Nie mam siły. Wkurzają mnie ludzie i ja sama, nie mogę na siebie patrzeć, na moją ludzką formę. Wczoraj na zajęciach grupowych cała uwaga została skierowana na mnie, wysłuchałam tych psychologicznych pierdoletów, ale z zaciśniętymi zębami, myślałam, że zaraz tam wyskoczę z okna. Po prostu nie mogę słuchać tych ludzi. Tych, tamtych, żadnych, ich wypowiedzi, rady, wszystko jest na jedno kopyto i ta fałszywa empatia, przecież ja to czuję, widzę te spojrzenia, widzę obrzydzenie w ich oczach. I tak w końcu wyszłam w połowie zajęć, nie mogłam już wytrzymać, trochę mi też to zasugerowano, czułam to niedopasowanie, jak zawsze czuję, to się nie zmieniło i nie zmieni. Zamknęłam się w łazience i chyba z 15 min tam płakałam. Musiałam odreagować, jakoś tak wszystko, co złe, mi się przypomniało i skumulowało w głowie. Nie lubię robić czegoś, czego nie chcę, nie lubię, jak mi się wmawia, co czuję, jak pierdolą, że "też coś tam" - wstaw w "coś tam" ich własną interpretację dlaczego czegoś nie robię/nie zachowuję się tak jak oni. Ich "powód" ma się nijak z moim. Zawsze. Ale im się tak wydaje, to pierdolą i nie dają sobie przerwać, że nie o to chodzi! Nigdy tam nie wrócę, tylko się przekonuję za każdym razem, że byłam, jestem i będę sama w swoim osamotnieniu.