Skąd we mnie tyle nienawiści do siebie? Dlaczego nie potrafię siebie zaakceptować, pokochać i zrozumieć?
Jak zachorowałam miałam prawie 15 lat. Byłam praktycznie dzieckiem. Zagubionym, nieakceptowanym przez innych dzieckiem. Później wszystko zaczęło się burzyć, cały mój świat, a ja przez te 15 lat w każdej remisji, czekam.
Czekam na to, aż szklany klosz znowu na mnie nie spadnie i zniekształci moje poczucie rzeczywistości.
Wieczne życie w strachu przed tym, że to znowu wróci. Tak nie można.
Pierwszy raz pragnę żyć normalnie. Być normalna w swoim szaleństwie. Odnaleźć siebie. Tą prawdziwą siebie, którą znają nieliczni.
Czasami śnię o drzewie. To drzewo to moje życie. Jedna gałąź to mężczyzna, którego poślubię. Liście to nasze dzieci. Kolejna to moja przyszłość pisarska, a każdy liść to wiersz. Kiedy próbuję wybrać, liście żółkną i odlatują, aż całe drzewo zostaje ogołocone.
To chyba przez to, że się starzeję trzydziestka wbiła to i człowiek chce się ustatkować. Ale to takie odległe marzenia, najpierw muszę zająć się sobą. Bo kto mnie pokocha, skoro ja samej siebie nie kocham? Muszę przejść długą i intensywną terapię by sobie odpowiedzieć na te wszystkie pytania i wątpliwości.
Tamtej Cynthii już nie ma. Wykopałam dół i pogrzebałam ją żywcem.
Ku lepszemu.
Śpijcie dobrze.