Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Znajomi

Znaleziono 4 wyniki

  1. Od kiedy pamiętam nie byłam członkiem grupy. W przedszkolu miałam jedną koleżankę, reszta mnie ignorowała. W podstawówce tak samo, jedna przyjaciółka, dwie z którymi można pogadać, ale wciąż nie jestem częścią grupy. Gdy szłam do liceum bardzo chciałam to zmienić. Przełamałam się i poznałam jedną dziewczynę, obecnie moją dobrą przyjaciółkę w szkole. Przyszło nauczanie zdalne, klasa podzieliła się na grupki. W dodatku w mojej klasie jest sporo osób z podstawówki które pamiętają mnie jako nieśmiałą i wycofaną. W znowu jestem wyalienowana w klasie, poza grupą. Nie doświadczyłam dokuczania, wyśmiewania ani jawnej przemocy. Żyłam sobie po prostu z boku. Czasami zdarzały się tylko nieprzyjemne sytuacje że gdy chciałam dołączyć np. do grupy dziewczyn przy stole to dawały mi do zrozumienia że mnie nie chcą np. siadając tak żeby nie było dla mnie miejsca. Ale żadnej otwartej wrogości nie było. Czymś niewyobrażalnym jest dla mnie podejść do jakiejś grupki i zagadać. Czuję się nie na miejscu, jakbym zawadzała i przeszkadzał innym. Mam wrażenie że oni maja swoje sprawy. Gdy wszystkie grupy się łączą i dziewczyny stoją razem to staram się dołączać do nich , przynajmniej stać blisko. Widziałam że są osoby nieśmiałe i małomówne które są częścią grupy mimo ze się nie odzywają. Mi nie zależy nawet na tym żeby być duszą towarzystwa. Mogłabym być taką szarą myszką, cichą ale będącą członkiem grupy. Gdy mam jasno zdefiniowane zadanie, zwłaszcza polecenie od kogoś innego, to wtedy czuję się na miejscu, czuje że robię to co powinnam, i wtedy nie czuje lęku, najwyżej lekki stres. Dzięki temu daję radę gdy prezentuję prezentację, gdy idę coś załatwić z nauczycielem, na sprawdzianach, gdy rozmawiam z kimś w jakimś jasno określonym celu np. pytam się o coś lub komuś odpowiadam. Gdy mamy pracę w grupach z konkretną listą zadań to zazwyczaj udaje mi się przełamać, pokazuję swoje pomysły. Ostatnio przy projekcie na informatykę, zdarzyło się nawet tak że to ja byłam liderem. Znaczenie może mieć fakt że nigdy nie byłam modna, nie podążałam za trendami. Nie oglądałam popularnych seriali, nie miałam modnych ubrań, zabawek, gadżetów. Zdarzało się że jakiś serial albo zabawka mi się spodobały ale np. gdy już przestały być modne. Miałam też nietypowe pasje np. medycyna albo budowanie domku dla lalek. Często mam problem, że nie wiem na jakie tematy rozmawiać, jak zacząć rozmowę, i jak ja dalej podtrzymać. Bywało że miałam okazję do kogoś zagadać, bo byłam z nim sam na sam ale zupełnie nie wiedziałam co mam mówić. Mam wrażenie jakbym po prostu nie potrafiła utrzymywać relacji z grupą. Jakbym miała jakiś mechanizm którym pomaga mi znajdować pojedyńcze przyjaciółki, ale nie pozwalający stać się częścią zbiorowości. Sama nie wiem czy mam jakieś zaburzenie psychiczne. Nie chciałabym wpadać w paranoję. Może jest to zwykła nieśmiałość, tak czy inaczej bardzo mnie to męczy. Martwię sie jak to w przyszłości wpłynie na moją pracę, nie chce żeby to się skończyło tak że mimo ze ciężkiej pracy nie zrobię kariery tylko przez ten mój problem. Czy ktoś z was doświadczył czegoś takiego? Po prostu niemożliwość dołączenie do grupy, do społeczeństwa, jakiś wewnętrzny mechanizm który to utrudnia? Będę wdzięczna za wszystkie odpowiedzi
  2. Hej, mam 20 lat i nie mam przyjaciół. Mam narzeczonego, którego oczywiście bardzo kocham ale od paru już lat praktycznie nie mam znajomych czy przyjaciół i przez to czuję okropny smutek, ból i zazdrość. Nie mam z kim się spotkać,pogadać, pośmiać się, po prostu razem spędzić czas. Fakt że mój narzeczony ma znajomych kolegów koleżanki i się z nimi spotyka sprawia że czuję zazdrość która mnie bardzo męczy. Mam także lęk społeczny i bardzo trudno nawiązywać mi nowe znajomości. Czy ktoś z was ma podobny problem? Czy ktoś może mi poradzić co mam zrobić?
  3. Mam 15 lat i chciałbym się podzielić ze sobą swoim problemem, którego nie mogę wyrzucić z głowy. Zanim jednak zacznę pisać, upominam, że temat będzie całkiem długi, ponieważ żeby ukazać i sformułować w CAŁOŚCI mój smutek muszę przytoczyć kawałek swojego życia. A więc tak - mam straszny problem z poradzeniem sobie z pewnym wydarzeniem (pozytywnym) z mojego życia, które zmieniło je o 180 stopni, ale na plus. Z perspektywy czasu zauważyłem, że to jeden z moich najlepszych okresów do tej pory w życiu. Ale o co chodzi? Jaki okres? O czym ja piszę? Już tłumaczę. ============================================================ Przenieśmy się wstecz do listopada 2017r. Środa. 8 listopad. Godzina 15:30. Dzwonek na przerwę po męczącej lekcji angielskiego. Wychodzę z kumplami na dwór żeby dotlenić umysł. Przypominam sobie, żeby zapytać się, czy wracam po lekcjach sam do domu czy ktoś po mnie przyjeżdża. Więc - dzwonię do mamy: ,,Halo?" ,,Cześć Mamo. Mam pytanie - ja dzisiaj sam wracam czy mnie odbierzesz?'' ,,Nie dam rady Cię dzisiaj odebrać.'' ,,Co? Dlaczego?'' ,,Nie dam rady Cię odebrać [...] bo dziadek umarł.'' Osłupiałem. Ale że...co?! Jak to?! Przecież to nie może się dziać naprawdę! Do tej pory myślałem, że poczucie jak ktoś umiera z rodziny występuje tylko w filmach. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie dość, że mam tonę kompleksów (ostry trądzik, nadwaga, małe uznanie wśród znajomych) to jeszcze ktoś mi umarł... Panie Jezu, dlaczego? Za jakie grzechy? Czułem się beznadziejnie. Poniżałem się, i chciałem zakopać się pod ziemię. Brak nadziei. Game over. Od codzienności uciekałem w jeden, jedyny sposób - piłka nożna. Trenowałem, męczyłem się, walczyłem (grałem na bramce) i zawsze, pod koniec zajęć, podnosiłem palce i swoje trudy ofiarowałem dwóm postaciom - dziadkowi i Bogu. Modliłem się codziennie. Ale w zasadzie... co to da? Na co mi to? Przecież już nie ma na nic nadziei. Tak będzie już na zawsze, po co ja się w ogóle staram? To koniec. I tak ciągnął się dzień za dniem. Aż pewnego razu.... Sobota. 21 kwietnia 2018 roku. Przychodzi wycieczka do Paryża. Niczego wielkiego się nie spodziewam - może się odnajdę w jakimś towarzystwie lub też nie. Jadę tam tylko pozwiedzać, przynajmniej wtedy poczuję się fajnie. A co się okazuje? Okazuję się, że... BOOM! Wyjazd był NIE-SA-MO-WI-TY! Poznałem fajną ekipę (dwie fajne dziewczyny i jeden chłopak), która odważyła się być sobą i pomogła rozwinąć mi skrzydła. Słuchaliśmy muzyki, zwiedzaliśmy nowoczesne i charakterystyczne ulice Paryża, rozmawialiśmy o WSZYSTKIM. Przychodzi majówka z księdzem z mojej parafii. Cel? Góry, zwiedzanie i ,,luzacki' wypoczynek przy malowniczych krajobrazach Tatr. No, może będzie fajnie! Ale niee! Po co ja się nakręcam? Przecież jedzie tylko 8 osób razem z księdzem, na dodatek sami chłopcy. Tak się składa, że przedłużyłem swoją dobrą passę! Było prześwietnie! Byłem w centrum zainteresowania (choć nie chciałem), poprawiłem relacje z księdzem i przyjaciółmi, przeżyłem niezapomniane emocje - Kraina obfita w mleko i miód! Do wakacji było coraz lepiej. Wypocząłem na piaszczystej plaży podczas wyjazdu z siostrą zakonną ze szkoły (gdzie też było super), grałem na boisku ze znajomymi i wiele więcej. Ale przede wszystkim, zacząłem słuchać więcej muzyki. Cały mój wolny czas to było słuchanie TACO HEMINGWAYA. Rapera, który porusza ważne tematy na temat mentalności w formie muzyki. I tak minął Paryż, majówka, wakacje i zaczęła się szkoła. Wytężyłem swój umysł na naukę (miałem średnią 5.00 w I. semestrze) i trzymałem się tylko z jednym przyjacielem, z którym złączyliśmy siły i skupiliśmy się na nauce. Co ciekawe, jego ulubionym raperem też był wcześniej wspomniany Taco. Poczułem, że zaczęła mnie ogarniać nuda i pustka. Zbuntowałem się przeciwko mojemu przyjacielowi i teraz staram się, bezskutecznie, zrobić wszystko żebym mógł przywrócić tą atmosferę sprzed roku. Jest też możliwość, że uzależniłem się od muzyki (pozwalam, żeby wpływała na moje samopoczucie i zawsze, kiedy wychodzi jakiś nowy hit, dopiero wtedy czuję, że moje życie się zmienia. ============================================================ No i teraz, ujawnia się mój problem. Wielka huśtawa smutku, rozpaczy, obojętności, radości, wiary i euforii zamieniła się W.... No właśnie. W co? Co ja mam teraz zrobić? Ogarnia mnie codziennie pustka związana z brakiem możliwości powrotu do tamtych dni, popularnie zwana nostalgią. Coraz bardziej czuję się gorzej - psychicznie i fizycznie. Nie widzę dobrej przyszłości, szczególnie że niedługo idę do szkoły średniej. Nie potrafię odnaleźć się w dobrym towarzystwie. Takim, które jest autentyczne. Nie patrzy się na innych i jest otwarte na każdego człowieka. Nie wiem, na czym mam się skupić. Dlatego też zamiast skupić się na dobrym samopoczuciu i rozsądku skupiam się tylko na nauce, pieniądzach i internecie - w ten negatywny sposób. Nie odczuwam radości z czyjegoś bytu jak kiedyś. Nie mogę uwierzyć w siebie, pokazać prawdziwego siebie, bo nie mogę znaleźć dobrego towarzystwa. Jak nastawić się na to, że rzeczywiście będzie lepiej? Czy to naprawdę ten słynny ,,koniec'', o którym pisałem? Nie widzę dobrej przyszłości. Przynajmniej teraz. Dzień w dzień płaczę za tamtymi dniami, pomocy! Nie widzę ratunku
×