Asembler
Użytkownik-
Postów
403 -
Dołączył
Treść opublikowana przez Asembler
-
Cokolwiek by Ruchowce obiecały to rozleciałby się od wewnętrznych ruchawek. Nie mają swojego Fuhlera, nie mają nawet swojego Tuska, Kaczyńskiego, nie mają swojego Sorosa, Balcerowicza ani nawet Biereckiego. Struktury są zwiewne jak rozegzaltowana nastolatka, kadry marne i zdziesiątkowane, strategia nie istnieje, a zaplecze finansowe na zasadzie totalnej mobilizacji i pospolitego ruszenia. Jedyne co mają to kilku posłów, których nie lubię, ale muszę przyznać, że jako parlamentarzyści robią na mnie bardzo dobre wrażenie, pracowici i kompetentni. No, ale to mało.
-
A czy tak było naprawdę w przeszłości, ten cały kult śmierci, heroizm, pielęgnowanie cnót, wybitne poświęcenie itd? W mitach i legendach mogło być mało prawdy. Np taki rycerz mógł gwałcić, rabować, w karczmie obcinać uszy chamstwu, a za odpowiednią cenę złota powstawały potem o nim pieśni układane przez bardów.
-
Dzisiaj śniło mi się, że w centrum miasta nad dużym, wysokim budynkiem z cegły z początku XX wieku (coś w stylu fabryki / uczelni / urzędu) rozciągały się wysokie słupy, może plus 40 metrów wysokośći, połaczone specjalnymi linami i wyciągami. Z lin zwisały odpowiednie zabezpieczenia. Powstał jakiś nowy sport, gra drużynowa coś na wzór piłki nożnej, ręcznej, rugby, baseballu. Boisko było w powietrzu, a gracze zwisali na linach i poruszali się wzdłuż torów, wszystko wysoko nad ziemią. Poszedłem na trening tej dyscypliny, było wysoko i bałem się. Kolega z przeciwnej drużyny był agresywny i złośliwy, faulował, ścieraliśmy się podczas gry, ale nie wiedzieliśmy gdzie jest granica, bo niby się znamy, to tylko zabawa, tylko zwykłe faule, ale jednak można było sobie zrobić poważną krzywdę, a wysokość rozgrywki dodawała niesamowitej adrenaliny. W tym samym śnie czasami całe boisko nie dość że w powietrzu było jeszcze okrążone przezroczystymi ścianami i zalane wodą, więc czasami graliśmy na ogromnym, głębokim na kilkadziesiąt metrów basenie zawieszonym na wysokości. Potem śniło mi się, że wracałem autobusem, znowu jak w poprzednich snach miałem dużo bagaży, jakaś torba, pani w autobusie za późno zrobiła mi miejsce bo siedziałem od zewnętrznej strony i nie zdążyłem wysiąść na swoim przystanku. Znowu taki sen. Na szczęście następny przystanek był blisko. Wysiadłem. W oddali na skrzyżowaniu zobaczyłem Azjatę, Japońca czy tam Chinola. Zepsuł mu się samochód i machała rękami by wezwać kogoś na pomoc, rozglądał się na wszystkie strony. Nie wiem czemu ludzie go unikali, nie zbliżali się, samochody wymijały. Pomyślałem że coś z nim nie tak i też nie chciałem pomóc, szedłem drogą naokoło by nie przechodzić koło niego. I tak mnie zauważył i coś krzyczał, udawałem że nie widzę, ale jego wzrok strasznie palił. Wszystko działo się na jakby pętli tramwajowej, która miała po wewnętrznej stronie ściany - ruiny, wyglądało to jak ruiny koloseum, a ja byłem tam w środku, podszedłem na ławeczkę i zapaliłem papierosa. I ostatni lub pierwszy sen, najdziwniejszy. Małe jeziorko lub staw tuż za miastem. Noc. Wokół dróżki, krzaki, trzcina, cicho, ciemno, gdzieś biegają małe leśne zwierzęta, słychać owady, ciepło, ciemno, wilgotno, dużo komarów. W śnie jestem na pół przytomny, niby to śpię, niby chodzę wokół jeziora bardzo zmęczony, czuję się jakbym miał gorączkę, to chyba że jestem bardzo zmęczony. W śnie kładę się spać gdzie popadnie, w krzakach przy jeziorze, odpoczywam trochę i idę dalej w kółko. Jestem z kolegą. On dziwnie się zachowuje. Niby kładzie się spać gdzieś w krzakach, nagle z ogromną prędkością i dzikością biegnie wokół jeziora w inne miejsce i tam kładzie się spać, coś go spłoszy i biegnie znowu. Chcę podejść, zapytać co się dzieje, ale on nigdy nie odpowiada wprost. Przed kimś ucieka, ktoś gdzieś kogoś zabił, wszystko jest nie jasne i mało logiczne. Potem mi się śniło, że jechałem do pracy autobusem, trasa wiodła obok tego stawu, spotykam innych znajomych przypadkowo, pytają się co tu robię, gdzie pracuję, ale ja wstydzę się odpowiadać bo miałem poczucie że widzieli mnie albo słyszeli w nocy jak biegałem wokół jak wariat.
-
Dzisiaj śniło mi się, że jechałem pociągiem pośpiesznym do domu razem z częścią mojej rodziny, w śnie raz to był przedział pasażerski, a raz mieszkanie. Zobaczyłem na dywanie malutkiego pajączka, był prawie przezroczysty, malutki tułów ledwo zauważalny, ale dość długie nogi. Zaczął się unosić w powietrzu po pokoju, a ja go goniłem bo chciałem pokazać ojcu jaki dziwny pająk, do tego latający. Był tak mały, że ledwo go dostrzegałem i myślę, że unosił się ponieważ był zwiewny i leciutki, a w pomieszczeniu zrobił się przeciąg. W końcu przepadł. Pomieszczenie zamieniło się znowu w przedział. Miałem bardzo dużo różnych płaskich pudełek tekturowych. W niektórych były gry planszowe, w niektórych pizze, część pochodziła z przestępstwa opisywanego we śnie w lokalnych mediach. Nikomu się to nie opłacało, ale to sen i nie ma tu logiki. Złodzieje kradli w jakiejś galerii handlowej, towar pakowali do płaskich kartonów i sprzedawali przez internet po niskiej, symbolicznej cenie. Nikt nie wiedział co się trafi w środku. Nie pamiętam jak wszedłem w posiadanie kartonów, ale w środku było dużo dobrego jedzenia. Pociąg zbliżał się do mojego miasta. Cały przedział był nasz. Nie zdążyłem się spakować, członkowie mojej rodziny wysiedli i nie pomogli przy bagażach. Musiałem wziąć te wszystkie kartony, walizkę, plecak i jeszcze ich cztery kurtki. Przez szybę powiedzieli mi, żebym wysiadł na następnej stacji i wrócił. Przez okno krzyczałem do babci by dała mi bilet i portfel, ale nie zdążyła znaleźć. Nie miałem dokumentów i biletu, musiałem wrócić z sąsiedniego miasta. Akurat była kontrola biletów, ale tym razem byli wyrozumiali. Inni pasażerowie czekali na moje miesca które powinny być już wolne, a ja oblegałem walizkami. Ściany przedziału zniknęły i był otwarty wagon bez przegród. Facet obok otworzył piwo i szybko wypił. Wysiadłem. Rozładował mi się telefon. Powrót do domu mimo tylko kilku km dystansu zabrał mi bardzo dużo czasu i ze wszystkimi torbami musiałem się uporać. Nim dotarłem do domu było ciemno, obudziłem się.
-
Dzisiaj mi się śniło, że szedłem pustą uliczką i w oddali zobaczyłem małe zwierze, wabiłem je myśląc że to kotek, okazało się że to mały bardzo agresywny lis, który skakał na mnie i rzucał się bardzo boleśnie gryząc, był zwinny i szybki. Zasłaniałem głowę i szarpał po rękach. Starałem się go rzucić i zabić, udało mi się go pokonać. Potem czekały mnie bardzo bolesne zastrzyki przeciwko wściekliźnie. Potem znalazłem ZOO w lesie. Wielki kompleks i od strony lasu była brama wjazdowa do zaopatrzenia. Otwarta. Nieśmiało wszedłem. Część zwierząt była tam na wolności lub tylko za niskim ogrodzeniem. Po środku prowadziła kamienna kręta bardzo długa wąska droga ciągnąca się niemalże bez końca. Ostrożnie szedłem uważając na zwierzęta. Ten sam lis znowu mnie zaatakował, tym razem potrafił latać i atakował moją głowę. Był szybki i wirował wokół mnie szarpiąc. Był wspierany jakimiś urządzeniami elektronicznymi i mechanicznymi, bardziej przypominał robota. On był już nie do pokonania. W końcu schowałem się w jakimś pomieszczeniu na środku drogi. Potem śnili mi się dziadkowie. Babcia na mojej ulicy wracała z dużą grupą kilkunastu lub kilkudziesięciu starych profesorów, wracali z jakiegoś spotkania uniwersyteckiego, bankietu. Większość była lekko napita i zachowywała się bez kultury. Najbardziej wulgarny był dziekan, ale jednocześnie w pozytywnym nastroju imprezowym. Jakaś starsza pani w tej grupie źle się poczuła, zaczęła się przewracać, stałem za nią i ją podtrzymałem jak się przewracała. Reszta towarzystwa była pochłonięta rozmową i piciem na ulicy i nikt tego nie zauważył chociaż krzyczałem co się dzieje i stałem tuż obok. Pani była duża i z nadwagą, trzymałem ją za głowę od tyłu by się nie przewróciła, ręce mi się osuwały bo była ciężka. Dotknąłem jej ust. Wyszła jej sztuczna szczęka, która mnie ugryzła w palce (znowu motyw ugryzienia, kąsania). Szczęka boleśnie zacisnęła się. Myślę, że sny niezwykle bogate w symbole i ciekawe w interpretacji, ale niestety wszystkie negatywne, ból, cierpienie, ucieczka itd.
-
Hej. Komputery powstały dla potrzeb kryptografii i ogółem wojskowości po drugiej wojnie światowej, potem też dla potrzeb naukowych, chodziło o szybsze analizowanie danych, komercyjne zastosowanie upowszechniło się bardzo późno. Windows 10 oceniam jako dobry system. Na pewno o wiele lepszy od 8/8.1. Windows jest stabilny. Jak ktoś chce terminala unixopodobnego to może zainstalować git bash. Jak ma się lepszy sprzęt można postawić wirtualną maszynę z linuxem. Plusem Windowsa względem Linuxa jest dobre środowisko graficzne, laptop podpięty do monitorów kablem HDMI na Windowsie zawsze mi dobrze działał, obraz był świetny, na Linuxie + środowisko graficzne Cynamon nowe monitory migały. W Linuxie podoba mi się duża konfigurowalność, menadżery pakietów, łatwiej ustawić środowisko developerskie tylko nie wiem czy dla profesjonalisty ma to jakiekolwiek znaczenie, to są często ustawienia raz konfigurowalne. Ciężko mi sobie wyobrazić np developera Ruby on Rails klepiącego na Windowsie, ale już na wirtualce czemu nie.
-
Dziękuję :) Pisałem już z Tobą kilka lat temu jak ten czas szybko leci :) Z obecnej perspektywy żałuję, że ostatniej psychoterapii nie zakończyłem już rok wcześniej. Czuję, że straciłem bardzo dużo czasu i trochę hajsu. Nie znaczy to, że zraziłem się ogółem do psychoterapii, na dniach udzielę się w tematach jak rozpoznać złego psychoterapeutę. Moim zdaniem chciała wyciągnąć tylko hajs i długo dobrze jej szło. Smutne, czuję się wykorzystany nawet jeżeli jej certyfikaty i członkostwo w Stowarzyszeniu były prawdziwe.
-
Dobry wieczór, akurat tak zwany Instytut Piotra Skargi (w ogóle jaka jest definicja "INSTYTUTU? Do zastanowienia, bo nadużywa się tego słowa by zdobyć zaufanie) to dość poczciwa organizacja, tylko w formie przekazu i propagandzie często groteskowa, ale to ich problem. Odnoga amerykańskiej wolnorynkowej i konserwatywnej obyczajowo katolickiej organizacji Tradition Family and Property. Jakby ktoś chciał pogooglować.
-
Wkurza mnie....dobry temat dla mnie teraz. Wracam z osobą z rodziny ze spaceru. Już ciemno. W oddali grupka moich znajomych sprzed kilku lat, a także znajomych tych znajomych i znajomych ich znajomych itd. Gdyby wpisać w google dane niektórych z nich to byłoby dużo wyników, pierwsze linki z kronik kryminalnych czy wspomnień ludzi, których fragmenty są w internecie. I wcale to nie jest gówniarzeria z bloków .Większość obecnie zarabia gruby hajs co najmniej jako wykwalifikowani pracownicy fizyczni w Skandynawii, a większość jako lokalni "przedsiębiorcy" plus spore zyski "na boku". Większość w przedziale wiekowym 30-45 lat. Musiała być jakaś rocznica czy inne wydarzenie, że tyle takich osób spotkało się razem na jakiejś popijawie. Z kilku metrów czuć było wódę, gdzieś szli. Chłopy większość wysportowana lub w stylu beczki 150 kg, na ogół plus 190cm. Co chwile słychać głośno "kurka wodna" tylko trochę w innej wersji, przy okazji opluli jakieś dwie obce etnicznie kobiety, zważywszy na ich stan gdyby to byli faceci to powybijaliby zęby. Jakieś ich "cipki", znowu nowe, sikały na zapleczu zamkniętego już sklepu. Pewnie od piątku popołudnia chlali, a dzisiaj wieczorem ścierwo do nosa by mieć siły jeszcze na niedziele. Wstyd mi było, nikt mnie nie poznał, osoba z rodziny pytała się czy ich znam i co to za patologia, nic nie odpowiedziałem. Swoją drogą to uwłacza nawet wizerunkowi polskiego "gangusa". Dragi, alkoholizm plus pół wyczynowo uprawiane sztuki walki / siłownia i sterydy (rozsądnie brane sterydy są ok, ale nie w takim połączeniu) i wychodzi to co wychodzi. To nie są jakieś pionki czy osiedlowy margines, ale ludzie, którzy może i czasami wbrew prawu, ale jednak swoim intelektem doszli do pewnych pieniędzy, dorobili się, mają rodziny. Przy takim trybie życia umierają w wieku około 50tki, a potem płacz "dlaczego odszedł kolejny tak młodo", "ulubieńcy bogów żyją krótko", "dlaczego?". Mijając ich wkur............ się niemiłosiernie. Niby tylko kilkadziesiąt sekund. A jednak.
-
Chodziło mi o sytuacje dla kawalera czy panny, razem na ogół za 2 razy tą samą kwotę co pojedynczo można żyć na wyższym poziomie. Ogółem realne dochody przeciętnych Polaków są wyższe jak te deklarowane. Część wypłaty pod stołem, mężuś przelewa coś z zagranicy, część coś ogarnia na patencie taniej kupi drożej sprzeda itd.
-
Na średnią wynagrodzeń nie patrzcie. Liczy się mediana i przeciętne wynagrodzenie dla danego regionu / branży / stanowiska. Ile minimum wg was przy obecnych kosztach życia powinno się zarabiać na rękę by móc już "żyć normalnie" ? Wg mnie około 4000 PLN dla kosztów życia w mieście wojewódzkim.
-
Dzień dobry Astowidad :)
-
Cześć. Dawno mnie tu nie było. Czuję się dobrze. Prywatną psychoterapię przerwałem jakieś pół roku temu po jeżeli dobrze pamiętam półtorej roku regularnego chodzenia tydzień w tydzień. Główny wtedy powód: finansowy. Ale nie tylko. Także poczucie braku efektów i poczucie wypalenia się psychoterapeutki. Po przerwaniu w czerwcu znalazłem pracę w swojej branży z ponadprzeciętnym wynagrodzeniem i realnymi perspektywami rozwoju i kilkukrotnym wzrostem zarobków przy zbilansowanej pracy na etat. Mam hajs, mam pasje, jeszcze brakuje mi stałej partnerki, ale zobaczymy co wyjdzie z obecnego flirtowania. Koszmary minęły. Poczucie wielkiego zmęczenia minęło. Bóle pleców znacznie spadły. Lepiej śpię. Mało zajmuje się analizą innych ludzi, a wcześniej pochłaniało mnie to tygodniami, zresztą jak ktoś kojarzy mnie po nicku albo chce przejrzeć historie to zobaczymy jakie miałem problemy, stawiam na rozwój osobisty. Żadnych leków już nie biorę. Z minusów to obecnie za dużo różnych używek, ale nigdy nie ma nic idealnie. Bilans jest absolutnie pozytywny. Widzę dziwną korelację pomiędzy szybką zmianą mojego stanu na bardzo dobry i porzuceniem psychoterapii u mojej psychoterapeutki od półtorej roku. Oczywiście nie zachęcam nikogo do wyciągania zbyt daleko idących wniosków i rzucania swoich terapii, leczenia. Każdy przypadek jest indywidualny. U mnie to pomogło. Może z PsychoT. miałem pecha i trafiłem bardzo, bardzo źle. Bardzo dziwne. Teraz czuję się super. Pozdrawiam :)
-
Austria- wielki przekręt a UE i KOD milczy
Asembler odpowiedział(a) na carlosbueno temat w Socjologia
Dla Europy to nic, Austria nie ma dużego znaczenia geopolitycznego. -
Austria- wielki przekręt a UE i KOD milczy
Asembler odpowiedział(a) na carlosbueno temat w Socjologia
Austriacki rząd nie potrafił nawet dyskretnie sfałszować wyborów, a teraz pozwala na grzanie afery przez wszystkie kanały przepływu informacji. To jest zastanawiające, może chcą by Zielony nie wygrał. -
Kariera-rozwój-sukces zawodowy po 30-40-50 roku życia? Nie..
Asembler odpowiedział(a) na Asembler temat w Socjologia
Jest taki typ ludzi o motywacji witalnej, który dużo energii wkłada w to by posiadać (słowo klucz: posiadać, nie ważne kredyt, pożyczone, wygrane w karty - liczy się wrażenie) obiekty, które wzbudzą u innych osobników z grupy podziw, zazdrość. Taki typ jest mi zupełnie obcy. Raczej nie podążam za modą. Ostatni raz jeansy kupiłem sobie latem / jesienią poprzedniego roku, telefon mam stary, ważne by było kilka podstawowych aplikacji, z których korzystam. Mam wyrąbane w to czy modne są teraz wąsy, brody, irokezy czy co. Zawsze dla mnie: wydajność ważniejsza jak efekty zewnętrzne. W tym ujęciu nie zależy mi na wyścigu szczurów. Ostatecznie ktoś silny nie musiałby udowadniać jak jest silny i chodzić z napiętymi bicami, bogaty nie musi jeździć złotym samochodem by pokazywać że jest bogaty, mający powodzenie facet nie musi się chwalić wszystkimi znajomościami na instagramie. Dla mnie to oznaka próżniactwa. Mam motywację czuć się potrzebny, zajmować ważne stanowiska dające swobodę kreowania rzeczywistości, być trudnym do zastąpienia. Dlatego widzę się na takich stanowiskach jak wykładowca akademicki, jakiś wpływowy biskup, specjalista techniczny w swojej dziedzinie (na to jeszcze mam jakąś realną szansę), dyplomata, ekspert w różnych instytucjach związanych ze sterowaniem państwem, trener sportowy czy coś. W sumie pisząc sobie pod nosem teraz ująłem to co gdzieś głębiej we mnie tkwiło i było dla mnie nie zrozumiałe. -
Kariera-rozwój-sukces zawodowy po 30-40-50 roku życia? Nie..
Asembler opublikował(a) temat w Socjologia
Nie ma to być wątek defetystyczny służący rozładowaniu frustracji, ale realistyczny. Stawiam może kontrowersyjną tezę, że jak ktoś chce osiągnąć duży sukces finansowy, zawodowy, odgrywać znaczącą rolę w społeczeństwie to jak "obudzi się" po 30-ce to już jest spalony i będzie outsiderem. No dobra, jeszcze 30 kilka lat ewentualnie może nie być za późno, ale 40 to definitywna granica. Nie wierzę w sukces ludzi po 40, ludzi "znikąd". A ewentualny jeden czy drugi przykład można postawić na tym samym regale co "wygrana w amerykańskiej multiloterii", a nie rozwiązania systemowe. Sam mam "dopiero" ćwierć wieku na karku, mam bardzo duże ambicje, silne motywacje witalne, bardzo ukierunkowane cele i zainteresowania i czuję, że już sporo ścieżek sobie zamknąłem np w sporcie czy wojsku czy pokrewnych. Uważam, że jak ktoś nie potrafił się znaleźć w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu, wyrobić towarzyskich kontaktów, wkręcić w sieć powiązań, stowarzyszeń, fundacji, loży, klubów, towarzystw czy zwał jak zwał przed 40stką, a ma motywacje na politykę / władzę to nie podskoczy wyżej radnego miasta czy ewentualnie, bardzo ewentualnie posła statysty, który będzie służył jako maszynka do głosowania. A niby można założyć, że na tym polu aktywność zawodowa jeżeli zdrowie dopisze może być dajmy na to do 80 tego roku życia, a więc pozostaje niby drugie tyle ile ma się lat, 40 - niby dużo. I to wszystko mi tak kontrastuje z obrazami, które widzę. Bezrobotni "wykluczeni" na kursach przystosowania zawodowego organizowanych przez jakiś urząd są bombardowani różnymi banałami typu "jeszcze ma Pani przecież 20 lat życia zawodowego przed sobą", "nigdy nie jest za późno by zacząć kroczyć nową drogą". Albo filozofia new agowskiego uśmiechania się i beztroskiego podchodzenia do problemów, "wszystko jest w twojej głowie", "musisz inaczej spojrzeć na rzeczywistość", "wszystko tkwi w twojej głowie" (ogółem czysty postmodernizm i filozofia podmiotu), zamiast systematycznego wyciągania wniosków z dotychczasowych niepowodzeń - czasami spotykam w różnych nurtach pomocy psychologicznej. Jak to czyta ktoś starszy ode mnie, a nie odniósł dużego sukcesu to może znienawidzić to co piszę. Rozumiem. Nie rzucam tego w tonie ex cathedra, ale to po prostu tezy, z którymi się zgadzam. Rozumiem też, że pewnie z 2/3 ludzi nie będzie miało tak mocno ukierunkowanej motywacji na karierę, wysoką pozycję społeczną. Niektórzy świetnie zadowoliliby się np firmą fotograficzną, barem szybkiej obsługi, kierownikiem magazynu, własnym solarium, własnym gabinetem psychoterapeutycznym itd. Śledzę kariery niektórych moich znajomych, w wieku 25-30 lat po kilku latach doszli do satysfakcjonujących zarobków i stanowisk, niektórzy bez znajomości doszli do "magicznej" granicy 10 tys. / msc, mówię o pracy w Polsce, nie np spawacz w Norwegii wtedy przeliczanie po kursach walutowych nie ma sensu, niektórzy pełnią funkcje publiczne lub dość wysoko w organizacjach społecznych, niektórzy są technicznymi specjalistami w tym co robią, niektórzy poszli w zarządzanie (prawdziwe, a nie tylko z nazwy). A ja czuję, że zaraz mi 25 latkowi z pewnymi zaburzeniami, problemami psychicznymi to wszystko oddali się niemożliwie daleko chociaż mam uważam predyspozycje do tego, tego i tego itd, wiedzę z tego i tego itd, była weryfikowana już pozytywnie, tak zwane kompetencje miękkie też jakieś zadowalające mam. Że niby jestem młody i wszystko przede mną? Śledzę kilka karier, bez nadmiernych szczegółów: dziewczyna1, absolwentka prawa, perfekt języki obce, jakaś wąska specjalność przy międzynarodowych umowach licencyjnych czy coś takiego, dostała się do międzynarodowej korporacji prawniczej, elitarnej, tam naprawdę znajomości nie wystarczą, rozwija się cały czas. kolega1, zaczynał od szeregowego programisty za średnią krajową, w kilka lat awansował i zdobywał doświadczenie, teraz robi projekty bezpośrednio dla amerykańskich firm, oni liczą koszty w dolarach, on wynagrodzenie w złotówkach, niszowa technologia, mało stresująca praca, dużo do nauki, ale to jego pasja więc przychodzi lekko, z deadlinami nie ma problemów. Wystarczy prześledzić wiele karier ludzi ze szczebla co najmniej senior executive. Po 30stce nie ma szansy realizować takiej ścieżki kariery i mówienie "jeszcze może z 40 lat zawodowych przed tobą" nie polepszy sytuacji. No cóż skończyło się jednak trochę na moich "gorzkich żalach"...ale tak to widzę. Chętnie poznam spojrzenie na to osób mających jakieś doświadczenia doradztwem zawodowym, filozofią sukcesu wbijaną przez "trainerów i mentorów" czy psycho-coś-tam i jak skonfrontowali by to z moim wpisem. Myślicie że mam przerost ambicji? -
Potrafiłaś zakładając ten temat napisać bardzo logiczną długą wypowiedź, jasną, klarowną, moim zdaniem bardziej składnie jak przeciętny człowiek. Nie jesteś tępa.
-
Dasz radę. To tylko zapisanie się :)
-
Czy doświadczyliście lepszego samopoczucia po przerwaniu p-t
Asembler odpowiedział(a) na Asembler temat w Psychoterapia
ktoś coś? -
Hej witaj, a masz jakieś zainteresowania, hobby, pasje? To może znacznie pomóc.
-
Dziwaczne i nasilone potrzeby płciowe, osobliwe zboczenia
Asembler odpowiedział(a) na take temat w Seksuologia
take. Gdyby nie było grzechu pierworodnego nie byłoby także śmierci. Liczba ludności rosłaby w postępie geometrycznym. Czy rosnąca gęstość zaludnienia nie wymusiłaby kolonizacji kosmosu? I co w wypadku zgrzeszenia, któregoś z potomków pierwszej pary ludzi? Grzechem objęci byliby tylko i wyłącznie potomkowie winowajców, a pozostali dalej cieszyliby się stanem pierwotnego szczęścia? Jednak bardziej interesująca jest kwestia o znacznie większym ciężarze gatunkowym, o znacznym stopniu skomplikowania, a w który spór wciągnięci byli najwybitniejsi teologowie. Czy w przypadku braku grzechu pierwszych rodziców Jezus Chrystus przyszedłby na świat w ludzkim ciele i umarł za grzechy ludzi? -
Ano właśnie. Więc kto powiedział, że bezrobocie jest czymś złym i niepożądanym? Dzięki bezrobociu pracownik będzie się bardziej starał, będzie godził się na niższe stawki, będzie miał słabszą pozycję negocjacyjną, same zyski dla przedsiębiorstwa, a w przypadku tupania tubylczą nóżką można użyć zasobów ludzkich z kraju sąsiedniego również dotkniętego błogosławieństwem bezrobocia, a i dodatkowo będzie można dumnie wypiąć pierś ciesząc się wizerunkiem filantropa pochylającego się nad losem biedniejszego kraju.
-
To na pewno, ja sam zarabiam oficjalnie minimum czyli 1300 zł na rękę a nieoficjalnie dostaje ponad 2 ale to głownie dzięki godzinom nadliczbowym bo na h to wciąż tylko 9 zł. W poprzedniej pracy oficjalnie dostawałem 700 zł/ mies a przy wielu nadgodzinach często 300/ mies ( choć to nie były żadne nadgodziny de facto bo nic więcej za nie nie dostawałem) miałem i 2,5 tysiąca i tak mieli wszyscy w tej firmie, w tej co robię obecnie jest podobnie czyli często połowa pensji jest wypłacana pod stołem a faktyczna liczba godzin przepracowanych to 60-70 w tygodniu co nie jest zgodne z kodeksem pracy. Także te wyższe niż oficjalne pensje w wielu przypadkach to efekt dłuższej pracy, choć nie zawsze a wszystko to by ominąć fiskusa. Z tego wniosek, iż lud nadwiślański powinien pracować jeszcze więcej, będzie zadowolony, że zarabia więcej, nie będzie miał czasu na czytanie krytycznych książek i artykułów, samodzielne myślenie, manifestowanie, organizowanie się i udział w życiu publicznym, a tym samym będzie mniej kłopotliwy dla unijnego zarządu komisarycznego.
-
Ja myślę, że realne zarobki Polaków są znacznie wyższe jak te ujęte w statystykach. Wielu dostaje drugie pensje pod stołem, niektórzy regularnie pracują w kraju na czarno, są tacy, którzy dorabiają pojedyncze zlecenia w ramach umowy ustnej, gdzie nie wystawiają rachunku i wszystko odbywa się z pominięciem urzędu. Często jeden z członków rodziny pracuje za granicą, a zarobione pieniądze wydawane są w większości w Polsce. Moja ostatnia psychoterapeutka też nigdy w żadne wystawianie paragonów się nie "bawiła", taryfiarze często wyłączają taksometr, jak grzyby po deszczu w ciągu ostatnich kilku lat wyrosły tysiące punktów z automatami do gier, które balansują na granicy prawa i z odprowadzanymi podatkami czy koncesjami bywa tam "różnie". Wystarczy też spojrzeć na tłumy w centrach handlowych z okazji świąt i zaparkowane tam samochody, nie są to co prawda w większości Lexusy prosto z salonu, ale standard samochodu często nie współgra z deklarowanymi rocznymi rozliczeniami podatkowymi. Większość z roku na rok ma większy smartphone / iPhone, w modnych kawiarniach coraz więcej osób nawala na nowych tabletach. Żyjąc i pracując w Polsce szklanym sufitem zdaje się być 10 tysięcy na rękę miesięcznie, ale do tej kwoty dobija coraz więcej dobrych rzemieślników, fachowców posiadających ekspercką wiedzę i doświadczenie, specjalistów inżynierów (nie chodzi o absolwentów przykładowej ochrony środowiska co poszli by mieć "jakiś papierek"), sprytnych handlowców posiadających własne rozbudowane bazy klientów i potrafiących nawijać klientom makaron na uszy. A to, że jako cieć na obiekcie zarabia się często kilka złotych na godzinę, a jako kasjer przez agencje pracy nie wiele więcej to też prawda. Ale tego nikt nie neguje. Ogółem jednak tak zwanych pracujących biednych jest coraz mniej, rozwarstwienie społeczne też powoli maleje, konsumpcja wzrasta. Jak ktoś zarabia kilka(naście) PLN / h i mówi, że ogółem w kraju jest bieda, lepiej powodzi się tylko wąskiej kaście i większość jest w podobnej sytuacji to przypomina mi to zamknięcie się na rzeczywistość identyczną jak z drugiej strony, a mianowicie mentalność bogackich dorobkiewiczów często podejrzanego autoramentu, którzy nie są wstanie uwierzyć, że nie każdego stać na codzienne stołowanie się w restauracji i samodzielny zakup mieszkania, a jeżeli już taka jest to wynika to tylko z lenistwa, nałogów, głupoty lub wyjątkowego pecha. Taka sama wieża z kości słoniowej.