Skocz do zawartości
Nerwica.com

noszila

Użytkownik
  • Postów

    548
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez noszila

  1. noszila

    ot

    Czyli nasza sympatyczna forumowiczka ma już wprawę w takich wątkach dzięki za podrzucenie linka :) To jak mam się wypowiadać, żeby tak to nie brzmiało? I odpowiedziałaś dopiero teraz. Ale tylko na jedno pytanie. Bo kwestia "radzę ci nie bawić się na twoim miejscu w psychologa", czyli co autorka miała na myśli pisząc "radzę ci" nadal pozostała bez echa Nakręciłam się jak zegarek od chińczyka i kto to teraz zatrzyma
  2. noszila

    ot

    Arasha, wygląda na to, że anna_222 na stawiane przez nas pytania odpowiedzieć może jedynie również pytaniem i to niestety nie powiązanym z wcześniejszą treścią; oczywiście jeśli już w ogóle odpowie... Ja się niestety nie doczekam chyba odpowiedzi na moje pytanie, a tak bardzo chciałam dowiedzieć się, jak to wg niej się tu zachowuję i czemu radzi mi "nie bawić się w psychologa"...
  3. noszila

    ot

    "to ona zaczęła" - ehh wróciły wspomnienia szkoły podstawowej A czy Ty wiesz o jazzowej tyle, by móc nakazywać jej (cytuję) "zamknąć mordę"? I nadal czekam na odpowiedź na moje pytanie -- 29 paź 2014, 16:29 -- ojoj nieładnie kłamać...
  4. noszila

    ot

    Cichy mistrz ciętej inteligentnej riposty
  5. noszila

    ot

    Ehh i znowu nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Może w pośpiechu go nie zauważyłaś, więc powtórzę: co masz w ogóle na myśli pisząc "radzę się nie bawić na twoim miejscu w psychologa"? "Tak" się zachowuję, tzn. jak? Proszę jaśniej i konkrety. A ja nadal czekam. Dlaczego mnie zignorowałaś? To smutne.
  6. noszila

    ot

    Ehh i znowu nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Może w pośpiechu go nie zauważyłaś, więc powtórzę: co masz w ogóle na myśli pisząc "radzę się nie bawić na twoim miejscu w psychologa"? "Tak" się zachowuję, tzn. jak? Proszę jaśniej i konkrety.
  7. noszila

    ot

    Nie bawię się w psychologa, bo nie mam ku temu kompetencji. Poza tym, analiza czyjegoś postępowania i powodów jakie się za tym kryją to nie zabawa. Przypominam też, że jest to forum psychologiczne. A co masz w ogóle na myśli pisząc "radzę się nie bawić na twoim miejscu w psychologa"? Brzmi jak groźba. I nie wiem, co takiego rozbawiło Cię w moich opiniach? Jeśli możesz, to wyrażaj się jaśniej i argumentuj swoje poglądy, by można było dobrze Cię zrozumieć.
  8. noszila

    ot

    I po co ten język nienawiści? Wyrażanie swoich opinii za pomocą takich słów pomaga Ci w jakiś sposób? To, że jedno ma coś wspólnego z drugim nie oznacza, że zawsze tak jest. Sama oburzyłaś się, że jazzowa wysuwa tak daleko idące i nieprzychylne wnioski na Twój temat kompletnie Cię nie znając, ale moja droga jesteś bardzo bliska do identycznego zachowania Chciałabym mieć taką pewność siebie przy swoim pospolitym wyglądzie (w moim mniemaniu ) Pewność siebie to jedno, a towarzysząca jej czasami agresja, wyżywanie się to inna sprawa. Oczywiście temu drugiemu mówimy stanowcze NIE.
  9. noszila

    ot

    Aniu, nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Nie bronię jazzowej, chętnie z nią podyskutuję na temat jej wypowiedzi, jeśli wyrazi ku temu chęć Chodziło mi tylko o to, że nawet jeśli ktoś nas obraża, to można w bardziej odpowiedni sposób zwrócić komuś na to uwagę, a nie wdawać się od razu w pyskówkę.
  10. noszila

    ot

    Tzn. jakim wyglądzie? Uważasz, że pewność siebie można opierać jedynie na swojej zewnętrznej powłoce?
  11. noszila

    ot

    Dziewczyny, spokojnie, nie wypada. Miała być konstruktywna dyskusja i wymiana zdań, a nie docinki. jazzowa nie zachowała się w porządku, powinna nieco bardziej kulturalnie wyrażać się na temat kogoś, kogo nie zna. Ale anna_222, nie musisz odpowiadać tym samym, bo jeśli nie odpowiada Ci poziom wypowiedzi jaki reprezentuje jazzowa, to dlaczego sama się do niego zniżasz? Utwierdzasz tylko przedmówczynię w swoim przekonaniu, a chyba tak nie jest, prawda?
  12. noszila

    ot

    No i właśnie tutaj wchodzi nam kwestia tego, czy dając, oczekujemy od razu czegoś w zamian. Czy nasze ofiarowanie jest obarczone koniecznością uzyskania rekompensaty. Wymiana. Zgadzam się z Tobą, że być może niekiedy na siłę kogoś obdarzamy uczuciem nie zastanawiając się właśnie, czy w ogóle ta osoba tego chce, potrzebuje, czy po prostu bierze to i korzysta z tego, bo może tak wypada, albo po prostu skoro dają, to czemu nie brać. Czasem sprawa może być prostsza, niż nam się wydaje, ale niepotrzebnie się rozdrabniamy. Co do obdarzania uczuciem, to niekiedy może nie do końca rozumiemy, na czym to uczucie ma polegać, jak wyglądać. Samo "kocham cię" nic nie mówi, nie wnosi, jeśli nie towarzyszą mu inne uczucia, emocje i oczywiście czyny.
  13. noszila

    ot

    Wiesz, to taka skrojona na szybko definicja, ale można by nad tym dłużej dyskutować. Twoja mama pewnie chce bardziej lub mniej świadomie wzbudzić w Tobie poczucie winy. A taka miłość prawdziwym uczuciem nie jest, kiedy dajemy komuś coś, ale z góry jednocześnie ustalamy wytyczne, co ta osoba ma z tym naszym 'podarkiem' zrobić i jak się za niego odwdzięczyć, czy jej się to podoba, czy nie. To nie jest miłość. To biznes.
  14. noszila

    ot

    Bo teoretycznie wzorcowo, książkowo, naukowo i inne -owo tylko matczyna miłość może być bezwarunkowa (co nie znaczy, że taka jest) i idealna; nikt inny nie jest w stanie tak mocno pokochać drugiego człowieka bez względu na to, jaki on jest, jak się do nas odnosi, co w życiu osiągnął. Oddać się bezwarunkowo - poświęcić samego siebie dla dobra drugiego człowieka nie oczekując nic w zamian i bez względu na to, jaki stosunek ma do nas ta druga osoba (źródło: Słownik pojęć Noszili)
  15. noszila

    ot

    Wiem coś o tym i rozumiem Cię, bo sama całkiem niedawno przez to przechodziłam. Z perspektywy czasu widzę, że byłam po prostu naiwna i głupia i zmarnowałam mnóstwo czasu na myślenie o kimś, kto na to nie zasługiwał. Przeszłość musi zostać z tyłu i dać wolne miejsce teraźniejszości na tworzenie przyszłości. Prawie 1,5 roku po rozstaniu z facetem nadal czułam coś do niego, chciałam żeby się zmienił w tej jednej istotnej kwestii, która była powodem rozstania, ale on w międzyczasie trzymał mnie jak wyjście awaryjne, kogoś do wygadania się, pobawienia a poznawał nowe dziewczyny. Ja niestety dawałam się tak wykorzystywać tkwiąc w przekonaniu, że nie zasługuję na kogoś lepszego. Miarka się przebrała, kiedy po okresie poważnych rozmów wieczorami, wychodzenia na miasto i oglądaniu spadających gwiazd za miastem nagle z dnia na dzień obwieścił wszem i wobec na forum publicznym (tylko nie mnie), że ma dziewczynę. Trudno mi o tym mówić, bo widzę teraz swoją głupotę i naiwność, którą on wykorzystał. Bo po każdej dziewczynie zawsze wracał się poużalać, jakie to kobiety są złe dla niego... Nagle, po tym kiedy wystawił na 'fejsie' status związku z tą dziewczyną coś we mnie pękło. Jakby z oczu spadły mi klapki. Poczułam ogromną złość, żal i wykorzystanie. Czułam się jak kompletne zero. Ale szukając czegoś, co pomogłoby mi się pozbierać pomyślałam, że może to i dobrze, że tak się w końcu stało, że nie będę dłużej żyć złudzeniami i nie będzie mnie ten pajac wodził za nos. Niech oszukuje i okłamuje inną. Może mi być tylko jej żal. Dopiero wtedy poczułam ulgę i zrozumiałam, że w końcu się od tego uwolniłam. Piszę to dlatego, żeby Ci pokazać yayo123, że takie "otrząśnięcie się" bywa naprawdę długotrwałym procesem. I albo coś musi się stać, co otworzy nam oczy, albo musimy usiąść ze sobą i porozmawiać ze swoim wnętrzem, wyjaśnić mu, że musi zamknąć stary rozdział i otworzyć nowy. Trzeba się czymś zająć, spotykać z innymi ludźmi, ale nie w celu zagłuszania, tylko budowania nowego porządku. Zawsze z czyimś odejściem odchodzi cząstka nas, bo ludzie się przeplatają, dzielą sobą, obnażając swoje wnętrze. Ale ta część Ciebie była przeznaczona dla tego konkretnego człowieka. Odchodząc, zabrał ją ze sobą, ale Ty możesz bez niej żyć. Nie jest Ci już potrzebna, bo teraz będziesz zabudowywać tą cząstkę dla siebie, a w przyszłości dla kogoś nowego. -- 29 paź 2014, 13:11 -- A czy my jesteśmy normalni? Może tak inaczej, na swój sposób -- 29 paź 2014, 13:12 -- Heh no miał, ale wiadomo w jakich celach a my tu mówimy o kwestii wejścia w związek, budowania relacji
  16. noszila

    ot

    Po monooso podobno wszystko widać jak na dłoni. On uważa, że jest jak książka i to chyba taka telefoniczna, leżąca w starej budce na rogu, do której każdy ma dostęp i może z niej czytać kiedy chce, a na dodatek nie znajdzie tam nic ciekawego, zero fabuły, brak dialogów, tylko dużo postaci.
  17. Powodzenia więc. Oby ta droga była właściwą i obyś znalazł wreszcie spokój. Mam nadzieję, że podzielisz się jeszcze z nami kolejnymi doświadczeniami po trzecim spotkaniu duchowym.
  18. Nie słyszałam jeszcze o 'takich' seansach. Interesujące z jednej strony. Jeśli będziesz mógł, to napisz jak już będziesz po tym spotkaniu i podziel się swoimi wrażeniami, odczuciami, przemyśleniami. A co do wizyty u psychiatry, to chyba najpierw zaproponował stopniowe wychodzenie z leków, prawda? No i udało Ci się go tak szybko przekonać do nagłej zmiany stanowiska? Na jakie argumenty zareagował? "Koniec z tabletkami", więc co dalej?
  19. noszila

    ot

    Mam tak samo, zauważyłem to dawno temu. Gdy idę z jakimś towarzyszem, np. matka, brat czy jakiś kolega (musi to być osoba przy której swobodnie się czuję) to moje nieporządne objawy automatycznie znikają, wtedy nie zwracam uwagi na otoczenie zewnętrzne, mijam ludzi jak zdrowy człowiek. Dodam, że idąc z taką osobą nie muszę nawet z nią rozmawiać, tutaj chodzi o sam fakt, że ktoś ze mną idzie. Tak jakby moja podświadomość bała się samemu chodzić. Tutaj wychodzi kolejna sprzeczność bo przecież wcześniej pisałem, że wstydziłbym się chodzić z dziewczyną. :) Niekoniecznie sprzeczność, bo chyba co innego chodzić po mieście z kumplem, bratem czy rodzicem, a co innego ze swoją partnerką. Widocznie w tych osobach, które wymieniłeś widzisz i czujesz jakieś oparcie; dają Ci oni poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że przy nich możesz choć na chwilę opuścić gardę, złożyć broń, zluzować zamki; słowem - rozluźnić się; nie jest może tak, że przy tych osobach po prostu masz poczucie, że to one biorą odpowiedzialność za sytuację, a Ty jesteś pod ich 'opieką'? Ja jestem z gatunku tych innych, gorszych, tzw. zaburzonych (czyt. podludzi). Takie osoby jak ja zostają dozgonnymi prawiczkami i nieudacznikami życiowymi. Już na pierwszy rzut oka wszystko po mnie widać. No jak sam wtłoczysz siebie na siłę w takie ramy i oflagujesz się z każdej strony jak "nieudacznik", no to jak ma dojść do jakiejkolwiek zmiany i poprawy na lepsze? Zadanie na dziś: napisać pogrubioną czcionką w kolejnym poście np. "mam pewne problemy, ale w gruncie rzeczy jestem zwyczajną osobą". Od czegoś delikatnie trzeba zacząć
  20. noszila

    ot

    Być może nie poradziłaś sobie jeszcze z rozstaniem i nadal mentalnie niestety tkwisz w tamtym związku. Musisz raz a dobrze zrozumieć, że to już przeszłość i zostawić ją z tyłu, tam gdzie jej miejsce bo inaczej nie uwolnisz się i nie będziesz miała miejsca na teraźniejszość i na przyszłość, bo stary nieaktualny związek będzie Ci zajmował miejsce. Powinnaś też spróbować podbudować swoją samoocenę, bo nie powinno się raczej opierać jej na drugiej osobie. Musisz sama ze sobą się dobrze czuć i być dla siebie dobra. Bo sama widzisz, że w sytuacji rozstania brakuje Ci oparcia, czujesz się pewnie, jakby razem z tym facetem odeszła część Ciebie i to istotna część, bo ta silna, odważna, pewna siebie. Ale kochana, musisz sama popracować nad tymi cechami. Nie jest zbyt dobrze szukać w drugiej osobie stróża, ochroniarza, opiekuna. Owszem, my jako kobiety chcemy się czuć bezpiecznie przy swoich facetach, ale to mają być partnerzy, a nie nasi tatusiowe, którzy będą nas osłaniać, bujać na kolanie i chować w ramionach przed całym złem tego świata. -- 28 paź 2014, 21:30 -- No i bardzo dobrze myślisz. Bo w każdym normalnym i zdrowym związku jest zarówno relacja, bliskość, wspólnota, jak i prywatność, wolność i swój własny kawałek podłogi. To wskazane, by oprócz tego, co łączy dwojga ludzi w związku było też miejsce na to, co nas dzieli. Niech facet idzie czasem z kolegami na mecz, a kobieta z koleżanką do kosmetyczki, może on lubi majsterkować sam w garażu a ona malować obrazy. Nie muszą, ba! nawet nie powinni robić wszystkiego razem, być ze sobą przez 24h i 7 dni w tygodniu. Bo związek to wcale nie jest (moim zdaniem) całość złożona z tych dwóch szukających się połówek, lecz raczej dwie indywidualne osobowości, jednostki, które potrafią szanować nawzajem swoje dziwactwa i potrzebę odpoczynku od siebie, swój kącik, swoje hobby. Działają razem, patrzą w tym samym kierunku, ale nie zlewają się w jedno. Amen -- 28 paź 2014, 21:33 -- A co by sobie ci inni np. pomyśleli? jaka jesteś? stara?? z całym szacunkiem, ale głuptas do starości Ci jeszcze daleko
  21. Za pieniążki, mój drogi, nie kupisz zdrowia. Owszem, możesz mieć piękny dom z basenem, luksusowe samochody, własny jacht nawet, samolot i caaałą rzeszę znajomych, którzy są przy Tobie właśnie przez to, że brylujesz w towarzystwie rzucając kasą na prawo i lewo a z Twoich ubrań wystają metki świadczące o noszeniu drogich marek z ekskluzywnych butików. Prawda jest taka, że jeśli postawisz obok siebie jakiegoś nadzianego prezesa i przeciętnego Kowalskiego-cebulaka (jak to ująłeś) i zabierzesz im wszystko, co mają materialnego i zostawisz ich zupełnie golutkich jak ich Pan Bóg stworzył (czy zależy w kogo kto wierzy) to okaże się, że czym oni się od siebie różnią? Po czym ich rozpoznasz? Co wtedy zadecyduje o tym, że będziesz chciał przebywać w towarzystwie któregoś z nich? Niestety mamy też jako ludzie tendencję do porównywania się z innymi; niestety na zasadzie "bo on ma więcej, lepiej"... nie dostrzegamy ilu jest takich, co mają tyle samo lub mniej. Wiem, że ciężko się żyje w świecie, gdzie coraz bardziej ważniejsze staje się "mieć", niż "być". Ale jesteś człowiekiem rozumnym, inteligentnym i masz prawo wyboru, do której grupy chcesz przynależeć i jakie wartości w życiu wyznawać, do czego dążyć. I wracając do zdrowia. Nie dosyć, że nie zawsze można sobie pomóc nawet za grubą kasę, bo nadal są choroby nieuleczalne, to na dodatek ile się słyszy o historiach, w których jakaś osoba ulegając wypadkowi, stając się kaleką, lądując na wózku, doznając paraliżu - zostaje nagle sama, opuszczają ją znajomi. Pozorni znajomi, trzymający z nim tylko wtedy, kiedy był przydatny. Nie sądzę, że przekonam Cię powyższymi argumentami, bo wiem po sobie, że nie jest łatwo żyć za najniższą krajową, kiedy pracujesz dla samej idei pracy (jeśli już masz to szczęście posiadania pracy i zdrowie pozwala Ci zarabiać). Po opłaceniu mieszkania, rachunków, kredytów co zostaje? Parę groszy na uzupełnienie lodówki. Czasem nie ma mowy o odłożeniu kasy na wyjazd czy jakąś inną zachciankę. Ale z drugiej strony do cholery powtarzam sobie ciągle (bo się zapominam), że nawet teraz, pisząc tego posta mam to szczęście, że potrafię mówić, pisać i wyrażać swoje myśli słowami, komunikować się z innymi. Mam dostęp do internetu, posiadam komputer, moja lodówka ma w środku coś więcej, niż tylko światło żarówki. Siedzę na miękkim krześle w ciepłym mieszkaniu a obok leży ukochany pies, trącając mnie pyskiem z wielkim psim uczuciem. Niedługo położę się spać do wygodnego łóżka nie martwiąc się, czy w nocy będzie mróz czy deszcz, bo mam dach nad głową. Mam dostęp do czystej i ciepłej wody, mam ten luksus codziennego umycia się. Tak, luksus, nie waham się użyć tego słowa. Bo wszystko to, o czym piszę i jeszcze więcej, jest dla nas czymś tak naturalnym, że nie zauważamy jaką ma w sobie wartość. Żyjemy w przekonaniu, że skoro mamy XXI wiek to nam się to wszystko zwyczajnie po ludzku należy. Być może. Ale w tak zwanym międzyczasie mnóstwo osób, być może tuż za oknem, grzebie po śmietnikach za resztkami jedzenia, otuleni w stare, podarte szmaty, których nie mają gdzie wyprać, budząc obrzydzenie i niechęć wśród innych ludzi. I wiesz co? Oni sobie mogą tylko pomarzyć o 1200zł miesięcznie, bo niestety życie zmusza ich często do wyciągnięcia ręki ku innym; muszą prosić o grosz, co z pewnością jest dla nich cholernie trudne i być może hańbiące. No i zapomniałabym. Wychodzę na dwór, idę do sklepu czy na spacer i nie rozglądam się w panice, czy gdzieś zza budynku nie wyskoczy jakiś separatysta strzelając na oślep; póki co nie latają mi nad głową pociski, w pobliżu nie spadają bomby a powierzchni nieba nie przecinają ze świstem wrogie samoloty nieprzyjaciela. Póki co, w naszym kraju nie ma wojny bezpośredniej, z użyciem broni, grożącej mi i moim bliskim, znajomym, wszystkim.
  22. Podłączam się. Dla mnie również to wszystko brzmi dosyć dziwnie. Daaawno temu mnie też zawieźli do jakiegoś księdza-egzorcysty (już nie wiedzieli co ze mną zrobić heh, miło), ale to spotkanie wyglądało tak, że był jeden ksiądz, z którym przesiedziałam w jakiejś zakrystii kościoła i który w tym czasie się za mnie (o mnie?) modlił. Z tego, co pamiętam, mówił zwyczajnie po polsku, nie było żadnych śpiewów, leżenia krzyżem, latających krzeseł i trzęsących się żyrandoli. Modlitwa w ciszy i skupieniu. Dlatego też dziwne trochę dla mnie jest to, o czym nam tu piszesz, a co Ci zafundowali rodzice. Co to w ogóle za ksiądz i kościół? Katolicki czy innego wyznania? Jak przebiegły wasze dotychczasowe dwa spotkania, jak wyglądały, co mówił ten ksiądz? Możesz nam powiedzieć coś więcej? Bo mnie to nawet zaciekawiło.
  23. noszila

    ot

    Osobiście słowa "zboczenie" użytego w kontekście Twojej wypowiedzi nie odebrałam jako humorystyczną wstawkę, lecz jako twardy przekaz Twojego stanowiska wobec publicznego okazywania sobie uczuć. Czasem mam wrażenie, że Twoje wypowiedzi już nie tylko w różnych postach, ale czasem nawet w jednym, zwyczajnie nie trzymają się kupy i argumenty przez Ciebie tam używane wzajemnie się wykluczają i bywają sprzeczne. Ale to tylko mój punkt widzenia. I na tym zakończę.
  24. Zespół Spidermana i pozycja "na pająkaaaa!"
  25. No a cóż by innego miał powiedzieć. Cóż, życzę Ci powodzenia, ale osobiście nie jestem przekonana. Aczkolwiek jeśli mu się uda, to będę mu winna pokłony
×