Skocz do zawartości
Nerwica.com

Doktor Indor

Użytkownik
  • Postów

    1 907
  • Dołączył

Treść opublikowana przez Doktor Indor

  1. Rozpisaliście się, nie dam rady się teraz do wszystkiego odnieść, więc odniosę się tylko do tego. TERF – Trans Exclusionary Radical Feminist. To radykalne feministki, które jednocześnie wykluczają osoby trans (np. odrzucają twierdzenia, że trans kobieta to jest kobieta). MTF – Male to Female. Osoba urodzona jako chłopiec / mężczyzna, która na jakimś etapie stwierdza, że czuje się kobietą i chce być uznawany/a za kobietę. Tak samo w drugą stronę FTM. Jest jeszcze np. MTFTM (i FTMTF), czyli osoby po detranzycji. Zmienił płeć, okazało się że nie rozwiązało mu to problemów, więc zmienił w drugą stronę. Oj, środowisko takich nienawidzi. Mówiąc „trans” cały czas mam na myśli transseksualistów. Nie miałem za dużo kontaktu z transwestytami (w zasadzie nie miałem w ogóle), nie znam tego środowiska, ale też nie mam nic przeciwko – jak facet chce chodzić w spódniczce to niech sobie chodzi. Nie musi mi się podobać (tak jak wiele innych rzeczy na świecie mi się estetycznie nie podoba), ale nie ujmuje mi to nic jako mężczyźnie. A jeśli chodzi o to, co kogo podnieca np. w sypialni, to już zupełnie nie moja sprawa, ale jakbym się o tym dowiedział (że np. mój kumpel przebiera się w damskie ciuszki w łóżku) to nic by to nie zmieniło w moim podejściu do niego – jego fetysz, jego sprawa. Co do drag queen (gdzieś się to przewinęło), to jest to po prostu jakaś forma sztuki. I jak to ze sztuką, nie każdy musi ją rozumieć (ja np. nie rozumiem, ale może nie jestem docelowym odbiorcą). Kiedyś na pierwszą randkę zabrałem dziewczynę do klubu dla gejów na pokaz drag queen, bo była ciekawa, jak to wygląda, a ja też chciałem coś innego niż klasyczne kino / piwo. Podobało jej się. I nawet piórko z pióropuszu sobie na pamiątkę zostawiła, bo spadło. Po detranzycji chciałem napisać, ale nie mogę już edytować komentarza. https://www.totylkoteoria.pl/tranzycja-detranzycja-zmiana-plci/
  2. O jak fajnie, w końcu temat, w którym możemy się wszyscy pokłócić i zablokować w piździec :3 Oto co uważam. Przy czym to jest tylko moja opinia, bazująca na moich własnych obserwacjach i doświadczeniu. Nie zapraszam do dyskusji (zmiany mojego zdania), choć oczywiście każdy może napisać, że się z tym nie zgadza i że jestem dzbanem. Doprecyzujcie tylko proszę, czy zbitym, czy nie. 1. Geje. Wisi mi to i powiewa, z kim ktoś sypia, o ile mi tego nie narzuca. Przez narzucanie mam na myśli np. profilowe, które mój znajomy ustawił sobie na walentynki, a na którym to liże stopy swojego faceta. Było to zwyczajnie niesmaczne. Jakby się całowali, to nie byłoby niesmaczne (nie mam problemu z widokiem dwóch całujących się facetów), ale kurwa lizanie stóp? Inna sprawa, że gdyby to był hetero, zareagowałbym tak samo. Może to po prostu wynika z tego, że nie mam (i nie rozumiem) fetyszu stóp. Bycie gejem ma swoje zalety. Jak ostatnio szukałem kierowcy dla dziewczyny, bo mi się już nie chce jej wozić, to wybór padł właśnie na niego. Dorobi sobie chłopak, a ja mam pewność, że nie będzie tam żadnego romansu w tle, bo on ma na laski wywalone tak bardzo jak ja mam wywalone na jego faceta. W zasadzie nawet bardziej, bo jest autystyczny i jak się gdzieś spotykaliśmy w większym gronie, to kobiety po prostu ignorował. 2. Środowisko gejów. Znów, z mojej obserwacji – wyjątkowo skurwiałe środowisko, w którym liczy się przygodny seks i w sumie niewiele więcej. Zdradzić swojego chłopaka? A co za problem, to tylko seks. Jeśli ktoś jest stary i jest gejem, to ma przesrane. Jeśli ktoś jest gejem i chce się zakochać, to ma przesrane. Dlatego wielu gejów jawnie twierdzi, że jest „spoza środowiska” – to po prostu faceci, którzy (tak jak każdy inny) chcą kochać, być kochanymi, stworzyć stały związek. Jeśli chodzi o związki partnerskie, czy małżeństwa homoseksualne – popieram. Mi to nic nie ujmuje, a im realnie może pomóc, i widzę w czym, bo nie mam ślubu z moją dziewczyną i wiem, że o ile mogę ją notarialnie upoważnić do wszystkich informacji medycznych, itd. to jak ja zejdę z tego świata, a ona wszystko odziedziczy, to będzie musiała zapłacić potężny podatek. Tyko że my możemy wziąć ślub. A geje co mają zrobić? Umowę dożywocia zrobić? To powinno być unormowane. Z drugiej strony nie śledzę tematu, może związki partnerskie już istnieją. Nie wiem. Jeśli nie istnieją, to niech zaistnieją. 3. Lesbijki. Nie znam za dużo lesbijek, choć był okres, gdy trochę się obracałem wśród lesbijek (koleżanka bi miała koleżanki, i się bujaliśmy razem po mieście). Ciężko mi coś więcej powiedzieć. Dziewczyny były w porządku. 4. Środowisko lesbijek. Tu też mi się ciężko wypowiedzieć, bo nie poznałem go na tyle. Słyszałem opinie, że to jest skurwiałe środowisko, ale czy to jest prawda? Nie wiem. 5. Transy FTM. No i tu przestnaie być miło. W większości (!) są to autystyczne, zaburzone dziewczyny, które środowisko transów (punkt ósmy) mami akceptacją, a które zamiast tranzycji powinny dostać realną psychologiczną pomoc, bez afirmacji. Są to dziewczyny, które ku akceptacji progresywnych lekarzy, obawiających się zniszczenia kariery przez środowisko transów, robią sobie realnie krzywdę. Natomiast dopóki sobie, a nie innym, i dopóki nie są to bliskie mi osoby, to też mam to gdzieś, nie obchodzi mnie to. Chcą to niech sobie robią co chcą. Choć ja mam duży problem ze zwracaniem się do kobiety męskimi zaimkami. Czuję po prostu wewnętrzny dyskomfort, niezgodę. Może to jest problem ze mną, ale tak jest. Jeśli ktoś ma np. córkę, która nagle chce, żeby zwracać się do niej męskim imieniem, to przed podjęciem jakichkolwiek decyzji polecam książkę Abigail Shier „Irreversible damage: The Transgender Craze Seducing Our Daughters”. Miałem okazję przeczytać (tak jak bardzo wiele innych materiałów), gdy moja wieloletnia relacja nagle stwierdziła, że ona to w sumie jest on, zaczęła brać testosteron i umówiła się na podwójną mastektomię, ku aprobacie lekarzy. Na szczęście zmieniła zdanie zanim zrobiła sobie realną krzywdę, ale relacji nie udało się już uratować, bo ja absolutnie nie akceptowałem jej nowej tożsamości, uważałem ją jedynie za objaw głębszych problemów (i po latach przyznała mi rację – zrobiłaby sobie wtedy krzywdę). Natomiast prawda jest taka, że i tak źle i tak niedobrze, i moim zdaniem pierwsza w kolejności powinna być akceptacja. Uważasz, że jesteś chłopakiem? Ok, będę cię w tym wspierał. Ja tak nie potrafiłem (próbowałem przez rok), ale jeśli ktoś potrafi, to utrzyma relację z kimś, kogo kocha, czego mu życzę. Jeśli okaże się, że ta osoba faktycznie jest trans, to OK. Jeśli okaże sie, że to był tylko etap zagubienia, to też OK. Byle nie podejmować radykalnych decyzji zbyt wcześnie. Na lekarzy bym tu nie liczył. Miałem przyjaciółkę, która też miała taki okres. Nieleczona trauma z powodu wykorzystania seksualnego. Miała już zielone światło od wszystkich lekarzy, była przed tranzycją, ale ogarnęła się w porę, teraz poszła w drugą stronę, jest TERF-em i ogólnie absolutnie obrzydliwą, nienawistną osobą (nawet jak na moje standardy, a w moim przypadku poprzeczka jest bardzo wysoko), więc nie jestem już w stanie utrzymywać z nią kontaktu. Żeby oddać sprawiedliwości, znam też przypadek po tranzycji, który jest szczęśliwy, odnajduje się w swojej nowej roli. Nie znamy się blisko (nawet jako laski jej nie lubiłem, po prostu była wyjątkowo toksyczną przyjaciółką mojej obecnej dziewczyny), ale jeśli jest szczęśliwa, szczęśliwy… no to tym lepiej, niech będzie. Życzę mu (!) jak najlepiej. 6. Transy MTF. Również są to zaburzeni mężczyźni. Z racji hobby, które przyciąga różne dziwne osoby, poznałem bardzo wielu transów MTF i powiem jedno – 100% z nich jest autystycznych, 100% jest absolutnie przewrażliwionych na punkcie swojej transseksualności. Nie poznałem żadnego transa MTF, który nie miałby cech autystycznych. Żadnego, ani jednego. Są to bardzo głęboko nieszczęśliwi mężczyźni. Do tego mam wrażenie, że część z nich jest uzależniona od seksu i traktuje swój transseksualizm jak kostium porno (tak to określiła ta moja ex-przyjaciółka) – ale to tylko moje wrażenie, może być mylne. Inna sprawa, że są wśród nich również chłopcy, którzy przeżywają kryzys własnej tożsamości, a środowisko (punkt ósmy) ich przygarnia, bombarduje miłością i nakłania do tranzycji. Polecam wyszukiwać sobie w Internecie na przykład takie nazwisko: Łukasz Sakowski. Choć poznałem tego człowieka i osobiście go nie lubię, to uważam, że został dramatycznie skrzywdzony przez to środowisko. Jest oczywiście przez środowisko znienawidzony, bo wyłamuje się ze schematu. I tu, choć go nie lubię, ma moje 100% poparcie. 7. Femboye. Osoby, które odrzucają swoją męska rolę płciową. Nie rozumiem zjawiska i nie znam takich osób (znałem tylko jedną, kiedyś, ale kontakt się urwał, chłopak się we mnie zresztą zakochał), ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Są to są, nikogo nie krzywdzą, życzę im jak najlepiej. Ogólnie budzą moją sympatię. 8. Środowisko transów. Oj, tu się mogę rozpisać. Wyjątkowo nienawistna, wręcz faszystowska sekta, która żeruje na osobach w kryzysie tożsamości, mamiąc je akceptacją, a części z nich robiąc realną krzywde. W tym okresie, o którym wspominałem w punkcie 5, poznałem i środowisko transów, i środowisko TERFów, bo naprawdę chciałem zrozumieć, z czym mam do czynienia, z czym się mierzę i co będzie dla tamtej osoby najlepsze. To sa absolutnie straszne osoby, niszczące każdego, kto się z nimi nie zgadza. Osoby, z którymi nie chcę mieć nic do czynienia. 9. „Osoby LGBT” i środowisko LGBT. Tu mamy dwie możliwości. Albo ktoś jest zbyt tępy, żeby odróżnić swoją szeroko rozumianą nieheteronormatywność od, jak to pan były prezydent trafnie określił (a wiele osób chyba specjalnie przekręciło to, co miał na myśli), „ideologii LGBT”, albo doskonale wie, co mówi i co robi. Nie uważam, żeby „osoby LGBT” i „środowisko LGBT” miały coś wspólnego z orientacją seksualną. To jest propagandowa zagrywka, mająca na celu przywłaszczenie sobie osób nieheteronormatywnych przez grupę wywodzącą się ze skrajnie lewicowych środowisk politycznych. Co głupsi przyjmują tę propagandę, zrównując swoją orientację z poglądami politycznymi, co mądrzejsi widzą rozróżnienie i albo świadomie decydują się na przynależność do środowiska (bo poglądy im odpowiadają), albo drastycznie się od środowiska odcinają (i wtedy dopiero im biada; polecam wyszukać „Gej przeciwko światu”). Środowisko LGBT, znów po moich doświadczeniach z nim, uważam za sektę, która bezlitośnie niszczy wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z jej poglądami. Zazębia się to ze środowiskiem transów, choć środowisko jest podzielone i jest coś takiego jak „LGB Alliance”, które odrzuca środowiska transowe. Natomiast nienawiść, ostracyzm i cancelowanie dotyka również terapeutów, którzy zamiast afirmować zaburzenia swoich pacjentów chcą im realnie pomóc (a są kraje i stany, w których jest to wręcz zakazane). Czyli, reasumując, temat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, i nie można go spłycić do „lubię gejów” (i wtedy dostaję akceptację) lub „nie lubię gejów” (i wtedy jestem uważany za bigotę i złola).
  3. I u mnie mniej więcej taka właśnie przemiana nastąpiła dzięki wenli (i dostosowaniu sobie życia pod tak naprawdę niepełnosprawność, jaką jest zniszczona psychika). Dzięki. Ja śmiało mogę powiedzieć, że ten lek uratował mi życie.
  4. Nie, nie widzę, bo wiem jak było bez, i wiem jak było na innych lekach, w tym na przeklętej paroksetynie. Nie ma magicznej pigułki. Wenla ze wszystkich niemagicznych pigułek działa w moim przypadku możliwie najlepiej i ma najmniej efektów ubocznych. Są rzeczy, które działają lepiej. Xanax wzięty poprzedniego dnia daje mi rano taki łagodny, odcięty nastrój, co pomaga. Porządne napierdolenie się wódką też w pewnym momencie sprawia, że panika ustępuje, tak jakby ta lękowa część poszła spać. Żadna z tych rzeczy nie jest tą, którą chciałbym na dłuższą metę stosować. Ty widzisz panikę, bo przyjdzie gość z przeglądem. Ja widzę sukces, bo paniki nie ma w milionach innych przypadków, w których kiedyś by była. Ja widzę sukces, bo mimo tej paniki jestem mimo wszystko w stanie na tego gościa zaczekać. To, co ty i inni widzicie we mnie, to jest wierzchołek góry lodowej. To, co prezentuję światu i samemu sobie, to jest wierzchołek góry lodowej. Tam pod spodem jest taki skurwysyński syf, do którego nawet ja nie mam dostępu, ale wiem, że tam jest i wpływa na mnie. Wiem i czuję, że nie mogę mieć do niego dostępu, bo bym go nie udźwignął. Może „jeszcze” nie mogę, może nie będę mógł nigdy. Nie wiem, co dokładnie działo się w moim dzieciństwie, bo mam jedną wielką białą plamę, gdy próbuję sobie cokolwiek przypomnieć (pamiętam tylko fragmenty), a nikt mi nic nie powie, ale wiem, że było koszmarem. Awantury, przemoc, bicie w zasadzie od urodzenia, włączając w to ciskanie mną o ścianę przez kochanego tatusia, gdy byłem noworodkiem i nie chciałem przestać płakać (to wiem od matki), albo (to wiem od siostry matki) celowe zadawanie bólu przez matkę, żeby wymusić na mnie konkretne zachowania przeciwko ojcu. Nie wiem czy jeszcze seksualnie czegoś nie było, bo choć nic takiego nie pamiętam, to w zasadzie jak sobie przypomnę siebie z wieku 8-9 lat to wszystkie objawy pasują do molestowanego dziecka. To, że ja tak dobrze funkcjonuję POMIMO tego, że panikuję TYLKO w tych konkretnych przypadkach, że jestem w stanie pracować, utrzymać siebie i rodzinę (bez małżeństwa i dzieci to też jest rodzina), to że psychika mi się jeszcze nie rozsypała na amen, to jest tak naprawdę ogromny pozytywny skutek wenli i moich mechanizmów wypierania, które ta wenla wspiera. To dlatego jestem zwykle odcięty od emocji i bezuczuciowy. Gdybym pozwolił sobie na odczuwanie, mógłbym stracić kontrolę. Panika jest niestety ceną, jaką za to płacę. Ceną akceptowalną, biorąc pod uwagę alternatywę. Ludzie z takimi przejściami jak ja w dorosłości popadają w alkoholizm, narkotyki, lądują na ulicy albo gorzej, Tomek. Ty chcesz, żebym ja eksperymentował. Wydaje ci się, że wiesz lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre, a – przepraszam, że to powiem – no cóż… nie wiesz. Możesz mieć jedynie odniesienie do siebie i swoich doświadczeń. Całe życie ktoś twierdzi, że wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Że moja percepcja mojej własnej rzeczywistości jest błędna. A prawda jest taka, że kiedy mówię, że nie mam przestrzeni na eksperymenty, to znaczy, że jej nie mam. To nie jest zaproszenie do dyskusji, do podważania mojej oceny swojego stanu psychicznego. To jest stwierdzenie faktu. Dlatego przepraszam, że to powiem, bo wiem, że to wynika z dobrego serca i szczerych intencji, ale bardzo cię proszę, żebyś skończył już temat mojej farmakoterapii, nawet w żartach, OK?
  5. Co wam pada? Ciekawe czy to samo co u nas.
  6. I u mnie bardzo mocno się odbiło. Ale chyba mam to już za sobą. Teraz podchodzę do siebie bardziej z troską, niż z wymaganiami. Nie na zasadzie „zrób to i ani k…wa mruknij” tylko opieki nad tą częścią mnie, która wtedy cierpi. U mnie gamechangerem był bus. Dzięki temu moje bezpieczne miejsce jest zawsze ze mną. Choć bez wenli samo wyjście z domu było problemem, a pojechanie gdzieś dalej to już w ogóle. Jak odstawiłem wenlę to doszło do tego, że przed każdym wyjściem z domu musiałem łykać xanax (ale wtedy jeszcze nie miałem busa), więc stwierdziłem że to nie ma sensu – syf milion razy gorszy i prosta droga do uzależnienia. A teraz… po prostu funkcjonuję. Są sytuacje triggerujące, szczególnie czekanie na kogoś, spotkania z ludźmi, bycie zamkniętym (szczególnie jak nie mam czasu żeby panikować, bo np. jestem gdzieś umówiony albo jadę z kotem do weta – chcę minimalizować jego czas bycia w transporterze), ale jest ich o rzędy wielkości mniej, niż było, zanim dostosowałem pod swoje problemy życie. No więc rzeczy tylko do paczkomatu, jeśli już kurier to ma zostawiać rzeczy pod drzwiami, itd. Zastanawiałem się, na przykład, czy nie zrobić sobie uprawnień gazowniczych, żeby samemu podbijać sobie przegląd gazowy. Bo czekanie na ziomka, który raz do roku przytknie urządzonko do zaworu i podbije przegląd (a to zawsze jest panika, poczucie ogromnego zagrożenia, choć racjonalnie wiem, że absolutnie nie ma do tego powodu – coś się przestawia w pustym indyczym łbie i tyle), versus zapłacenie paru stów i zrobienie uprawnień online… No kusi. Elektryczne zdałbym z palcem w dupie, tylko musiałbym sobie normy przypomnieć, ale ich nie potrzebuję, bo przeglądy są co 5 lat, a ja nie pracuję w zawodzie. Żeby te uprawnienia były bezterminowe to bym zrobił, ale tak to trzeba odnawiać co parę lat, z tego co wiem jest co parę lat egzamin (co zawsze w jakiś sposób stresuje), itd. Inna sprawa, że taki detektor gazów swoje kosztuje, nie wiem czy nie trzeba go co jakiś czas kalibrować, więc dla jednego dnia w roku to by się mogło zupełnie nie opłacić. Mam książki do gazownictwa, czekają na przeczytanie. Może przeczytam i wtedy zdecyduję. Byłby jeden stresor w roku mniej. No i kiedyś jeszcze wiązałem spore nadzieje z terapią. Bardzo długo się męczyłem, czekając na jakieś rezultaty. A rezultatów nie ma, nie było i nie będzie. Chyba po prostu łatwiej jest doić klienta z kasy niż uczciwie powiedzieć mu wprost: moim zdaniem pana przypadek jest beznadziejny i nieuleczalny, nie widzę możliwości poprawy. Bo taka jest prawda. Nie wszystko da się zmienić. Pewne rzeczy są w nas zapisane na zawsze i będą już do śmierci, i możemy albo z nimi walczyć (i przegrać), albo próbować się do nich dostosować i żyć pomimo nich. Smutne? Owszem. Sprawiedliwe? Ani trochę. Prawdziwe? Niestety.
  7. Doktor Indor

    Perfumy

    Wg mnie każdy tak ma Z tego co wiem zapach to bardzo pierwotny zmysł, jest przetwarzany w mózgu na dosyć niskim poziomie w porównaniu z innymi zmysłami, stąd takie silne jego połączenie z układem limbicznym. Prostackich januszowych tekstów o „zapachach z pipki” nie skomentuję bo nie jesteśmy na wiejskim weselu… Trzymajmy jakiś poziom.
  8. Pewnie tak. Jak się ma nerwicę. Ja nie mam nerwicy (choć długo myślałem, że mam, bo patałachy przez lata nawet zdiagnozować mnie nie potrafili). I to jest jedyne, co pomaga. Pogodzenie się z tym, że po prostu pewnych rzeczy nie mogę robić i nigdy nie będę mógł. Gorzej, że czasem muszę je robić. I wtedy jest koszmar. Wiesz jak to jest – to jest totalnie rozwodnione. Miałbym ich pozywać, liczyć się z tym, że wszystkie intymne szczegóły mojej terapii zostaną wywleczone i słuchać udowadniania, że to ja nie współpracowałem?
  9. Z nadzieją, że da. Kombinowaliśmy, EMDR, mindfulness, w międzyczasie zrobiłem dwa 8-tygodniowe kursy MBSR. Zero rezultatów. Chodziłem bo miło się rozmawiało o wszystkim. Takie wyrzyganie emocjonalne, mniej więcej to samo co mogę zrobić jakbym sobie np. założył tutaj temat „indyczy blog”. Za darmo. No i cały czas miałem nadzieję, że jednak będą postępy. Poprzedni terapeuta (supervisor jeszcze poprzedniej terapeutki, do którego mnie odesłała, gdy jej się pomysły skończyły, i do którego chodziłem parę lat) przynajmniej miał jaja, żeby powiedzieć (i pamiętam to słowo w słowo do dziś): „Panie Indyczku, sam pan widzi, że nic z tych rzeczy, których próbujemy, nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”. W moim przypadku postępy są bardzo realnie mierzalne, bo mam bardzo realne objawy. I tych postępów nie było. Po zakończeniu w sumie 18-letniej przygody z terapią, na którą poszedłem z konkretnym celem rozwiązania tego konkretnego problemu, było dokładnie tak samo jak było na początku, ani lepiej ani gorzej.
  10. Patrząc wstecz to może i lepiej, bo i tak nic mi ta terapia realnie nie dawała.
  11. – Panie Indyczku, rozmawiałam z moim supervisorem i niestety nie mogę kontynuować z panem terapii. – Ale… yyy… czemu tak nagle, co się stało, co… (?) – Niestety nie mogę podać panu powodu. I won z buta po 8 latach cotygodniowych spotkań. Do dziś nie wiem co było powodem. I taki był koniec mojej przygody z tą dziedziną magii.
  12. Boże, to ma nazwę O.o u mnie tak było z „cukier”, jak miałem z 10 lat leżałem chory, na soczku było napisane że zawiera cukier, i tak się gapiłem w ten soczek, i ten cukier, i cukier, i cukier… A co do tematu. Wszystko ma swoje powody, ale nie zawsze je znamy. Nie zawsze też możemy się do nich cofnąć. Mi się nie udało.
  13. A weź zobacz ile moich postów ma napisane „Edytowane przez Doktor Indor”. Często wracam bo coś jest nie tak.
  14. To nie tak. Teraz już nie lubię, ale jak jeszcze chodziłem na terapię, to robiłem długie rozeznanie, zanim kogoś wybrałem. I to mi ta ostatnia terapeutka powiedziała – że przez kilka pierwszych sesji czuła się strasznie obserwowana, poddawana ocenie, tak jakbym w każdej chwili był gotów wstać i wyjść. Bo byłem. Przejrzałem wszystkich terapeutów tego nurtu w moim mieście i wybrałem właśnie ją. Wcześniej przeczytałem wszystko, co można było znaleźć o niej w necie. A i tak koniec końców się zawiodłem. Gdybym nie czuł „vibe'u” z terapeutą, to terapia nie miałaby sensu. Nie otworzyłbym się. Nawet bym nie chciał.
  15. Żeby nie mieszkać w syfie.
  16. O matko, trudne pytanie się wylosowało Robota, po robocie ogarnięcie akwarium, po ogarnięciu akwarium do sklepu, po sklepie ogarnąć koty… A w tym drugim wielkim świecie co słychać?
  17. „Połowa odłożonych problemów rozwiązuje się sama.” – Dr Indor Produktywny „Boże, a mogłeś z tego żebra taką fajną kolejkę elektryczna zrobić…” – Dr Indor, filozof „Chwal się sam, krytyką zajmą się przyjaciele.” – autor nieznany „Z kota pierwiastka wyciągnąć się nie da…” – kolega z dawnej pracy „Po co się tak starasz na starcie? Przecież i tak na końcu przewalisz.” – Dr Indor, motywator „Pójdę do nieba. Pamiętaj o mnie, a zabiorę Cię ze sobą.” – Kominek „Ja tego nie uczynię, bo to jest wbrew mądrości.” – ksiądz (na mszy żałobnej) „Z rozpaczy zakochałaś się w pierwszym, który chciał Cię zrozumieć.” – Dr Indor, terapeuta „Znowu cię sołtys na sprężynie do budy uwiązał i za daleko odszedłeś?” – z dyskusji w Internecie, autor nieznany „– Topiliście już marzannę? – Teraz topi się księdza.” – pani E.
  18. Jak komuś krowa wystarczy Mi wnieśli nową, a starą sam wyniosłem (wywiozłem do fundacji, przyda im się).
  19. O to prawda, z doświadczenia mówię Ja nie wiem czy moi terapeuci mnie lubili. Nie powiedzieli mi tego, a ja nie pytałem. Oni nie byli od tego, żeby mnie lubić. Tak samo nie wiem czy np. moja dentystka mnie lubi i mało mnie to obchodzi. I też jej o to nie pytałem
  20. Mojej nie widać, jest niżej, cała na biało. Matko, prędzej bym rowerem chyba pojechał niż autobusem. A mój dzień się jeszcze nie zaczął.
×