Skocz do zawartości
Nerwica.com

Doktor Indor

Użytkownik
  • Postów

    1 846
  • Dołączył

Treść opublikowana przez Doktor Indor

  1. „Reality is a powerful solvent for ideology” – z artykułu: https://x.com/IterIntellectus/status/2012220254504530043
  2. Girlfriend experience. Ale czemu od razu fabetą…
  3. Uczysz? To chyba dosyć wymagające przy chorobie O.o
  4. Dlatego ja używam określeń pokrewnych. Analfabeta, który jakimś cudem opanował matematykę, ale nie potrafi się wypowiedzieć w ojczystym języku, to dla mnie umysł nie ścisły, a ściśnięty. Pomijając przypadki, gdy mózg to uniemożliwia (dysleksja, błędnie nazywana dyslekcją). Ktoś, kto zna się na literaturze, ale przerasta go policzenie „2 + 2 × 2”, to dla mnie nie humanista, a tumanista. Pomijając przypadki, gdy mózg to uniemożliwia (dyskalkulia). Człowiek inteligentny ma różne zainteresowania, ale każdą dziedzinę opanuje w jakimś, choćby podstawowym, zakresie. Ja zdecydowanie nie jestem humanistą ale dbam o język, bo to moja wizytówka. Ale czy jest powodem do wstydu? Dla mnie powodem do wstydu jest krzywdzenie kogoś. Jak ktoś się uczciwie k*rwi, to niech się k*rwi. Jego sprawa, i jego potencjalnych (i przyszłych) partnerów. Miałem dwie takie koleżanki (jedna striptizerka, jedna prostytutka) i były to po prostu normalne, sympatyczne, uczciwe (i wbrew pozorom inteligentne) osoby (choć obie zaburzone, ale chyba trzeba być zaburzonym, żeby wybrać taki zawód nie będąc np. finansowo przypartym do muru).
  5. Ja mam wrażenie, że to jest czasem kwestia ojca. Dziewczyna ma ojca, który mechanicznie wszystko zrobi, ale np. jeśli chodzi o jedzenie to może sobie wodę na herbatę zagotuje i kuchni nie spali. I ja jestem taki sam. Dwie lewe ręce do gotowania (tylko że mi się raz udało spalić kuchnię), dwie prawe ręce do różnych technicznych rzeczy. I możliwe, że to m.in. dlatego właśnie we mnie zobaczyła faceta, z którym chce być. Autentyczny dialog, przechodzi matka z dzieckiem. – Mamo, a co ten pan robi? – Naprawia samochód? – A dlaczego nasz tatuś nie naprawia? – Nasz tatuś jest humanistą Ja robię sam bo nikomu nie ufam. Dwa ostatnie razy, gdy postanowiłem zapłacić fachowcowi, bo nie chciałem się dotykać, skończyły się tak, że i tak musiałem poprawiać (a jedna z tych rzeczy – wygięty drążek kierowniczy przez parcha, który miał wymienić końcówkę – realnie mogła mnie zabić). Żeby jeszcze się przyznał, powiedział – no wygięło nam się, nie chcieliśmy ale tak wyszło, no to spoko – zamawiacie nowy, zakładacie, i nie ma problemu. A nie wypuścić klienta z pogiętym drążkiem. I jakbym nie zajrzał to bym nie zauważył i jeździłbym tak… do czasu. I może przesadzam, ale uważam, że jeśli projektant obliczył wytrzymałość tego drążka na ściskanie i rozciąganie, to znaczy, że ma być ściskany i rozciągany, a nie zginany. A jak jest wygięty, to już będzie pracował na zginanie, a nie na ściskanie. Z lag to się fajnie strzela wysprzęglikami Z kumplem tak kiedyś robiliśmy, trochę benzyny, jakiś mały ładunek (ja używałem elektrospłonek), wysprzęglik w lagę… wiesz jak wysoko latały?
  6. Doktor Indor

    Co teraz robisz?

    Pewnie na indorze, i złapać go za indyczą szyję, o tak wg ilustracji…
  7. No powiedz, bo chore zęby to chory organizm, to przecież promieniuje. Poza tym ile można chodzić z bólem. A im szybciej się wyleczy tym lepiej. Jak szybko złapiesz to plomba i po temacie, jak później to kanałowe, ząb jest już martwy, słabszy. A jak potrwa jeszcze trochę to sru, wyrwanie, i chodzisz bez zęba albo zakładasz implant. Ja implantu nie zakładałem (choć powinienem, siódemki). Założyłbym ale po pierwsze one są tylko na 10 lat chyba, czy 15, i potem trzeba wymienić, po drugie nie wiem czy da się to zrobić w sedacji podtlenkiem, czy może już w narkozie, a narkozy się boję (może bezpodstawnie, ale za dużo się dziwnych historii naczytałem, a to ktoś był świadomy ale sparaliżowany, a to ktoś został po narkozie warzywem bo coś poszło nie tak). Są oczywiście ryzyka związane z używaniem podtlenku ale to tylko jak sama go sobie kupisz i podajesz jako narkotyk metodami chałupniczymi (np. rozprężasz sobie do worka „whippety”). Możesz sobie zamrozić struny głosowe, możesz się udusić, no i ćpanie go np. codziennie wypłukuje cośtam z organizmu (chyba witaminę K i wapń, ale nie jestem pewien). U dentysty żadnego z tych ryzyk nie ma, gaz jest w normalnej temperaturze (rozpręża się powoli do takiego jakby balonika, gumowego worka, a aparat nie pozwoli podać mniej niż 30% tlenu nawet jakby ktoś chciał). No i masz jedynie maseczkę na nosie, więc jak poczujesz że coś jest nie tak to zaczynasz oddychać ustami i tyle (ale u mnie tak było tylko raz na początku, bo nie wiedziałem czego się spodziewać i się przestraszyłem). No i jeszcze warto dodać ważną rzecz – dentyści, którzy mają takie aparaty, dobrze wiedzą, że przychodzą do nich pacjenci z lękiem, i mają odpowiednie podejście. A no i zapomniałem dodać, najlepiej nic nie jeść parę godzin przed zabiegiem, bo można zwymiotować (ja nigdy nie miałem odruchu wymiotnego ale podobno się to zdarza, nie wiem na ile często – może nie). I się wysikać przed bo nie czujesz ciała w trakcie zabiegu i jak już będzie się bardzo chciało sikać to się trochę wybudzisz z gazu (miałem tak, musiałem przerwać i iść skołowany do kibla). Lepiej tak niż się obsikać Nie wiem czy to się może zdarzyć, mi się nie zdarzyło.
  8. Ma doświadczenia wręcz cudowne, ale nie z narkozą, a z sedacją podtlenkiem azotu. To nie to samo – sedacja jest bezpieczna i działa krócej (wchodzi się i schodzi z niej w ciągu minut). Zawsze bałem się dentysty, szczególnie po doświadczeniach (bardzo miły i sympatyczny pan dentysta, któremu nie udało się zatruć mi jednego nerwu i zrobił mi zastrzyk prosto w nerw, myślałem że go wtedy zamorduję). Wszedłem sobie na https://www.sedacja.pl/ (polecam, jest tam lista gabinetów), poczytałem o co chodzi, stwierdziłem – spróbuję. Znalazłem gabinet, umówiłem się, poszedłem. Powiedziałem pani dentystce, jak wygląda sytuacja – chcę mieć kontrolę, spróbujmy najpierw podtlenek i ja jej dam znać, czy może już zacząć te swoje magiczne zabiegi nad zębami. Żeby nic nie robiła bez mojej zgody. Jak nadal będzie lęk to najwyżej podziękuję, zapłacę za sam gaz, i się pożegnamy. Powiedziała że OK. Dostałem maseczkę na nos, zacząłem oddychać. Najpierw oddycha się tlenem, potem stopniowo dodają podtlenku, maksymalna dawka to 70% podtlenku (i 30% tlenu) i mi taka jest potrzebna (przy dawce 50/50 się wybudzam). Na początku trochę spanikowałem jak przestałem czuć ciało i „wyszedłem z gazu” (zacząłem oddychać ustami), ale to chwilowe, i zdarzyło się tylko za pierwszym razem. Normalnie wygląda to tak, że oddycham, czuję takie mega przyjemne odprężenie w ciele, mam halucynacje słuchowe (zawsze ten sam motyw, ta sama sekwencja dźwięków, to jest w ogóle ciekawe), czuję jak drętwieje mi ciało, ale to jest takie przyjemne, mega uczucie. Strach znika. Po prostu jest mi tak dobrze, że już nie czuję lęku. I wtedy to już sobie róbcie z zębami co chcecie, byle by ten gaz był. A potem wchodzę w taki dziwny stan, nie jest to sen, ale takie… hmm, chyba „trip” to jest dobre określenie. Nie ma mnie w gabinecie, jestem gdzieś w swojej głowie. I wtedy już zaczynają robić te swoje zabiegi. Ja nie czuję nic. Nie ma mnie, to nie moje ciało. Tak to odbieram. Same „tripy” są bardzo przyjemne, raz tylko na tyle wizyt miałem nieprzyjemny (coś mi się w głowie uroiło, czułem że spadam w nieskończoność, były cztery symbole, jeden dążył do zera, drugi do nieskończoności, a dwa były pomiędzy – nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu taki narkotyczny trip). Jak jest już po wszystkim i dostaję tlen to zawsze jestem wkurwiony, że to już koniec, bo ja chcę jeszcze… Jestem chwilę skołowany, ale to trwa parę minut. Akurat żeby zapłacić, dojść do samochodu, odpalić, chwilę jeszcze posiedzieć (nie ruszam zanim nie minie zupełnie). Sam podtlenek też ma działanie znieczulające. Pamiętam jak miałem zapalenie okostnej, ból taki że miałem ochotę chodzić po ścianach, w życiu mnie tak w pysku nie bolało. Poszedłem, podtlenek, zrobili co trzeba. Pytam potem: czy jak znieczulenie przestanie działać to będzie bolało? Ale panie Indyczku kochany, ja panu nie dałam znieczulenia. Podtlenek wystarczył. To że nawet nie wiedziałem, czy dostałem zastrzyk znieczulający, chyba odpowiada na pytanie, czy czuć zastrzyk A tego też się zawsze bałem i to mnie zawsze strasznie bolało. Inna sprawa, że ten gabinet, do którego chodzę, ma jakiś elektroniczny aparat do podawania znieczulenia (nie jest to taka zwykła, chamska strzykawka). Trochę trudniej jest z wyrywaniem zębów, bo to jest jednak inwazyjny, mechaniczny zabieg, ale jak oddycham gazem to jest do wytrzymania. To nie boli, jest po prostu mimo gazu trochę nieprzyjemne. Boli oczywiście z godzinę po wyrwaniu, jak znieczulenie schodzi, ale to już inna sprawa. Ogólnie dzięki podtlenkowi mam teraz wyleczone wszystkie zęby, a były w kiepskim stanie przez picie coli z cukrem przez lata i jednak strach przed dentystą. Chodzę na kontrolę regularnie, kontrola też na podtlenku – taka moja „guilty pleasure”. Co do kosztu, krótki zabieg tam, gdzie ja chodzę, to +50 zł, dłuższy to +100 zł. Ale to też kwestia indywidualna, pani mi powiedziała że jestem duży, mam duże płuca, zawsze jestem na 70%, to i tego gazu schodzi więcej, dlatego tak mnie liczy. Dziecko albo drobna dziewczyna pewnie zapłaciliby mniej. Nie powiem żeby podtlenek wyleczył mi lęk przed dentystą bo bez podtlenku nadal nie dałbym się dotknąć. Ale podtlenek wyleczył mi lęk przed dentystą na podtlenku. Ciężko to opisać, trzeba to po prostu przeżyć. Natomiast jako ktoś, kto panicznie bał się dentysty i dwa razy zszedł z fotela przed zabiegiem, polecam w 100%. Dzięki temu mam w końcu zdrowe zęby i nie wstydzę się uśmiechać.
  9. I u mnie mniej więcej taka właśnie przemiana nastąpiła dzięki wenli (i dostosowaniu sobie życia pod tak naprawdę niepełnosprawność, jaką jest zniszczona psychika). Dzięki. Ja śmiało mogę powiedzieć, że ten lek uratował mi życie.
  10. Nie, nie widzę, bo wiem jak było bez, i wiem jak było na innych lekach, w tym na przeklętej paroksetynie. Nie ma magicznej pigułki. Wenla ze wszystkich niemagicznych pigułek działa w moim przypadku możliwie najlepiej i ma najmniej efektów ubocznych. Są rzeczy, które działają lepiej. Xanax wzięty poprzedniego dnia daje mi rano taki łagodny, odcięty nastrój, co pomaga. Porządne napierdolenie się wódką też w pewnym momencie sprawia, że panika ustępuje, tak jakby ta lękowa część poszła spać. Żadna z tych rzeczy nie jest tą, którą chciałbym na dłuższą metę stosować. Ty widzisz panikę, bo przyjdzie gość z przeglądem. Ja widzę sukces, bo paniki nie ma w milionach innych przypadków, w których kiedyś by była. Ja widzę sukces, bo mimo tej paniki jestem mimo wszystko w stanie na tego gościa zaczekać. To, co ty i inni widzicie we mnie, to jest wierzchołek góry lodowej. To, co prezentuję światu i samemu sobie, to jest wierzchołek góry lodowej. Tam pod spodem jest taki skurwysyński syf, do którego nawet ja nie mam dostępu, ale wiem, że tam jest i wpływa na mnie. Wiem i czuję, że nie mogę mieć do niego dostępu, bo bym go nie udźwignął. Może „jeszcze” nie mogę, może nie będę mógł nigdy. Nie wiem, co dokładnie działo się w moim dzieciństwie, bo mam jedną wielką białą plamę, gdy próbuję sobie cokolwiek przypomnieć (pamiętam tylko fragmenty), a nikt mi nic nie powie, ale wiem, że było koszmarem. Awantury, przemoc, bicie w zasadzie od urodzenia, włączając w to ciskanie mną o ścianę przez kochanego tatusia, gdy byłem noworodkiem i nie chciałem przestać płakać (to wiem od matki), albo (to wiem od siostry matki) celowe zadawanie bólu przez matkę, żeby wymusić na mnie konkretne zachowania przeciwko ojcu. Nie wiem czy jeszcze seksualnie czegoś nie było, bo choć nic takiego nie pamiętam, to w zasadzie jak sobie przypomnę siebie z wieku 8-9 lat to wszystkie objawy pasują do molestowanego dziecka. To, że ja tak dobrze funkcjonuję POMIMO tego, że panikuję TYLKO w tych konkretnych przypadkach, że jestem w stanie pracować, utrzymać siebie i rodzinę (bez małżeństwa i dzieci to też jest rodzina), to że psychika mi się jeszcze nie rozsypała na amen, to jest tak naprawdę ogromny pozytywny skutek wenli i moich mechanizmów wypierania, które ta wenla wspiera. To dlatego jestem zwykle odcięty od emocji i bezuczuciowy. Gdybym pozwolił sobie na odczuwanie, mógłbym stracić kontrolę. Panika jest niestety ceną, jaką za to płacę. Ceną akceptowalną, biorąc pod uwagę alternatywę. Ludzie z takimi przejściami jak ja w dorosłości popadają w alkoholizm, narkotyki, lądują na ulicy albo gorzej, Tomek. Ty chcesz, żebym ja eksperymentował. Wydaje ci się, że wiesz lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre, a – przepraszam, że to powiem – no cóż… nie wiesz. Możesz mieć jedynie odniesienie do siebie i swoich doświadczeń. Całe życie ktoś twierdzi, że wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Że moja percepcja mojej własnej rzeczywistości jest błędna. A prawda jest taka, że kiedy mówię, że nie mam przestrzeni na eksperymenty, to znaczy, że jej nie mam. To nie jest zaproszenie do dyskusji, do podważania mojej oceny swojego stanu psychicznego. To jest stwierdzenie faktu. Dlatego przepraszam, że to powiem, bo wiem, że to wynika z dobrego serca i szczerych intencji, ale bardzo cię proszę, żebyś skończył już temat mojej farmakoterapii, nawet w żartach, OK?
  11. Co wam pada? Ciekawe czy to samo co u nas.
  12. I u mnie bardzo mocno się odbiło. Ale chyba mam to już za sobą. Teraz podchodzę do siebie bardziej z troską, niż z wymaganiami. Nie na zasadzie „zrób to i ani k…wa mruknij” tylko opieki nad tą częścią mnie, która wtedy cierpi. U mnie gamechangerem był bus. Dzięki temu moje bezpieczne miejsce jest zawsze ze mną. Choć bez wenli samo wyjście z domu było problemem, a pojechanie gdzieś dalej to już w ogóle. Jak odstawiłem wenlę to doszło do tego, że przed każdym wyjściem z domu musiałem łykać xanax (ale wtedy jeszcze nie miałem busa), więc stwierdziłem że to nie ma sensu – syf milion razy gorszy i prosta droga do uzależnienia. A teraz… po prostu funkcjonuję. Są sytuacje triggerujące, szczególnie czekanie na kogoś, spotkania z ludźmi, bycie zamkniętym (szczególnie jak nie mam czasu żeby panikować, bo np. jestem gdzieś umówiony albo jadę z kotem do weta – chcę minimalizować jego czas bycia w transporterze), ale jest ich o rzędy wielkości mniej, niż było, zanim dostosowałem pod swoje problemy życie. No więc rzeczy tylko do paczkomatu, jeśli już kurier to ma zostawiać rzeczy pod drzwiami, itd. Zastanawiałem się, na przykład, czy nie zrobić sobie uprawnień gazowniczych, żeby samemu podbijać sobie przegląd gazowy. Bo czekanie na ziomka, który raz do roku przytknie urządzonko do zaworu i podbije przegląd (a to zawsze jest panika, poczucie ogromnego zagrożenia, choć racjonalnie wiem, że absolutnie nie ma do tego powodu – coś się przestawia w pustym indyczym łbie i tyle), versus zapłacenie paru stów i zrobienie uprawnień online… No kusi. Elektryczne zdałbym z palcem w dupie, tylko musiałbym sobie normy przypomnieć, ale ich nie potrzebuję, bo przeglądy są co 5 lat, a ja nie pracuję w zawodzie. Żeby te uprawnienia były bezterminowe to bym zrobił, ale tak to trzeba odnawiać co parę lat, z tego co wiem jest co parę lat egzamin (co zawsze w jakiś sposób stresuje), itd. Inna sprawa, że taki detektor gazów swoje kosztuje, nie wiem czy nie trzeba go co jakiś czas kalibrować, więc dla jednego dnia w roku to by się mogło zupełnie nie opłacić. Mam książki do gazownictwa, czekają na przeczytanie. Może przeczytam i wtedy zdecyduję. Byłby jeden stresor w roku mniej. No i kiedyś jeszcze wiązałem spore nadzieje z terapią. Bardzo długo się męczyłem, czekając na jakieś rezultaty. A rezultatów nie ma, nie było i nie będzie. Chyba po prostu łatwiej jest doić klienta z kasy niż uczciwie powiedzieć mu wprost: moim zdaniem pana przypadek jest beznadziejny i nieuleczalny, nie widzę możliwości poprawy. Bo taka jest prawda. Nie wszystko da się zmienić. Pewne rzeczy są w nas zapisane na zawsze i będą już do śmierci, i możemy albo z nimi walczyć (i przegrać), albo próbować się do nich dostosować i żyć pomimo nich. Smutne? Owszem. Sprawiedliwe? Ani trochę. Prawdziwe? Niestety.
  13. Doktor Indor

    Perfumy

    Wg mnie każdy tak ma Z tego co wiem zapach to bardzo pierwotny zmysł, jest przetwarzany w mózgu na dosyć niskim poziomie w porównaniu z innymi zmysłami, stąd takie silne jego połączenie z układem limbicznym. Prostackich januszowych tekstów o „zapachach z pipki” nie skomentuję bo nie jesteśmy na wiejskim weselu… Trzymajmy jakiś poziom.
  14. Pewnie tak. Jak się ma nerwicę. Ja nie mam nerwicy (choć długo myślałem, że mam, bo patałachy przez lata nawet zdiagnozować mnie nie potrafili). I to jest jedyne, co pomaga. Pogodzenie się z tym, że po prostu pewnych rzeczy nie mogę robić i nigdy nie będę mógł. Gorzej, że czasem muszę je robić. I wtedy jest koszmar. Wiesz jak to jest – to jest totalnie rozwodnione. Miałbym ich pozywać, liczyć się z tym, że wszystkie intymne szczegóły mojej terapii zostaną wywleczone i słuchać udowadniania, że to ja nie współpracowałem?
  15. Z nadzieją, że da. Kombinowaliśmy, EMDR, mindfulness, w międzyczasie zrobiłem dwa 8-tygodniowe kursy MBSR. Zero rezultatów. Chodziłem bo miło się rozmawiało o wszystkim. Takie wyrzyganie emocjonalne, mniej więcej to samo co mogę zrobić jakbym sobie np. założył tutaj temat „indyczy blog”. Za darmo. No i cały czas miałem nadzieję, że jednak będą postępy. Poprzedni terapeuta (supervisor jeszcze poprzedniej terapeutki, do którego mnie odesłała, gdy jej się pomysły skończyły, i do którego chodziłem parę lat) przynajmniej miał jaja, żeby powiedzieć (i pamiętam to słowo w słowo do dziś): „Panie Indyczku, sam pan widzi, że nic z tych rzeczy, których próbujemy, nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”. W moim przypadku postępy są bardzo realnie mierzalne, bo mam bardzo realne objawy. I tych postępów nie było. Po zakończeniu w sumie 18-letniej przygody z terapią, na którą poszedłem z konkretnym celem rozwiązania tego konkretnego problemu, było dokładnie tak samo jak było na początku, ani lepiej ani gorzej.
  16. Patrząc wstecz to może i lepiej, bo i tak nic mi ta terapia realnie nie dawała.
  17. – Panie Indyczku, rozmawiałam z moim supervisorem i niestety nie mogę kontynuować z panem terapii. – Ale… yyy… czemu tak nagle, co się stało, co… (?) – Niestety nie mogę podać panu powodu. I won z buta po 8 latach cotygodniowych spotkań. Do dziś nie wiem co było powodem. I taki był koniec mojej przygody z tą dziedziną magii.
  18. Boże, to ma nazwę O.o u mnie tak było z „cukier”, jak miałem z 10 lat leżałem chory, na soczku było napisane że zawiera cukier, i tak się gapiłem w ten soczek, i ten cukier, i cukier, i cukier… A co do tematu. Wszystko ma swoje powody, ale nie zawsze je znamy. Nie zawsze też możemy się do nich cofnąć. Mi się nie udało.
  19. A weź zobacz ile moich postów ma napisane „Edytowane przez Doktor Indor”. Często wracam bo coś jest nie tak.
  20. To nie tak. Teraz już nie lubię, ale jak jeszcze chodziłem na terapię, to robiłem długie rozeznanie, zanim kogoś wybrałem. I to mi ta ostatnia terapeutka powiedziała – że przez kilka pierwszych sesji czuła się strasznie obserwowana, poddawana ocenie, tak jakbym w każdej chwili był gotów wstać i wyjść. Bo byłem. Przejrzałem wszystkich terapeutów tego nurtu w moim mieście i wybrałem właśnie ją. Wcześniej przeczytałem wszystko, co można było znaleźć o niej w necie. A i tak koniec końców się zawiodłem. Gdybym nie czuł „vibe'u” z terapeutą, to terapia nie miałaby sensu. Nie otworzyłbym się. Nawet bym nie chciał.
  21. Żeby nie mieszkać w syfie.
  22. O matko, trudne pytanie się wylosowało Robota, po robocie ogarnięcie akwarium, po ogarnięciu akwarium do sklepu, po sklepie ogarnąć koty… A w tym drugim wielkim świecie co słychać?
×