Skocz do zawartości
Nerwica.com

aardvark3

Użytkownik
  • Postów

    726
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez aardvark3

  1. Dokladnie. Albo byly sprzeczne informacje: oni sie tak zachowywali a Tobie kazali sie zachowywac wrecz przeciwnie. Albo pokazywali dysfunkcyjny zwiazek a nam mowili jak ma wygladac prawidlowy (i ze to od nas zalezy, ze jak nie bedziemy sie zachowywac odpowiednio tzn tak jak rodzice sobie zycza to nikt przyzwoity nas nie zechce tylko jakis lazior golodupiec bez szkoly). Albo taka perelka: matka mowi: szanuj sie a skad masz wiedziec co to znaczy, a rodzice Cie szanuja? Mogli roznie dobrze powiedziec siadaj za stery prowadz samolot. Nie ma umiejetnosci bez przykladu, bez nauki. Pozwalalam ludziom sie obrazac, ranic mnie, wchodzic mi na glowe, zabierac co moje bo nie umialam sie szanowac i powiedziec: nie. Balam sie ze spotka mnie za to cos strasznego bo w domu rodzinnym nie istnialo zaprzeczanie zadaniom rodzicow. Jak wyglada prawdziwa wiez pokazal mi ktos bardzo bliski przed laty, za szybko odszedl - nie umialam sobie z ta wiedza poradzic, zastosowac ja w zyciu. Tak wiele otrzymalam i nie umialam z tego skorzystac. Nie bylam gotowa... No coz, moze nie do konca wiem jak powinien ten zdrowy zwiazek wygladac ale przynajmniej wiem, jak nie powinien
  2. teraz nie ma mnie kto i po co tresowac bo jestem na swoim (duzy, bardzo duzy komfort psychiczny pomimo bagazu przeszlosci i ceny jaka za to place - samotnosci i wyobcowania) ale i tak mnie to wkurza. Ale zgadzam sie - to wlasnie taka tresura przez osoby egoistycznie i roszczeniowo nastawione do zycia. Byle nic z siebie a wszystko dla siebie. Kochanie nie moge patrzec jak sie przemeczasz sprzatajac lazienke - wyjde na piwo z kolegami
  3. Tak pokrotce to moge sie pod tym podpisac. Dwoma recami i jedna noga. Malzenstwa toksyczne mialam dwa i pol (pol licze bo mloda bylam i krotko to trwalo, poza tym toksycznosc polegala na niekontrolowanych atakach zazdrosci ni stad ni zowad bez powodu, tylko tyle albo az tyle). Potem byl toksyk numer jeden, mistrz manipulacji i robienia wody z mozgu. Zacznalo sie od wagi lekkiej czyli komentarza do np wyborow miss w TV - patrz jak one wygladaja a spojrz na siebie. A ze bylam nieswiadomym DDD lykalam te ciosy jak pelikan. Bolalo ale... nie protestowalam otwarcie. Patrz dziecinstwo - dokladnie to samo zachowanie. Udam ze mnie nie zranil i znudzi mu sie,kiedys przestanie. A tutaj stalo sie inaczej - moj brak reakcji zostal uznany za znak przyzwolenia i hulaj dusza piekla nie ma. Czasami ostentacyjnie siadal w tramwaju bardzo daleko ode mnie bo twierdzil, ze sie mnie wstydzi. Jak to teraz pisze to chce mi sie smiac bo na takie dictum to goscia w morde i wypad z zycia! Ex numer dwa - psychopata. Gdyby sie nie bal opinii publicznej czy kary bylby w stanie zabic. Kilkakrotnie sie wieszal na strychu jak wyszly jego sprawki na jaw (moja wina bo powiedzialam, upublicznilam) ale nadal zyje i cieszy sie dobrym zdrowiem. Mnie tylko bylo zal tego sznura od bielizny bo nie bylo na czym prania wieszac przez jakis czas Mial tzw short fuse czyli bez powodu nagle wybuchal. Nawet w srodku nocy. Albo za kierownica ni stad ni zowad. Zycie na bombie z opoznionym zaplonem. Darl sie jak opetany, bil sie piesciami po glowie, walil czolem o sciane, kopal i rozwalal meble i jeszcze oczekiwal za to przeprosin Bo on przez nas taki jest. Wtedy zaczelam sie zastanawiac nad swoimi wyborami i nad tym, ze ja przeciez w kazdym z tych przypadkow mialam czerwona lampke jesli nie syrene ostrzegawcza, byly przeslanki ze moze byc niedobrze. Czemu nie wzielam tego pod uwage gdy byl jeszcze czas? Ale to juz inna bajka. Mozna sie zrazic na reszte zycia. Dysfunkcyjna rodzina, mobbing w szkole. Szeroki asortyment, tylko szkoda ze wszystko w uzyciu i nie mozna sobie wybrac np na dzisiaj brak poczucia bezpieczenstwa a na jutro jakis stan lekowy. A najdziwniejsze jest to, ze ja sie nie boje publicznych wystapien! Jakis paradoks albo wyjatek co to regule potwierdza. Gdy bylam w jakiejs zorganizowanej grupie to zawsze mnie na mownice wybierali.
  4. jak najbardziej podpisuje sie pod tym. I tu sie zaczynaja schody... Przyjaciol mam daleko. Tutaj,mimo iz zyje wiele lat - nie bardzo. Kilkanascie lat w poprzednim miejscu, zawarlam kilka zazylych znajomosci (nie szermuje slowem "przyjazn" nadaremno bo ma dla mnie spore znaczenie) ale tez tak z dystansu bo ja przybysz a eksio tam sie urodzil i wychowal, wiec swoj. I mialam wrazenie, ze gdy doszloby do konfrontacji to ja jestem na przegranej pozycji. On tez staral sie mnie izolowac ale nieskutecznie bo byl malo inteligentny. Gdyby byl madrzejszy i cwany to pewnie bym juz tutaj z Wami nie siedziala. Wyprowadzilam sie, trafilam na osiedle gdzie wiekszosc to wynajmujacy (czyli nie zzywaja sie z otoczeniem) i - juz o tym wspominalam - roznica pokolenia. Ludzie mlodzi, z malymi dziecmi. Jest milo, fajnie, kazdy uprzejmy, uczynny, dziadostwa nie ma - ale bliskosci nie ma co szukac. W swoim domu czuje sie bezpiecznie - wlasciwie chyba pierwszy raz tak na dluzej i na serio. To jest moje miejsce i nikt tu nie bruzdzi. Chyba tez dlatego wylaza ze mnie te dawno zagrzebane traumy i zgrzyty. Moga sie pokazac. Nic i nikt im nie przeszkadza, nikt nie zajmuje czasu swoimi toksynami. Ale ludzi mi potrzeba, tylko oduczylam sie jak do nich wyjsc. W moim przypadku to nie jest tak hop siup dzisiaj sobie wieczorem wyjde do pubu czy na koncert. Ale w temacie - wku*wia mnie czesto ze za duzo potrafie bo musze. Z wyjatkiem prac w ktorych wymagana jest sila fizyczna i niektorych precyzyjnych (cierpie na zespol tunelu nadgarstka) to zrobie tyle co przecietny pan domu. Wymienie uszczelke, naprawie lampe, posluguje sie biegle narzedziami. Wcale nie jestem z tego dumna bo to tylko dodatkowe obciazenie. Sama je na siebie wzielam z niecheci do proszenia o cokolwiek - bo juz pisalam: albo chaja, albo wielka laska i czekanie do usranej smierci. A jesli cos sie potrzebuje i o cos prosi to juz a nie za pol roku. Zorganizowalam sobie ogrodek - maly bo maly ale sympatyczny - i ciezko mi go teraz utrzymac w sensownej formie. Stracilam juz pnacze bo sie luk zlamal - nie mial kto wzmocnic, ja probowalam ale do tego trzeba sily. Machnelam reka - trudno. Mam znajomych ktorzy mogliby pomoc ale odkad zazadali zaplaty - jakos niesmacznie sie zrobilo. Zawsze sie jakos odwdziecze ale tak obcesowo sprawe postawic - no niefajnie. Ja bym nawet nie pomyslala zeby przyjaciolom, znajomym wystawiac rachunek za przysluge...
  5. No wlasnie, tylko tego sie trzeba jakos nauczyc, przeprogramowac podswiadomosc bo to w niej siedzi. Cel jest przejrzyscie okreslony za to droga do niego - wrecz przeciwnie. Wiem co tylko nie wiem jak -- 02 sty 2014, 14:05 -- Dodam, ze u mnie to jest na dzien dzisiejszy sprawa solidnie wtorna. Bylo juz lepiej i to duzo lepiej. Umialam jakos znalezc rownowage, umialam poprosic o pomoc. Nie, nie tyle umialam ale uczylam sie tego i bylam na dobrej drodze. Mialam grupe fantastycznych przyjaciol ktorzy raz juz mnie z dolka wyciagneli - na sile, ale tego wlasnie potrzebowalam. Wszystko wrocilo do stanu "sprzed" a mozna rzec, ze sie nawet pogorszylo w moim toksycznym zwiazku. Szczegolnie sprawa proszenia o pomoc bo to moglo zaowocowac awantura z efektami specjalnymi. A ta awantura mogla miec daleko idace implikacje i odbic sie dlugim echem na nas wszystkich. Ten epizod w moim zyciu utrwalil dysfunkcyjne postawy. Malo tego - mam flashbacki ale coraz rzadziej na szczescie.
  6. W naszym dziecinstwie nie bylo bezpiecznego miejsca, zewszad czyhalo zagrozenie a znikad ochrony, pomocy, wsparcia. I trzeba bylo wypracowac sobie swoiste mechanizmy obronne. Sprawie, ze mnie nie bedzie bolalo. Albo bede udawac ze mnie nie boli, ze mnie nie rusza, ze nie sa w stanie mnie zranic, ktokolwiek by to byl. Moze im sie znudzi i przestana. Wbrew temu, coz odczuwam: cierpienie, upokorzenie, zawstydzenie, bezradnosc i bezsilnosc. Nie okaze zadnego z tych uczuc. Nie dam im tej satysfakcji. W szkole to jako tako skutkowalo. Ale w domu - taka postawa wywolywala skutek wrecz odwrotny od zamierzonego. Bylam bez serca, psychopatka bez uczuc (bo jak mozna sie nie przejmowac, jak mozna nie plakac - uwaga: za placz byla dodatkowa kara: osmieszanie i udowadnianie ze nie mam powodu do placzu; ergo: badz tu madry i pisz wiersze), sobek, egoistka myslaca tylko o sobie i majaca gdzies steranych, zestresowanych, ciezko pracujacych rodzicow i ja ich obydwoje wykoncze i bede ich miala na sumieniu. W swiecie, w ktorym gdzie sie nie odwrocilas - dupa z tylu - nie bylo mowy o poczuciu bezpieczenstwa. To pojecie nie istnialo. Nalezalo wiec nauczyc sie zyc udajac, ze sie ma poczucie bezpieczenstwa. Ale to jest jak kalectwo. Bez nogi nigdy nie bedziesz normalnie chodzil - owszem, sa protezy. Ludzie nawet biegaja. I tutaj widze wyzszosc kalectwa fizycznego nad emocjonalnym. W tym drugim przypadku odpowiednich protez nie ma. Doszlam do wniosku, ze wiele brakow psychicznych, emocjonalnych mozna wyrownac jako tako, ze czlowiek moze funkcjonowac w miare normalnie bez cierpienia. Ale brakow w podstawowej potrzebie bezpieczenstwa i stabilizacji nie da sie zastapic zadnym "ersatzem". To jest - a raczej tego nie ma - w nas. Jakis procent owego atawistycznego leku bedzie w nas na zawsze. Ale moze, moze... Gdyby odpowiednio wczesnie zaczac terapie... Podam taki przyklad - moja corka ma wade wzroku. Odkryto ja u niej dopiero w szkole sredniej i byla "nieokularowa" ani "nieoperacyjna". Okulistka powiedziala jej, ze gdyby wade zdiagnozowano i leczono do 12 miesiaca zycia to widzialaby dzis w 100% na oba oczy. W tym przypadku to nawet ja nie mialam poczucia winy ze zaniedbalam. Tak samo jest z naszym naprawianiem siebie - dokladnie tak samo. I nie ma co gdybac...
  7. aardvark3

    Co teraz robisz?

    zbieram sie do banku i tak juz od 10 Odpowiedzialam na kilka zaleglych maili (kilka czyli 2 slownie dwa) Napisalam tu kilka postow. OK, juz spadam.
  8. Ja tez. To byl ryz z jablkami. i dokladnie tak, jak w twoim opisie - ryczalam i wpychalam w siebie jak w ges, popijalam jak bylo czym. O wyrzyganiu nawet nie smielam myslec, za bardzo sie balam. A teraz wyobraz sobie bardzo lubie ryz z jablkami i czasami nawet sama sobie zrobie. Wszystko traci na przymusie. Matka miala zwyczaj stac nade mna i pilnowac. To byl chyba jej nawyk - stania za moimi plecami i obserwowania. Do dzis mam na to uraz, wlacza mi sie agresor jak ktos mi to zrobi. Ale nie atakuje tylko grzecznie zwracam uwage - skutkuje. Wtedy czuje jakby ktos drastycznie naruszal moja przestrzen zyciowa ale to tez uraz z dziecinstwa kiedy nie mialam prawa miec tej przestrzeni i wszystko bylo pod kontrola. Wiecej niz wszystko. -- 02 sty 2014, 12:15 -- Wewnetrzny krytyk dziala na zasadzie jak sie chce psa uderzyc, to i kij sie znajdzie. Zajmuje sie wylacznie szukaniem tego kija.
  9. Haha, witamy, k*rwa, w klubie Moje studia zostaly skwitowane przez rodzicow i rodzine: a/takie studia to kazdy by skonczyl (najwyzsze wyksztalcenie to kuzynka - pomaturalne, ale ona sie nie pchala do nauki) b/i tak dostalas sie bez egzaminu to po najmniejszej linii oporu czyli patrz wyzej (tak, chcialam na inny kierunek ale tutaj faktycznie - po skonczonym studium z wyroznieniem zaproponowali mi wlasnie ten wydzial - nb juz nieistniejacy od lat) c/wydzial dla pracujacych to jest dla nieudacznikow (tak, to byl wydzial dla pracujacych a konkretnie stworzony po to, by mozna bylo sie doskonalic w zawodzie i nie przerywac praktyki, dla mnie bylo to wygodne bo zaklad wspolpracowal z uczelnia itp itd bylo latwiej) az sama uwierzylam ze gowno potrafie osiagnac. Ze nic nie jestem warta. Albo inaczej - jestem warta tylko poprzez bycie z kims, bo ten ktos mnie "chce" a sama to juz wogole nie mam prawa nawet zyc. Dlugo myslalam tymi kategoriami. Nie chce wymieniac co zdobylam zupelnie samodzielnie - i tu, uwaga,uwaga - wlacza sie ten j*bany krytyk i wyszukuje gdzie by mozna te samodzielnosc podwazyc i czym, szuka dziury w calym, kwadratowych jaj i czego tam jeszcze - i znajduje, ale to sie bierze z tego, ze nigdy nie mialam racji, nie mialam prawa miec racji a jesli juz chcialam ja miec to musiala byc na zelaznych, "watertight" podstawach, ze nawet proton sie nie przecisnie bo krytyk mial taka zdolnosc znajdywania najmniejszej luki. Do tego stopnia, ze nieraz sama mam watpliwosci (brrrr!)
  10. INTJ Introvert(56%) iNtuitive(25%) Thinking(12%) Judging(56%) -- 02 sty 2014, 11:23 -- http://www.16personalities.com/intj-personality made my fucking day
  11. Wlasnie przed chwila doznalam kolejnego olsnienia - a wlasciwie zwerbalizowalam jeden ze swoich lekow. Napisalam to w materialach o DDA/DDD ale powtorze tutaj, bo temat bardziej adekwatny: Musze dobrze sobie radzic, nie zwracac sie do nikogo o pomoc bo moge zostac posadzona/oskarzona o niekompetencje i wszystko, co zdobylam zostanie mi odebrane. Jesli zwroce sie o pomoc to znaczy, ze sobie nie radze (myslenie czarno-biale?), jesli nie okaze potrzeby pomocy to bedzie oznaczalo ze sobie radze. Musze sie pilnowac. Dlaczego pojecie "radzenia sobie z zyciem" i "potrzeba pomocy" wiaza sie u mnie z odebraniem czegos, z kara, z ubezwlasnowolnieniem, odebraniem przywilejow i praw? I to jest bardzo gleboki lek.
  12. aardvark3

    Stosunek do alkoholu

    Mialam okresy ostrego picia. Po smierci mojego jedynego przyjaciela i najblizszej, jak dotad, osoby. Wczesniej zdarzylo mi sie wypic ale tak rozrywkowo, do towarzystwa. Pozniej albo szukalam tego towarzystwa by wypic, albo w pozniejszej fazie sama do lustra. Bylam o piczy wlos od alkoholizmu. I jakos samo puscilo, nagle zmiana - jakbym znudzila sie tym piciem bo do niczego nie prowadzilo a z rzeczywistoscia trzeba sie zmierzyc na trzezwo. Owszem, pozawalalam sprawy ale moglam zawalic wiecej. Nadrobilam to pozniej z nawiazka. W taki wlasnie sposob wolalam o pomoc ale ona nie nadeszla, co najwyzej od czasu do czasu ktos z bliskiej rodziny kopnal lezacego i mial satysfakcje. Zrozumialam ze cokolwiek nie zrobie i tak nikt mi nie pomoze a wrecz przeciwnie. Z dola wygrzebalam sie sama, potem pomoglo mi szczescie (szukalam i znalazlam - wtedy akurat potrzebowalam dobrej pracy, a ta praca szukala mnie chyba - i bingo!). Potem znow mialam takie okresy picia w poprzednim malzenstwie. Chyba tez wolanie o pomoc ale wolanie na puszczy, albo zagluszanie cierpienia. Mniejsza o powod - picie nigdy nie sprawialo mi radosci. Moze w czasach studenckich kiedy kojarzylo sie z fajna impreza i super towarzystwem. I zero dziadostwa. Pilo sie dla rozrywki a jak sie ktos uchlal to mu sie pomagalo do domu dotrzec albo wytrzezwiec; bylo przy tym troche smiechu ale takiego zyczliwego a nie zlosliwego wypominania co ktos po pijaku nawywijal i ile obciachu narobil. Teraz moge sie napic ale moge tez sie nie napic i na jedno wychodzi. Glownie alkohole niskoprocentowe i tylko takie, ktore lubie. Nie lubie zas tego szmerku we lbie po wypiciu (stad tendencja do slabszych alkoholi po ktorych trudno sie upic,mozna byc na humorku w towarzystwie ale nie pijanym), nie lubie stanu upojenia. Nie potrafie powiedziec, dlaczego nie lubie. Po prostu - nie lubie i juz. Moze dlatego, ze nic sensownego wtedy sie nie zrobi i traci sie tylko czas a potem kolejna strata na kacu. I moralniak, poczucie winy, cholera wie co - jakby malo bylo tego gowna i bez picia. Szkoda zycia. Poza tym nawet gdybym chciala sie uchlac to nie da rady - mam korek we lbie. Mowi dosc i wiecej ni hu hu, nie wejdzie. Nie smakuje, nie podchodzi... Mam zwyczaj zartowac, ze ja juz swoje wypilam Teraz kolej na mlodszych
  13. I tak mi sie skojarzylo, wlasciwie to olsnilo mnie. Lepiej pozno niz wcale. W domu rodzinnym wobec mnie jako dziecka byla stosowana zasada "beggars can't be choosers" - zebrak nie wybiera. Dopiero teraz ja nazwalam wlasciwie. Ciagnie sie za mna przez cale zycie i ciezko z tym walczyc. Ciesz sie z tego co ci daja i badz wdzieczna ze wogole daja. Nie wazne ze czegos nie lubisz i ze ci sie nie podoba - masz zjesc wszystko (a wogole co to znaczy: nie lubisz? Nie wiesz co dobre, glupia jestes, glodne dzieci w Afryce itp - a tak a propos: czy ktos z Was byl tymi glodnymi dziecmi straszony? U mnie to nawet pokazywali jak sie jakies zdjecie napatoczylo w gazecie, telewizji: o, widzisz? A ty smiesz mowic ze ci nie smakuje. Czulam sie niemal odpowiedzialna za te szkielety z wielkimi brzuszkami, ze jak ja nie mam apetytu to takie dziecko umiera czy co? Jprdl ale jazda!). Na kolonii tez zjadalam wszystko, wpychalam w siebie zeby tylko nie zostawic na talerzu bo ojciec ciezko na to pracuje. Poczucie winy z automatu. I wdziecznosci ze wogole mam co jesc i dach nad glowa. Reszta niewazna, mozna sobie darowac bo zebrak nie wybiera itp bledne kolo. Teraz jak to pisze to ogarnia mnie smiech sardoniczny. Badz tu czlowieku normalny po takim wychowie Z podstawowki tez wynioslam kilka traum, ktore pamietam do dzis. Moja owczesna wychowawczyni powinna za to zostac wyj*bana ze szkoly w kosmos i dozywotni zakaz pracy z dziecmi. Ale to nie ten temat bo mowimy o rodzicach. Te pozadomowe traumy tez mnie mecza. Pozostaly niezaleczone, przez rodzicow totalnie zlekcewazone i uznane za moja nadwrazliwosc i przejmowanie sie byle gownem. Takie to byle gowno, ze do dzis we mnie siedzi.
  14. Krytyk, powiadasz... Mialam z nim spokoj dluzszy czas, teraz - gdzies tak od 2 lat, znow sie wlaczyl. Najlepsze w tym jest, ze ja dokladnie wiem, czyj to jest glos i kto mi znacznie pomogl tego krytyka skonstruowac (na dzien dzisiejszy kilka osob). Wiem ale to nie zmienia faktu, iz jest i ciezko sie go pozbyc. Latwiej zniesc jego obecnosc gdy sie jest swiadomym ale nie staje sie przez to mniej upierdliwa.
  15. aardvark3

    Sylwester 2013/2014

    Ha ha ha - to mnie rozwalilo: "Zycze Wam w Nowym Roku przede wszystkim szczescia. Pasazerowie Titanica byli zdrowi, tylko im szczescia zabraklo."
  16. mjp - dzieki za obiektywne spojrzenie. Mysle powaznie o zabraniu sie za siebie - od poniedzialku przychodnia, lekarz i te sprawy. Nie ma wymowek i usprawiedliwien, bo sie lepiej poczulam. Bo nadejdzie faza i bedzie jeszcze gorzej. Przez takie machniecie reka mialam schrzanione wakacje. Czekalam na nie pol roku. Mialo byc super hiper a moje stany dolowe sporo spieprzyly. Bylam w kilku fajnych miejscach i od miesiecy nastawialam sie ze zrobie mnostwo zdjec (tam jest niesamowicie fotogenicznie, kolorystyka, te sprawy, architektura itp - nic, tylko cykac), nawet dzwigalam ze soba wszystkie trzy obiektywy plus statyw - i co? Obskoczylam te miejsca jak najszybciej, zdjec kilka owszem, zrobilam - ale czulam taka jakas niechec, marazm... Byle tylko jak najszybciej do hotelu. Spalam fatalnie. Ksiazka mnie tylko jako tako wciagala. Internetu nie bylo ale to na plus zaliczam. Te stany obnizonego nastroju tak wiele psuja - i to mnie wkurza. Bo zycie jest jedno i naprawde szkoda tak zmarnowanych chwil. Mam tego swiadomosc nawet w momencie "dziania sie" ale czuje sie zbyt slaba zeby z tym walczyc gdy juz jest. Przeczekac, przetrwac. Tez sie zdarza, ze walcze z dolem na sile - robie cos bo wiem, ze to moze pomoc. Zwykle pomaga, chocby na chwile. A nawet jak nie pomaga to juz jest jakies dzialanie, nie tkwienie w marazmie. I ten cholerny kryzys motywacji... A wlasciwie to jest cyklicznie z motywacja.
  17. Mnie zas pomaga praca tworcza. I fotografowanie. Jak juz sie przelamie. Kiedys mialam teleskop (Dobsona) - zamienilam na jakas fotografike. Teraz jestem na kupnie (byle cena nie byla wygorowana) jakiegos przyzwoitego sprzetu. Ogladanie nocnego nieba tez bardzo odpreza - ale tez moze zdolowac bo przytlacza swiadomosc jego ogromu. Zalezy wiec od nastroju i nastawienia. I przegladanie towaru w hurtowniach decoupage. To ostatnie, niestety, kosztuje ale to tez inwestycja. Jak mam lzejsza postac dola wtedy pomoze kabaret. Na pewno w kazdym przypadku wygadanie sie, upuszczenie troche tej niezdrowej pary.
  18. tego sie tez obawiam - ze jakktos da mi taka szczera odrobine ciepla - to sie rozlece, rozpadne na kawaleczki. Ze to mnie przerosnie, przytloczy. Moja przyjaciolka ma bliskiego przyjaciela geja - i zeszlego roku jakos tak po Sylwestrze przyszlam do niej do pracy i ten gosc tam byl, skladalismy sobie zyczenia i mnie objal, przytulil tak po ludzku, jak drugi czlowiek, bez podtekstu - poczulam wtedy jak cos mnie wlasnie przytlacza i szybko obrocilam to w zart. Przestraszylam sie. Tego, co moge odczuwac i tego, ze to moze mnie zdominowac. Mnie nie potrzeba mezczyzny tylko CZLOWIEKA. Przede wszystkim.
  19. aardvark3

    Samotność

    Warto sprobowac, pomysle o tym. Nic nie kosztuje... Choc w glebi duszy pewnie zawsze bedzie margines na "nie".
  20. aardvark3

    Samotność

    Z gory? Znam swoje warunki i mozliwosci oraz wiem, jakie jest nastawienie ludzi. Nikt nie chce cudzych klopotow. Szczegolnie jak juz ma wlasne dzieci odchowane to chce swobody, spokoju a nie cudzego chorego dziecka na glowie. Z tym wiaza sie obowiazki i juz nie mozna ot, tak, kiedy sie chce wyjsc, wyjechac - a opieka pozadomowa kosztuje. Jestem realistka i takiej rzeczywistosci sobie nie wybieralam. Niby jest porozumienie bez barier ale to na dystans. Nie chce getta rodzin osob niepelnosprawnych - juz tam bylam. W Polsce jest pod tym wzgledem totalny syf - tutaj bardzo dobrze zorganizowana infrastruktura. Z tym, ze 90% rodzin oddaje dorosle niepelnosprawne dzieci na tzw residential care. Ja sie jeszcze do tego nie przekonalam i nie wiem, czy sie przekonam. Spotkalo mnie wielokrotnie zwykle odrzucenie tylko z tego powodu - malo kto rozumie taka sytuacje i sie jej boi. Dlatego pisze od razu co i jak. A czasami nie pisze po to, zeby sobie pogadac z kims. Bo jak juz napisze to jest cisza. Co mnie raczej nie dziwi. Ale zeby nie bylo, ze tylko tokuje a nie slucham -moze troche racji jest w zmianie nastawienia. Tylko najpierw powinnam to zrobic. Fajnie by bylo, gdybym przekonala sie na wlasnej skorze, ze warto a nie sama tylko wiara. To mi nie wystarczy. Gdybym gdzies zobaczyla przyklad kogos w podobnej jak moja sytuacji kto przestal byc samotny, zostal zaakceptowany takim, jakim jest - to pewnie by mi pomoglo... Dopoki dziecko jest male to latwiej ulozyc sobie zycie. Ale z czasem te szanse maleja do zera. -- 01 sty 2014, 15:26 -- Poza tym wole negowac niz sie ludzic i zostac zraniona, wysmiana albo zeby ktos mi pokazal "gdzie moje miejsce" (jak smiem wogole marzyc o czymkolwiek majac takie obciazenia). To juz przerabialam, dziekuje.
  21. A jezeli mu na Tobie nie zalezy - to lepiej wczesniej sie o tym przekonac i powiedziec sobie do widzenia. Nie tracic czasu ani nie hodowac zludzen. Mam bardzo podobnie bo tez doswiadczenia niedobre, zawiodlam sie na niemal wszystkich ktorym ufalam mniej lub bardziej. Od rodzicow poczawszy a na wlasnym dziecku skonczywszy. Nie wspomne o partnerach zyciowych bo tutaj bylo nawet wykorzystywanie mojej szczerosci przeciwko mnie a to juz chwyt grubo ponizej pasa. Tylko jedna, jedyna osoba nigdy mnie nie zawiodla i byla przy mnie w ciezkich chwilach. Po jego smierci obrazilam sie na Boga i jestem niewierzaca. Bo co to za Bog ktory zabiera zebrakowi ostatnia kromke chleba? Ale potem myslalam - skoro spotkalo mnie take wyroznienie w zyciu, taka bezwarunkowa milosc, troska, zaufanie, przyjazn - jednym slowem: wiez - to ona istnieje i pewnie znow ja spotkam. I co? I nic. Spotkalam tylko kolejnego toksycznego czlowieka i doszlam do wniosku ze moze to ja nie umiem odpowiednio wybrac, ze moze to we mnie jest ow blad - w takim razie dlaczego WTEDY nie zrezygnowalam tylko uwierzylam, ze warto - i bylo warto. I nie chodzi mi o tego jedynego czlowieka bo jego juz nie ma - ale o kogos, kto mysli i czuje podobnie. Zeby nie bylo, ze tkwie w przeszlosci bo to nie do konca tak jest. Nie tesknie za czlowiekiem ale za tym, co mi ofiarowal. Za bezwarunkowa akceptacja, byciem dla kogos waznym, troska, cierpliwoscia, wsparciem, empatia, ufnoscia, poleganiem na kims. Tylko tyle albo az tyle. Cholera, gdyby byla lepsza pogoda to bym gdzies w pierony pojechala - moze do lasu? Albo w jakies inne fajne miejsce...
  22. aardvark3

    Samotność

    Od dawna lubie swoje towarzystwo ale przez ostatnie 3 lata przesadzilam, a co za duzo to niezdrowo. Odnosnie przyciagania odpowiednich ludzi - w moim otoczeniu sa fajni ludzie ale roznica pokolenia, wiec mozemy sie spotkac raz czy dwa, o pierdolach pogadac i tyle. Zadnej bliskosci bo nadajemy na roznych kanalach. Poza tym nie lubie dzieci, nie mam do nich cierpliwosci i jest takie sztuczne rozciaganie geby w usmiechu bo na proby zabawiania sie nawet nie skusze; to byloby wbrew sobie. Wiekszosc osob w moim wieku to tez zakochane we wnusiach a jak ja k*rwa tego swiergotania nie znosze! I powtorka z rozrywki kupki zupki i jaka ta moja wnusia krupcia madra. Do porzygania. Nie moje klimaty. No, jeszcze pogadam czasem w parku z psiarzami ale ta deprecha powoduje, ze nawet z psem mi sie nie chce wychodzic. Martwi mnie, ze zaczynam do psa miec stosunek: dac zjesc, wykapac, wypuscic na ogrod ostatecznie wyprowadzic na spacer. Zero uczuc, emocji. Czuje jakby ich we mnie juz nie bylo - zdolnosci do jakichs czulych gestow, ciepla. Wypalilo sie. Jechalam na oparach a teraz nawet tego juz nie ma. Poznac kogos? A kto zechce kogos takiego jak ja, z obciazeniami i na dodatek z depresja jako bonus? Nawet sobie nadziei nie robie. Tzn jestem na jakichs tam portalach ale nie traktuje tego powaznie - i tak po kilku mailach wszystko sie rozmywa. Moze sie rozkrece i odzyskam troche wiecej wiary w siebie jak juz zaczne terapie. Boje sie jak to z lekami, czy bede musiala zazywac i jaki to ma wplyw na prowadzenie samochodu bo niestety, musze jezdzic. Inaczej bede uwiazana w domu bo nie ma innej opcji - wlasciwie to jest: autobus do dwoch wiekszych miast i pociag a do stacji ok 3,5 km.
  23. aardvark3

    Sylwester 2013/2014

    Ogladam sobie "Tysiacletnia Pszczole" Jakubisko i to jest to! Polecam i zegnam sie dobranocnie - do uslyszenia wkrotce Bylo super i dzieki Wam za towarzystwo, rozmowy i nastroj. Jestescie super ekipa!
  24. aardvark3

    Sylwester 2013/2014

    Nie, jakies insze pieronstwo - ale ja generalnie szampana nie lubie. Kolezanka postawila kiedys oryginalny, drogi w sroc, na uczczenie obrony pracy dr - i powiem Wam ze gorszej ch*jni swiat nie widzial
×