wstałam
nie za wcześnie, ale i nie za późno, bo o 8:30.
Obiecałam siostrze, że pójdę z nią na miasto, bo musiała zakupy zrobić.
Wróciłam i posprzątałam chatę, trochę odpoczęłam, przespałam się i poszłam jakoś po 17 do żabki po fajki gdzie po drodze dostałam takiego napadu lękowego, że miałam ochotę cofnąć się i pobiec do domu.
Ale dałam radę, wróciłam, chciałam lorafen wziąć ale postanowiłam sobie, że nie wezmę i dam sobie radę. Dałam. Później nieco lepsze samopoczucie, ale teraz siedzę i znowu to samo...