Byłam kiedyś w bardzo toksycznym związku. Pamiętam jedną sytuację, że odeszłam od laptopa by skorzystać z toalety. Nie odpisywałam bo ja wiem? 5 minut? No to jak wróciłam to patrzę: 30 połączeń nieodebranych i 10 smsów. Gdy się wytłumaczyłam (chociaż nie musiałam) że po prostu poszłam za potrzebą to zostałam wyzwana od najgorszych po czym musiałam za to przeprosić.
Od tamtego czasu, patrząc wstecz nie miałam w sobie w ogóle asertywności i ulegałam. Ale ta sytuacja nauczyła mnie jednego: tego, że nie muszę się ze wszystkiego tłumaczyć i nadkładać przy tym policzek. Nie samym internetem człowiek żyje i nie ma potrzeby by się tłumaczyć z każdego "zw". Od tamtych wydarzeń też cenię sobie spokój i ciszę, bo ja nie przepadam za spontaniczną rozmową - lubię pomyśleć, co i jak chcę przekazać rozmówcy i nie ciśnie mnie czas. Lubię odczytać rozmowę i odpisać za parę godzin - ale nigdy nie zapominam.
Po prostu taka jestem. Mamy poza internetem obowiązki, życie i nie mam obowiązku siedzieć wiecznie z telefonem w ręce. Może powinno się tłumaczyć, że na chwilę odchodzę, ale ja już tego nie robię, bo się nauczyłam, że NIE MUSZĘ.
Może to trochę nie wiem... egoistyczne? Że nie tłumaczę się, że idę do sklepu po fajki? Że poszłam zjeść obiad? Umyć podłogę? Czy ja MUSZĘ? nie, nie muszę. I życie mnie nauczyło, by nie musieć niektórych rzeczy, które naruszają moją granicę fizyczną i emocjonalną.