madseason
Użytkownik-
Postów
827 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez madseason
-
pytanie - czy można podnieść sobie dawkę na jakiś czas, czy krótkoterminowo to nie ma sensu? miałam schodzic z leków, brałam pół 50tki, ale czuję się strasznie teraz. nazbierało się okoliczności w moim życiu i dopadły mnie myśli autoagresywne znów. dziś łyknęłam 100. ale nie wiem czy to ma sens. tzn. czy cokolwiek to da, czy tylko sobie wmówię że mocniej działa. bo chyba na mocniejsze działanie trzeba czekać prawda? co robić/???????
-
diotiama: przechodziłam przez podobne kwestie z tym, że ja byłam na oddziale dziennym. też nie chciałam nikomu mówić. wszystko jest procesem. minęły dwa lata i byłam na dwóch oddziałach. wiedzą o tym bliscy znajomi, moja rodzina najbliższa też. kiedyś wydawało mi się to nie do wyobrażenia że mogę im powiedzieć. ale myślę, że to konieczne. to choroba. i leczenie. po co ukrywać? lepiej nie produkować kłamstw i zastępników. robisz to dla siebie. po to by żyć. to jest hierarchia ważności. życie. cała reszta typu praca, może teraz wydaje się to niewyobrażalne, ale warto to na jakiś czas odwiesić na kołek. i wyleczyć siebie. 2 tygodnie to masakryczniemało. ledwo co zdążysz wejść w środowisko szpitalne. możliwe że Ci się bardzo pogorszy. bo terapia działa trochę jak leczenie zębów. boli. ale działa. czasem bardzo powoli. czasem trzeba podrążyć głęboko. ja bym na Twoim miejscu przegadała z psychiatrą to wszystko. co dla Ciebie najlepsze teraz. dla tego, żebyś żyła a nie wegetowała. (i w tym wypadku - skoro tak jak mówisz - siedzisz w fotelu i nie wstajesz, dziwne że rodzina nie reaguje ani Twój chłopak nie widzi, że jesteś w złym stanie). pogadaj o możliwościach, o czasie i rodzaju terapii. skoro boisz się zostawić na jakiś czas pracę może formy wieczornych spotkań grup wsparcia? po prostu obgadaj to ze specjalistą. i na pewno nie czekaj dłużej. to się "samo" nie rozwiąże. wiem co mówię.
-
jasne, można poetyzować. ale ja widzę to inaczej. dla mnie to wyłączenie świadomości. na stałe. dla mnie nie ma w tym nic czystego. pustka nie wydaje mi się niewinna. pustka jest pustką. tak, wróciły do mnie ostatnio. wiem, że dzieją się z powodu tego co przerabiam na sesji. wiem, że tracę nadzieję czasami. wiem,że dopóki żyję mogę coś zmieniac. nawet jeśli teraz wszystko wydaje się jałowe i niezmienialne a każdy ruch męczy. tylko śpię. przesypiam to. i nawet chciałabym z kimś przegadać. ale co powiem. wstyd gadać o myślach s. wstyd dla mnie. bo gówniarsko brzmi. nieodpowiedzialnie. niedorośle. a ja nie powinnam nie mogę nie chcę odgrywać przerażonej życiem dziewczynki. w jakiś sposób musze przetrzymać to. efekt uboczny tego co się dzieje to to że doszłam do wniosku, że mimo ludzi wokół nie mam nikogo bliskiego. szukałam dziś w telefonie numerów pod które zadzwonić. i tylko do siostry. której matowym głosem powiedziałam, że w sumie jest w porządku w porządku w ciemnym pokoju w samotnej przestrzeni z rodzicami za ścianą z myślami o tym jak by tu przestać istnieć po sesji wpadłam w taki stan, że nie pamiętam części drogi powrotnej. wszytsko dlatego,że konfrontuję się z tym, że nie wiem co to znaczy być szczęśliwą i potrafię tylko unieszczęśliwiać samą siebie. jak więc znaleźć cel i sens życia skoro coraz jaśniej widzę, że wciąż dążę do destrukcji.
-
widzę, że temat się kręci. ja się tutaj w ogóle ostatnio nie kręcę. o oddziale 7f słyszałam dużo, zwłaszcza kiedy mieszkałam w krakowie i szukałam miejsca na terapię. ostatecznie byłam gdzie indziej na oddziale otwartym. tymczasem w ramach nędznego i jakże naiwnego zwracania na siebie uwagi, dziś po terapii byłam tak wściekła, że połknęlam wszystkie antydepresanty jakie znalazłam w torbie. niestety było ich mało.
-
byłam na dwóch grupowych, nawet nie umiem teraz sobie przypomnieć ile trwały, ale chyba półrocznych (?), miałam kilkadziesiąt wspierających rozmów w interwencji kryzysowej (dopiero po roku zorientowałam się, że psycholog traktuje mnie jak kumpelę i generalnie nie ma pojęcia jak mnie prowadzić, do czego się zresztą przyznał), a teraz po zakończeniu drugiej grupy jestem od stycznia na indywidualnej, po raz pierwszy prowadzonej w kompetentny sposób. terapia sama w sobie mnie nie przeraża, w sensie mogę to ciągnąć jeszcze sporo, bo czuję że potrzebne są mi te rozmowy. tam jest w miarę bezpiecznie. prawdziwa jazda zaczyna się p o wyjściu, kiedy moja głowa zaczyna sama analizować wszystko i szaleć. wtedy czuję, że nie wytrzymam nawet do kolejnego spotkania. mam tak jak Ty, niewierząca, bez przyjaciół z którymi mogę być zupełnie szczera (więc tylko wypisuję swoje emocje), z rodziną której traumatyzujący wpływ na mnie ostatnio osłabł i z problemami z wchodzniem w związki...i jakimkolwiek daniem sobie przyzwolenia na zadowolenie z czegokolwiek. chcę być nieszczęśliwa, bo to funkcjonalne dla mnie. nauczyłam się tylko cierpieć. stąd się zastanawiam, ile jeszcze wytrzymam, zanim będę potrafiła zmienić swoje nastawienie bądź pęknę z rozpaczy. a co do tego, że na drugim spotkaniu już dotknęłyście zasadniczych kwestii, to podziwiam. ja długo chowałam w sobie prawdziwe przyczyny mojego stanu i zupełnie nie umiałam mówić o emocjach i tym skąd się biorą. pytania o rodzinę i dzieciństwo wręcz mnie śmieszyły, że niby o co chodzi skoro było "normalnie". dlatego chyba zaczęłam maskować się objawami, cięciem, drgawkami na grupie, zawrotami głowy.
-
ja tak mam od sesji o złości na mamę. i od tematu seksu też. złe to wszystko co teraz w głowie. wczoraj się przepracowałam, 12 godzin a dzisiaj jeszcze nie wyszłam do pracy, prowokuję chyba złość innych ludzi. budzę się z pustką i beznadzieją w głowie. i ciąglym znakiem zapytania o to ile jeszcze wytrzymam.
-
no i znów się włączę, jako ten trzeci niepotrzebny głos. kurcze, w sumie to wcale mogłabym nie pisać, bo Ty naranja wyrażasz podobne do moich emocje i nawet podobnie je uzasadniasz, po raz kolejny mnie to zadziwia. też tak mam z ludźmi że jak ktoś jest miły, ot tak, to mnie bierze podejrzliwość. bo o co cho, przecież to ja zawsze MAM być tą miłą i dobrą a potem dostać po tyłku. obowiązkowo. bo lubię to, lubię cierpieć, karać siebie nawet bez powodu. nawet nie wiem o co mi chodzi w tym momencie. z jakiej okazji mam od zeszłego tygodnia zjazd. znów sobie intelektualizuję umieranie, pogrążam w rozmyślaniach o tym jaki rodzaj śmierci i czemu się jej boję itd...a nawet nie wiem po co mialabym teraz chcieć umierać. myśli to tylko myśli. kaleczących też trochę mam. na ramieniu mam takie miejsce, w które niedawno mnie podrapał kot. i teraz sobie bezkarnie jeżdżę po tym miejscu dodając lekkie zadrapania. nasiliło mi się, nie wiem po co, dla kogo chcę coś "udowadniać"...o co chodzi? przecież to jest zupełnie bez sensu i nic mi nie daje...nie wiem, nie rozumiem siebie. przespaćprzeczekać.
-
wyjątkowo na kaczkę, która właśnie się piecze i pachnie całkiem-całkiem. ale jestem wegetarianką. więc nie ulegnę.
-
cure znów. to wish impossible things. coraz smutniej mi jest.
-
nie zgadzam się z tym, że w depresji pragnie się "zawisnąć" jak to poetycko ująłeś. nie będę mówić za wszystkich, powiem za siebie. ja w najgorszych momentach dużo myślałam o śmierci, zastanawiałam się nad metodami, obsesyjnie się skupiałam na tematyce umierania. i wydawało mi się że tego właśnie chce...ale jak potem trochę się uspokoiłam doszłam do wniosku, że chciałam po prostu ucieczki, byłam mega-sfrustrowana i załamana tym jak wygląda moje życie, a jedynym wyjściem WYDAWAŁO się właśnie samobójstwo. przy okazji stępiły się wszystkie inne uczucia, została tylko rozpacz...mam szczęście że organizm sam siebie wyłączył i po prostu przesypiałam całe dnie w ten sposób się znieczulając. cięciem się też się znieczulałam. zastępowało myśli o problemach, zastępowało analizowanie na terapii, wykoślawiało wszystko co sobie układałam powoli w głowie. taki atak na samą siebie. - poprawia się pani? - tak, czuję się lepiej (ciach ciach w łazience:) - ... a teraz to chcę żyć. mimo iż wczoraj cały dzień myślałam o tym, po co ciągnę to życie. o.
-
naranja: to ciekawe, że pytałaś (kogo innego, ale i tak się odniosę) o Alice Miller... jeszcze nie przerobiłam, mam na pulpicie, ale nie lubię pdf więc tak sobie póki co leżą. znów muszę się z Tobą zgodzić na 100 procent:D "przepracowanie" nie kończy się na intelektualnym zrozumieniu. ja jestem typem osoby, która bardzo dużo analizuje i teoretyzuje i w mojej głowie to mam niby wszystko poukładane...ale emocje i tak idą swoim torem. najważniejsze, to przenieść to co w głowie na poziom działania. ja dopiero się uczę. uświadamiać sobie skąd się bierze wściekłość, dół. obecnie staram się też zatrzymać stare, niezdrowe reakcje, ale jednocześnie nie blokować tego że czuję wściekłość. po prostu inaczej ją katalizuję...uważam, że to błąd mówić komuś, że nie może czy nie powinien czuć tego co czuje...właśnei dobrze mówić o żalu do rodziców, nie ma w tym nic złego, nikt od tego nie zginie (choć nie powiem, przełamując lojalność i ochranianie mojej matki czasem czuję jakbym ją w jakiś sposób "zabijała". a przecież ostatecznie chodzi o to, żeby żyć wreszcie w zgodzie ze sobą. SOBĄ!) po tym kim sama i jestem i po opowieściach ludzi z terapii...wydaje mi się czasem że wszystkie te problemy to właśnie zablokowane emocje. więc jak najbardziej trzeba je zacząć wreszcie oswajać, przeżywać, wkurzać się i machać rękami na fotelach terapeutycznych:D:D:D Helvetti: palce, w sensie, strasznie zgryzam sobie całe linie papilarne, i skórę wokół palców, wszystko. po kąpieli wygląda to dość obrzydliwie, za to szybko się goi. zastanawiam się czy to się podciąga pod autoagresję czy jakiś infantylizm późnodziecięcy, nieszkodliwy choć upierdliwy nawyk;P;P;P w ogóle o tym nie gadam z terapeutką.
-
od internetu, ciągle jeszcze od dosrywania sobie (ale pracuję nad tym), od ogryzania paznokci i od muzyki. od leków na depresję nie jestem bo ponoć się nie da, ale uzależniam się od myśli, że bez nich byłoby ze mną bardzo źle. a, i od kawy z mlekiem.
-
Helvetti: u nas na terapii było tak, że jak ktoś sobie nie wyobrażał życia bez zmiany swoich schematów myślowych to po prostu się z nim nie pracowało, bo był niegotowy na terapię...mojej kumpeli zajęło to rok bardzo intensywnej indywidualnej terapii żeby zaczęła widzieć, że może żyć bez przypalania sobie skóry. ja też od mojej terapeutki usłyszałam, że lepiej że teraz nie jestem w związku skoro nie wyobrażam sobie, że mógłby być to związek szczęśliwy. ale trzeba też mieć do tego dystans, bo idąc tym tropem myślenia -> byłoby lepiej żebym nie żyła skoro nie wyobrażam sobie, że umiem być szczerze szczęśliwa. Korba: powodzenia w ukrywaniu blizn...ja niedawno wyszłam spod prysznica i jak mi skóra nasiąka wodą to dopiero widzę jak zmasakrowane mam palce. też się obawiam wakacji nad jeziorem:/
-
Problemy z psychika czy seksualnoscia?
madseason odpowiedział(a) na konwalia123 temat w Odpowiedzi i pytania do psychologa
wątpliwości miałam wcześniej, ale zawsze podobali mi się mężczyźni, przynajmniej tak to widziałam. jak miałam 19 lat inaczej zaczęłam rozumieć swoje przywiązanie i fascynację kobietami w moim gronie i też się tym bardzo gryzłam...i też NIE CHCIAŁAM jeśli można tak to uznać, bo to kolejny problem z tożsamością jaki mi doszedł. wiesz, to wszystko to jest proces, akceptacja siebie, swoich uczuć, pragnień...Ty widzę jesteś na etapie tłumienia wszystkiego i blokowania jakiejkolwiek seksualności....trochę mnie to przeraża że tak bardzo siebie negujesz. może warto zastanowić się od czego to się zaczęło, skąd się wzięły wątpliwości, z kim byłaś kiedy te myśli ruszyły lawiną...i może rzeczywiście przegadać to ze specjalistą..czy to objaw nerwicy, czy jakaś tłumiona część Ciebie dochodzi do głosu. a ja mam 27 lat i nie zastanawiam się teraz nad orientacją. moje trzy ostatnie związki były z mężczyznami, dawno nie fascynowała mnie żadna kobieta z mojego otoczenia...ale nadal mi się kilka podoba:) -
Problemy z psychika czy seksualnoscia?
madseason odpowiedział(a) na konwalia123 temat w Odpowiedzi i pytania do psychologa
ja nie mam nerwicy, ale też miałam takie dylematy. w wieku 19 lat zaczęłam się zastanawiać czy na pewno jestem heteroseksualna. myślałam, i byłam przerażona, i patrzyłam na kobiety, i nie wiedziałam, i byłam jeszcze bardziej przerażona, i zaczęłam się izolować od wszystkich, bla bla...na to nałożyły się problemy z seksem z facetami, obsesja ciąży, mnóstwo lęku, coraz częstszym oglądaniem się za kobietami, coraz silniejszymi fascynacjami. w moim wypadku skończyło się to dwoma intensywnymi związkami z kobietami, określeniem siebie jako biseksualna, mnóstwem jazd psychiczynych a na końcu uspokojeniem. teraz nadal sama nie wiem jak jest z moją orientacją. czasem wracam nawet do koncepcji że jestem hetero, czasem wyciszam się i akceptuję to z kim byłam bez szukania przyczyn i robienia z tego w swojej głowie problemu. psycholożka na mojej terapii mówi, że nie zajmuje się orientacjami. i też chyba nie ma zdania na ten temat. o. -
naranja, dokładnie tak, zgadzam się w 100 procentach...w moim wypadku samookaleczanie właśnie tak działało, jako kara dla samej siebie za złość do innych ludzi, lub kara dla nich za to, że ich nie było kiedy potrzebowałam (oczywiście nigdy nikomu nie mówiłam pod czyim wpływem się pocięłam) lub nie zareagowali tak jak chciałam. teraz uczę się mówić, jak ktoś mnie zirytuje, zazwyczaj są to drobne sprawy, nic wielkiego..ale dla mnie to milowy krok nie dusić wszystkiego w sobie...naprawdę często ludzie wokół po prostu nie wiedzą czego my oczekujemy lub nie mają pojęcia jak zareagować, wtedy się wycofują...czasem też my oczekujemy zupełnie czegoś innego niż moga nam dać..ja tak miałam ze swoją przyjaciółką, która mi powiedziała ostatnio, że nie jest już ze mną związana emocjonalnie. zabolało. ale nie musiałam z tego powodu odreagować na sobie. po prostu było mi przykro. w ogóle u mnie cięcie się to był tylko okres w moim życiu (choć nie powiem, ostatnio często o tym myślę, ale to tylko myśli póki co. plus od czasu do czasu lekkie zadrapania); bardziej mnie wkurza to, że od wielu lat gryzę się po palcach do krwi i ogryzam paznokcie. to straszne i nie mogę tego się pozbyć:/ ale nie wiem czy to zalicza się do autoagresji czy jakiegoś dziwnego nawyku z dzieciństwa. whatever. co do wywalania z oddziałów. nie rozumiem z jakiego powodu. przecież problem cięcia się trzeba przegadać a nie z jego powodu odsyłać osobę z problemem. ja na oddziale miałam apogeum agresji do siebie. za ostatni swój "wybryk" dostałam wizytę interwencyjną na której pani psychiatra mnie kompletnie zgnoiła:( nie wiem czemu służą ich metody, nie rozumiem. ale na oddziale zostałam do końca.
-
cure - płyta wish, utwór nr 4.
-
Cayenette: miałam troszkę podobnie do Ciebie z tym, że w mniejszym natężeniu. Też pisałam swoje książki, wymyślałam historie i pogrążałam się w swoim świecie od dziecka. u mnie akurat to wynikało z samotności, wyobcowania (i nadal do końca nie wiem czy to ja uciekałam od rówieśników czy to oni się ze mną czuli źle) i tym, że w pisaniu/rysowaniu/wyobrażaniu znalazłam sobie ładne ujście emocji, ucieczkę od wszystkiego. w czasie dojrzewania bajki zaczęły zmieniać się w koszmary i uciekałam w coraz gorsze wizje...we wszystkich było mnóstwo negatywnych emocji a na zewnątrz byłam miłą, cichą, nieśmiałą dziewczyną. teraz mam 27 lat i sprawiam wrażenie "bezproblemowej" laski, która swoim "optymizmem" pomaga innym...a w środku dzieje się coś zupełnie innego niż na zewnątrz. i dopiero teraz uczę się mówić o emocjach. MÓWIĆ. bo tak jak Ty, ja swoją relację z mamą określałam jako super eksta...ale nie mówiłam jej nic o tym co się ze mną dzieje. wszystko zapisywałam tylko dla siebie...i tak jak Ty, patrząc na samą siebie, w pewnym momencie nie wiedziałam kim naprawdę jestem, nie poznawałam też siebie w lustrze...wszystko z powodu mega-zablokowanych emocji. myślę, że to temat na terapię...jak poczujesz się gotowa - idź. każdy/każda z nas do tego szybciej lub wolniej dojrzewała.
-
wkurza mnie że znów ogryzłam palce do krwi a nawet nie wiem na co się wkurzyłam:P
-
u nas na grupowej było tak samo. jeżeli jest zagrożenie życia to w ogóle się robi wszystko co konieczne, dzwoni się do rodziców/opiekunów i nie ma pytania o zdanie osoby chorej. natomiast co do Twoich prywatnych spraw związanych z emocjami, jeżeli nie ma zagrożenia samobójstwem, to wydaje mi się, że psycholog nie ma prawa nikomu opowiadać. rozumiem trochę to, że nie chcesz mówić rodzicom. ja bardzo długo nie mówiłam, że chodzę na terapię, że byłam u psychiatry...dopiero po roku im powiedziałam, ojciec oczywiście stwierdził, że wymyślam sobie a mama, że "przykro jej że mam problemy ze sobą"...
-
chyba oprócz oddawania rozmawiacie na oddziale o tym po co wam te przedmioty i w jakich momentach ich używacie? ja na oddziale potrafiłam w łazience jeździć sobie po ręce wsuwką do włosów, agrafką i innymi głupotami. potem nauczyłam się mówić o tym na co się wściekam. ale trochę mi zajęło. a Ty? wiesz z jakich powodów kolekcjonujesz te żyletki?
-
mówić. porozumiewać się. wypisywać te emocje. rzygać nimi na zewnątrz. literami, nie krwią.
-
sama nie wiem po co weszłam w ten wątek..może dlatego, że po prostu jest mi bliski, choć najgorsze stany mi minęły. teraz, w momentach trzeźwości, mam ochotę napisać, że TO mija, że można się leczyć, że terapia powoli, ale działa, że każdy człowiek może chociaż trochę się zmienić...ale to wszystko tak optymistycznie brzmi, że aż mdło, poza tym sama sobie bym nie uwierzyła kiedy jestem w dole. i na tym to polega kochani, tu jest klucz...ciężko wspierać się na ramionach innych samobójców...o ile mają siłę na empatię to zrozumieją (to już dużo)...ale podnieść się na ciele kogoś kto sam sobie życzy być pod ziemią jest strasznie trudno...to co mnie wtedy uratowało, to nie czytanie smutnych forum..ale chwila w której kumpela mnie na siłę wyciągnęła z domu i po prostu ze mną posiedziała. żywa. może nie uśmiechnięta, ale i nie zdołowana...po prostu była...słuchała nielicznych słów jakie mogłam wypowiedzieć, ale się nie użalała...BYŁA. więc i ja zostałam. naiwne. ale pomogło:) ... a jak pokochać siebie? nie wiem. ale wiem, że - na swoim przykładzie - da się dojść przynajmniej do tego skąd się wzięła nienawiść do swojego życia.