To co powiedziała Ci ta znajoma psycholog to według mnie święta prawda. Ja też doszedłem do wniosku, ze albo bedę wegetował, albo zacznę robić coś czemu podołam i okazało się, że ta 2 opcja okazała się odpowiednia. Mam wrażenie Saanna, że przeżywamy podobne wewnętrzne konflikty odnośnie tego co robimy w pracy. Też po studiach pracowałem niespełna 2 lata w swoim zawodzie w biurze projektowym, ale borykając się z problemami natury psychicznej chyba nie udźwignąłem tej odpowiedzialności w pracy i pracodawca obserwując moje małe zaangażowanie oraz słabe wyniki pracy mnie zwolnił. Od tamtego czasu straciłem wiarę w siebie i popadłem w coraz większe zobojętnienie i beznadzieję. Bezrobocie, kilka terapii zarówno grupowych jak i indywidualnych, oraz w najgorszym momencie pobyt na oddziale zamkniętym. To wszystko musiałem przejść, aby być w takim momencie w jakim jestem obecnie. Teraz pracuję od roku w fabryce jako pracownik produkcyjny. Praca na produkcji jak wiadomo nie należy do najambitniejszych czy rozwijających, bo uczysz się pewnych określonych powtarzalnych czynności a potem klepiesz je w kółko. I wiadomo, wtedy rodzi się we mnie złość i frustracja, że mam wykształcenie zarówno średnie jak i wyższe techniczne, a przyszło mi pracować na produkcji wśród ludzi w znacznej większośc z wykształceniem zawodowym i wykonuje te powtarzalne, manualne czynności. Z drugiej strony w głowie też pojawia mi się myśl, że Ci ludzie nie przeszli tyle co ja i nie wiedzą co spowodowało, że tak dobrze zapowiadający się inżynier wylądował w fabryce jako pracownik fizyczny. Niemniej na dzień dzisiejszy wiem, że na lepszą pracę mnie nie stać, bo zdjaę sobie sprawę, że ze swoimi "przypadłościami zdrowotnymi" nie podołam, a tutaj mam ten komfort, że praca w tym charakterze nie jest dla mnie stresująca i coś robię, a nie wegetuję w domu na utrzymaniu rodziców. Po prostu tak powiedziała ta znajoma psycholog: "to twoje życie, przeżyj go tak jak potrafisz", bo zaburzenia na jakie cierpimy nie przechodzą i trzeba nauczyć się z nimi żyć dokładnie tak samo, jak ktoś się rodzi bez ręki czy nogi i musi zaakaceptować ten stan i z nim żyć. Tak samo my, żyjmy tak jak potrafimy, bo w naszym przypadku jedyną alternatywą jest samobójstwo.
A jeżeli chodzi o leki, to w poniedziałek idę do lekarza na wizytę i będę mu sugerował, że chcę stopniowo schodzić z leków, bo przyjmuje je już niespełna 2 lata. Oczywiście mówię tutaj o ostatnich 2 latach, bo leczę się już od 12 lat z przerwami. Po tym co tutaj piszecie odnośnie SSRI to zacząłem mieć obawy o swoje emocje i uczucia w związku z długotrwałym przyjmowaniem tych leków. Mam spłycone uczucia, ale jak by zanikły jeszcze bardziej to na pewno nie wpłyneło by to na mnie korzystnie.