Jestem znerwicowanym, depresyjnym, aspołecznym, pojebanym ludzikiem po trzydziestce. Taki nikt, przy pierwszym kontakcie w świecie realnym robiący wrażenie upośledzonego umysłowo debila. Jestem narzeczonym mojej narzeczonej, i myślę, że jestem kiepskim narzeczonym, bo nie daję Jej dostatecznie dobrego oparcia, może nawet jestem i swoją, i Jej życiową porażką.
Nie lubię rozmawiać o problemach jakichkolwiek, w tym o problemach psychicznych, bo nic mi to nie daje. Lubię jakieś rozmowy o niczym, jakieś inteligentne przepychanki słowne.
Jestem furą kompleksów, głównie dotyczących fizyczności, nie lubię lata, bo trzeba chodzić w t-shirtach, prawie w negliżu, a ja się wstydzę swojego ciała.
Jestem chyba dosyć inteligentny, ale nie potrafię tego wykorzystać w sensowny sposób. Nie lubię większych zbiegowisk ludzkich, czyli tam gdzie są więcej niż 3 osoby, czuję się nie bardzo, męczy mnie to, ogólnie ludzie bez używek, alkoholu, mnie męczą. Prawdopodobnie rozmówca szybko się mną nudzi, a i ja szybko nudzę się rozmową.
Jestem natręctwem i obsesją, natręctwa mam na punkcie... może wszystkiego. Lubię takie chwile, gdy wysprzątam całe mieszkanie, zrobię sobie herbatę z miodem, sokiem lub cukrem i siądę w fotelu z książkę, i mam święty spokój. Lubię zimę, usprawiedliwia mój letarg i bierność.
Jestem ateistą, ale Bóg interesuje mnie jako wpływowy symbol. Lubię gotować.