Skocz do zawartości
Nerwica.com

skakunna

Użytkownik
  • Postów

    262
  • Dołączył

Treść opublikowana przez skakunna

  1. @Dryagan, właśnie skończyłem Szczelinę, jest naprawdę mocna, jeśli ktoś ma bujną wyobraźnię, to nie polecam czytać samemu w nocy. Na pewno sięgnę po inne pozycje od tego autora, a film obejrzę znowu, jak pisałem, mnie osobiście wydał się być całkiem niezły, ale nie czytałem wcześniej książki i nie miałem porównania, możliwe, że zmienię nazwę.
  2. Braki w magnezie po kawie to akurat z czegoś innego się biorą, kawa zawiera kwas szczawiowy, który związuje wapń i magnez do postaci soli szczawianowych. Wapń można uzupełnić pijąc kawę z mlekiem, natomiast z magnezem jest trochę ciężej, nałogowi kawosze muszą się suplementować.
  3. Fakt, ale wellbu jest drogi jak na generyk. Parę dni temu kupiłem generyk generyku na 2 miesiące (60x150mg) za równowartość około 60 złotych, więc chyba da się leczyć bupropionem bez jakichś chorych wydatków.
  4. 170 złotych miesięcznie? Serio? Przecież są zamienniki za Wellbutrin, nie? Agomelatyna, jak inne wcześniejsze cudo od Serviera na A wali po wątrobie, trzeba robić co jakiś czas badania krwi. Z nie-SSRI/SNRI dosyć trudno trafić, na to wygląda.
  5. Próbował ktoś połączenia bupropion+tianeptyna? Bupro czasami mnie pobudza i po 4-5 godzinach snu jestem świeży (co też w sumie nie jest zdrowe), ale czasami mam dni, w których jestem na moim trybie "default", czyli spałbym pół doby, dodatkowo i tak nie mogę się na niczym skoncentrować. Za miesiąc mam konsultację u psychiatry i nie wiem już, co mu podsunąć, bo bupro spełnia swoje podstawowe funkcje, jednak nie tłumi złych reakcji na stres, wkurwu na świat i siebie i widocznie nie oddziałuje do końca na te receptory, na które powinien (dopamina?). Co prawda znam podejście mojego psychiatry do tianeptyny, tzn. "powinni to wycofać, bo nie działa, ale jak bardzo pan chce, to przepiszę" i pewnie po kolejnej prośbie to będzie wyglądało, że płaci mi Servier, ale już serio nie wiem, co mi pomoże. SSRI i SNRI odpadają, na nich jestem jak zombie i Śpiąca Królewna zarazem. Bupro (NDRI) pomaga, ale nie tak, jak bym tego oczekiwał, a biorę już szósty tydzień. Tiana za wiele mi nie pomagała, nie szkodziła, może w połączeniu z bupro mogłaby mnie naprostować?
  6. Ja piłem kawę przy każdym antydepresancie i nic mi nie było ani nie jest. Ale każdy ma te receptory trochę inne + dochodzi jeszcze temat serca i ciśnienia. Nie wiem, czy np. przy tych potencjalnie kardiotoksycznych TLPD kawa jest wskazana albo przy starych MAO.
  7. Czy zmniejszone łaknienie może nie przekładać się na spadek wagi? Jakie znaczenie może mieć poziom kortyzolu?
  8. Nie wątpię, ale dobrze się znam i różne dziwne rzeczy robiłem pod wpływem lub żeby się bardziej napić, ale nie aż takie, żeby ryzykować poranienia przełyku lub zatrucie denaturatem. Najgorszych siarkofrutów próbowałem, ale zwykle lądowały w zlewie. Nawet nałóg ma swoje granice, problem polega na tym, że mogą się one przesuwać.
  9. Czy ja wiem, jak narzucę sobie tydzień-dwa abstynencji to raczej pomaga wytrzymać i nie robi wiru w kieszeni jak prawdziwe %. Nie wiem, czy tak samo będzie działał przy abstynencji i trzeźwości bezterminowej. Już raz takie coś miałem i nie, nie rozbiłem szyjki, co to w ogóle za pomysł? xD Ale fakt jest, że lepiej, abym to wyrzucił. A wiesz, że wątroba daje o sobie znać na różne sposoby? Boleć też może, ale wtedy już jest zwykle bardzo źle.
  10. Wiesz co, w weekend przegiąłem i miałem wrażenie, że moja wątroba zaczyna protestować, więc w poniedziałek 0, wtorek (dziś) 0 i nie będzie, co jutro, to się zobaczy, ale mam trochę rzeczy do załatwienia, więc pewnie też 0. Bez wielkiego ścisku mogę wytrzymać tydzień spokojnie ani bez piwka. Staram się odwracać uwagę mózgu, to kawą, to herbatą, to piwem bezalkoholowym, jakąś smaczną wodą mineralną (wczoraj miałem taką z ostropestem właśnie na wątrobę) itd. I tak wychodzi taniej. XD Mnie by te piwa też kusiły, mam tu co prawda jedno wino, ale nie da się go otworzyć, bo pokruszył się korek. Docelowo chciałbym osiągnąć coś takiego, co mam z papierosami, tylko że papierosów nigdy nałogowo nie paliłem, dlatego przyszło mi to łatwo: w sklepie półki z papierosami są dla mnie praktycznie niewidoczne.
  11. Różne słyszałem opinie o AA, od tych, że to świetna organizacja do takich, że to pic na wodę i prędzej znajdziesz tam kompana do kielona niż pomoc w trzeźwości.
  12. Minęło półtora roku i co? Nic, żadnych zmian na lepsze?
  13. Wydaje mi się, że najlepiej podać do przeczytania, nawet przed wizytą.
  14. Nie wiem, czy się rozumiemy. Mam na myśli ludzi żyjących w trzeźwości mimo tego, że są alkoholikami. Inaczej spotkania AA i tak dalej nie miałyby sensu, prawda? Między ćpunami nie mam zamiaru obracać się nawet teraz, zresztą chyba popadam w typową dla alkoholików pułapkę, że niby jestem lepszy, bo "tylko" piję, ale nie ćpam. Tak czy inaczej, potrzebuję wsparcia.
  15. Dzięki, zupełnie nie wiem, jak to może wyglądać tutaj w zagramanicy, ale pewnie podobnie. Na pewno będę musiał utrzymywać kontakt z ludźmi żyjącymi w trzeźwości mimo podobnego problemu.
  16. Ja w zagramanicy chodzę do lekarza na odpowiedniku NFZ, tak że płacić dodatkowo nie muszę i bardzo sobie chwalę, bo to złoty facet, w Polszy byłem raz u psychiatry na NFZ i nigdy, żółwa, więcej. Takiego podejścia na odp...ol nigdy wcześniej i nigdy później nie zaznałem.
  17. Talent talentem, ale takie cuda może wydobywać z podświadomości wenlafaksyna. Nie chcę pisać, że nie polecam, bo niektórym wenla pomaga, ale u mnie właśnie te posrane sny były jedynym dobrym, co mi dała. xD
  18. No to jak już załapałem wenę, opiszę inny sen, trochę dodałem, trochę odjąłem, ale zasadniczo fabuła pozostała niezmieniona. Stacja Nigdzie Główne. Przystanek na żądanie. Sam słupek z małą tabliczką rozkładu jazdy. Ledwie wysiadłem z jelcza, kierowca zamknął drzwi i natychmiast odjechał przy okazji zasmradzając spalinami najbliższe otoczenie. Wrześniowe popołudniowe słońce oświetlało połacie nieużytków i jakąś wielką, dymiącą fabrykę w oddali z jednej i mały lasek z drugiej strony. Przez lasek przebiegała wąska ulica z chodnikiem po prawej stronie. Nieco dalej w prawo za drzewami widać było torowisko kolejowe, którego nie przeoczyłem jadąc autobusem, w końcu przejechaliśmy wiaduktem nad nim. Jakieś dziesięć minut marszu, może i mniej i będę na miejscu. Po drodze między torami, przy budynku, który kiedyś może był nastawnią, na tle wyłączonych z ruchu wagonów bili się dwaj bezdomni. Do krwi, jeden drugiego powalił i kopał już leżącego. Ich problem, idę dalej. No i już widzę zatoczkę, minęło mnie jakieś małe auto, dalej widzę budynek. Na postoju taksówek stoją dwie - jeden biały, zaniedbany stary polonez "przejściówka", czyli rocznik 1990-1991, drugi znacznie nowszy i o wiele bardziej zadbany bordowy samochód tej samej marki z logo korporacji na drzwiach. Ja nie wiem, gdzie właściwie jestem, wiem tylko, że w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem będzie udać się na dworzec, do którego się właśnie zbliżam. Niski, piętrowy budynek ze szkła, metalu i blachy falistej. Brzydki, socjalistyczny potworek z kryzysowych lat osiemdziesiątych. Ale może dokądś stąd odjadę, bo wygląda to na dworzec. Dwie otwarte kasy, nad nimi tablica z odjazdami i przyjazdami. Nie wiem, dokąd chcę jechać, dlatego wolę sobie usiąść w poczekalni. Jakiś dziwny, nieprzyjemnie wyglądający typ spogląda na mnie z jednej z ławeczek. Wygląda dosyć groźnie, wolę się nie gapić. Mam ochotę przemyć sobie twarz, proszę więc kasjerkę o kluczyk do WC. Ona spogląda na mnie odrywając wzrok od monitora CRT, przyjmuje parę monet i daje mi kluczyk natychmiast wracając do pogaduszek z koleżanką. Przy okazji się wysikam. Do butelki nalałem sobie kranówy, bo nie mam co pić. Półtoralitrowa butelka po gazowanej wodzie źródlanej, o czym informuje nader oszczędnie zaprojektowana etykieta, ląduje już pełna zwykłej kranówki w plecaku. Dziwny, nieprzyjemny typ zniknął, słychać hamowanie pociągu. Pewnie jego. Bon voyage. Po niemal pustej poczekalni nerwowo przechadza się jakiś wysoki, gładko ogolony facet z pociągłą twarzą, szczupłą budową ciała i skórzaną kurtką narzuconą na koszulę wciągniętą w dżinsy. Skądś go znam. Ma około czterdziestu-czterdziestu pięciu lat. Zagadam go, ale najpierw przejdę się po dworcu, może mają tu jakąś jadłodajnię czy smażalnię hamburgerów lub cokolwiek tego typu. Przypomniałem sobie, że przecież jest na zewnątrz, po drugiej stronie prowadzącej w bok ulicy są nawet budki z piwem z małymi ogródkami skąpane w przyjemnej zieleni, ale moją uwagę przyciągają półotwarte drzwi w mniejszej, zupełnie pustej poczekalni, skąd dociera do mnie zapach... frytek. Ostrożnie zaglądam do środka i to, co widzę dalece przekracza moje oczekiwania. Tu w biały dzień trwa regularna libacja na zaawansowanym etapie. - E, chodź tu, napijemy sięęę! - woła mnie jakiś facet z litrową butelką cyrylicznej wódki. Widzę, że niektórzy uczestnicy libacji mają na sobie robocze ciuchy nie do końca czyste, więc pewnie przyszli tu prosto z pracy. Niektórzy mówią po polsku, niektórzy po rosyjsku. Sami faceci, ani jednej kobiety. Surowe wnętrze ze ścianami pomalowanymi olejną farbą przesiąknięte jest zapachem alkoholu, papierosów, wspomnianych wcześniej frytek, potu i chyba jeszcze rzygowin. Oprócz ścian jest tu tylko coś w rodzaju barku, spartańskie stoliki i drewniane krzesła. - Na chuuuuj nam swoboda ruskiego naroda, gdy nie ma co palić i nie ma co pić... - bełkotliwie śpiewa jeden z nich fałszując melodię radzieckiego hymnu i puszcza pawia. Ktoś chwali się pistoletem przed swoimi kompanami. Uznaję, że mam tego dość. Nie mam ochoty tu zostawać, więc kieruję się do wyjścia i prawie potykam się o leżącego, kompletnie pijanego uczestnika imprezy, widocznie ze słabszą od innych głową. Głośno chrapie. - Długo spałem? - pytam siedzącej obok mnie na ławeczce na zewnątrz dworca kobiety, kiedy zebrałem się po przebudzeniu do kupy. - Nie wiem, dopiero się dosiadłam - odpowiada z uśmiechem nieznajoma, powolnym ruchem wyciąga papierosa z paczki i odpala. Chce mnie poczęstować, ale odmawiam. Nie palę. Ona pali i patrzy gdzieś w dal. Przyglądam jej się dyskretnie. Jest starsza ode mnie, na pewno ma czterdziestkę lub się do niej nieuchronnie zbliża, może więcej, na pewno też ma mniej niż pięćdziesiąt. Na głowie burza naturalnie rdzaworudych, kręconych włosów. Zielone oczy, które od czasu do czasu ukrywa za ciemnymi szkłami. Ubrana jest w zieloną bluzkę i szarą, długą spódnicę, jakby chciała ukryć raczej szczupłe kształty. Jej ruchy są delikatne, jakby nad każdym chwilę myślała, zanim go wykona. Przypomina mi aktorkę, tylko nie wiem, którą. Pali papierosa i spogląda przed siebie, patrząc na jakiś nieokreślony punkt w powietrzu. Postanawiam sprawdzić, czy nikt mi nic nie zwędził z plecaka. Wszystko mam. Telefon, portfel, pieniądze, wszystko na swoim miejscu. Oddycham z ulgą. - Gdzie my właściwie jesteśmy, nie wie pani przypadkiem? - pytam kobiety. - Daruj sobie tą panią. Jestem Aldona, a ty? Przedstawiam się. Podajemy sobie ręce. Ma na dłoniach sporo biżuterii. Wydaje mi się, że raczej dobraną z gustem, bez tandety i pozornego przepychu. Czuć od niej papierosami i perfumami. - Miło mi. Nie wiem, chyba jesteśmy w Warszawie. Dokąd chcesz jechać? Masz spory wybór, nie musisz ograniczać się do naszego kraju. Berlin Lichtenberg, Hoek van Holland, Bruksela, Budapeszt Keleti, Praga, Ostrava-Svinov, Belgrad, Odessa, nawet do Sofii coś czasami jeździ parę razy w roku, Kijów Pasażerskij, Mińsk Pasażerskij, Moskwa... - wymienia z pamięci - wszystko dostępne, oczywiście, jeśli masz paszport. Chwilę myśli, wciągając dym do płuc, nie patrząc mi w oczy: - Ostatnio znowu jest trochę problemów z ruskimi. Nie miałem pomysłu, co odpowiedzieć, więc tylko chrząknąłem uznając, że to wystarczy jako oznaka przyjęcia do wiadomości. Pomyślałem tylko, że to nie może być Warszawa, bo to jakaś głęboka prowincja. Albo jakiś peryferyjny dworzec, na który skierowano dalekobieżne i międzynarodowe pociągi z powodu remontów. Ale dlaczego tu jest tak mało ludzi? Dlaczego autobus nie wjeżdża tutaj, lecz wysadza ludzi kilkaset metrów stąd na przystanku z napisem NA ŻĄDANIE? Dlaczego stoją tylko dwie taksówki? Aldona tylko uśmiecha się delikatnie. - Z jednej strony kupisz u nich wszystko, ale z drugiej... Pobicia, wymuszenia, haracze. Niby, kiedy nie szukasz problemów, to ich nie znajdujesz, a nasi też potrafią uprzykrzyć życie, szczególnie, kiedy prowadzisz jakiś biznes - wzdycha. Nie wiem, dlaczego, ale wpadam na pomysł, że mógłbym z nią zagrać w karty. Mam je w plecaku. Wyciągam fikuśne, kolorowe, plastikowe opakowanie zwykłej talii kart. - Mogę? - pyta wyciągając rękę w stronę plastikowego pudełka, drugą dłonią zrzucając peta na ziemię i rozdeptując butem na niskim obcasie. - Jasne - odpowiadam. Aldona obraca pudełko w rękach, otwiera i zamyka, po czym mi oddaje. - Fajne - mówi - To jak już się znamy, może wymienimy numery telefonów? Masz komórkę? - Mam - odpowiadam i wyciągam z plecaka telefon. Aldona również wyciąga z torebki swój. Mały, zgrabny alcatel pasuje do niej i wyraźnie odróżnia się od mojej cegły z napisem BOSCH i anteną. Kobieta podaje mi numer, ja puszczam jej "strzałkę", ona potwierdza, że ma mój numer i zapisuje go sobie w książce kontaktów. - Spróbuj piwa tam, w tamtej budce z ogródkiem. Leją czeskie, jest naprawdę dobre - Aldona wstaje i odpala kolejnego papierosa. - A, widzę, nie znam tego logo, co tam widnieje, widać że nie nasze - odpowiadam. - Wybierz się tam. Ja muszę iść do poczekalni, mój pociąg jest opóźniony, choć z tymi opóźnieniami to tak jest, że zazwyczaj ulegają zmianie w tę stronę, że są większe, ale raz na jakiś czas zdarzy się zmniejszenie spóźnienia i wtedy kicha, kiedy to przegapisz. Trzymaj się. Z polecenia Aldony nie skorzystałem, choć na zewnątrz jest ciepło i przyjemnie, nawet w samej bluzie narzuconej na t-shirt jest mi trochę za ciepło, a łagodny, wrześniowy wiatr nieco chłodzi moją twarz. Wolałem wrócić do poczekalni, gdzie było nieco chłodniej. Nad wejściem do przejścia podziemnego na jeden z peronów słychać dźwięk pragotronu przewijającego kolejne nazwy stacji i godziny odjazdu. Widzę siedzącego wysokiego typa w skórzanej kurtce, dwóch innych i Aldonę siedzącą bokiem na drewnianej ławce, jednej z kilku tutaj. Podchodzę do nich. - Cześć wam. Odpowiedzieli mi. Mam chwilę, żeby przyjrzeć się dwóm pozostałym. Ten obok wysokiego jest od niego zdecydowanie niższy, ma na sobie turecki sweter i dżinsy, nosi ciemny, lekko siwiejący, wydatny, ale schludnie przystrzyżony wąs i równie schludnie przystrzyżone ciemne włosy z niewielkimi śladami łysiny. Patrzy przed siebie smutnymi, niebieskimi oczami. Nie jest wiele starszy ode mnie, postarzają go głównie smutek w oczach, wąs i dawno niemodny sweter. Ma około trzydziestu pięciu lat, może jest nawet trochę młodszy, w moim wieku. Drugi typek obok jest dużo młodszy, nie ma więcej niż dwadzieścia pięć lat. Gęba się mu ciągle śmieje, sprawia wrażenie cwaniaka. Irytuje mnie. Nie rozumiem też zestawienia jego ubioru: dżinsowa bluza i spodnie z obniżonym krokiem. Nie uważam się za znawcę mody, ale to mi się wydaje połączeniem zwyczajnie z dupy. Aldona siedzi na brzegu ławki, więc między młodym i nią jest przestrzeń, którą mogę zająć. Siadam. - Dokąd jedziecie? - pytam. Wysoki patrzy na mnie i kiedy nasze spojrzenia się spotykają, odwraca wzrok. Wąsaty wzrusza ramionami. Młody się śmieje, a Aldona wyciąga papierosa i odpala. W poczekalni! Po kilku minutach takiego siedzenia i gapienia się nie wytrzymuję. Wstaję i otwarcie pytam: - Słuchajcie, pamiętacie swoje daty urodzenia? Możecie podać sam rok. Widzicie przecież, że trafiliśmy tu nie wiadomo skąd, a na pewno nie są to czasy, w których żyliśmy, zanim się tu znaleźliśmy - mówię nieco podniesionym głosem - Ty? Który jesteś rocznik? - pytam wysokiego w skórzanej kurtce. - Tysiąc dziewięćset trzydzieści dwa - odpowiada. Chcę to zbyć jako żart, ale dochodzę do wniosku, że to nie takie głupie. - I co, jakim cudem wyglądasz na czterdziestkę? Popatrz na mnie, według tego wszystkiego, co tu widzę mamy rok między dwutysięcznym a dwa tysiące trzecim. Te auta, ubrania, komputery u kasjerek, pragotrony, autobusy, wagony kolejowe, przedziały dla palących, paszporty - spoglądam na Aldonę wyraźnie akcentując słowo "paszporty" - powinienem być teraz dziesięcio-dwunastoletnim szczylem, a jestem po trzydziestce - kontynuuję - jeśli trafiliśmy tu wskutek działania jakiejś maszyny przenoszącej w czasie, to możemy być z najróżniejszych roczników. Może jeszcze nawet World Trade Center stoją, jesli to się da jakoś sprawdzić w tej chwili - spoglądam po wszystkich. Wąsaty nadal gapi się na swoje buty. Młody się uśmiecha. Aldona dopala cienkiego mentolowego szluga patrząc gdzieś w bok. Wysoki się patrzy to na mnie, to na ścianę. - Gdzie byłeś w wojsku? - pyta wąsaty. - Właśnie! - celuję w niego palec wskazujący - wyobraź sobie, że nie byłem w ogóle, bo moich roczników już nie brali! - Jak to nie brali? Studiowałeś czy coś i tak cię odraczali, że dali ci spokój albo odbębniłeś w szpitalu? Albo miałeś D? - znów pyta wąsacz. - Nie, po prostu mnie nie wzięli, bo zawiesili pobór - odpowiadam i widzę, że jest zdumiony. Młody się nadal uśmiecha, a Aldona gasi peta pod ławką. - Dziwne - podsumował wąsaty i znowu zaczął się gapić na swoje buty. - Pokażcie, co macie za telefony. Komórkowe. Bo wiecie, ja znam takie świecące prostokąty z ekranami dotykowymi. A teraz mam takie coś - pokazuję swojego boscha. Wysoki wyciąga z kieszeni cegłę bez antenki. Aldona pokazuje swojego alcatela, którego już widziałem i lekko nim potrząsa. Młody wyciąga jakiś wynalazek trudnej do określenia marki, z okrągłymi przyciskami, antenką i małym wyświetlaczem. Wąsacz oznajmia, że nie ma czegoś takiego i pokazuje palcem na znajdującą się przy kasach budkę telefoniczną. Tymczasem przy wejściu do hali dworca zauważyłem zadymę, na którą od razu skierował wzrok Młody, czym nie omieszkał się podzielić. - Ej, patrzcie - pokazał palcem i się uśmiechnął jeszcze szerzej. Przy wejściu trwała właśnie regularna bijatyka. Dwóch osiłków kopało leżącego typka, który coś im widocznie zawinił. Wstaję i mówię do wszystkich zgromadzonych na tej wstrętnej ławce: - Chyba powinniśmy się stąd ulotnić, co nie? - pytam. - Siadaj, /cenzura/ - mówi wysoki. Odwracam się znów w stronę wejścia, gdzie buty napastników masakrują nieszczęśnika. Z jego nosa i ust wypływa krew, ale oni nie przestają. Nagle czuję silny uścisk na ramieniu, to młody chce mnie nakłonić, abym usiadł. - Siadaj, my tu jesteśmy obserwatorami, nic nam nie grozi. Siadam i oglądam masakrowanie tego biedaka przy wejściu. Wreszcie skończyli, jeden z nich splunął na niego i obydwaj sobie poszli. A ja czekam nadal na pociąg, sam nie wiem, dokąd. KONIEC.
  19. @Betixaja napiszę tak, a też mam problem z zaufaniem wobec innych ludzi: mów jak najwięcej, jesteś jedną z wielu pacjentek i on nie żywi wobec ciebie emocji, dlatego możesz się zerwać z łańcucha. Psychiatrzy są w większości sympatycznymi ludźmi, przynajmniej ja mam takie doświadczenia i przeważnie chcą pomóc. Wiadomo, nie wygadasz się jak u psychologa czy psychoterapeuty, bo psychiatra zajmuje się inną stroną problemu. Ja przed swoim się otworzyłem na tyle, na ile pozwalał czas przeznaczony na wizytę i nie żałuję, a też się trochę bałem, bo jest rudy, a zawsze mi mówiono, że rudym ufać nie można. Nie ma czego się bać. Zawsze możesz zmienić lekarza, szczególnie jeśli nie jesteś zdana na NFZ.
  20. @Palkrolik @tarantula Macie jakieś doświadczenia w tym temacie?
×