hej dziewczynki. wróciłam od psychiatry. bałam się, co powiedzieć, ale wszystko powiedziało się samo.
już w drodze zaczęłam beczeć. jechałam samochodem i im byłam bliżej, tym bardziej wyłam. w efekcie weszłam do gabinetu z załzawionymi ślepiami i czerwonym nochalem. no i potem już poszło. na koniec przeprosiłam ją, że się rozkleiłam, a ona zapytała dlaczego ją przepraszam. więc powiedziałam, że to nie wypada i że to mazgajenie i takie tam bla bla bla. a ona powiedziała że to złe wzorce z dzieciństwa i że słabościa nie są emocje. gdy emocje są tłumione dopiero w efekcie powstaje słabość. już jak byłam w drzwiach to powiedziała, że się cieszy, że się rozkleiłam, bo jest mi po tym lepiej. i to była prawda. nie zmienia to faktu, że wracając od niej najpierw ryczałam, a potem popadłam w agresję i tak pokazałam jednemu kierowcy faka, z innym się ścigałam, a kolejnemu migałam długimi, żeby mi zjechał z lewego pasa, chociaż sama twierdzę, że to chamówa. whatever..
gdy zapytałam co mi jest, odpowiedziała, że mam nawracające epizody depresyjne + nerwicę lękową. i że to jest kwestia zaburzenia, ale ona nie wie pod jaką osobowość należy to przypiąć. i dostałam skierowanie do psychologa diagnosty, który zrobi mi nie jeden, ale szereg testów plus odniesie się do ich wyników w rozmowie ze mną. oczywiście pytała, czy muszę koniecznie wiedzieć, co to jest. przekonała się, że muszę, gdy jej powiedziałam, że jak się nie dowiem, będę w nieskończoność szukać odpowiedzi w internecie i książkach, a chyba nie tędy droga.
dostałam sertralinę w miejsce citabaxu. cała reszta shitu została, po powiedziała, że boi się mi teraz odstawić wenlafaksynę, kiedy jestem w rosypce. zobaczymy się za 3 tygodnie i wtedy pomyślimy. mam również jej przynieść wszystkie wyniki badań, które teraz robię i jej pokazać.
zastanawia się nad wprowadzeniem stabilizatora nastroju (nie chcę tego...)
a na marginesie to chce mnie wziąć do siebie na oddział. powiedziałam jej, że jak sertralina nie zadziała, przyjdę do szpitala. pieprzę już wszystko inne. pójdę.