deader
Użytkownik-
Postów
4 886 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez deader
-
Cholera, może powinienem zacząć to PIĆ..? BTW - dziś znów w skrzynce pustka, chyba jutro przejdę się na pocztę sprawdzić czy nie zalega im to gdzieś w magazynie...
-
Ferdynand k, co ma ateizm do tego wszystkiego? o.O Sugerujesz że moralność wypływa z obecności bądź nie bata nad głową w postaci wiary w nagrodę/karę po śmierci? o.O
-
Jakoś nie wierzę w te rzeczy Więc głównie używam takie które mocno dają znać o swojej obecności, mają intensywny aromat, czy, jakby to powiedział mój tatko: "strasznie capią" - jabłko, drzewo sandałowe... Nic wyrafinowanego :)
-
kupmitrumne, neeeee, po prostu nie lubię jak mi chałupa fajkami śmierdzi
-
Ja czekam na olejki zapachowe, nie wiem skąd, ale jak sprzedawca określa termin doręczenia jako 4 dni robocze to po dniu 5-tym zaczynam się irytować Dziś mija dzień roboczy 7-my...
-
O fuck, zapomniałem że to też mnie wkurza! Gdzie są moje dwie przesyłki do chvja wacława?? :/
-
A w jaki sposób mam o sobie myśleć? Nic w życiu nie osiągnąłem i nie osiągnę. Jedyne co mogę zrobić to coś złego. Po pierwsze - zrobienie czegoś naprawdę złego na dużą skalę - to też osiągnięcie Po drugie - i już na serio - czy każdy musi w życiu coś osiągać? Jak dla mnie to jest jakaś porypana ni to propaganda ni to ideologia... sam nie wiem jak najtrafniej to nazwać, ale wiem że "osiągnięcie czegoś" to slogan ostatnich dziesięcioleci. Tłucze nam się do łba że "coś musimy osiągnąć", "coś musimy zrobić ze swoim życiem", "coś musimy zrobić ze sobą"... Ciągle coś musimy, ciągle się nas porównuje, zaczynam już tym rzygać... Ileż to razy słyszałem powyższe zdania - a jak niewiele razy słyszałem w życiu proste pytania: "czy jesteś szczęśliwy?", "czy dobrze ci się żyje?"... Więc dla mnie powód "nic w życiu nie osiągnąłem" to kiepski argument za opuszczeniem kurtyny. Mnóstwo ludzi nic w życiu nie osiąga. No, chyba że ktoś uzna nieudane małżeństwo, dwójkę szatańskich dzieci i kredyt na 30 lat za "osiągnięcie". Cóż, nie ja. Patrząc na świat widzę że "osiągnąć coś" to udało się niewielu. I nie ma co się zadręczać tym że się do nich nie należy, bo to tak jak rozpaczać nad tym że się nie urodziło jako syn czy córka milionerów - to rzecz całkowicie od nas niezależna.
-
Dla mnie sprawa jest prosta: nie ma żadnej jednej, niezmiennej "prawdy" życia, to jest pojęcie całkowicie wymyślone przez człowieka. Celem zaś życia jest możliwie mnogie rozprzestrzenienie swego materiału genetycznego, co może nie brzmi tak podniośle jak na przykład "być szczęśliwym", ale jest biologicznym faktem. O "prawdzie" człowiek sobie decyduje sam. na podstawie zebranych informacji przefiltrowanych przez własny umysł. Tym sposobem ktoś może za prawdę przyjąć choćby istnienie jednorożców, bo ktoś mu powiedział że to prawda a danemu osobnikowi nie chciało się tego zweryfikować; ktoś inny zaś usłyszawszy o jednorożcach przekopie się przez podręczniki, encyklopedie i zadecyduje żeby uważać je za mit. Nie ma więc jednej "prawdy", jest tylko jeden prosty "cel". Zaznaczam, że ostatnie zdanie to moja prawda. Tu się nie zgodzę, bowiem uważam właśnie że celem życia jest rozmnożenie gatunku. A "po co" to życie? Być może... po nic. W świecie złożonym w przeważającej części z materii nieożywionej, życie jest czymś siedzącym na marginesie, przypadkowym być może. I dalej by sobie "po nic" istniało, gdyby nie ewoluowało do postaci która jest zdolna stawiać takie pytania.
-
Ch*j mnie złamany obchodzi że Schumacher wybudził się ze śpiączki, czemu ten news mi wyskakuje na co drugim serwisie informacyjnym jako baner z "pilnymi wiadomościami"??
-
ROTFL Tak prawdziwe xD strasznie trzeb byc zaradnym zeby pojsc na szrot i kupic za grosze jakegos rzęcha Sądzę że dla kobiet uznających posiadanie samochodu za zaradność, kupienie szrota będzie ekwiwalentem umycia rąk przez bezdomnego na hasło "idź się wykąp"... Podejście bardzo fajne, bardzo super, szkoda tylko... że niewiele kobiet takie ma Kluczowym wydaje mi się zdefiniowanie pojęcia "prawdziwej kobiety". A raczej - odpuszczenie sobie tego określenia. Każdy bowiem ma inne standardy i inne wymagania; dla ciebie i dla mnie "prawdziwa kobieta" może znaczyć zupełnie co innego. Więc bezcelowym wydaje mi się doradzanie autorowi jak zdobyć "prawdziwą kobietę" - chyba chodzi o to żeby autor zdobył taką kobietę jaka mu się marzy, a czy ona będzie prawdziwa czy nieprawdziwa to już tylko nazewnictwo. Stąd bardziej niż inni zwrócę uwagę na dwa sprzeczne elementy oryginalnego posta: Zwykłych prostych kobiet nie znajduje się obficie imprezując, ponieważ w ten sposób znajdziesz najpewniej okazy podobnie jak ty - jedynie obficie imprezujące. Tak samo - wspominasz że masz multum kont na portalach randkowych. Ok, nie będę straszył że znajomości w ten sposób zawarte to w 100% nic niewarte relacje, ale myślę że dałoby się tą liczbę spokojnie obniżyć do 90% i to już będzie zgodne z rzeczywistością. Jeśli szukasz "zwykłej, prostej kobiety" to z twoimi zasobami (samochody, ubrania itepe) - zasadź się z bukietem kwiatów pod miejscowym sklepem i podbijaj do co bardziej wpadających ci w oko ekspedientek. Myślę że to by mogło w dwie strony zadziałać pozytywnie - ty byś znalazł zwykłą kobietę, a owa zwykła kobieta z radością pewnie rzuciłaby pracę w sklepie żeby zająć się swoim "prawdziwym facetem". I specjalnie wkładam te słowa w cudzysłów bo jak już wspominałem - dla każdego będą znaczyć co innego. Wnioski wysnuwam takie: albo szukasz tego czego pragniesz w złych miejscach, albo tak na prawdę szukasz czego innego niż nam opisujesz tylko - całkiem niestety słusznie - obawiasz się powiedzieć pewnych rzeczy wprost.
-
Oh lol Polecam epizod NC w którym poddaje analizie fenomen SM, sam dopiero po obejrzeniu stukłem się w głowę z okrzykiem "NO TAK!" [videoyoutube=mziTsgji7to][/videoyoutube]
-
Info które podlinkowałeś wyraźnie mówi że należy do antyhistamin, a "diphenhydramine has weak SSRI activity" gdyż nie należy do tej grupy leków per se
-
Obu nie oglądałem, ale to musiałoby być nezłe wyzwanie
-
Mam kolejną ciekawostkę - tzn. dla mnie na pewno, szanowne mangozjeby może o tym wiedzą. Ale czy widzieli..? Sazae-san Najdłużej - jak się właśnie dowiedziałem - emitowana kreskówka na świecie, w tym roku stuka jej 45 lat i ponad 7000 odcinków. Co prawda trwają zdaje się po 6 minut ale mimo wszystko - dayumm! Tak, Sazae-san ma więcej odcinków niż "Moda na sukces". I wystartował wcześniej. I pewnie jest dużo ciekawszy Wyszło mi że gdyby chciec obejrzeć całość, potrzebny by był nieprzerwany 30-dobowy maraton - możnaby cały festiwal z tego zrobić . Sazae-san jest już w Księdze Rekordów Guinessa, pora na widzów
-
Ja też po zolpie nie miałem żadnych jazd, a wypróbowywałem dawki rzędu 60 mg czyli 6x standard, przy czym nie było to związane ze wzrostem tolerancji bo było to moje trzecie czy czwarte łyknięcie tego leku. Ale nie wpadam do tematu o zolpie mówiąc że to cukierki. Zwłaszcza że o ile dobrze pamiętam, to na ulotce od Onirexu było (tak samo jak przy wszelkich benzo) wydrukowane jak byk: nie zaleca się stosowania dłużej jak przez miesiąc. Więc ludzie którzy mają problem z uzależnieniem od zolpidemu - przy całym współczuciu na jakie mnie stać - obiektywnie rzecz biorąc są poniekąd ofiarami swojej naiwności i/lub charakteru. Jak ktoś łykał te prochy miesiącami czy latami bez chwili refleksji i zastanowienia, w myśl twojej zasady "informacji szukam dopiero jak coś się spierdzieli" - to nie dziwne że i uzależnienie się rozwinęło.
-
Otóż nie, wystarczy mieć trochę oleju w głowie i tak jak przed każdą nieznaną dotąd substancją - czy to będzie antydepresant, czy trawka, czy heroina - dobrze jest dowiedzieć się co nieco o tym co się ma zamiar władować do organizmu. "Mądry Polak po szkodzie" - owszem, jest takie przysłowie, ale ono jest przestrogą przed takim postępowaniem. Nikt nie neguje. Ja ci wierzę jak najbardziej że mogłeś mieć takie a nie inne objawy, przy takim a nie innym leku i przy takim a nie innym jego stosowaniu. Tyle że to nie ma nic do tematu w pewnym sensie. Ludzie różnie reagują na różne rzeczy, to że tobie się przytrafiło to i tamto nie oznacza z automatu że te leki są "złe" i że należy odradzać ich zażywanie. My nie negujemy przeżyć ludzi, tylko walczymy z zabobonami. Można to odwrócić zresztą - ty widocznie miałeś niefarta, dlaczego negujesz wypowiedzi ludzi którzy mówią że antydepresanty im pomogły? Ja przy pierwszym swoim antydepresancie chodziłem po ścianach niemalże, kurewicy dostając, nie mogąc spać i inne przyjemności. Tyle że wiedziałem o tym że takie coś może się przytrafić, bo przed łyknięciem pierwszego procha znalazłem w necie forum nerwica.com na którym poczytałem sobie o trazodonie. U mnie się nie sprawdził ale u innych działa. Wniosek? Zamiast psioczyć że trazodon jest do d... to poprosiłem o zmianę leku. A potem o kolejną. Do momentu dobrania leków które się sprawdziły. Moja koleżanka z pracy twierdzi że się uzależniła od Apapu Noc. I ja jej wierzę, bo uzależnić się można od wszystkiego - psychicznie. Także od na przykład masturbacji czy dłubania w nosie. Ale to - ponownie - nie jest argument za tym że leki są "złe", że należy odradzać ich branie. Ponownie - uzależnić się psychicznie można od multum rzeczy. Pewnie od takich o jakich nawet mi się nie śniło. Ale co to za argument?.. Zgodzę się że z różnych uzależnień wychodzi się różnie, ja po jednym dniu bez papierosa też dostaję padaczki, tyle że "mentalnej" - wszystko mnie wkurvia, mam chęć rzucać cegłami prawie że. Ale to jest już uzależnienie nie tylko psychiczne, ale też fizyczne, organizm domaga się nikotyny. Stąd wszystkie wynalazki typu Nicorette zawierają nikotynę aby zaspokoić fizyczną potrzebę zażycia, palacz sam zaś musi się postarać o komfort psychiczny który dotąd dostarczała 'przerwa na dymka' i związane z nią rytuały. Przy odstawianiu antydepresantów o ile się orientuję takie zjawisko nie zachodzi. Jak mi się zdarzy zapomnieć o wzięciu leku rano to nie dostaję padaki i drgawek i nie myślę cały dzień o tym żeby wrócić do domu i nażreć się fluoksetyny. Zgodzę się tym samym z tym że dyskusja nie ma sensu, bo zeszła na tor totalnie inny niż tytuł tematu. Bo że psychicznie się od czegoś można uzależnić, to wszyscy wiemy. A przynajmniej powinniśmy. Tego nikt nie neguje. ------------------------------------- Zobaczymy co będę pisał w tym wątku za pół roku. Obecnie bowiem odstawiłem już połowę branych leków, niedługo zacznę zabierać się za stopniowe zmniejszanie fluoksetyny - do zera docelowo. Nie zejdę najpewniej tylko z hydroksyzyny, ponieważ tak się przyzwyczaiłem do brania jej wieczorem, że ciężko mi będzie to odstawić. Dlatego z premedytacją będę karmił to małe uzależnionko. I nie dlatego że hydroksyzyna tak zajebiście uzależnia, nie. Po prostu przyzwyczaiłem się do łykania czegoś "na sen" a hydroksyzyna będzie zdrowsza niż codzienne żarcie Apapu Noc. -- 13 cze 2014, 13:42 -- Jeszcze jedna sprawa: Nie można porównywać "normalnego" brania leków, wedle zaleceń lekarza, do alkoholowego ciągu. To tak jak z tą trawką. Jak pijesz 8 miesięcy non-stop, jak 8 miesięcy non-stop jarasz, jak 8 miesięcy non-stop bierzesz leki - to owszem, można sobie organizm i psychę rozwalić. Ale ręczę - na własnym przykładzie - że jeśli przez 8 miesięcy (czy jak w moim przypadku - przez kilka lat) będziesz wypijał jedno-trzy piwka wieczorem, to żadna padaka cię nie dopadnie jak raz się nie napijesz czy jak przerwiesz.
-
Dark Passenger, mam przeczucie że to w dużej mierze przez to, że wypowiedzi takie jak strzela xanonymous pochodzą w większości z ust ludzi którzy nigdy nie mieli osobiście do czynienia z uzależnieniem, a także mają problem z lenistwem. Pierwsza część jest chyba zrozumiała: ktoś kto nie był nigdy od czegoś uzależniony może mieć tylko obrazowe pojęcie jak to wygląda, mniej lub bardziej zgodne z rzeczywistością w zależności od źródła z którego czerpie się informacje. Można przykładowo posłuchać wypowiedzi księdza, psychiatry i ćpuna - i każdy najpewniej inaczej opisze "jak wygląda uzależnienie". Niestety ludzie są skłonni bardziej wierzyć wszystkim tylko nie ćpunowi, który ma doświadczenie z pierwszej ręki, ale taka już ludzka natura - chcemy wierzyć w to co nam wygodniej. A to się wiąże z drugą częścią - z lenistwem. Na przykład taki fragment: no po prostu śmiech na sali, bez obrazy. Jakim to trzeba być naiwnym leniem żeby przed łyknięciem lekarstwa nie przeczytać ulotki, nie przegrzebać internetu w poszukiwaniu informacji... W ulotce są wypisane wszystkie możliwe nieprzyjemnostki związane z przyjmowaniem leku, stoi też jak byk że zakończenie leczenia powinno przebiegać pod kontrolą lekarza... Ale po co czytać ulotki, nie? Przecież jak człowiek przeczyta ulotkę, to będzie wiedział co mu grozi i przyjęcie leku będzie jego decyzją, i o wszystkie konsekwencje będzie mógł mieć pretensje do siebie; wygodniej ulotkę wyrzucić a potem psioczyć na lekarzy, na producentów bo to "wszystko ich wina"...
-
No tak, alkoholizm czy kac - przecież to to samo...
-
ladywind, taki mamy klimat
-
Czytam artykuł o rozwoju wydarzeń po śmierci dziecka zamkniętego w samochodzie w Rybniku i jestem naprawdę ucieszony... reakcją ludzi. Zazwyczaj sąsiedzi i inni miejscowi opluwają jadem każdego komu przydarzyło się takie nieszczęście, tymczasem w tym przypadku wydaje się że cała dzielnica widzi że nie ma w tym żadnej winy ojca zmarłego dziecka. Choć tyle dobrego z tej tragedii że nieco wiary w ludzi odzyskałem, tyci promil, ale jednak.
-
Szefu na urlop wyjechał to klienci jak muchy do gówna się zlecieli, no nie dadzą człowiekowi odpocząć
-
Wystarczy wejść na onet i przeczytać jeden z artykułów, który tak się składa, że był podlinkowany z Newsweeka...
-
Nie wiem co w tym dziwnego, "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem", naturalne że się zmawia z tymi z którymi się zgadzamy. Poza tym skoro według niektórych Korwin uważa kobiety za głupie, to taki sojusz tym większy ma sens: mądremu łatwiej głupim sterować przecież.
-
Zaczyna się! http://swiat.newsweek.pl/sojusz-korwina-mikke-z-le-pen-newsweek-pl,artykuly,341355,1.html