Skocz do zawartości
Nerwica.com

Cała aktywność

Kanał aktualizowany automatycznie

  1. Z ostatniej godziny
  2. Praca to moja porażka życiowa bo po prostu mam przed nią (jako sytuacją społeczną) lęk i wiele aspektów, które poruszone są w OP jest mi bliskie.
  3. Piszesz tak, jakby to odpuszczenie to była jakaś decyzja czy fanaberia. Abo lenistwo, bo ktoś się nie chce 'zmęczyć'. A często to są właśnie osoby w kryzysie psychicznym. Tak, uważam, że zadaniem państwa jest pomaganie tym, którzy sobie nie radzą i najsłabszym. Na coś te podatki chyba idą? I chyba nie na to, żeby idiota Tusk mógł się chwalić swoim kumplom z zagranicy, że jesteśmy w pierwszej 20tce pkb na świecie. Nooo, zajebiscie. Te kurwy w rządzie biorą monstrualne hajsy, ale nie po to, żeby sobie wzajemnie robić dobrze i kupować kolejne mieszkania pod inwestycje, ale właśnie by tym najsłabszym żyło się lepiej. To jest ich pieprzony obowiązek - zapewnić minimum dla tych, którzy sobie nie radzą. Naprawdę, myślałem, że te czasy już minęły, gdzie problemy tej natury uznaje się za fanaberie. No, ale niestety nie w tym kraju. Z resztą o czym dysktujemy jak hajsu nie ma dla niepełnosprawnych itp.
  4. Praca w życiu jest szalenie ważna, ale dobrze by było robić coś co sprawia nam chociaż odrobinę radości. To jak przekraczanie własnych strachów. Bywa jak ciepły koc. Bywa... U mnie w pracy raz występuje porządek, cykliczność, powtarzalność ( co zdecydowanie wolę ) a innym razem nieregularność i zmienność ( czego nie lubię). Ale od kiedy chaos wkradł się do mojego życia, naruszył spokój to najchętniej nie wychodziła bym z łóżka -nigdy( gdzieś mam rachunki, jedzenie i utrzymanie)
  5. Wg mnie szczęściem jest świadomość dobrze wykonanej roboty*, która dała jakiś wymierny rezultat, który nas cieszy *Mówiąc o robocie nie mam na myśli tylko pracy zarobkowej tylko ogólnie "jakieś" działanie
  6. Skupiasz się na liczbach. A co jeśli tą jedną osobą będzie jakaś wybitna istota lub ktoś bliski? Jest tak dużo zmiennych do rozważenia że nie da się podjąć decyzji nie będąc w takiej sytuacji. Ja tylko zwracam uwagę że nie każde życie (wg mnie) ma taką samą wartość. Jeszcze mi się przypomniało jedno, to z kolei chyba z innego eksperymentu myśliwego było. Chodzi o to że człowiek inaczej reaguje jeśli w jakimś stopniu musi dokonać jakiejś czynności. Czyli jeśli ta zwrotnica na torach byłaby z góry ustawiona tak, że wagon przejedzie przez 5 osób. To czy świadomie ją przedstawisz na to by zabiła tą jedną osobę? Bo jeśli zwrotnica od początku będzie ustawiona tak że wagon tam jedzie, to nie musisz podejmować działania.
  7. Dzisiaj
  8. @MicMic ja Cię rozumiem i w pewnym sensie się zgadzam: to bywa porażka życia jako takiego, że człowiek musi się zmuszać do rzeczy, których nie czuje. Tylko ja bym tego nie wrzucał do jednego worka z bezsensem. Dla mnie jednak nie jest porażką, że ktoś wstaje do pracy bez radości. Dla mnie porażką jest dopiero moment, kiedy człowiek całkiem rezygnuje z odpowiedzialności za własne życie. Nawet jeśli jest sam. Ja też długo byłem sam i mimo choroby zawsze próbowałem pracować. Jak mnie zwolnili, to nie kombinowałem „jak wyciągnąć rentę”, tylko szukałem następnej roboty, żeby stanąć na nogi. A odpowiedzialność to nie musi być od razu „misja” i wielki sens. Czasem odpowiedzialność to właśnie te najprostsze rzeczy: rachunki, czynsz, jedzenie, leczenie, jakiś porządek we własnym życiu. To nie są jakieś „gówna” — to są fundamenty. Bez tego wszystko się sypie jeszcze szybciej. Serio. I teraz pytanie do Ciebie: naprawdę uważasz, że lepiej jest całkiem odpuścić i obciążać rodzinę albo państwo własnym utrzymaniem, skoro da się choć trochę walczyć o samodzielność? Bo ja wolę być zmęczony, ale jednak na swoim, niż „mieć to w dupie” i liczyć, że ktoś mnie utrzyma i wyżywi.
  9. @MicMic lubisz filozofować, a zapoznawałes się ze stoicyzmem? Marek Aureliusz, Seneka itd.? Praktykowanie stoicyzmu bardzo by Ci się przydało tak myślę. Rzeczy na które nie masz wpływu po prostu trzeba jak najszybciej zaakceptować a skupiać się tylko na tym nad czym masz kontrolę Dlaczego na terapii?
  10. Dokładnie tak. Złość odbija się na nas bardzo. Gdy się wściekamy, to bardziej cierpimy. Ale to chyba trzeba faktycznie przerobić na jakiejś terapii. No bo jak inaczej? Albo pracować nad tym. Nauczyć się gdzieś tę złość wyrażać.
  11. No tak. Z tym się zgadzam. Z pewnością nie planuję mieć dziecka. Byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne, skoro ledwo daję rada sama ze sobą. Nie funkcjonuję zdrowo, często nie daję rady. Mam trudne stany, więc nie stworzyłabym zdrowego wychowania dziecku. No po prostu bym je nieświadomie krzywdziła. Nie widzę się w tej roli totalnie. A nie chcę mieć dziecka, bo tak trzeba. NIe, właśnie to trzeba przemyśleć. Poza tym geny. Byłoby zagrożenie, że potencjalne moje dziecko coś by "dostało" w zanadrzu. Jakieś skłonności do chorób psychicznych. Nie chcę tworzyć istoty, która nie miałaby zdrowej mamy. A dziecko powinno w tych czasach mieć bezinteresowną miłość, opiekę i bezpieczeństwo. A powiedzmy sobie szczerze... sami nie kleimy wlasnego zycia, więc nie powinniśmy bezbronnej istoty wydawać na świat.
  12. @MicMic tylko wiesz, że wkurwianie się do tego stopnia na coś na co nie masz absolutnie najmniejszego wpływu (jak np. pogoda czy spóźniający się autobus) drenuje tylko Ciebie z energii? Nie da się kontrolować wszystkiego. Im szybciej przepracujesz na terapii to, że nie wszystko będzie zawsze szło tak jak Ty chcesz, tym lepiej będzie Ci się żyło. Ja mam teraz w pracy idealną sytuację do nauki tego, że nawet jeśli ja zrobię wszystko jak należy to niestety efekt czasami i tak będzie inny od oczekiwanego. Ba, wręcz ostatnie 1,5 tyg. totalnie zdezorganizowało mi pracę - wystarczyło małe dziecko z cukrzycą typu 1, które samo o siebie nie zadba, bo nie mogę wymagać od 7-latka żeby potrafił sobie sam obliczyć dawkę insuliny na posiłek, bo owszem rodzice mogą mu wrzucić karteczkę z rozpisaną ilością węglowodanów do śniadaniówki i dopisaną dawką insuliny do tego posiłku, ale to nadal nie będzie oznaczało, że rzeczywiście tyle dostanie jak przyjdzie pora jedzenia, zbyt dużo zmiennych, których tak małe dziecko nie weźmie pod uwagę a rodzice nie są w stanie ich przewidzieć. Od nastolatków wymagam pełnej samoobsługi w tym zakresie, ja wkraczam dopiero jak sami nie mogą sobie poradzić, bo dzieje się coś nietypowego. Pierwsze dwa dni po powrocie młodego do szkoły ja nie mogłam zrobić praktycznie nic innego, tylko 80% czasu siedziałam w pobliżu bo dziecko mi skakało z hiperglikemii którą bardziej można "olać" jeśli nie trwa długo, do hipoglikemii której olać nie mogę nigdy i w żadnym przypadku. Czy moja pozostała robota leżała bezczynnie w tym czasie? Tak. Czy siedziałam z młodym na lekcji bo mimo nafaszerowania go 20g węglowodanów łatwo przyswajalnych nadal cukier spadał, mimo, że powinien się podnieść? Tak. Owszem, w końcu się podniósł, ale dopiero po zadziałaniu czymś co jest wbrew zaleceniom wszystkich diabetologów, pediatrycznych towarzystw diabetologicznych i wszystkich świętych. Za to dwa dni później wpakowałam w niego jednorazowo 2x tyle insuliny co normalnie dostaje podczas pobytu w szkole a cukier z 350 spadał mi co najwyżej do 320 i znowu odbijał w górę, gdzie idealnie powinien się utrzymywać pomiędzy 80 a 180max, ale niestety, w pewnym momencie musiałam powiedzieć stop i nie dokładać mu więcej insuliny, tylko pozwolić mu pozostać z wysokim cukrem, bo pewnych rzeczy jak stres u dziecka czy rozwijająca się infekcja, która jeszcze nie daje objawów nie przeskoczę żadną ilością insuliny - cukry będą wyższe i tyle. Moje dobre chęci i inne obowiązki nie obchodzą trzustki dziecka. Czy byłam wkurzona, że jedno małe dziecko powoduje, że nic innego nie mogę zrobić? Tak. Z tym, że to nie jest wina dziecka. I nie mam prawa odreagowywać w żaden sposób na dziecku. Ostatnie dni już były spokojniejsze i pozwoliły mi zrobić inne rzeczy, bo nauczyłam się reakcji organizmu młodego i już wiem kiedy reagować, a kiedy wystarczy poczekać zajmując się czymś innym, ale za tydzień zacznie mi się cyrk od nowa przez kilka dni, bo dziecko dostanie pompę i nie przewidzę reakcji bo zmieni się sposób dawkowania insuliny. I nie, w tym przypadku zostawienie przez rodziców dziecka w domu przez kilka dni, absolutnie nic by nie zmieniło, bo nawet poziom aktywności dziecka w domu vs. w szkole zmienia zasady tej "gry". Mogę się wściekać, że jest jak jest ale złoszczenie się na takie rzeczy odbije się tylko na mnie
  13. Raczej nie. Może początkowo tak było, ale nie pamiętam już. Organizm się zaadaptuje szybko. Wgl to zmieniam pory brania kwetiapiny. Rano biorę 400xr, a na noc 100 zwykłego ketrelu. Chcę, by rano już być lekko "kwetiapinowa". Na po południe brałam wcześniej. Ale ostatnio biorę szybciej,a teraz już całkiem z rana. Sprawdzimy. Kweta zawsze mi pooprawia samopoczucie.
  14. Verinia, a czy masz przećpane spojrzenie po kwetiapinie na drugi dzień? Ja niestety mam i niezbyt ładnie to wygląda. Najgorzej jak wstanę w nocy, to powieki są dodatkowo opadnięte.
  15. To prawda. Mi paroksetyna na początku bardzo pomagała. Pokusiłbym się nawet o twierdzenie, że pozwoliła mi odzyskać życie. Dzięki niej zrobiłem prawko na kat A i B, podniosłem kwalifikacje w pracy i jeszcze by się trochę tego znalazło. Na początku nawet nie miałem tego "zamulenia" na które skarży się tyle osób. Dużo mi się chciało. Jakby mi ktoś ciężki łańcuch zrzucił z szyi. Dopiero po kilku czy kilkunastu miesiącach zaczął mi ten lek trochę za bardzo kasować wszystkie emocje i już nie było tak fajnie. Dlatego potrzebna była zmiana. Jeśli ktoś cierpi na lęki to polecam ten lek, ale tak jak mówisz na "lżejsze lęki" to jednak lepiej coś mniejszego kalibru.
  16. Ja mam trochę coś takiego. Ale u mnie to raczej przejaw ogólnej potrzeby kontroli wszystkiego i nieumiejętności radzenia sobie z niepewnością. Jak np jadę w korku, w szczególności komunikacją i samochodem, bo motocyklem mogę ominąć zazwyczaj. W każdym razie czuję narastające napięcie, które stopniowo przeradza się w ataki złości. Drę japę w samochodzie do granic możliwości. To samo jak mam gdzieś jechać komunikacją, a autobus się spóźnia. Stopniowo zwiększa mi się napięcie aż już nie jestem w stanie wytrzymać i drę mordę na przystanku. Może nie tak na cały głos, ale jednak, ludzie koło mnie słyszą. Albo jak autobus jest zapchany ludzmi, to stojąc przy drzwiach drę japę, że 'co do chuja to ma być' albo 'kiełbase rzucili, ze tyle kurestwa przyszło? '. Średnio nad tym panuje w skrajnych sytuacjach. Nawet na pogodę czasem drę mordę, na, wiatr jak wieje za mocno, albo pada. Jak mnie zaskakuje pogoda, nie byłem na coś przygotowany. Literalnie idę ulicą i wyzywam wiatr, grożę mu itp. Jak się wkręcę w jakąś robotę, przy komputerze czy samochodzie i coś mi się nie udaje, to zamiast jak normalny człowiek zrobić przerwę, uspokoić się itp., nie mogę przestać. I znowu to samo dre mordę, ostatnio wyzywam mocno AI jak coś mocno zjebie. Odcina mi mózg i i tak chuja wiem, że zrobię, bo na takim wkurwię nie da się nic zrobić. Czasem doprowadza mnie to do rozpaczy i dooiero wtedy jestem w stanie przerwać, bo jestem tak wyczerpany. Ale ja to mam chyba z tego, że nie akceptuję błędów i pomyłek. Tak zostałem wychowany, że jak ktoś popełnia błąd albo coś się mu nie udaje, to nie dość że musi ponieść konsekwencje samego błędu, to dodatkowo dostaje psychiczny opierdol, że jest bezwartościowym śmieciem i gównem. Dlatego nie mogę przestać próbować, mimo napięcia, bo jak przerwę, to czuję się w środku przegrany. Że to już koniec. Jest już tylko pustka i beznadzieja.
  17. Cykl Medea Steinbart Magdy Knedler.
  18. Verinia

    Co teraz robisz?

    Ogladam wywiad z Red lipsitck monster. Bardzo ją lubię
  19. Jak dla mnie to jest porażka, ale nie jego, tylko życia jako takiego. Odpowiedzialności za co? Nie każdy ma poczucie misji czy sensu. I dlatego właśnie takie osoby będą się o tej 6.00 nas tym zastanawiać. Ty masz rodzinę, za nią jesteś odpowiedzialny, to jest dla Ciebie sensem, celem, więc pewnie nie musisz tego superczęsto rozkminiać. Dla innych będzie to właśnie praca. A jeśli ktoś ma pracę, której nie cierpi i nie widzi w niej sensu, nie ma rodziny, która byłaby jego sensem, nie ma wsparcia od jakiejś tam wspólnoty szeroko rozumianej, to przez parę dni czy tygodni, czy miesięcy się będzie zmuszał, a potem się zwyczajnie wypali. Pewnego dnia po prostu z łóżka nie wstanie i będzie miał totalnie w dupie rachunki i inne gówna.
  20. Aha no to może chodzi o "wstyd" jakby żeby nie dostać ataku w tłumie. No to nie masz. Ciekawi mnie indyk, może ma urojenia ksobne nawet
  21. Serio rasizm? No mają bo mogą być wśród nich zLi ludzie ale musiałoby być 4 złych żeby rachunek się spial A poza tym nie wiedząc tego no to z automatu człowiek uratuje tych 5, to zwyczajny instynkt, chyba że ktoś jest psychopata i nie ma empatii to będzie stał i patrzył:D
  22. MicMic

    Siostro pasy!

    Nigdy nie byłem w szpitalu psych. Jak tak to czytam, to coraz bardziej się przekonuję, że w razie myśli s, lepiej swój zamiar po prostu zrealizować niż dać się w ten sposób upodlić, narazić na wtórną traumę itp. Jebana polska służba zdrowia, tfu.
  23. a u nas dobrze, ona karmi mnie soba caly czas a ja nei mam tego dosyc a u Ciebie jak? znalazles juz ta jedyna czy skaczesz z kwiatka na kwiatek ;P? olcia jest jak osiedlowa dziwka nei tylko ja mam z niej pozytek ale setki innych lduzi tez i mi to nei przeszkadza a wrecz cieszy mnie to bo lubie slyszec ze sprawai przyjemnosc tez innym w sumie mozna powiedziec ze jestem cuckoldem
  24. Powiedziałbym, że siostra nadaje się na krótką "wizytę" na oddziale zamkniętym... Jest strasznie zaniedbana psychiatrycznie i psychologicznie. Chyba nigdy nie była u psychiatry. Funkcjonuje na poziomie osoby na rencie socjalnej. Jej zachowanie jest "żałosne"... "Nie ma krytycyzmu". "Nęka mnie". Właśnie "gnębiła" mnie po drugiej w nocy To niewygodne dla mnie. Zachowanie rodziców w sprawie siostry jest "naganne". Nie chce mi się znosić jej "idiotyzmów". Notorycznie mnie zaczepia, "stalkuje", nierzadko używa wulgaryzmów albo wyzwisk, gróźb, "odwraca kota ogonem", "pomiata mną". Jej zachowanie jest bardzo trudne. "Byle co" wyprowadza ją z równowagi. Oczernia mnie. Odnoszę wrażenie, że boi się psychiatry jak ognia. Diagnoza całościowego zaburzenia rozwoju według mnie jest jej potrzebna na wczoraj. Zachowuje się dziecinnie i dysruptywnie. Nie otrzymuje wsparcia w czymś, co według mnie jest ewidentną niepełnosprawnością. Sama (jakby) znęca się nad osobą niepełnosprawną psychicznie (nade mną). Nie ma "cukierkowego" autyzmu, tylko coś, co według mnie jest przynajmniej czasowo upośledzające na tym samym poziomie, co mój zestaw schorzeń. Przez lata nie umie powstrzymać się od trudnych i uciążliwych dla mnie zachowań. Stosuje wobec mnie "bullying". Narzeka na "byle hałas" i zwala winę na mnie, niepełnosprawnego. Nie chcę przeszkadzać siostrze i nie chcę gnębić siostry. Jej zachowanie jest rażąco nieodpowiednie do jej wieku. Po maturze "zapadła się" funkcjonalnie. Nie wiem, co robi w swoim pokoju. Nie mam ochoty na użeranie się z jej kłopotliwymi zachowaniami. W jej wieku byłem po dziesięciu semestrach studiów, na rencie socjalnej i po pierwszym pobycie na oddziale dziennym. Ona obecnie chyba nigdy nie była u psychiatry.
  1. Pokaż więcej elementów aktywności
×