Moge rzec, ze ja czesciowo tez... Czytajac ten artykul mialam flashbacki.
Teraz jest mi matki zal - bo nie umiala sobie pomoc, bo zyla nieszczesliwa i psychicznie zaburzona, nie wiedzac, ze mozna zyc spokojnie i - nazwijmy to - normalnie. Bez paralizujacego leku.
Matka nie zyje juz od 11 lat ale uwolnilam sie od jej wplywu (przynajmniej od tego bezposredniego) gdy wyemigrowalam w latach 90-tych.
Po latach zrozumialam, ze zarowno moje zwiazki malzenskie jak i sama emigracja byly niczym innym jak podswiadoma ucieczka od niej.
Niestety, wiazalam sie z partnerami, ktorzy podtrzymywali niejako moje zaburzenia i leki. Widze to teraz, gdy jestem z kims, kto je w jakis sposob neutralizuje. Kto nie jest toksyczny a to w zupelnosci wystarczy (tak niewiele a zarazem wszystko).