obecnej choroby somatycznej (toczeń) i czy jeśli nadal będę tak bardzo narażać się na zmienne stany emocjonalne to nie spowoduje to dalszych komplikacji również na tym polu (stres może wywoływać zaostrzenia i rzuty)…mimo wszystko nie umiem podjąć decyzji o rezygnacji, chyba głównie dlatego, że to co zaczęte i rozgrzebane przecież nagle nie zniknie tylko dlatego, że przestanę tam przychodzić i o tym rozmawiać…
  18. U mnie dysocjacja pojawia się w momentach kiedy wszystkiego jest „za dużo”, potrafi trwać nawet do 2-3 tygodni, w końcu odpuszcza…jedynym sensownym wyjściem jakie do tej pory udało mi się znaleźć to po prostu przeczekanie tego stanu aż sam minie…
  19. Do kitu, boli mnie dosłownie wszystko a leki nie działają…pewnie zmiana pogody tak na mnie działa
  20. Jeszcze jestem w trakcie, więc szczerze powiedziawszy nie wiem jaki będzie finał…póki co wydaje mi się, że wniosła więcej szkód niż pożytku, ale może na końcu tej drogi odkryję coś innego…przynajmniej taką mam nadzieję (dlatego jeszcze nie zrezygnowałam)
  21. Zdecydowanie tak, ja przez x lat na samych lekach nie miewałam nawet w 10% tak ostrych stanów depresyjnych, dysocjacyjnych a nawet kryzysów samobójczych jak w trakcie terapii (leków nigdy nie odstawiłam).
  22. Ostatnio coraz częściej myślę czy nie zrezygnować, nawet nie dlatego, że w samej relacji terapeutycznej wydarzyło się wiele trudnych rzeczy (pomijam już stany, które ta terapia we mnie uruchamia), ale dlatego, że to chyba nie jest droga dla mnie… nie wiem czy problem leży po mojej stronie, po stronie terapeutki czy gdzieś pomiędzy nami ale coś cały czas nie gra…w sumie jedyne co mi się „udaje” podczas terapii to odtwarzanie swojej traumy w kółko, ale ani specjalnie nie widzę żebym się na to uodparniała ani nie czuję, że w przypadku, kiedy to znowu zaczyna się odtwarzać umiem sobie z tym poradzić jakoś lepiej niż wcześniej…
×