Długo mi zajęło dojście do tego wniosku, bywało, że czułam na sobie ciężar rozmowy, że to ja mam zabawiać, a wcale wygadana nie jestem, najchętniej całe życie bym milczała. Zależało mi do tego stopnia na rozmowach bez krępującej atmosfery, że ćwiczyłam w domu, zgłębiałam tematy, raz nawet obejrzałam jakiś poradnik dotyczący small talków. A ile było analizowania każdego gestu, słowa, mimiki po nocach... A ile krzywdy wyrządzonej sobie, bo mogłam coś powiedzieć inaczej, bo ktoś mnie ocenił nie tak, jak bym chciała, bo ktoś tak zakręcił rozmową, że poczułam się, jakby mnie zdeptano obsranym butem. Jak dobrze, że mam to za sobą i nie przejmuję się już czymś tak głupim. Teraz jakkolwiek nie wypadnę przed kimś, nie myślę o tym, nie interesuje mnie jego zdanie, wręcz za każdym razem mam ochotę zrobić coś nieprzewidywalnego, dziwacznego, żeby wyłamać się z tego NPC-owego dialogu.
A to jest najgorsze. Nie wiem, co mają w głowach ludzie, którzy podchodzą i zaczynają rozmowę, gdy akurat jesz i masz te 20 min przerwy wyłącznie dla siebie. Każdy potrzebuje chwili na podładowanie baterii. Przez takich ludzi łazienki są dłużej zajęte.
Mnie ogółem wszystkie rozmowy męczą i zawsze tak było. Nawet przestałam lubić słuchać innych, często mam wrażenie, że o wszystkim, co do mnie mówią, już słyszałam, wszystko wiem, a ich życiowe historie nie są dla mnie za ciekawe.