Dzisiaj terapia. Czuję się dzisiaj wyjątkowo strasznie. Mam ochotę krzyczeć, wyć, uciekać, ale nie mogę, wszystko jest we mnie zamknięte i nie może się wydostać. Znowu wszystko mi się przypomniało, wszystko do mnie wróciło. Wiedziałam, że tak się stanie, czułam to już wczoraj, będąc u rodziców. Nie mogę odeprzeć wrażenia, że to już nie są oni. To nie są ci sami rodzice. To nie jest to samo życie. Jest mi wstyd, że nie zdążyłam wykasować niektórych swoich zdjęć, okrutnych słów zapisanych, nie zdążyłam poprawić testamentu i tylu rzeczom zapobiec. Czuję napięcie w ciele na myśl o tym, co tam się dzieje. Widzę trumnę w swojej głowie, wkurzoną na mnie siostrę, która zrezygnowała ze swojej szansy życiowej, którą w tej linii życia realizuje, widzę, jak przeglądają moje prywatne rzeczy i zawodzą się raz po razie, zdając sobie sprawę, jak błędne mieli o mnie wyobrażenie. Ciągnie mnie znów do samounicestwienia, chcę to wszystko zakończyć. Nie wiem, jak potoczy się dzisiejsze spotkanie. Psychoterapeutka mniej więcej wie o tym wydarzeniu, ale nie zdaje sobie sprawy, jak wielką mi wyrządziło rysę na psychice. Nie zdołam jej tego dokładnie przedstawić. Uzna mnie za czuba. Tak jak uznaje każdego swojego pacjenta. Bo kto normalny płaci za takie gadanie. Myślę, że korzystniejsza byłaby rozmowa z teoretykiem kwantowym lub szamanem porozumiewającym się myślami i energią, aniżeli ograniczonymi słowami.